Powieść obyczajowa
Zaginiona apteka
38,99 zł
28,90 zł
38,99
28,90
KUP TERAZ

Zaginiona apteka

Sarah Penner
1 opinia
TAKŻE JAKO E-book icon
Liczba stron: 384
Oprawa miękka
ISBN: 9788327655691
Premiera: 2021-05-05
Tłumaczenie: Artur Ubik

Zapomniana historia...
Życie wśród trucizn i zemsty...
Witajcie w zaginionej aptece!

Ukryta pośród zaułków osiemnastowiecznego Londynu tajemna apteka obsługuje niezwykłą klientelę. W całym mieście maltretowane lub zdradzane kobiety przekazują sobie szeptem wieści o tajemniczej Nelli, sprzedającej na pozór niewinne trucizny, dzięki którym mogą raz na zawsze pozbyć się swoich dręczycieli. Los apteki staje jednak pod znakiem zapytania, gdy nowa klientka popełnia brzemienny w skutki błąd, którego konsekwencje ciągną się przez wieki.

Tymczasem współcześnie Caroline Parcewell, niedoszła historyczka, samotnie spędza w Londynie dziesiątą rocznicę ślubu, uciekając przed małżeńskimi problemami. Przypadkiem trafia na wskazówkę sprzed dwustu lat dotyczącą serii niewyjaśnionych zgonów w tym mieście, a wtedy los splata jej życie z życiem aptekarki sprzed wieków. Z życiem… i śmiercią.

"Zaginiona apteka" to trzymająca w napięciu, pasjonująca i pełna niezapomnianych postaci powieść o zemście i o tym, w jak niezwykły sposób kobiety potrafią się nawzajem ratować, pomimo dzielącej je bariery czasu.

Rozdział pierwszy

 

Nella

3 lutego 1791 roku

 

Miała przyjść o świcie – kobieta, której list trzymałam w rękach, ale której nazwiska jak dotąd nie poznałam.

Nie wiedziałam też, w jakim jest wieku ani gdzie mieszka. Nie znałam jej pozycji społecznej ani mrocznych marzeń, którym oddawała się z nadejściem nocy. Mogła być ofiarą bądź zbrodniarką. Świeżo poślubioną żoną bądź żądną zemsty wdową. Nianią bądź kurtyzaną.

I chociaż nie wiedziałam tak wielu rzeczy, jedno nie budziło moich wątpliwości: ta kobieta doskonale wiedziała, kogo chce uśmiercić.

Podniosłam papier w kolorze różu, o barwie zorzy porannej, oświetlony zamierającym płomykiem świecy z knotem z sitowia. Przesunęłam palcami po inkauście jej słów, próbując sobie wyobrazić, jak wielka musiała to być rozpacz, skoro ją pchnęła do wyszukania kogoś takiego jak ja. Nie zwyczajnej aptekarki, tylko morderczyni. Mistrzyni kamuflażu.

Prośba sformułowana była jasno i bez ogródek. „Dla męża mojej pani, do śniadania. O brzasku, 4 lutego”. Natychmiast przyszła mi na myśl służąca w średnim wieku, która napisała to na polecenie pracodawczyni. Doskonalony przez dwadzieścia lat instynkt w mgnieniu oka powiedział mi, co najlepiej spełni tę prośbę: kurze jajko przyprawione nux vomica.

Przygotowanie to raptem kwestia minut, truciznę miałam pod ręką. Wszelako z nieznanego mi jak dotąd powodu list ten miał w sobie coś, co nie dawało mi spokoju. Nie wynikało to z delikatnego leśnego zapachu pergaminu ani ze sposobu, w jaki dolny lewy róg zawijał się lekko w górę, jakby wcześniej zmoczyły go łzy. Nie, ten niepokój narastał we mnie. Intuicyjnie pojmowałam, że należy czemuś zapobiec.

Ale jakież to niepisane ostrzeżenie mogło tkwić w arkuszu pergaminu, ukryte w pociągnięciach pióra? Żadne, zapewniałam się w duchu; ten list niczego nie zwiastuje. Trwożne myśli wynikają jedynie z mojego zmęczenia – pora była późna – oraz z uporczywego bólu stawów.

Skupiłam się na rejestrze z cielęcej skóry, leżącym na stole przede mną. Ta cenna księga była zapisem życia i śmierci; wykazem licznych kobiet, które szukały mikstur właśnie tu, w najmroczniejszej ze wszystkich aptek.

Na pierwszych kartach rejestru inkaust kładziony był delikatnie, lżejszą ręką, bez śladu rozpaczy czy oporu. To moja matka dokonała owych zblakłych, wytartych już wpisów. Do niej bowiem należała ta apteka specjalizująca się w medykamentach na choroby kobiece, mieszcząca się przy Back Alley 3, na długo przed tym, zanim przeszła w moje ręce.

Czasami czytam jej wpisy – „23 mar. 1767, pani R. Ranford, krwawnik pospolity, 15 kr. 3 x dz.” – a wówczas słowa te przywołują wspomnienia: włosów opadających jej na kark, kiedy miażdżyła tłuczkiem łodyżki krwawnika, albo napiętej, cienkiej jak papier skóry na jej dłoni, gdy wydłubywała nasiona z kielicha kwiatu. Jednakże matka nie kryła swojego składu za sztuczną ścianą ani nie wlewała medykamentów do ciemnych butelek po czerwonym winie. Ona z niczym nie musiała się kryć. Nalewki, które wydawała, miały na celu czynienie dobra – kojenie piekących, wrażliwych części ciała młodej matki bądź wywoływanie krwawień miesięcznych u niepłodnych żon. Dlatego też zapisywała karty swojego rejestru miksturami ziołowymi o najbardziej zbawiennym działaniu. One nie wzbudziłyby niczyich podejrzeń.

