Powieść obyczajowa
Amanda
34,99 zł
21,72 zł
34,99
21,72
KUP TERAZ

Amanda

brak opinii
Liczba stron: 224
Oprawa miękka
ISBN: 9788327655301
Premiera: 2020-10-07

Na skalistym urwisku nad zatoką w stanie Maine stoi Towers, wspaniała rodzinna rezydencja, w której żyje legenda o niespełnionej miłości i ukrytych szmaragdach. Mieszkankami Towers są cztery siostry, gotowe bronić swojej posiadłości wbrew wszelkim przeciwnościom losu.

Amanda czuje, że znajomość ze Sloanem O’Rileyem, który ma zaprojektować przebudowę rodzinnej posiadłości, może być kłopotliwa. Oboje są pełni temperamentu i od pierwszej chwili mocno między nimi iskrzy. Amanda postanawia utrzymać dystans, rozmawiać ze Sloanem wyłącznie o interesach, lecz to okazuje się dość trudne. Kiedy jednak zobaczy, że Sloan ryzykuje dla niej własne życie, sprawy potoczą się w niespodziewanym kierunku…

Nora Roberts

Kryminały pisze jako J.D. Robb, ponieważ wydawca uważał, że nie powinna publikować tak dużo książek pod tym samym pseudonimem. Przez jakiś czas pracowała jako aplikantka sądowa. Zaczęła pisać, kiedy zamieć śnieżna uwięziła ja w domu z dwoma małymi synami, Danem i Jasonem. Kilka pierwszych rękopisów zostało odrzuconych, pierwszy doczekał się publikacji w 1981 roku. Dzisiaj ma na koncie ponad sto sześćdziesiąt powieści przetłumaczonych na dwadzieścia pięć języków. Uznawana za królową romansu, jest laureatką wielu literackich nagród, a jej książki zajmują czołowe miejsca na listach bestsellerów. Jest pierwszą autorką, którą przyjęto do Romance Writers of America Hall of Fame. Czytelnicy cenią ja za świetną konstrukcję powieści oraz umiejętne łączenie wątków romansowych i sensacyjnych. Wraz z drugim mężem, którego poznała, gdy robił dla niej półki na książki, mieszka w stanie Maryland. Jej hobby to ogrodnictwo..

