Powieść obyczajowa
Chłopak, dla którego kompletnie straciłam głowę
26,99 zł
26,99

Chłopak, dla którego kompletnie straciłam głowę

brak opinii
Liczba stron: 368
ISBN: 9788327655530
Premiera: 2020-09-23

Zagorzała singielka Amy Clarke jest dumna z trzech rzeczy w swoim życiu: różowych włosów, kolekcji conversów oraz zdolności do wypicia dużej ilości margarity bez wymiotowania. Nie szuka miłości. Jest całkowicie szczęśliwa, romansując jednocześnie z Netflixem oraz Benem i Jerrym. Problem w tym, że czasami miłość sama cię odnajduje, nawet gdy tego nie chcesz.

Pięć miesięcy temu on wsiadł do jej pociągu i od tej pory nic nie jest już takie samo. Amy jeszcze nie zna jego imienia, ale wie, że ten facet ją kręci. Wysoki, przystojny geek, który jeździ jej pociągiem co drugi poniedziałek, nie ma pojęcia, że na widok jego uśmiechu Amy traci głowę, a jej serce bije jak oszalałe.

Kiedy przypadkowe spotkanie poza pracą pozwala im na pierwszą normalną rozmowę, sprawy szybko przechodzą od platonicznego uczucia do bliskich – i bardzo bliskich – relacji. Czy mimo ciągu miłosnych katastrof w przeszłości, Amy znalazła w końcu swojego Pana Idealnego? A może los ma dla niej inne plany?

Nowa, porywająca komedia romantyczna Kirsty Moseley, bestsellerowej autorki takich hitów książkowych jak Chłopak, który zakradał się do mnie przez okno, Zdobyć Rosie czy Nic do stracenia.

Kirsty Moseley

Kirsty Moseley kocha czytać od najmłodszych lat. Swoje pisarskie umiejętności odkryła gdy przyłączyła się do internetowej społeczności pisarzy-amatorów. Jej samodzielnie wydana książka "The boy who sneeks in my bedroom window" zdobyła rzesze fanów i wysokie miejsce w rankingu Goodreads’ Choice Awards na najlepszą książkę dla młodzieży 2012 roku. Jej druga powieść "Always you" została wydana kilka miesięcy później.

Zgadnij, jaki dziś dzień!

Poniedziałek z Ciachem. *wzdech*

 

Porozmawiasz z nim dzisiaj?

 

TAK!

 

Powiesz coś więcej niż tylko „Proszę bilet do kontroli”?

 

No… może…

 

Czyli nie.

 

 

– Ech, te poniedziałki!

       Podnoszę głowę znad ekranu i wsuwam telefon do kieszeni spodni, kiedy jakaś wyczerpana kobieta w brązowej garsonce wsiada do pociągu, stukając kółkami walizy wciąganej po schodkach i prawie upuszczając przy tym kubek z kawą.

       – Dzień dobry – witam ją promiennie, przyklejając się do ściany, żeby mogła mnie minąć w wąskim korytarzu i dotrzeć do przedziału ze strefą ciszy.

       Kobieta mruczy coś pod nosem i wychlapuje kawę, która ląduje tuż obok moich paskudnych butów służbowych, po czym mija mnie bez słowa.

       – Dzień dobry, droga Amy – świergoczę sarkastycznie sama do siebie, kiedy przesuwne drzwi zamykają się za nią.

       Nikt nie lubi poniedziałków, mamy to chyba zakodowane w genach. Poniedziałki oznaczają koniec weekendu, powrót do pracy, budzika i rutyny, więc naprawdę rozumiem, dlaczego ludzie ich nie znoszą. Ale nie ja. Tak się składa, że to mój ulubiony dzień tygodnia. Nigdy wcześniej tak nie było. Jeszcze pięć miesięcy temu nienawidziłam poniedziałków jak każdy, ale potem coś się wydarzyło. On się wydarzył.

