Thriller / Sensacja / Kryminał
Milcząca żona
27,99 zł
27,99
KUP TERAZ

Milcząca żona

brak opinii
Liczba stron: 528
ISBN: 9788327654885
Premiera: 2020-10-14

Obserwuje.
Czeka.
Atakuje.
Która będzie następna?

PRAGNĄŁ TYLKO MIŁOŚCI…

Prowadząc śledztwo w sprawie zabójstwa, do jakiego doszło podczas zamieszek w więzieniu stanowym, śledczy Will Trent otrzymuje niepokojącą informację. Jeden z osadzonych twierdzi, że nie jest winny brutalnego przestępstwa, o które go oskarżono. Uważa, że został wrobiony przez skorumpowanych przedstawicieli organów ścigania, a rzeczywisty sprawca – seryjny zabójca kobiet – nadal jest na wolności. Osadzony stawia warunek: jeśli Will wznowi śledztwo w jego sprawie, on dostarczy GBI informacji koniecznej do rozwikłania sprawy zabójstwa w więzieniu.
Zaledwie kilka dni wcześniej kolejna młoda kobieta padła ofiarą bestialskiego mordu w parku narodowym na północy Georgii. To przypadek czy dzieło seryjnego zabójcy?
W miarę jak Will Trent bada okoliczności obu przestępstw, coraz wyraźniej dostrzega, że musi wrócić do starej sprawy, by znaleźć odpowiedź. Minęło prawie dziesięć lat – wspomnienia zdążyły ulecieć, świadkowie zapadli się pod ziemię, dowody zniknęły, a kłamstwa stały się prawdą. Will nie zdoła jednak wyjaśnić tej tajemnicy bez pomocy jedynej osoby, której nie chce w to wikłać: swojej dziewczyny, lekarki sądowej Sary Linton.
Kiedy przeszłość zderza się z teraźniejszością, Will uświadamia sobie, że może stracić wszystko, na czym mu zależy.

Karin Slaughter

Karin Slaughter to autorka thrillerów i kryminałów, które uzyskały status międzynarodowych bestsellerów i ukazały się w nakładzie ponad 35 milionów egzemplarzy. Poprzez swoje powieści walczy o prawo do głośnego mówienia o przemocy, której ofiarą każdego dnia padają tysiące kobiet na świecie.