Ja na kartach rejestru wymieniałam takie rośliny jak pokrzywa, hyzop czy szarłat, owszem, ale też bardziej złowrogie specyfiki, jak pokrzyk wilcza jagoda, ciemiernik czy arszenik. W moim rejestrze pociągnięcia inkaustu skrywały zdradę, udrękę… oraz mroczne tajemnice.

Tajemnicę pełnego wigoru młodego człowieka, któremu w przeddzień ślubu zaniemogło serce; albo jakim cudem zdrowy mężczyzna, który właśnie został ojcem, nagle padł ofiarą wysokiej gorączki. Mój rejestr ujawniał to bez osłonek: nie chodziło o słabe serce ani o gorączkę, o nie, tylko o sok z bielunia oraz pokrzyk wilczą jagodę, dodawane do win i ciast przez przebiegłe kobiety, których nazwiska plamiły teraz mój rejestr.

Ba, gdyby tak jeszcze rejestr ujawniał moją prywatną tajemnicę, o tym, jak to się właściwie zaczęło. Na tych kartach wyszczególniłam bowiem każdą ofiarę, wszystkie – z wyjątkiem jednej: Fredericka. Ostre, czarne linie jego imienia bezcześciły jedynie moje ponure serce i moją poznaczoną bliznami macicę.

Delikatnie zamknęłam rejestr, albowiem tego wieczoru nie mógł mi się przydać, i z powrotem skupiłam się na liście. Co mnie tak zaniepokoiło? Róg pergaminu stale przyciągał mój wzrok, jak gdyby coś pod nim pełzało. Im dłużej stałam przy stole, tym bardziej bolał mnie brzuch i tym bardziej drżały mi palce. W oddali, za ścianami apteki, rozległy się dzwonki karocy… budzące grozę podobieństwem do brzęku kajdan u pasa posterunkowego. Ja jednak pocieszałam się, że żaden stróż prawa nie wejdzie tu tego wieczoru, tak jak nie wchodził przez ostatnie dwadzieścia lat. Mój sklep był zbyt sprytnie ukryty, tak samo jak moje trucizny. Żaden mężczyzna go nie znajdzie – był zakamuflowany głęboko za ścianą magazynu na skraju krętego zaułka w najmroczniejszych czeluściach Londynu.

Spojrzałam na utytłaną sadzą ścianę – nie miałam serca ani siły, żeby ją wyszorować do czysta. W pustej flaszce na półce odbiła się moja twarz. Oczy, niegdyś błyszczące i zielone jak oczy mojej matki, teraz były niemal bez życia. Także policzki, swego czasu rumiane i tryskające świeżością, były ziemiste i zapadnięte. Wyglądałam upiornie, znacznie starzej niż na swoje czterdzieści jeden lat.

Delikatnie pomasowałam okrągłą kość lewego nadgarstka, obolałą od gorąca niczym porzucony w ognisku i zapomniany kamień. Od lat stawy tak bardzo dawały mi się we znaki, że każdego dnia odczuwałam nieustający ból. Ten zaś wzmagał się z każdą sprokurowaną przeze mnie trucizną. Wieczorami palce miewałam tak opuchnięte i sztywne, że wydawało mi się, iż skóra popęka i odsłoni to, co się pod nią znajduje.

Winne temu było zadawanie śmierci i dotrzymywanie tajemnic. To z tego powodu gniłam od środka i odnosiłam wrażenie, że lada chwila coś mnie rozerwie.

Znienacka nastał zaduch, strużka dymu zaczęła unosić się ku niskiemu kamiennemu sufitowi mojego ukrytego pomieszczenia. Świeca niemal całkiem się wypaliła, wkrótce krople laudanum otulą mnie miłym ciepłem. Już dawno zapadł zmrok, a za kilka godzin zjawi się ona – kobieta, której nazwisko dodam do swojego rejestru i której zagadkę zacznę rozwiązywać, nie bacząc na niepokój, jaki we mnie wzbudziła.

 

 

 

 

 

Rozdział drugi

 

Caroline

Współcześnie. Poniedziałek

 

Byłam w Londynie sama. Nie tak to miało wyglądać.

Świętowanie rocznic na wyjeździe to coś, co się robi we dwoje, nie w pojedynkę, a jednak kiedy wychodziłam z hotelu w gasnące światło letniego wieczoru w Londynie, pustka przy moim boku mówiła o czymś innym. Dzisiaj – w dziesiątą rocznicę ślubu – James i ja powinniśmy być razem i zmierzać właśnie na London Eye, diabelski młyn nad Tamizą, będący w gruncie rzeczy kołem obserwacyjnym. Zarezerwowaliśmy nocną przejażdżkę w prywatnej kapsule, z butelką wina musującego i osobistym przewodnikiem w cenie. Tygodniami wyobrażałam sobie słabo oświetloną kapsułę kołyszącą się pod rozgwieżdżonym niebem; śmiech przerywało nam tylko stukanie się kieliszkami szampana i dotyk naszych ust.

Tymczasem James był po drugiej stronie oceanu. Ja zaś utknęłam w Londynie sama, zrozpaczona, wściekła i otępiała na skutek różnicy czasu, a musiałam podjąć decyzję, która mogła zmienić całe moje życie.