       Zaraz to wytłumaczę. Jestem konduktorką na popularnej trasie kolejowej. Codziennie wciskam mój nieco za duży tyłek w paskudny strój służbowy i spinam w kok włosy koloru różowej waty cukrowej albo zaplatam z nich warkocz z boku głowy w stylu Katniss Everdeen i idę do pracy, która polega na sprawdzaniu biletów w pociągu na trasie Cambridge – Londyn. To dosyć przyziemne zajęcie, ale pozwala zapłacić rachunki, farbować włosy, pić Dra Peppera i chodzić w conversach. Cóż, trzeba jakoś żyć.

       Pracowałam w tym pospolitym, nudnym zawodzie już dwa lata, aż w pewien okropny poniedziałek podniosłam znad biletu głowę ‒ i bach! zauroczyłam się. To nie była miłość od pierwszego wejrzenia – nie, to nie jedna z tych historii – ale z pewnością był to pożar zmysłów od pierwszego wejrzenia. To stało się prawie pięć cudownych miesięcy temu.

       Facet, o którym mówię – mężczyzna z moich snów i obiekt nieodwzajemnionej miłości – jest wysoki. Trudno to ocenić, kiedy pociąg trzęsie, a ja stoję koło niego przez krótką chwilę, ale myślę, że ma ponad metr osiemdziesiąt. Jest smukły, ma idealne proporcje ciała i szerokie ramiona – oceniam to po jego dopasowanych garniturach i po tym, jak zwężają się w okolicach bioder i idealnie leżą na udach, wywołując u mnie przyspieszone tętno. Jego brązowe, jakby od niechcenia wystylizowane włosy są krótkie po bokach i troszkę dłuższe wyżej. Ale najbardziej działają na mnie jego oczy. Brązowe, w kolorze whisky ze złotymi plamkami dookoła źrenic. W takie oczy możesz wpatrywać się cały dzień, zupełnie tracąc poczucie czasu. To oczy, które się uśmiechają, jeśli można mówić o czymś takim. Bije od nich ciepło, a w połączeniu z jego zabójczym uśmiechem, pięknymi białymi zębami i mocno zarysowaną szczęką sprawiają, że wstrzymuję oddech i zaciskam uda.

       Nie zrozumcie mnie źle, to nie jego wygląd mnie zauroczył. No dobrze, przyznam się, ten jego wygląd wzbudził we mnie pożądanie i nie będę kłamać i mówić, że nie chciałabym się na niego wspiąć, jak małpa na drzewo, bo bym chciała. Ale wpadłam po uszy nie przez jego wygląd. Nie, sprawiła to jego osobowość.

       Wiecie, mój pasażer z poniedziałków, moje poniedziałkowe ciacho jest geekiem. Stuprocentowym, prawdziwym geekiem. A na to lecę bardziej niż na cokolwiek. Od dawna mam słabość do geeków i nerdów.

       Zawsze pociągali mnie inteligentni chłopcy we flanelowych koszulach w kratę, którzy kochają Gwiezdne wojny i Dungeons and Dragons. Jeżeli facet opowiada mi o astrofizyce, może dyskutować o jakichś mało istotnych wydarzeniach z historii albo tłumaczy mi, jak się wpuszcza bąbelki do Sprite’a, mogę jeść mu z ręki. W końcu jestem ogromną fanką Tony’ego Starka. A mój Pasażer, przystojny geek, który co drugi poniedziałek wsiada do mojego pociągu, jest kopią Tony’ego Starka.

       Chwytam za poręcz i wychylam się, obserwując peron. Ludzie w pośpiechu wskakują do pociągu, a ja nerwowo lustruję tłum wzrokiem, szukając jego. Zerkam na zegar na peronie – 08:07. Pociąg odjedzie o 08:09. Dzisiaj facet igra z ogniem.

       W gardle rośnie mi kula rozczarowania, gdy uświadamiam sobie, że dzisiaj go nie będzie.

       Dupa z tego.

       W ten weekend zaczynam urlop, dwa cudowne tygodnie wylegiwania się i siedzenia do późna. Przygotowałam się na to, że w trakcie wakacji nie zobaczę mojego Pasażera, ale ponieważ on jeździ moim pociągiem co dwa tygodnie, nie zawieszę na nim oka przez bolesne cztery! Co za porażka. Jest dopiero 8:07, a ja już mam zepsuty dzień.