PROLOG

Beckey Caterino wpatrywała się w najdalsze zakątki studenckiej lodówki. Z narastającą irytacją omiatała wzrokiem etykietki w poszukiwaniu swoich inicjałów na czymkolwiek: opakowaniu serka wiejskiego, gotowym daniu, bajglu, wegańskim hot dogu czy choćby kawałku marchewki.
KP, Kayleigh Pierce. DL, Deneshia Lachland. VS, Vanessa Sutter.
– Suki. – Energicznie zatrzasnęła drzwi lodówki, aż zabrzęczały butelki piwa. Poczęstowała kopniakiem najbliższą rzecz, jaka jej się nawinęła. Tak się złożyło, że był to kosz na śmieci.
Ze środka wypadły puste kubeczki po jogurcie. Po ziemi potoczyły się zmięte torebki po niskotłuszczowym popcornie. Zgniecione butelki po dietetycznej coli. Wszystko podpisane permanentnym markerem, oznaczone dwiema literkami.
BC.
Beckey patrzyła na puste opakowania po jedzeniu, które kupiła za swoje skromne środki. Wszystko wyżarły jej koszmarne współlokatorki, podczas gdy ona siedziała całą noc w bibliotece, przygotowując pracę semestralną, która miała jej zapewnić pięćdziesiąt procent końcowej oceny z chemii organicznej. O siódmej rano czekały ją konsultacje z wykładowczynią. Miała zyskać pewność, że idzie w słusznym kierunku.
Spojrzała na zegarek.
Godzina 4:57.
– Przeklęte suki! – wrzasnęła w stronę sufitu. Zapaliła wszystkie światła, a bosymi stopami niemal wypaliła ślady na wykładzinie w korytarzu. Była wykończona, ledwo utrzymywała równowagę. Torebka czipsów doritos i dwie olbrzymie cynamonowe bułeczki z automatu zamieniły się w żołądku w stwardniały beton. Jedyne, co wyciągnęło ją z biblioteki o tej porze do akademika, to obietnica normalnego posiłku.
– Wstawaj, złodziejko! – Walnęła pięścią w drzwi Kayleigh tak mocno, że otworzyły się szeroko.
W pokoju wisiał dym palonej trawki. Kayleigh wyjrzała spod kołdry, a leżący obok niej facet przewrócił się na bok.
Markus Powell. Chłopak Vanessy.
– Cholera! – Kayleigh wyskoczyła z łóżka. Była całkiem naga, jeśli nie liczyć skarpetki na lewej nodze.
Beckey waliła pięściami w ściany w drodze do swojej sypialni. Najmniejszej sypialni, którą zajęła z własnej woli, ponieważ nie umiała stanąć okoniem wobec trzech swoich rówieśnic dysponujących o wiele zasobniejszymi kontami.
– Nie możesz powiedzieć o tym Nessie! – Wciąż naga Kayleigh biegła za nią. – To nic nie znaczyło, Beck. Urżnęliśmy się i…
„Urżnęliśmy się i…”.
Każda idiotyczna historyjka, którą opowiadały te wredne pindy, zaczynała się od tych trzech słów. Kiedy Vanessa została przyłapana na robieniu laski chłopakowi Deneshii. Kiedy brat Kayleigh nasikał w garderobie. Kiedy Deneshia „pożyczyła” od niej majtki. Zawsze były pijane, ujarane albo bzykały się z kim popadnie, ponieważ to nie był college, to był Dom Wielkiego Brata, z którego nie można cię wywalić na bruk i w którym każdy łapie rzeżączkę.
– Beck, wyluzuj. – Kayleigh pocierała się po nagich ramionach. – Ona i tak chciała z nim zerwać.
Beckey mogła albo zacząć wrzeszczeć na całe gardło, albo wypaść stąd jak oparzona.
– Beck…
– Idę pobiegać. – Otworzyła szufladę, by znaleźć skarpetki, ale wszystkie były nie do pary. Oczywiście. Jej ulubiony sportowy stanik leżał pod łóżkiem. Wyjęła z kosza brudne szorty do biegania, włożyła dwie różne skarpetki, jedną z dziurą na pięcie, ale perspektywa nabawienia się pęcherza mniej ją dołowała, niż gdyby miała tu zostać i szaleć w ataku wściekłości na wszystko i wszystkich.