Nie skręciłam na południe, w stronę London Eye i rzeki, tylko poszłam w przeciwnym kierunku, ku katedrze św. Pawła i Ludgate Hill. Wypatrując najbliższego pubu, w szarych tenisówkach i z torbą na ramię czułam się jak stuprocentowa turystka. Miałam w torbie notes, którego kartki, zapisane niebieskim atramentem i z nagryzmolonymi serduszkami, zawierały zarys planu naszego dziesięciodniowego pobytu w tym mieście. Dopiero co przyjechałam, ale nie mogłam się zdobyć na przeczytanie tej rozpiski dla dwojga oraz naszych swawolnych notatek. Na jednej stronie napisałam: „Southwark, zwiedzanie ogrodów dla par”.

„I ćwiczenie robienia dzieci za drzewem” – dodał obok James. Na wszelki wypadek postanowiłam więc pójść tam w sukience.

Teraz nie potrzebowałam już tego notesu, bo wszelkie zawarte w nim plany wyrzuciłam do kosza. Od wzbierających łez poczułam pieczenie w gardle i zachodziłam w głowę, co jeszcze może wkrótce zostać spisane na straty. Nasze małżeństwo? W Jamesie zakochałam się jeszcze na studiach, nie znałam życia bez niego. Nie wiedziałam też, jaka się wtedy stanę. Czy stracę również nadzieję na urodzenie dziecka? Na samą myśl zaburczało mi w brzuchu, ale bynajmniej nie z głodu – pragnęłam zostać matką, całować te maleńkie, doskonałe stópki i prychać w okrągły brzuszek mojego dziecka.

Doszedłszy do najbliższej przecznicy, zauważyłam wejście do pubu o nazwie The Old Fleet Tavern. Zanim jednak odważyłam się wstąpić do środka, zatrzymał mnie mijany na chodniku krzepko zbudowany mężczyzna w poplamionych portkach khaki i z podkładką do pisania w ręku. Był dobrze po pięćdziesiątce. Szczerząc do mnie zęby w uśmiechu, rzucił:

– Może chciałabyś się pobawić z nami w archeologa w Tamizie?

Zabawa w archeologa w Tamizie? Czyżby to było tutejsze określenie na zabawę w doktora? – pomyślałam. Z wymuszonym uśmiechem pokręciłam głową.

– Nie, dziękuję.

On jednak nie dał się tak łatwo spławić.

– Czytałaś jakichś pisarzy z epoki wiktoriańskiej? – zapytał. Jego głos niemal zginął w pisku opon czerwonego autobusu wycieczkowego.

Te słowa sprawiły, że się zatrzymałam. Dziesięć lat temu, na studiach, zrobiłam dyplom z historii Wielkiej Brytanii. Z prac semestralnych miałam całkiem przyzwoite stopnie, zawsze jednak najbardziej interesowało mnie to, o czym podręczniki nie wspominały. Po prostu suche, sztampowe teksty nie pasjonowały mnie tak jak zatęchłe, starodawne albumy przechowywane w archiwach w starych gmachach albo jak zdigitalizowane zdjęcia wyblakłych efemeryd – plakatów, spisów ludności, list pasażerów statków – które wynajdowałam w internecie. Godzinami mogłam ślęczeć nad tymi na pozór nieistotnymi dokumentami, podczas gdy inni z mojego roku umawiali się na wspólną naukę w kawiarniach. Nie potrafiłam powiedzieć, skąd wzięły się moje nietypowe zainteresowania, wiedziałam tylko, że rozprawianie na zajęciach o chwalebnej rewolucji albo o żądnych władzy przywódcach świata śmiertelnie mnie nudziło. Dla mnie urok historii tkwił w szczegółach życia przed wiekami, w przemilczanych tajemnicach zwyczajnych ludzi.

– Trochę czytałam, owszem – odparłam.

Rzecz jasna, uwielbiałam wiele klasycznych powieści brytyjskich, a w czasach szkolnych łapczywie pochłaniałam książkę za książką. Czasami żałowałam, że nie zrobiłam dyplomu z literatury, bo byłoby to bliższe moim zainteresowaniom. Nie powiedziałam mu tylko, że literatury wiktoriańskiej – ani żadnego z moich ulubionych pisarzy brytyjskich, skoro już o tym mowa – nie czytałam od lat. Gdyby ta rozmowa miała zakończyć się kartkówką, oblałabym na całego.

– Oni dokładnie opisywali tych archeologów amatorów, którzy grzebali się w rzece w poszukiwaniu czegoś starego, cennego. Można sobie przy tym zmoczyć buty, ale nie ma lepszego sposobu na zanurzenie się w przeszłości. Fale przypływu i odpływu za każdym razem odsłaniają coś nowego. Jeśli masz ochotę przeżyć przygodę, zapraszam na wyprawę z nami. Pierwszy raz zawsze jest za darmo. Będziemy po drugiej stronie tych ceglanych budynków, o, tych tam… – Pokazał palcem. – Szukaj schodów prowadzących nad rzekę. Grupa się zbiera o wpół do trzeciej, kiedy zaczyna się odpływ.

Uśmiechnęłam się do niego. Wyglądał niechlujnie, ale z jego piwnych oczu biło ciepło. Za nim na skrzypiących zawiasach wisiał drewniany szyld z napisem The Old Fleet Tavern, kuszący, by wejść do środka.

– Dziękuję – odparłam. – Ale właśnie idę na… e… na spotkanie.

A tak naprawdę, musiałam się napić.

Powoli pokiwał głową.

– Oczywiście, ale gdybyś zmieniła zdanie, będziemy tam szperać gdzieś tak do wpół do szóstej.