       Jak gdyby moje myśli go wywołały, widzę, jak z impetem pokonuje barierkę na końcu peronu i, z gazetą pod pachą oraz teczką obijającą się o nogi, pędzi w kierunku pociągu. Podnosi wzrok, jego oczy spotykają się z moimi i macha ręką w powitalnym geście – a może wcale nie, może to tylko gest oznaczający „nie odjeżdżajcie beze mnie”, ale odbieram go inaczej. Małe radości.

       Uśmiecham się i teatralnie kręcę głową, a on rzuca mi najpiękniejszy uśmiech na świecie i wsiada na drugim końcu długiego pociągu dokładnie w chwili, kiedy moja krótkofalówka wypluwa kolejne instrukcje.

       Wzdycham z ulgą, a rozczarowanie znika.

       Oficjalnie ogłaszam, że dzień jest uratowany.

       Kiedy pociąg już spokojnie jedzie, zabieram się za inną część mojej pracy – sprawdzanie biletów. Startuję od pierwszych wagonów i idę w kierunku końca pociągu – do niego. Jestem starą wyjadaczką, mogłabym to robić nawet przez sen. Kiedy zaczynałam, to od ruchów pociągu było mi niedobrze, chwiałam się, prawie wpadając na bagaże pasażerów niedbale postawione w przejściu. Ale to już przeszłość. Teraz przemykam po pociągu jak baletnica, jak łabędź sunący po wodzie. Trening czyni mistrza.

       Pozdrawiam jadących zwykłym promiennym uśmiechem, plotkuję ze stałymi pasażerami i przekazuję turystom informacje na temat Londynu.

       Wchodząc do ostatniego wagonu, widzę, że wybrał siedzenie przodem do kierunku jazdy, na samym końcu. Zagryzam wargę, w roztargnieniu sprzedaję kolejny bilet i dyskretnie zerkam w jego stronę. Rozmawia ze starszym panem obok i widzę, że oddał mu już swoją gazetę. Uśmiecham się do siebie i wydaję resztę parze nastolatków, po czym podchodzę do następnej osoby. Starszy pan obok niego śmieje się z czegoś, ja śmieję się w duchu. Mój Pasażer to jedna z tych osób, które mogą wpaść do pokoju pełnego obcych ludzi, a już po dziesięciu minutach zamawiają wspólną deskę serów i dostają zaproszenie na ślub.

       Światło wpada przez okno, igrając na jego włosach, a mnie aż swędzą palce, żeby zatopić w nich rękę. Założę się, że są gładkie jak jedwab. Wzrusza ramionami i upija łyk paskudnej herbaty, którą zdążył już kupić w wagonie restauracyjnym. Widzę, jak jego jabłko Adama porusza się, kiedy przełyka napój.

       Rany boskie, to gardło! Byłabym przeszczęśliwa, gdybym mogła wcisnąć w nie język i penetrować je cały dzień.

       Chciwie pochłaniam wzrokiem jego sylwetkę. Dzisiaj jest dzień koszuli i krawata. Do szarego garnituru włożył białą koszulę i krawat w niebieskie paski; jest stylowy i diabelnie seksowny. Ostatnio był odrobinę bardziej na luzie – pod dopasowaną granatową marynarką miał znoszony szary podkoszulek z logo Goonies Never Say Die i przysięgam, że na ten widok prawie doszłam. Zresztą doszłam później, kiedy myślałam o tym w samotności.

       Zalewa mnie taka fala pragnienia, że aż wzdycham. Dlaczego on musi być taki uroczy i taki idealny?

       Nawet jeszcze na mnie nie spojrzał, a ja już się rozpłynęłam.

       Opanuj się, Amy. Dasz radę. Bądź dużą dziewczynką. Pamiętaj, co mówiła Heather: porozmawiaj z nim, jak z każdym innym pasażerem.

       Jestem już przy siedzeniach tuż przed nim. Napięcie narasta wraz z kolejnym obsłużonym pasażerem. Nareszcie! Mój ulubiony moment tygodnia.

       Wstrzymuję oddech, podchodząc do jego siedzenia, ale celowo odwracam od niego wzrok, przeciągając tę chwilę jak masochistka.