PROLOG


Bar Harbor, 8 czerwca 1913

Po południu wybrałam się na urwisko. Dzień, pierwszy dzień po naszym powrocie do Towers, był słoneczny i ciepły, a łoskot fal rozbijających się o skały brzmiał tak samo jak przed dziesięcioma długimi miesiącami. Na błękitnozielonej wodzie kołysała się łódka rybacka, obok niej przemknęła żaglówka. Na pozór wszystko było tak jak wtedy, a jednak zaszła zmiana, od której niebo spochmurniało, moją duszę zaś okryła ciemna mgła.
Nie było go tam.
Nie powinnam marzyć, że znów go spotkam w tym samym miejscu, gdzie widywałam go w zeszłym roku, że znów zobaczę, jak maluje, ociera pędzel o płótno, jakby się fechtował. Nie powinnam wyobrażać sobie, jak się odwraca od sztalug i patrzy na mnie swoimi przenikliwymi, zielonymi oczami. Mój Boże, nie powinnam wyczekiwać jego uśmiechu, jego pierwszych słów!
A jednak wyczekiwałam i marzyłam o tym. Z dudniącym sercem wyszłam z domu i pobiegłam przez trawnik, przez ogród, w dół po zboczu.
Urwisko wyglądało tak samo jak przed rokiem. Wysokie, dumne skały wbijały się w czyste letnie niebo. Morze było prawie nieruchome i odbijało błękit nieba tak, że czułam się jakby zamknięta we wnętrzu błękitnej kuli. Spod moich stóp staczały się kamienie i wpadały w syczące, rozbijające się o podnóże urwiska fale. Za mną wznosiły się wieże letniego domu, domu mojego męża, aroganckie… i jakże piękne.
Jakie to dziwne, że kochałam dom, w którym czułam się tak nieszczęśliwa!
Musiałam sobie przypominać, że nazywam się Bianca Calhoun i jestem żoną Fergusa Calhouna, szczęśliwą matką Colleen, Ethana i Seana, szanowaną kobietą, obowiązkową żoną i oddaną matką. Moje małżeństwo nie jest przepełnione uczuciem, ale to nie zmienia sensu przysiąg, które składałam. W moim życiu nie ma miejsca na romantyczne fantazje i grzeszne marzenia.
Mimo wszystko stałam i czekałam, lecz on się nie pojawił. Christian, kochanek mojego serca, nie przyszedł. Może już nie ma go na wyspie. Może spakował pędzle i płótna, zostawił swój domek i pojechał malować jakieś inne morze, jakieś inne niebo, inne chmury…
Dobrze wiedziałam, że tak byłoby najlepiej. Odkąd spotkałam go zeszłego lata, nie upłynęła godzina, w której bym o nim nie pomyślała… mam jednak męża, którego szanuję, i troje dzieci, które kocham bardziej niż własne życie. To im muszę pozostać wierna, a nie wspomnieniom czegoś, co nigdy nie zaistniało. I nigdy nie mogłoby zaistnieć.
Słońce zachodzi. Siedzę tu i piszę, przy oknie mojej wieży. Wkrótce będę musiała zejść na dół i pomóc Niani ułożyć dzieci do snu. Mały Sean tak bardzo urósł, że zaczyna już stawać na nóżki. Niedługo będzie biegał tak szybko jak Ethan. Colleen, czteroletnia dama, chce mieć nową różową sukienkę.
To o nich muszę myśleć, o moich dzieciach, moich skarbach, a nie o Christianie.
Dzisiejsza noc będzie spokojna, jak niestety rzadko kiedy zdarza się na wyspie Mount Desert. Fergus wspominał już o wielkim przyjęciu z tańcami, jakie chce wydać w przyszłym tygodniu. Muszę…
On tam jest! Na dole, pod urwiskiem. Z tej odleg¬łości, w zmierzchającym świetle, przypomina cień, ale wiem, że to on. Wstałam, przyłożyłam dłoń do szyby i wiedziałam na pewno, że patrzy w górę i gorączkowo szuka mnie wzrokiem. Choć to zupełnie niemożliwe, mogłabym przysiąc, że słyszę, jak woła mnie po imieniu.