– Miłej zabawy – mruknęłam i przełożyłam torbę na drugie ramię. Nie sądziłam, żebyśmy się jeszcze kiedyś spotkali.

Weszłam do zaciemnionej wilgotnej knajpy i przycupnęłam na wysokim skórzanym stołku przy barze. Pochyliłam się, by sprawdzić, jakie mają piwa z beczki, i skrzywiłam się, gdy moje przedramiona wpadły w coś mokrego – nie wiem, czy był to pot, czy piwo kogoś, kto siedział tam przede mną. Zamówiłam boddingtonsa i niecierpliwie czekałam, aż kremowa piana uniesie się i osiądzie na powierzchni. W końcu pociągnęłam spory haust. Byłam zbyt wykończona, by przejmować się tym, że zaczyna mnie boleć głowa, piwo jest letnie, a z lewej strony brzucha pojawił się skurcz.

Pisarze z epoki wiktoriańskiej… Znów wróciłam myślami do Charlesa Dickensa – nazwisko tego autora kołatało mi się w głowie jak zapomniane (o naiwności!) imię byłego chłopaka, w sumie porządnego faceta, który jednak nie rokował na dłuższą metę. Czytałam sporo jego powieści – najbardziej lubiłam Olivera Twista, a zaraz po nim Wielkie nadzieje – teraz jednak nieco się zawstydziłam.

Według człowieka, z którym rozmawiałam na ulicy, pisarze wiktoriańscy „dokładnie opisywali” tych archeologów amatorów, a ja nawet nie wiedziałam, o co w tym chodzi. Gdyby James był tutaj, na pewno pokpiwałby ze mnie z powodu tej gafy. Lubił się nabijać, że studia traktowałam niczym klub książki i do później nocy zaczytywałam się gotyckimi baśniami, podczas gdy jego zdaniem powinnam poświęcać więcej czasu na analizy czasopism naukowych i opracowywać własne tezy na temat zawirowań historycznych i politycznych. Twierdził, że wyłącznie dzięki takim badaniom dyplom z historii może się komukolwiek przydać, ponieważ wtedy mogłabym kontynuować karierę akademicką, zrobić doktorat i objąć własną katedrę.

W pewnym sensie miał nawet rację. Dziesięć lat temu, po ukończeniu studiów, szybko zdałam sobie sprawę, że mój licencjat z historii nie daje takich samych szans na karierę jak dyplom Jamesa z księgowości. Ja bez przerwy, za to bezowocnie poszukiwałam pracy, a tymczasem on bez trudu dostał świetnie płatną posadę w firmie księgowej z Cincinnati, należącej do Wielkiej Czwórki. Ubiegałam się o pracę nauczycielki w liceach oraz w miejscowych dwuletnich szkołach pomaturalnych przygotowujących do studiów wyższych, ale – jak to przewidział James – wszędzie woleli kogoś z wyższym stopniem naukowym.

Niezrażona, uznałam to za okazję do pogłębienia studiów. Z nerwowym podnieceniem złożyłam papiery na uzupełniające studia magisterskie na Uniwersytecie Cambridge, zaledwie godzinę drogi na północ od Londynu. James był temu stanowczo przeciwny, i wkrótce dowiedziałam się dlaczego – kilka miesięcy po skończeniu studiów zabrał mnie na koniec mola na rzece Ohio, przyklęknął na jedno kolano i ze łzami w oczach zapytał, czy zechcę zostać jego żoną.

Jak dla mnie, Cambridge natychmiast mogłoby zniknąć z powierzchni ziemi – Cambridge, magisterium i wszelkie powieści spłodzone przez Charlesa Dickensa. Od chwili gdy na skraju mola zarzuciłam Jamesowi ręce na szyję i wyszeptałam „Tak!”, moja ambicja zrobienia kariery historyka rozpłynęła się, zastąpiło ją pragnienie jak najszybszego zostania jego żoną. Podanie o uzupełniające studia magisterskie trafiło do kosza, a ja ochoczo rzuciłam się w wir planowania ślubu – pochłaniał mnie wybór kroju wypukłych czcionek na zaproszeniach oraz odcienia różu piwonii mających ozdabiać stoły dla gości weselnych. A kiedy ślub stał się tylko cudownym wspomnieniem znad brzegu rzeki, całą energię poświęciłam na zakupy do naszego pierwszego domu. Ostatecznie zdecydowaliśmy się na ideał – domek z trzema sypialniami i dwiema łazienkami, stojący na końcu ślepej uliczki w okolicy zamieszkanej przez młode rodziny.

Rutyna małżeńskiego życia dopadła nas po równo, przewidywalna i prosta jak rzędy drzewek derenia rosnące na ulicach w naszej nowej dzielnicy. A kiedy James usadowił się na pierwszym szczeblu drabiny korporacyjnej, moi rodzice – posiadający grunty rolne nieco na wschód od Cincinnati – złożyli mi kuszącą propozycję: stała pensja za pracę na rodzinnej farmie. Do moich obowiązków należałoby prowadzenie podstawowej księgowości oraz zadania administracyjne. Stabilność, bezpieczeństwo. Żadnych niewiadomych.

Zastanawiałam się nad tym przez kilka dni, tylko przelotnie myśląc o pudłach w naszej piwnicy, pełnych dziesiątków książek, które uwielbiałam w szkole. Opactwo Northanger, Rebeka, Pani Dalloway. Czy mi się do czegoś przydały? James miał rację – ślęczenie nad pradawnymi dokumentami oraz opowieściami o nawiedzonych domach nie zaowocowało choćby jedną propozycją pracy. Przeciwnie – przez nie musiałam zaciągnąć dziesiątki tysięcy dolarów pożyczki studenckiej. Książki spakowane w tych pudłach zaczęły mnie napawać odrazą i nabrałam pewności, że pomysł studiowania na Cambridge był tylko szalonym wyskokiem zniecierpliwionej, bezrobotnej absolwentki uniwersytetu.