       – Dzień dobry panom. Poproszę bilety.

       – Dzień dobry. – Starszy pan uśmiecha się do mnie i podaje kartę kredytową. – Proszę do Londynu, powrotny otwarty.

       Kiwam głową i drukuję bilet, świadoma tego, jak bardzo blisko niego teraz jestem. Prawie czuję na nodze dotyk jego kolana, kiedy pochylam się z terminalem nad stolikiem i patrzę, jak starszy pan przykłada kartę, żeby zapłacić. Nie ośmieliłabym się na niego spojrzeć, czując delikatny, a zarazem wyraźny zapach jego wody po goleniu, która w połączeniu z wonią skóry pachnie tak cudownie, że aż mnie oszałamia.

       Gdybym tylko mogła, rzuciłabym się na niego. W jego przypadku żar od pierwszego wejrzenia jest bardzo silny.

       Na stoliku przed nim leży książka. Okładką do dołu, więc przechylam nieco głowę, żeby zobaczyć tytuł na grzbiecie. Czytamy sporo tych samych książek. Czasami jest to szczęśliwy zbieg okoliczności, a czasami wpadam do księgarni WHSmith w drodze do domu i kupuję książkę, którą on czyta, jak przystało na rasowego stalkera. Mamy jednak podobne gusta: oboje lubimy kryminały i thrillery. Dzisiaj czyta najnowszą powieść C.J. Tudor. Już ją czytałam, więc uśmiecham się z satysfakcją.

       Nie da się tego dłużej odwlekać, więc patrzę na jego twarz i czuję się, jakbym nagle dostała cios w serce. Jego piękne, brązowe oczy napotykają moje spojrzenie, a usta układają się w rozbrajająco seksowny uśmiech, który prezentuje całe jego idealne uzębienie. Mam miękkie kolana, a słowa zwyczajnie… uleciały. Jestem jak sparaliżowana. Dzieje się tak za każdym razem, kiedy próbuję z nim rozmawiać. I tyle zostało z ćwiczeń, które robiłyśmy wczoraj przez telefon z Heather, moją najlepszą przyjaciółką. Wszystkie początki rozmów, które kazała mi zapamiętać, nagle rozpłynęły się w powietrzu.

       – Dzień dobry.

       Och. Ten głos.

       Chrząkam i zmuszam się do uśmiechu. Wpatruję się w malutki pieprzyk pod jego okiem. To jedyna skaza na tym wzorcowym modelu jak z fabryki ideałów, chociaż w pewien sposób dzięki tej brązowej plamce wydaje mi się jeszcze piękniejszy. Jedną z moich sekretnych fantazji jest całowanie tego pieprzyka, gdy on pieści moje nagie ciało.

       – Dzień dobry – odpowiadam, starając się, aby te grzeszne pieprzykowe fantazje nie były widoczne na mojej twarzy.

       – Dzisiaj ledwo zdążyłem, zaspałem – mówi, przeczesując włosy ręką i uśmiechając się w sposób, który nadal mnie paraliżuje.

       Staram się powiedzieć coś błyskotliwego, w ogóle cokolwiek powiedzieć.

       Jednak moje zdolności konwersacyjne, które prezentuję w przypadku innych ludzi, poszły w diabły. Tak jak on, jestem jedną z tych osób, które zaprzyjaźniają się z nieznajomymi i naprawdę zdarzyło się, że poznałam parę w samolocie, a dwadzieścia cztery godziny później byłam druhną na ich weselu na plaży. (To długa historia zawierająca mnóstwo drinków, wysokie obcasy, skręconą kostkę i hospitalizowaną druhnę). Jednak w towarzystwie tego faceta mój mózg zmienia się w kałużę, a ja staję się kłębkiem nerwów. Nigdy nikt tak na mnie nie działał.

       – Widziałam. Kilka minut później musiałbyś czekać na następny pociąg – odpowiadam, a w gardle czuję suchość i chyba znowu będę musiała chrząknąć.

       – To nie byłoby to samo. Twój pociąg lubię najbardziej.

       Czy on ze mną flirtuje? Na samą myśl o tym twarz mi płonie, a wszystko w środku skacze z radości.