– Beckey, nie bądź taką jędzą. Ranisz moje uczucia.
Beckey zignorowała te jęki. Owinęła słuchawki wokół szyi, dziwiąc się, że jej iPod leżał dokładnie tam, gdzie powinien. Kayleigh była dyżurną męczennicą w akademiku, wszystkie występki popełniała w imię wyższego dobra. Spała z Markusem, ponieważ Vanessa złamała mu serce. Spisała wyniki testu od Deneshii tylko dlatego, że jej matka byłaby zrozpaczona, gdyby córka zawaliła kolejny rok. Wyżarła Beckey makaron z serem, ponieważ jej ojciec martwił się, że jest za chuda.
– Beck… – zmieniła strategię. – Dlaczego nie chcesz ze mną rozmawiać? O co ci chodzi?
Beckey już się zbierała, by jej to wyjaśnić, gdy nagle jej wzrok padł na szafkę nocną, gdzie zawsze kładła spinkę do włosów. Teraz jej nie było.
Poczuła, że uchodzi z niej powietrze.
Kayleigh uniosła ręce w geście sugerującym niewinność.
– Ja jej nie wzięłam.
Na chwilę Beckey poraził widok idealnie okrągłych otoczek jej piersi, które spoglądały na nią niczym druga para oczu.
– No dobrze, stara, wyjadłam twoje gówniane żarcie z lodówki, ale nigdy nie tknęłabym twojej spinki. Wiesz o tym.
Beckey poczuła, że w jej piersi otwiera się czarna dziura. Spinka była zrobiona z taniego plastiku, kupuje się takie w zwykłych drogeriach, ale dla niej znaczyła więcej niż cokolwiek innego na świecie, ponieważ była ostatnią rzeczą, jaką dała jej mama, zanim wsiadła do auta, ruszyła do pracy i zginęła przez pijanego kierowcę, który jechał pod prąd na drodze międzystanowej.
– Ej, Blair i Dorota, intrygujcie ciszej. – W drzwiach swojej sypialni stanęła Vanessa. Była spuchnięta od snu, oczy miała jak szparki. Omiotła wzrokiem nagą Kayleigh i zwróciła się do Beckey: – Dziewczyno, nie możesz biegać w porze gwałtów.
Zostawiając za plecami zołzy, ruszyła przed siebie. Korytarz, kuchnia, salon. Wypadła za drzwi na kolejny korytarz. Potem trzy piętra w dół i przez główny pokój rekreacyjny do szklanych drzwi frontowych, które otwierało się kartą magnetyczną, żeby wejść do środka, ale chrzanić to. Musiała uciec od tych trzech potworów. Jak najdalej od ich codziennej wrogości. Od ich kąśliwości, sterczących cycków i taksujących spojrzeń.
Krople rosy osiadały jej na nogach, gdy przecinała trawiasty dziedziniec kampusu. Przeskoczyła betonową barierkę i wbiegła na główną drogę. Powietrze było jeszcze chłodne. Jedna po drugiej gasły latarnie uliczne. Wstawał świt. Drzewa spowijał jeszcze cień. Usłyszała czyjś kaszel w oddali. Wzdrygnęła się nagle.
Pora gwałtów.
Jakby je obchodziło, czy zostanie zgwałcona. Jakby się przejmowały, że ledwo wystarcza jej pieniędzy na jedzenie, że musi pracować więcej od nich, uczyć się więcej, biegać więcej, lecz zawsze, bez względu na to, jak bardzo się starała, i tak lądowała dwa kroki od miejsca, które było dla reszty punktem wyjścia.
Blair i Dorota.
Popularna dziewczyna i wierna pulchna pokojówka z Plotkary. Nietrudno zgadnąć, której z nich przypisano czyją rolę.
Włożyła słuchawki. Wcisnęła PLAY na iPodzie przyczepionym do poły bluzy. Zaczął raper Flo Rida.