Poza tym skoro James miał pewną pracę, właściwym posunięciem – dojrzałym posunięciem! – było siedzenie w Cincinnati z moim nowym mężem w naszym nowym domu.

Ku radości Jamesa, przyjęłam propozycję pracy na rodzinnej farmie. A Brontë, Dickens i inni autorzy, których uwielbiałam przez tyle lat, pozostali w pudłach ukrytych w najdalszym kącie piwnicy, nieotwieranych i w końcu zapomnianych.

W zaciemnionym pubie pociągnęłam solidny haust piwa. To istny cud, że James w ogóle zgodził się na wyjazd do Londynu. Kiedy zastanawialiśmy się, dokąd pojedziemy na rocznicę, od razu powiedział, co go kręci: ośrodek nad brzegiem morza na Wyspach Dziewiczych, gdzie mógłby całymi dniami obijać się i drzemać obok pustej szklaneczki po koktajlu. Tyle że urlop w oparach daiquiri przerabialiśmy w ostatnie święta Bożego Narodzenia, dlatego ubłagałam go, żeby się zgodził na coś innego, na przykład Anglię albo Irlandię. Ostatecznie wyraził zgodę na Londyn, pod warunkiem, że nie będziemy tracili czasu na akademickie bzdury, jak pracownia konserwacji starodruków, o której niebacznie wspomniałam. Oznajmił, że mi ustępuje, bo wie, że kiedyś marzyłam o wycieczce do Anglii.

Tyle że zaledwie kilka dni temu zniweczył to moje marzenie tak łatwo, jakby strzaskał w dłoni kryształowy kieliszek do szampana.

Autorka stworzyła historię, którą polubi każda kobieta! Nie jest to romans, gdzie można przeżywać miłosne wzloty. Jest to zupełnie inny rodzaj literatury, myślę że obyczaj połączmy z elementami dramatu a czasem i thrilleru.
Dotąd nie spotkałam się z taką fabułą, może troszkę feministyczną, natomiast w jakiś sposób ważną dla wielu kobiet. Sposób w jaki historia została przedstawiona również zachwyca. (...)

Zdrada, przemoc to tylko jedne z tych podstawowych kwestii tutaj poruszonych. Głównym założeniem książki, właśnie w mojej ocenie było pokazanie siły kobiet. To jak razem potrafią walczyć ale i się zjednoczyć.
Było to tutaj pięknie ukazane, choć początkowo relacje te nie były wcale łatwe.

Zaginiona apteka to chyba największe zaskoczenie tego roku! Nie podejrzewałam jak bardzo wciągnę się w historię aptekarki.

Dawno tak bardzo nie przeżywałam żadnej historii. Nie mogłam się oderwać. Dzięki dwóm liniom czasowym wiemy, co działo się w przeszłości. Jednak autorka tak umiejętne wplata w historię ogrom emocji, że czułam się jakby Nellie była moją bardzo dobrą znajomą.
Nie spodziewałam się takiego zakończenia i zdecydowanie jestem zadowolona z takiego obrotu spraw.

Zaginiona apteka to niezwykle barwny i udany debiut, który idealnie sprawdzi się jako towarzysz długiej podróży. Sarah Penner opisuje skomplikowaną i pełną wątpliwości na tle moralnym historię związaną z truciznami, kobiecymi uczuciami, ale także zemstami. Nella wraz z Elizą oprowadzą Was po XVIII-wiecznym Londynie, natomiast Caroline odkryje współczesną wersję tego niezwykłego miasta. Czy świat pozna prawdę o trucicielce?

„Zaginiona apteka” to powieść napisana przyjemnym językiem poruszająca trudne tematy. Opowiada o kobietach. O ich bólu, cierpieniu i zagubieniu, a także determinacji i odnajdywaniu w sobie pokładów siły. Książka o destrukcyjnej pogoni za zemstą, a także nadziei i kobiecej solidarności. Autorka z łatwością wciągnęła mnie w świat Nelli i Elizy, których losy śledziłam z ogromnym zainteresowaniem. Uważam, że to książka warta przeczytania.

"Zaginiona apteka" trzyma w napięciu, jest pełna niezapomnianych i intrygujących postaci o których ciężko zapomnieć. Jednak postacie Nelli i Elizy są naprawdę warte uwagi i poznania bliżej. Są pełne tajemnic i wewnętrznego mroku i uroku.
Ta historia opowiada też o tym jak kobiety mimo bariery czasu, statutu społecznego potrafią się chronić.
Jestem zauroczona tą historią. Piękna i magiczna powieść o sile, wsparciu i oddaniu. Polecam każdemu.

"Zaginiona apteka" to trzymająca w napięciu, pasjonująca i pełna niezapomnianych postaci powieść o zemście i o tym, w jak niezwykły sposób kobiety potrafią się nawzajem ratować, pomimo dzielącej je bariery czasu.

Ta historia jest niesamowicie ożywcza! Okej - tempo akcji jest dosyć powolne, ale to właśnie sprawia, że fabuła jest tak bardzo ekscytująca. Tajemnicza. I przeraźliwie wręcz intrygująca.