Bianca


ROZDZIAŁ PIERWSZY


Był jak potężna, umięśniona ściana, odziana w dżinsy. Gdy na niego wpadła, poczuła, że całe powietrze uciekło jej z płuc, a paczki wysunęły się z rąk. Spieszyła się, więc nawet nie spojrzała na niego, tylko od razu pochyliła się, by pozbierać rozsypane rzeczy. Mógłby trochę uważać, jak ¬chodzi!
Miała ochotę rzucić mu ostrą uwagę, ale gdy jej wzrok zatrzymał się na zdartych podeszwach jego butów, natychmiast ugryzła się w język. Przyklękła obok butiku, z którego właśnie wyszła, i sięgnęła po rozrzucone paczki.
– Pozwól, że ci pomogę, skarbie.
Powolna, przeciągła intonacja z południowego zachodu natychmiast ją zdenerwowała. Miała jeszcze milion rzeczy do załatwienia i w jej planach nie było punktu, który przewidywałby, że będzie siedzieć z jakimś turystą na chodniku.
– Nie trzeba, mam już wszystko – mruknęła z niechęcią, pochylając głowę tak, że sięgające podbródka włosy zasłoniły jej twarz. Wszystko ją dzisiaj wyprowadzało z równowagi.
– To za wiele pakunków jak na jedną osobę.
– Dziękuję, poradzę sobie – powtórzyła, wyciągając rękę po jeszcze jedną paczkę. Jej niczym nie zrażony pomocnik uczynił to samo. Przez chwilę każde z nich ciągnęło pakunek w swoją stronę, aż w końcu zawartość rozsypała się po chodniku.
– Ooo, jakie to ładne! – rzekł z uznaniem mężczyzna, podnosząc z ziemi skrawek czerwonego jedwabiu, który udawał nocną koszulę.
Amanda wyrwała mu szmatkę z ręki i wepchnęła do jednej z toreb. Odgarnęła włosy z twarzy, dopiero teraz przyjrzała się intruzowi. Do tej pory widziała jedynie kowbojskie buty i błękitne dżinsy. Było go jednak znacznie więcej. Miał potężne ramiona i wielkie dłonie… a także usta, pomyślała złośliwie. W tej chwili te usta śmiały się do niej szeroko i szczerze. W innych okolicznościach ten uśmiech mógłby jej się wydać atrakcyjny, ale teraz postanowiła odczuwać tylko niechęć.
Co prawda twarz też nie była zła. Wystające kości policzkowe, zielone oczy i mocna opalenizna, a także rudawe włosy, wijące się uroczo nad kołnierzykiem koszuli… No cóż, wszystko byłoby w porządku, gdyby ten mężczyzna nie stanął jej na drodze.
– Śpieszę się – poinformowała go.
– Zauważyłem. Wyglądała pani, jakby pędziła do pożaru.
– Gdyby w porę się pan odsunął – zaczęła, ale po chwili zrezygnowała ze sprzeczki. Nie miała na to czasu. – Mniejsza o to – mruknęła i podniosła się, tym razem mocno ściskając paczki w rękach. – Przepraszam.
– Chwileczkę – rzekł mężczyzna, również wstając.
Czekała, aż się podniesie, niecierpliwie postukując butem o chodnik. Była wysoka i przywykła patrzeć mężczyznom prosto w oczy, ale tym razem musiała zadrzeć głowę do góry.
– Co takiego? – zapytała niecierpliwie.
– Mogę panią podwieźć do tego pożaru.
– To nie jest konieczne – odrzekła, obrzucając go lodowatym spojrzeniem.
Mężczyzna przytrzymał wysuwającą się jej z ręki paczkę.
– Zdaje się, że przydałaby się pani niewielka pomoc.
– Dziękuję bardzo, ale sama potrafię dotrzeć tam, gdzie chcę.
Ani przez chwilę w to nie wątpił.
– W takim razie może pani mogłaby pomóc ¬mnie – uśmiechnął się. Podobały mu się jej włosy, które ciągle opadały na twarz, ona zaś odsuwała je dmuchnięciem. – Przyjechałem tu dopiero dzisiaj rano – powiedział, zatrzymując wzrok na jej twarzy. – Może mogłaby mi pani podsunąć jakiś pomysł… nie bardzo wiem, co ze sobą zrobić.
Owszem, miała na podorędziu kilka świetnych rozwiązań, bowiem pasjami organizowała czas samotnym facetom.
– Może pan pójść do izby handlowej – mruknęła i zamierzała odejść, ale poczuła jego rękę na swoim ramieniu. – Posłuchaj, kowboju, nie wiem, jakie zwyczaje panują w Tucson…
– W Oklahoma City – poprawił ją.
– Wszystko jedno. W każdym razie tutaj policja niechętnie patrzy na typków, którzy zaczepiają kobiety na ulicy.
– Naprawdę?
– Naprawdę.
– W takim razie muszę uważać, co robię, bo planuję zatrzymać się tu na jakiś czas.
– Przyślę panu ulotkę z informacjami. A teraz przepraszam.
– Jeszcze jedna sprawa – rzekł, unosząc do góry czarne majtki haftowane w czerwone róże. – Zdaje się, że pani o czymś zapomniała.
Wyrwała mu majtki z ręki i wetknęła do kie¬szeni.
– Miło mi było panią poznać – zawołał za nią i roześmiał się donośnie, gdy jeszcze bardziej przyśpieszyła kroku.