Can you blow my whistle baby, whistle baby… .
Jej stopy uderzały w ziemię w tempie zgodnym z rytmem piosenki. Minęła frontową bramę, która oddzielała kampus od smutnego małego centrum. Nie było tu barów ani innych miejsc spotkań dla studentów, ponieważ uniwersytet mieścił się w hrabstwie, w którym sprzedaż alkoholu była zakazana. Tata twierdził, że przypomina serialowe Mayberry, tyle że jest bardziej białe i nudne. Sklep żelazny. Przychodnia dla dzieci. Komisariat. Sklep odzieżowy. Starszy mężczyzna, właściciel bistra, polewał chodnik szlauchem. Słońce wznosiło się ponad czubki drzew, przesycając wszystko niesamowitą pomarańczowoczerwoną poświatą. Na widok Beckey mężczyzna uchylił bejsbolówki w geście powitania. Potknęła się na szczelinie w asfalcie, ale złapała równowagę. Patrzyła prosto przed siebie, udając, że nie widzi, jak mężczyzna rzuca szlauch i rusza jej z pomocą, ponieważ myśli Beckey krążyły wokół prawdy, że wszyscy ludzie na świecie to dupki, a jej życie jest beznadziejne.
– Beckey – powiedziała jej mama, wyjmując z torebki plastikową spinkę do włosów – tym razem mówię serio. Masz mi ją oddać.
Spinka do włosów. Dwa grzebienie połączone zawiasami z jednym ułamanym zębem, cętkowane jak kot. Julia Stiles nosiła taką w Zakochanej złośnicy. Beckey oglądała to z mamą setki razy, ponieważ był jednym z nielicznych filmów, które obie uwielbiały.
Kayleigh nie ukradłaby spinki z nocnego stolika. Była bezduszną zołzą, ale wiedziała, ile ta rzecz znaczy dla Beckey. Pewnego wieczoru nawaliły się i Beckey opowiedziała jej całą historię. Że była na lekcji angielskiego, kiedy dyrektor przyszedł po nią do klasy. Że na korytarzu czekała na nią policjantka, a ona przeraziła się na jej widok, bo nigdy wcześniej nie miała kłopotów, ale okazało się, że chodzi o coś innego. Gdzieś w głębi duszy czuła, że stało się coś strasznego, ponieważ kiedy policjantka zaczęła mówić, słyszała tylko niektóre słowa, jakby rozmawiały przez telefon, a na linii były zakłócenia.
Matka… droga międzystanowa… pijany kierowca…
Odruchowo sięgnęła wtedy po spinkę we włosach. To była ostatnia rzecz, jakiej dotknęła mama przed wyjściem z domu. Poluzowała ją, przeczesała palcami włosy, by ją strząsnąć. Ścisnęła w dłoni plastikową spinkę tak mocno, że złamała jeden z ząbków. Pomyślała wtedy, że mama ją zabije. „Masz mi ją oddać”. Ale potem dotarło do niej, że mama nie może jej zabić, ponieważ sama nie żyje.
Zbliżając się do końca Main Street, otarła łzy. W lewo czy w prawo? W stronę jeziora, gdzie mieszkali profesorowie i zamożni ludzie, czy w stronę niewielkich parceli z dużymi przyczepami kempingowymi i skromnymi domkami?
Skręciła w prawo, oddalając się od jeziora. W iPodzie Flo Rida ustąpił miejsca Nicki Minaj. Żołądek Beckey trawił czipsy kukurydziane i bułeczki cynamonowe, jego zawartość raz po raz podchodziła jej do gardła. Wyłączyła muzykę, słuchawki opadły na szyję, a palące płuca sygnalizowały, że zaraz odmówią posłuszeństwa. Zignorowała te sygnały. Łapała powietrze otwartymi ustami, oczy ją szczypały na wspomnienie, jak siedziały z mamą na kanapie, chrupały niskokaloryczny popcorn i śpiewały z Heathem Ledgerem Can’t Take My Eyes Off You .