Gdy tylko zobaczyłam szatę graficzną tej powieści, wiedziałam, że muszę ją mieć w swojej biblioteczce. A gdy przeczytałam jej opis - byłam już tego stuprocentowo pewna. Ani przez chwilę się nie nudziłam w trakcie jej lektury - wręcz przeciwnie - brnęlam coraz głębiej i coraz dalej w gęsty i wciągający nurt tej opowieści. Przez cały czas towarzyszyło mi ogromne napięcie i wprost nie mogłam się doczekać, kiedy poznam rozwiązanie wszystkich tajemnic bohaterów. (...)

'Zaginiona apteka' to mieszanka historycznej fantazji z historyczną tajemnicą, ale posiada w sobie pierwiastki cudowności i magiczności. Czytanie tej książki to była przepysznie smakowita uczta!

Właśnie skończyłam "Zaginioną aptekę" Sarah Panner i muszę przyznać, że książka była lepsza niż się spodziewałam. Miałam ochotę na coś lekkiego i relaksującego, tymczasem w gratisie dostałam lekturę wciągającą, klimatyczną z ciekawymi, nietuzinkowymi bohaterami oraz klimatem Anglii współczesnej i wiktoriańskiej - bo akcja książki dzieje się na dwóch płaszczyznach czasowych. Fabuła kręci się wokół tajemnicy XVIlI wiecznej apteki, ukrytej dla mężczyzn, przez kobiety znanej tylko dzięki metodzie szeptanej, oferującej kobietom remedia rozwiązujące ich problemy.

Sarah Penner ma lekkie pióro i zadatki na dobrą autorkę. Nie gubi się w narracji, nie ma nagłych przeskoków czasowych, które wytrącają z rytmu czytania, bohaterowie nie zlewają się w całość. Ta powieść wchodzi idealnie podczas wygrzewania się na plaży (piszę z własnego doświadczenia).

Jestem w stanie przymknąć oko na pewne niedociągnięcia, bo to literacki debiut. Widać, że autorka włożyła w niego sporo serca i pracy i to bardzo doceniam. Trzymam za nią kciuki i mam nadzieję, że jeszcze mnie zaskoczy swoją powieścią.

Odkryłam przyjemną i ciekawą przygodę czytelniczą, otuloną pięknym magicznym klimatem, oddziałującą na wyobraźnię, przywołującą różnorodne emocje. Przekonująco oddane postaci, wyraziste portrety, brakowało im nieco głębi, ale przemawiały do mnie, sympatyzowałam z nimi, kibicowałam w losowych zawirowaniach. Debiutancka powieść obyczajowa nie uniknęła niedociągnięć, jednakże stworzyła atrakcyjną atmosferę. Zmysłowo prowadziła przez świat ludzkich ułomności, jednocześnie odwoływała się do właściwości roślin i zwierząt. Natura może pomóc człowiekowi, ale też zaszkodzić, wszystko zależy od wiedzy i zamierzeń przygotowującego mikstury. "Wszystko jest trucizną, decyduje tylko dawka", słowa przypisywane Paracelsusowi, ojcu medycyny nowożytnej, dobrze oddawały ducha książki. Wyśmienicie komponowało się także "Niebo nie zna wściekłości takiej, jak miłość w nienawiść zmieniona, ni piekło nie zna furii takiej jak kobieta wzgardzona" Williama Congrevego.

„Zaginiona apteka” Sarah Penner to świetna książka dla miłośników historii, tajemnych receptur i sekretów. Dwuwątkowa powieść łącząca dwie pozornie niezwiązane ze sobą kobiety. Powieść ukazująca, jak przypadek może zaważyć na losie wielu osób. Jak jedno niepozorne odkrycie może odmienić życie. Polecam ogromnie.

Pod względem klimatu i towarzyszącego czytelnikowi nieustannego dreszczyku emocji powieść Sarah Penner to istne mistrzostwo. Łatwo zatopić się w jej lekturze na nieprzerwane godziny, mimo że pościgów i wybuchów raczej w niej uświadczymy (co wcale nie znaczy, że książce nie uda się nas zaskoczyć!), dlatego myślę, że warto dać jej szansę, nawet jeśli nie jest się fanatykiem historii czy zielarstwa.

"Zaginiona apteka" powolnie prowadzi nas od jednego szczegółu do drugiego, ale ta leniwa akcja wcale nie jest minusem dla tej historii. Wręcz przeciwnie, mamy bowiem czas, by bliżej przyjrzeć się rozgrywanym wydarzeniom oraz poznać dokładnie wszystkie postacie. Otrzymujemy szansę przespacerowania się po dawnym Londynie, wdychamy wyjątkowy klimat oraz obserwujemy problemy kobiet z różnych epok. Zabrakło mi pazura, przytupu, nieoczekiwanego zwrotu akcji, ale i tak jestem bardzo zadowolona z lektury, która intryguje od pierwszej do ostatniej strony.

„Zaginiona apteka” to powieść nie dla wszystkich i to wcale nie dlatego, że jest w niej coś, co mogłoby komuś nie przypaść do gustu. To książka napisana przez kobietę, o kobietach i dla kobiet. To właśnie im bym ją polecała. Nawet jeżeli nie do końca przepadają za aptecznymi klimatami, wątkiem historycznym czy literaturą obyczajową. Powieść Penner ma w sobie coś takiego, że pod jakimś względem powinna zainteresować każdą z pań, bez względu na wiek i gusty czytelnicze. Już dawno nie czytałam książki w tym stylu, ale „Zaginiona apteka” rozbudziła mój apetyt na więcej. Liczę na to, że już niebawem doczekamy się kolejnej propozycji tej autorki.