Dwadzieścia minut później Amanda zgarnęła paczki z tylnego siedzenia samochodu i podtrzymując je podbródkiem, zamknęła drzwi nogą. Za dużo miała na głowie. Za jej plecami wznosił się dom, czyli szare kamienne wieże, fantazyjne mansardki i zapadające się tarasy. Dom i rodzina – te dwie rzeczy Amanda kochała najbardziej na świecie.
Wbiegła na schodki, omijając spróchniałą deskę, i z trudem uwolniła jedną rękę, by otworzyć drzwi.
– Ciociu Coco! – zawołała, wchodząc do holu.
Czarny szczeniak zbiegł z góry na jej powitanie, ale na trzecim schodku od dołu potknął się, potoczył i upadł, rozpłaszczywszy się na orzechowej podłodze.
– Tym razem prawie ci się udało, Fred! – ucieszyła się Amanda.
Zadowolony pies tańczył wokół jej nóg.
– Już idę – rozległ się głos ciotki i Cordelia ¬Calhoun McPike pojawiła się w holu. Swoim zwyczajem przystanęła na moment przed lustrem, by sprawdzić, czy dobrze jej w nowym kolorze włosów. Tym razem był to odcień o nazwie Księżycowy Blond. Pod poplamionym białym fartuchem ciocia miała płócienne spodnie w kolorze brzoskwini. – Byłam w kuchni – wyjaśniła. – Dziś wieczorem będziemy testować mój nowy przepis na cannelloni.
– Czy C.C. jest w domu?
– Och, nie. Jest w warsztacie. Naprawia jakieś ramiona. Nie mam pojęcia, gdzie w samochodzie są ramiona.
– To świetnie – ucieszyła się Amanda. – Chodź na górę, pokażę ci, co kupiłam.
– Wygląda na to, że wyczyściłaś kilka sklepów. Pomogę ci – powiedziała Coco. Pochwyciła dwie torby i poszła na górę za siostrzenicą.
– Świetnie się bawiłam na tych zakupach.
– Przecież nie cierpisz chodzić na zakupy – zdziwiła się Coco.
– Owszem, dla siebie, ale to było co innego. Mimo wszystko zabrało mi to więcej czasu, niż sądziłam, i już się bałam, że nie zdążę tego schować, zanim C.C. wróci do domu. – Weszła do swojego pokoju i rzuciła wszystkie paczki na wielkie łóżko z baldachimem. – A potem jakiś idiota wpadł na mnie i wytrącił mi wszystkie torby z rąk. I jeszcze, wyobraź sobie, do tego był na tyle bezczelny, że próbował mnie podrywać!
– Naprawdę? – ożywiła się Coco, wiecznie spragniona romansów. – A czy był przystojny?
– Jeśli komuś się podoba typ Dzikiego Billa Hickoka. W każdym razie z miejsca go odstawiłam – mruknęła Amanda, wykazując całkowity brak zainteresowania, i pochyliła się nad torbami. Fred dwukrotnie bez powodzenia próbował wskoczyć na łóżko, aż ¬wreszcie zrezygnował i przysiadł na dywaniku.
– Znalazłam piękne ozdoby dla panny młodej – mówiła Amanda, wyjmując z torby srebrne dzwonki, papierowe łabędzie i baloniki. – Bardzo mi się podoba ta parasolka. Może nie jest w stylu C.C., ale pomyślałam, że powiesimy ją nad… – Podniosła wzrok na ciotkę i westchnęła ciężko. – Ciociu Coco, bardzo cię proszę, tylko nie zaczynaj znowu płakać!
Coco pociągnęła nosem i wyjęła z kieszeni fartucha haftowaną chusteczkę.
– Nic na to nie poradzę, w końcu C.C. jest najmłodsza w rodzinie. Najmłodsza z moich czterech małych dziewczynek.
– Żadnej z nas już nie można nazwać małą – obruszyła się Amanda.
– Dla mnie nadal jesteście dziećmi, tak samo jak wtedy, gdy zginęli wasi rodzice – powiedziała Coco, umiejętnie ocierając oczy tak, by nie rozmazać tuszu do rzęs. – Za każdym razem, gdy pomyślę o tym ślubie, łzy same napływają mi do oczu. Wiesz, jak bardzo lubię Trentona, i wiem, że oni do siebie doskonale pasują, ale to wszystko stało się tak szybko…