You’re just too good to be true…
Beckey przyspieszyła. W tej smutnej dzielnicy w powietrzu wisiał zapach stęchlizny. Nazwy ulic odnosiły się do śniadaniowych potraw. SW Omelet Road. Hashbrown Way. Dziwne, ulica Omletowa czy Plackowa? Nigdy nie chodziła w tym kierunku, zwłaszcza o tej godzinie. Pomarańczowoczerwone światło przeszło w brudny brąz. Na ulicy stały zdezelowane furgonetki i stare auta. Z domów obłaziła farba. Wiele okien było zabitych deskami. Poczuła palący ból pięty. A to niespodzianka. Przez dziurawą skarpetkę robił się pęcherz. Przypomniała sobie, jak Kayleigh wyskakiwała z łóżka w samej skarpetce. Jej skarpetce.
Zwolniła kroku. Po chwili stanęła na środku ulicy. Oparła ręce na kolanach i pochyliła się, by złapać oddech. Czuła tysiące igieł w stopie, jakby żądlił ją szerszeń uwięziony w bucie. Nie zdoła wrócić na kampus bez zdarcia pięty, a o siódmej rano miała spotkanie z doktor Adams w sprawie pracy semestralnej. Nie wiedziała, która godzina, ale wiedziała jedno: doktor Adams będzie zła, jeśli się nie zjawi. To nie liceum. Wykładowcy mogli dać nieźle popalić studentowi, który marnował ich czas.
Kayleigh musi po nią przyjechać. Była żałosna, ale nigdy nie odmawiała, gdy wzywano ją na ratunek, nawet jeśli chodziło tylko o jej zamiłowanie do dramatyzowania. Beckey sięgnęła do kieszeni, ale w tej samej chwili pamięć podsunęła jej inny obrazek: w bibliotece chowa telefon do plecaka, a po powrocie do akademika upuszcza plecak na podłogę w kuchni.
Była bez telefonu. Nie mogła wezwać Kayleigh na pomoc.
Słońce stało już wyżej nad drzewami, ale Beckey czuła osaczający ją mrok. Nikt nie wiedział, gdzie jest. Nikt nie czekał na jej powrót. Znalazła się w nieznanej okolicy. Nieznanej złej okolicy. Zapukanie do czyichś drzwi i prośba o skorzystanie z telefonu wyglądałoby jak początek telewizyjnego programu kryminalnego. Beckey niemal słyszała w uszach głos narratora:
– Współlokatorki Beckey pomyślały, że potrzebuje czasu, by się uspokoić. Doktor Adams założyła, że Beckey nie przyszła na umówiony termin, ponieważ nie dokończyła pisemnej pracy. Nikt nie przypuszczał, że wściekła studentka pierwszego roku zapukała do drzwi gwałciciela kanibala…
Gryzący odór zgnilizny przywrócił ją do rzeczywistości. Na skrzyżowanie u wylotu ulicy wjechała śmieciarka i zatrzymała się ze zgrzytem hamulców. Z tyłu zeskoczył mężczyzna w kombinezonie, przetoczył kubeł w stronę śmieciarki i umieścił go na podnośniku. Beckey patrzyła, jak zawartość kubła wpada do kontenera, a w środku uruchamia się system zgniatania śmieci. Facet w kombinezonie nawet nie spojrzał w jej kierunku, ale Beckey nagle poczuła, że jest obserwowana.
Pora gwałtów…
Odwróciła się, próbując przypomnieć sobie, czy skręciła tu w prawo, czy w lewo. Nie widziała znaku z nazwą ulicy. Wrażenie, że jest obserwowana, jeszcze się spotęgowało. Omiotła spojrzeniem domy, wnętrza furgonetek i aut osobowych. Nie napotkała niczyjego wzroku. W oknach nie poruszyła się żadna kotara. Żaden gwałciciel kanibal nie stanął w progu, oferując jej pomoc.
Mózg skłonił ją do tego, czego kobiety nie powinny robić: zbeształ za panikowanie, stłumił wewnętrzne przeczucie, kazał pchać się w sytuację budzącą strach, zamiast natychmiast uciekać.