Trochę jest baśniowo, co miejscami przynosi ukojenie, trochę bywa dramatycznie, co czytelnika szczególnie wciąga w klimat. Przyjemnie napisana, ładną, spokojną narracją. 
To debiut i myślę, że jest potencjał na fajne kobiece lektury. Autorka lubi poszperać, dotrzeć do źródeł, więc tym bardziej jestem na tak. 
Dla spragnionych zmian w swoim życiu, na końcu książki, przewodnik po aptecznych truciznach i kilka przepisów.

Pod względem klimatu i towarzyszącego czytelnikowi nieustannego dreszczyku emocji powieść Sarah Penner to istne mistrzostwo. Łatwo zatopić się w jej lekturze na nieprzerwane godziny, mimo że pościgów i wybuchów raczej w niej uświadczymy (co wcale nie znaczy, że książce nie uda się nas zaskoczyć!), dlatego myślę, że warto dać jej szansę, nawet jeśli nie jest się fanatykiem historii czy zielarstwa.

Prawdę mówiąc, nie sądziłam, że tym razem za ładną okładką książki, intrygującym tytułem, kryje się naprawdę ciekawa, nieco mroczna, acz nadal wciągająca treść.

"Zaginiona apteka" to powieść podzielona na dwie historie, które dzieli szmat czasu, ale dochodzi do ich powiązania. 
Pierwsza historia opowiada o czterdziestoletniej kobiecie, która podejmuje się nietypowej misji ratowania kobiet doświadczających wszelkiego rodzaju przemocy czy zdrady ukochanego. Niegdyś Nella, główna bohaterka, sama została dotkliwie naznaczona przez życie, a rękę ku jej upadkowi przyłożył jej, jak się jej wówczas zdawało, ukochany mężczyzna, którego jedynego dopuściła do poznania tajników pracy. 
Nella pracuje w ukrytej aptece w osiemnastowiecznym Londynie. Kobieta naraża swoje życie, bowiem sporządzane przez nią niewinne trucizny, umożliwiają zmaltretowanym klientkom pozbycia się uciążliwego problemu. Zaś kara za wykonywanie tych nietypowych usług była bezlitośnie najwyższa i groziło to śmiercią. 
Mimo ostrożności aptekarki, ta wpada, tak czy siak, w tarapaty, a jej los oraz jej dziedzictwa stoją pod znakiem zapytania. Jedna niewłaściwa decyzja pociąga za sobą dalsze konsekwencje..

Druga historia obraca się w czasach współczesnych, a główną bohaterką jest Caroline Parcewell, która spędza samotnie dziesiątą rocznicę ślubu w Londynie, uciekając przed konfrontacją z małżonkiem. 
Na co dzień Caroline nie prowadzi ekscytującego życia, właściwie poniewczasie uświadamia sobie, jak bardzo jest sama ze sobą nieszczęśliwa, a wszystkie jej życiowe decyzje w gruncie rzeczy były podporządkowane dobrej woli jej męża. Obecnie Caroline jest dotkliwie zraniona i potrzebuje odskoczni. Pobyt w Londynie pozwala jej wydobyć na wierzch emocje i zakurzone marzenia, które przed laty przykryła codzienność i obowiązki. Podczas tych kilku dni kobieta przekonuje się, jak bardzo ważne są dla niej niezrealizowane pragnienia. Przypadkowe odnalezienie flakonika z wygrawerowanym niedźwiedziem w Tamizie okazuje się początkiem poszukiwań w przeszłości dawnej aptekarki, która miała wiele do ukrycia. W międzyczasie Caroline spotkało wiele zawirowań..

Fabuła powieści w moim odczuciu zalatuje mieszanką historii "Bridget Jones"- Helen Fielding, "Love, Rosie"- Cecelia Ahern, a nawet lekko zawiewa znanymi powieściami kryminalnymi autorstwa Dana Browna. Myślę, że to jest dość ciekawy miks fabularny, mimo że treść sama w sobie nie odbiega od typowych obyczajówek, w których główna postać, najczęściej kobieca, zraniona i doświadczona wyrusza w podróż celem poznania prawdziwej siebie i odkrycia nieznanych jej ścieżek przeznaczenia.
Smaczku w tej powieści dodaje właśnie ta część dotycząca Nelii, aptekarki, która ryzykowała swoje życie przez długie lata, aby w dość niecodzienny i niebezpieczny sposób zsolidaryzować się z losem innych zranionych przez mężczyzn kobiet. Dla Nelli jej praca była wartością nadrzędną i chociaż strach bywał tym większy, kiedy jakiś mężczyzna zbliżał się do wejścia apteki, tym kobieta uważała, że czyni właściwie.
Zaś w części, która opisuje przygody Caroline po londyńskich zaułkach, ujęła mnie najbardziej przemiana głównej bohaterki. Mimo dotkliwego zranienia przez męża kobieta nie pozwoliła się złamać, a wręcz nabrała w sobie sił, wewnętrznej odwagi, aby zmierzyć się z tym wszystkim, co ją spotkało, pozwalając dzięki historii odkrycia osiemnastowiecznej apteki, na zrozumienie, jak ważne jest podążanie za głosem intuicji, za tym, co podpowiada serce.

"Zaginiona apteka" to opowieść nie tylko o kreatywnych metodach zemsty na sprzeniewierzonych mężczyznach, ale przede wszystkim o tym, jak w niezwykły sposób kobiety potrafią się zsolidaryzować, wzajemnie pomagać, a czas i minione lata pokazują tylko, jaką ogromną moc i odwagę mają w sobie kobiety.