– Nie musisz mi tego mówić – uśmiechnęła się Amanda. – Ledwie udało mi się wszystko zorganizować. Jak można przygotować wesele w trzy tygodnie? Nie mam pojęcia, do czego im się tak śpieszy. Lepiej by zrobili, gdyby wyjechali do Las Vegas i tam wzięli ślub.
– Co ty opowiadasz! – oburzyła się Coco. – Nigdy bym im tego nie wybaczyła! A jeśli ty sama miałabyś ochotę zrobić coś takiego, gdy już nadejdzie twój czas, to radzę ci jeszcze raz dobrze się zastanowić!
– Mój czas nie nadejdzie tak szybko, o ile w ogóle nadejdzie – wzruszyła ramionami Amanda. – Mężczyźni znajdują się na samym dole mojej listy priorytetów.
– Ach, te twoje listy – zniecierpliwiła się Coco. – Coś ci powiem, Amando. Miłość jest jedyną rzeczą, której nie można z góry zaplanować. Twoja siostra z pewnością nie planowała, że się zakocha, i sama popatrz, co się dzieje. Musi wciskać przymiarki ślubnej sukni między naprawę chłodnicy i paska klinowego. Twój czas może nadejść szybciej, niż myślisz. Dopiero dzisiaj rano patrzyłam w fusy od herbaty…
– Och, ciociu Coco – jęknęła Amanda. – Tylko nie fusy od herbaty!
Ciotka wyprostowała się z godnością.
– Zauważyłam tam kilka niezmiernie ciekawych rzeczy. Sądziłabym, że po naszym ostatnim seansie powinnaś okazywać mniej sceptycyzmu.
– Może rzeczywiście zdarzyło się wtedy coś dziwnego, ale…
– Ale co?
Amanda wzruszyła ramionami.
– No dobrze, coś się wtedy rzeczywiście stało. C.C. miała wizję szmaragdowego naszyjnika prababci Bianki, a wszyscy, którzy przy tym byli, czuli coś… obecność kogoś, lub czegoś, w wieży Bianki.
– Aha!
– Ale to jeszcze nie znaczy, że mam zacząć wpatrywać się w kryształowe kule.
– Mandy, ty zawsze jesteś zbyt dosłowna. Nie mam pojęcia, po kim to odziedziczyłaś… może po mojej ciotce Colleen? Fred, nie gryź tej irlandzkiej koronki – powiedziała Coco, widząc, że pies zabiera się do przeżuwania frędzli narzuty na łóżku Amandy. – Wracając jednak do fusów od herbaty. Dziś rano zobaczyłam w nich mężczyznę.
Amanda wstała i schowała ozdoby w szafie.
– Rozumiem. Widziałaś mężczyznę w swojej filiżance z herbatą.
– Wiesz przecież, że to niezupełnie tak. Otóż widziałam mężczyznę i odniosłam silne wrażenie, że on jest gdzieś bardzo blisko.
– Może to hydraulik. Czekamy na niego już od dawna.
– Nie, to nie był hydraulik. Ten mężczyzna jest w pobliżu, ale on nie pochodzi z wyspy. – Coco patrzyła przed siebie rozproszonym spojrzeniem. – Pochodzi z dość daleka i odegra dużą rolę w naszym życiu. Jestem absolutnie pewna, że stanie się kimś bardzo ważnym dla jednej z was.
– Lilah może go sobie wziąć – stwierdziła Amanda natychmiast. – A właściwie, to gdzie ona teraz jest?
– Była umówiona z kimś po pracy. Jakiś Rod czy Tod, a może Dominik.
– Jak zwykle – prychnęła Amanda, starannie wieszając kurtkę w szafie. – Miałyśmy przeglądać razem papiery. Wiedziała, że liczę na jej pomoc. Musimy znaleźć jakąś wskazówkę, gdzie są ukryte te szmaragdy.
– Znajdziemy je, skarbie – powiedziała Coco, przeglądając zawartość kolejnych paczek. – Gdy nadejdzie właściwy czas. Bianca chce, żebyśmy je znalazły. Wierzę, że wkrótce naprowadzi nas na następny krok.
Amanda tylko wzruszyła ramionami.