Beckey rozważała argumenty za i przeciw:
Zejdź ze środka ulicy. Trzymaj się blisko domów, ponieważ są w nich ludzie. Krzycz wniebogłosy, jeśli ktoś się zbliży. Wracaj do kampusu, bo tam będziesz bezpieczna.
Dobre rady, tylko gdzie jest kampus?
Przecisnęła się bokiem między zaparkowanymi autami i znalazła się nie na chodniku, lecz na wąskim skrawku porośniętej chwastami ziemi między dwoma domami. W mieście nazwałaby to uliczką, ale to przypominało raczej opuszczoną działkę. Na ziemi leżały niedopałki i potłuczone butelki po piwie. Za domami zobaczyła skoszone pole, a tuż za wzniesieniem terenu rozciągał się las.
Wybranie takiej trasy wydawało się sprzeczne ze zdrowym rozsądkiem, ale Beckey znała plątaninę ścieżek przecinających ten las. Spodziewała się, że spotka tam studentów o osobowości typu A, jadących na rowerach, zmierzających nad jezioro poćwiczyć tai-chi albo biegających przed porannymi zajęciami. Spojrzała w górę, kierując się położeniem słońca. Idąc na zachód, dotarłaby do kampusu. Z pęcherzem czy bez i tak musiała wrócić do akademika, ponieważ nie mogła sobie pozwolić na oblanie chemii organicznej.
Beknęła głośno i poczuła w ustach kwaśny posmak z nutką cynamonu. Treść żołądka podeszła do gardła. Przypomniały o sobie przekąski z automatu. Musiała wrócić do akademika, zanim zwymiotuje. Nie chciała rzygać w trawie jak kot.
Idąc między dwoma domami, drżała tak bardzo, że zaczęła dzwonić zębami. Na otwartej przestrzeni przyspieszyła kroku. Przy każdym dotknięciu piętą ziemi pęcherz szczypał niemiłosiernie, a Beckey krzywiła się, co przynosiło chwilową ulgę. Potem nastał czas zaciskania zębów. Truchtając, czuła na plecach palące spojrzenie tysięcy oczu, które prawdopodobnie wcale jej nie obserwowały.
Prawdopodobnie.
W lesie temperatura wyraźnie spadła. W jej polu widzenia pojawiały się i znikały cienie. Bez trudu znalazła jedną ze ścieżek, po której biegała miliony razy. Wyciągnęła rękę w stronę iPoda, ale zmieniła zdanie. Chciała wsłuchać się w ciszę lasu. Przez gęste korony drzew przedarł się ledwie jeden promień słońca. Pomyślała o dzisiejszym poranku. Stoi przed lodówką. Zimne powietrze ze środka schładza jej rozpalone policzki. Puste torebki po popcornie i butelki po coli walają się po podłodze. Zwrócą jej za jedzenie. Zawsze oddawały pieniądze. Nie były złodziejkami. Po prostu nie chciało im się chodzić do sklepu ani przygotować listy produktów, gdy Beckey proponowała, że zrobi dla nich zakupy.
– Beckey?
Na dźwięk męskiego głosu odwróciła głowę, ale reszta jej ciała poruszała się do przodu. Zobaczyła jego twarz w ułamku sekundy między potknięciem a upadkiem. Wyglądał na życzliwego i zatroskanego. Wyciągnął do niej rękę.
Uderzyła głową o coś twardego. Poczuła krew w ustach. Nagle straciła ostrość widzenia. Próbowała przewrócić się na bok, ale nie była w stanie. Zahaczyła o coś włosami. Coś je ciągnęło, szarpało. Sięgnęła ręką za głowę. Spodziewała się znaleźć tam spinkę mamy. Zamiast tego poczuła drewno, potem stal, po chwili z zamazanego obrazu wyłoniła się twarz mężczyzny, a do Beckey dotarło, że przedmiot, który tkwi w jej czaszce, to młotek.