Głównym przesłaniem „Zaginionej apteki” Sarah Penner jest wiara w marzenia, a nie dopasowywanie się do oczekiwań innych ludzi oraz to, iż każdy ma prawo obrać własną drogę w życiu, gdyż tylko wtedy może być szczęśliwy. Powieść sama w sobie jest niepowtarzalna i zasługuje na wysoką ocenę, lecz jedynym jej minusem jest mocno rozciągnięta w czasie fabuła, która dla niektórych czytelników, na przykład fanów kryminałów i powieści akcji, może być niewystarczająco porywająca. Mimo to jest to świetny debiut, który mogę polecić wszystkim fanom literatury obyczajowej, jak i historycznej, którzy uwielbiają fabułę pełną intryg, zagadek i zawiłych relacji międzyludzkich.

Książka Zaginiona apteka”, autorstwa Sarah Penner, to jedna z najlepszych powieści po jakie ostatnio sięgnęłam. W opublikowanej nakładem HarperCollins powieści znajdziemy wszystko, co powinna mieć dobra książka. Przede wszystkim wielkie emocje, ale też i doskonale zarysowanych bohaterów i wartką akcję, która nie pozwala nawet na chwilową dekoncentrację. To sprawia, że po książkę, łączącą przeszłość z teraźniejszością, sięgnąć mogą nie tylko miłośnicy starych historii, ale również książek z dreszczykiem.

Coś innego - tak bym tę książkę opisała.
Świetna historia o kobietach, lecz nie tylko dla kobiet, z wartościową i intrygującą fabułą oraz silnymi i odważnymi bohaterkami.
Powieść toczy się dwutorowo: z jednej strony mamy osiemnastowieczny Londyn i aptekarkę-trucicielkę, z drugiej współczesność i młodą kobietę, której zawalił się świat, przez co nieoczekiwanie odkryła drzwi do świata tajemnic z przeszłości...

Jestem bardzo pozytywnie zaskoczona tą historią! "Zaginiona apteka" okazała się czymś innym, urokliwym i cudownym w swej prostocie, a do tego z solidnym przekazem i dużą dawką kobiecej przyjaźni. Świetnie się czyta, a przeskoki narracji przyjemnie podkręcają akcję, przez co trudno się od niej oderwać. Z motywem tajemniczej apteki i trucicielki jeszcze się nie spotkałam, dlatego w moim odczucia książka wypada bardzo świeżo i intrygująco. Szczególnie podobały mi się rozdziały z przeszłości, ale w pewnym momencie teraźniejszość wyrównała poziom i finalnie zostałam urzeczona.

"Zaginiona apteka" to póki co jedna z ciekawszych lektur tego roku. Oby więcej takich zacnych historii, napisanych tak klimatycznie i tak wciągająco. Sięgajcie i czytajcie!

Do książki podeszłam, ponieważ bardzo zainteresował mnie opis. Przyciągnęła mnie również okładka. Wręcz nie mogłam doczekać się aż będę mogła ją przeczytać. Było to moje pierwsze spotkanie z autorką. Napisana jest prostym i przyjemnym językiem, dlatego czyta się ją płynnie. Akcja osadzona jest w przeszłości i teraźniejszości, dzięki czemu możemy poznać lepiej tę historię. Uwielbiam takie rozgrywanie fabuły. Nie pogubiłam się w niej ani razu. Byłam tak zainteresowana tym tematem, ponieważ mamy do czynienia z bohaterką, która skutecznie pomaga pozbyć się dręczycieli. Byłam pod wielkim wrażeniem tego, co zawarła w tej książce autorka. Jest ona przepełniona emocjami, które towarzysza nam cały czas. Przez nią całą czułam przerażenie, ale też ekscytacje.

Ta książka była niesamowita. Czytałam ją z zapartym tchem, nie mogąc się doczekać, tego co odkryją przede mną kolejne strony. Dodatkowo warto wspomnieć, że na kartach omawianej lektury zawarto trzy przepisy (nie zawierające trucizn) – na napój, balsam na ukąszenia i ciasteczka. 

Z pewnością w przyszłości sięgnę po kolejne powieści autorki, a “Zaginioną aptekę” polecam wszystkim, którzy lubią opowieści z ciekawą akcją oraz odrobiną magii. 

Z niebywałym zainteresowaniem zagłębiłam się w tę historię. Bardzo podoba mi się prowadzenie akcji na dwóch liniach fabularnych, dlatego cieszę się, że tutaj też tego doświadczyłam. Sarah Penner zabiera nas w magiczny świat, w którym aptekarka dzięki odpowiedniej wiedzy mogła odbierać komuś życie. Jednocześnie poznajemy Caroline, której nie układa się w małżeństwie i dzięki tajemniczemu flakonowi coś może się zmienić. Po książce się wręcz płynie. Sarah Penner urywa rozdziały w najciekawszych momentach, pisząc dwie linie czasowe. Jest to jedna z tych książek, z którymi można miło spędzić czas w wolny dzień. 

Napisz swoją opinię i oceń książkę

Przedstaw się



Twoja ocena


WYŚLIJ

@nataliicodziennosc
2021-06-08

Trzy kobiety. Dwie z nich żyją w Londynie, u schyłku XVIII w. Jedna to współczesna nam Amerykanka. Mężczyźni w książce są "przy okazji" i nic dobrego pań z ich strony nie spotyka, wręcz przeciwnie. Miejsce, które je połączy to tajemnicza apteka w jednej z londyńskich uliczek. Kobiety liczą, że za sprawą magicznych receptur ich zły los się odmieni. Wprawdzie nie każdej przynosi ukojenie, ...