– Bianca mogła ukryć te szmaragdy wszędzie. Potrzebujemy czegoś więcej niż ślepa wiara i mistyczne wizje.
Szmaragdy Calhounów podobno były warte majątek, ale Amandy nie obchodziły pieniądze. Gdy Trent, narzeczony jej siostry, podpisał umowę kup-na Towers, stara legenda przedostała się do wiadomości publicznej i od tego czasu uporządkowane życie Amandy legło w gruzach, bo wraz z reporterami w codzienność rodziny Calhounów wkroczył chaos.
Legenda była wdzięcznym tematem dla prasy. Na początku drugiej dekady dwudziestego wieku, gdy Bar Harbor stało się modną miejscowością wypoczynkową, Fergus Calhoun zbudował Towers jako letni dom dla swojej rodziny. W tej rezydencji, położonej na urwisku nad Zatoką Francuza, spędzał wraz ze swą żoną Bianką i trojgiem dzieci wakacje urozmaicane licznymi przyjęciami dla znajomych i wspólników w interesach.
Tutaj Bianca poznała młodego artystę, w którym zakochała się z wzajemnością. Od tej chwili żyła rozdarta między porywami serca a poczuciem obowiązku. Jej małżeństwo, zaaranżowane przez rodziców, od początku było zimne. Idąc za głosem serca, chciała porzucić męża i spakowała kuferek ze skarbami, gdzie między innymi włożyła szmaragdowy naszyjnik, który dostała od Fergusa po urodzeniu ich drugiego dziecka, a pierwszego syna. Dalsze losy naszyjnika były tajemnicą. Legenda mówiła, że Bianca, ogarnięta poczuciem winy i rozpaczy, rzuciła się w dół z okna wieży.
Teraz, po osiemdziesięciu latach, zainteresowanie naszyjnikiem zostało rozbudzone na nowo. Siostry Calhoun przetrząsały nagromadzone przez dziesiątki lat papiery, szukając w nich jakiejś wskazówki, a reporterzy i poszukiwacze skarbów stali się stałym elementem w ich codziennym życiu.
Amanda była zdania, że zarówno skarb, jak i legenda są prywatną własnością rodziny, i dlatego zależało jej na jak najszybszym odnalezieniu naszyjnika. Była pewna, że gdy zagadka zostanie rozwiązana, zainteresowanie prasy ich rodziną szybko zblednie.
– Kiedy wraca Trent? – zapytała ciotki.
– Niedługo – westchnęła Coco – gdy tylko pozałatwia wszystkie swoje sprawy w Bostonie. Nie wytrzyma długo bez C.C. Zaraz po rozpoczęciu remontu zachodniego skrzydła domu pojadą w podróż poślubną. Miodowy miesiąc… – powtórzyła Coco ze łzami w oczach.
– Ciociu, nie zaczynaj od nowa, tylko pomyśl, ile zabawy będziesz miała z przyjęciem weselnym. To dla ciebie świetny trening. Za rok o tej porze będziesz już szefem kuchni w Towers, najbardziej domowym ze wszystkich hoteli St. Jamesów.
– A widzisz! – powiedziała Coco z dumą, klepiąc się po piersi.
Ktoś zastukał do drzwi, na co Fred zareagował głośnym wyciem.
– Zostań tutaj, ciociu, ja otworzę! – zawołała Amanda i poszła na dół. Fred podbiegł do niej, zaczął plątać się pod nogami, aż w pewnej chwili rozpłaszczył się na podłodze. Amanda roześmiała się i wzięła go na ręce. Z psem przytulonym do policzka uchyliła drzwi.
– To pan!
Na dźwięk oburzenia w jej głosie Fred zaczął skamleć, a mężczyzna stojący za progiem uśmiechnął się szeroko.
– Ten świat jest bardzo mały – rzekł przeciągle, z tym samym powolnym akcentem, który słyszała już tego dnia, klęcząc na chodniku. – Coraz bardziej mi się to podoba.

Napisz swoją opinię i oceń książkę

Przedstaw się



Twoja ocena


WYŚLIJ