ATLANTA

1

Will Trent szukał wygodnej pozycji dla swoich długich nóg. Przy stu dziewięćdziesięciu centymetrach wzrostu ledwo mieścił się w mini cooperze swojej partnerki. Czubek jego głowy stykał się z szyberdachem, ale fotelik dziecięcy na tylnym siedzeniu znacznie ograniczał miejsce z przodu. Will musiał trzymać kolana razem, by przypadkiem nie przełączyć dźwigni na bieg jałowy. Pewnie wyglądał jak człowiek guma, lecz w tej chwili uważał się raczej za pływaka raz po raz zanurzającego się w rozmowie, którą Faith Mitchell toczyła sama ze sobą. Zamiast powtarzać sekwencję ramię-ramię-oddech, odpłynął myślami, w regularnych odstępach czasu rzucając pytanie:
– Że co?
– O trzeciej w nocy piszę zjadliwą jednogwiazdkową opinię o wyciskarce do cytrusów – Faith oderwała dłonie od kierownicy, by wykonać gest pisania na klawiaturze – i wtedy uświadamiam sobie, że włożyłam do zmywarki kapsułkę do prania, co jest kompletnym wariactwem, bo przecież pralnia jest na górze, a dziesięć minut później gapię się w okno i myślę: „Czy majonez to naprawdę instrument muzyczny?”.
Will usłyszał w jej głosie pytającą intonację, nie wiedział jednak, czy Faith oczekuje od niego odpowiedzi. Próbował odtworzyć w pamięci treść rozmowy. Ćwiczenie okazało się trudne. Siedzieli w aucie prawie od godziny, a Faith zdążyła powiedzieć – niekoniecznie w tej kolejności – o wygórowanych cenach kleju w sztyfcie, o centrach rozrywki rodzinnej Chuck E. Cheese i o torturach, które przeżywała, gdy inni rodzice zamieszczali zdjęcia swoich dzieci wracających do szkoły, podczas gdy ona ciągle miała w domu malucha.
Will przechylił głowę, wpływając z powrotem w nurt rozmowy.
– Dochodzimy do momentu, w którym Mufasa wpada do wody i ginie. – Teraz Faith najwyraźniej mówiła o filmie. – Emma zaczyna wrzeszczeć wniebogłosy zupełnie jak Jeremy, kiedy był w jej wieku, i wtedy uświadomiłam sobie, że urodziłam dwoje dzieci oddzielonych w czasie dwoma wersjami Króla Lwa.
Will znowu odpłynął. Gdy Faith wspomniała o swojej dwuletniej córce, poczuł ściskanie w brzuchu. Poczucie winy rozsiało się jak śrut w klatce piersiowej.
Omal nie zabił Emmy.
Jak do tego doszło? On i jego dziewczyna opiekowali się Emmą. Sara siedziała w kuchni nad papierami. Will siedział w salonie z Emmą. Pokazywał jej, jak zmienić maleńką baterię w minirobocie Hex Bug. Zabawka leżała rozłożona na części na stoliku kawowym. Will trzymał na czubku palca bateryjkę rozmiarów miętusa, by pokazać ją Emmie. Wyjaśniał, że powinni bardzo uważać, by nie zostawiać tego gdzie popadnie, ponieważ Betty, jego suczka, mogła przypadkiem ją połknąć. Nagle, zupełnie bez ostrzeżenia, Emma nachyliła się i wciągnęła bateryjkę do buzi.
Will był agentem Georgia Bureau of Investigation, w skrócie GBI, czyli stanowej agencji śledczej. Doświadczał sytuacji, w których ważyły się życie i śmierć, a jedynym czynnikiem przeważającym szalę była jego błyskawiczna reakcja.
Kiedy bateria zniknęła w buzi Emmy, sparaliżowało go z przerażenia.
Palec sterczał mu w powietrzu bezradnie. Serce złożyło się jak rower wokół słupa telefonicznego. Widział tylko w zwolnionym tempie, jak Emma siada sobie wygodnie z uśmieszkiem na anielskiej buzi i szykuje się do połknięcia bateryjki.
Wtedy Sara uratowała ich wszystkich. Kiedy Emma zaczęła łykać baterię, zanurkowała niczym drapieżny ptak, wsadziła Emmie palec do ust i wyciągnęła baterię.
– W każdym razie stoję w kolejce do kasy i zerkam tej dziewczynie przez ramię, a ona bluzga w esemesach do swojego chłopaka. – Faith przeszła do opowiadania innej historii. – Potem odchodzi, a ja już na zawsze zostaję z pytaniem, czy jej chłopak rzeczywiście wylądował w łóżku z jej siostrą.
Bark Willa omal nie wybił szyby, gdy mini weszło w ostry zakręt. Zbliżali się do więzienia stanowego. Tam miała czekać Sara. Poczucie winy wobec Emmy ustąpiło miejsca niepokojowi związanemu z perspektywą spotkania.

Napisz swoją opinię i oceń książkę

Przedstaw się



Twoja ocena


WYŚLIJ