       – Tak, ten pociąg ma najmniej przystanków i dojeżdża na miejsce najszybciej.

Co ty wyprawiasz? Flirtuj z nim, Amy!

       On śmieje się gardłowo, trochę z zakłopotaniem, a mnie aż przechodzą ciarki. Jego głos i śmiech to moje ulubione dźwięki. Sięga do stolika i podaje mi kupiony wcześniej bilet, ja dyskretnie wycieram spoconą dłoń o nogawkę spodni, biorę bilet, kasuję i oddaję.

       – Dziękuję. Miłego dnia – mruczę.

       – Nawzajem.

       Ogarnia mnie rozczarowanie. To już koniec naszego spotkania, a ja nie zobaczę go przez kilka tygodni, bo będę na urlopie. Otwieram usta, żeby coś powiedzieć, cokolwiek, żeby zabrać mu jeszcze kilka cennych sekund, ale nie umiem nic z siebie wydusić. Czuję, że twarz mi płonie, od szyi po cebulki włosów, i odchodzę, wyrzucając sobie, że zmarnowałam kolejną idealną okazję, żeby z nim pogadać.

       Na litość boską, ja nawet nie wiem, jak on ma na imię. Od pięciu miesięcy spotykam go co dwa tygodnie i nie udało mi się nawet zebrać w sobie, żeby zapytać go o imię. Spieprzyłam to.

       Idę na koniec wagonu i naciskam guzik na drzwiach, które rozsuwają się, szeleszcząc. Wchodzę na cichy korytarz, drzwi się zamykają, a ja opieram się o ścianę i biorę kilka głębokich wdechów. Może dostanę jeszcze dzisiaj szansę. Może będę miała szczęście i on wsiądzie po południu do mojego pociągu powrotnego. Czasem to robi, ale jednak częściej nie i wtedy jakaś inna konduktorka ślini się na jego widok.

       Zaglądam do wagonu przez szybę i widzę tył jego głowy. Siedzi teraz przechylony na bok i sięga po książkę. Wzdycham tęsknie. Aż czuję od tego fizyczny ból.

       Moja przyjaciółka Heather nie wierzy, że można się zakochać w kimś, z kim nigdy się tak naprawdę nie rozmawiało, ale myli się, bardzo się myli. Nie muszę znać jego imienia, adresu, numeru buta czy ulubionej potrawy, żeby się w nim zadurzyć. To wszystko nie ma specjalnego znaczenia. Znam go. Jesteśmy bratnimi duszami.

       W ciągu ostatnich pięciu miesięcy dowiedziałam się wielu rzeczy – jak stalker, oczywiście. Wiem wszystkie ważne rzeczy na jego temat. Wiem, jak się uśmiecha, kiedy rozmawia z mamą przez telefon, i że zawsze zwalnia miejsce, kiedy pociąg jest pełny, a do tego zaprzyjaźnia się z nieznajomymi i oddaje im swoją gazetę. Wiem, że lubi Doktora Who i filmy Marvela. Wiem, że jego ulubioną przekąską z menu pociągowego jest ciastko z kremem budyniowym i że zanurza je w herbacie profesjonalnie, nie pozwalając żadnemu ciastku nigdy się złamać, a jego herbata staje się mieszanką rozmokłych okruszków. Wiem też od znajomego z wagonu restauracyjnego, że często płaci za kawę następnej osoby, żeby „przekazać dobro dalej”. Pomaga staruszkom wynieść bagaż z pociągu i pilnuje, żeby doszły bezpiecznie do wyjścia. Często puszcza na telefonie kreskówki i daje je naburmuszonym dzieciom, żeby miały się czym zająć w drodze. Znam jego głos, uśmiech, ręce i śmiech.

       No i wisienka na torcie, która sprawiła że przepadłam całkowicie: w zeszłym miesiącu, kiedy mała dziewczynka potknęła się po drodze do pociągu i zdarła sobie skórę z kolana, zrobił magiczną sztuczkę, żeby ją pocieszyć. Najprawdziwszą magiczną sztuczkę w stylu Harry’ego Pottera. Przez prawie godzinę sprawiał, że pieniądze, chusteczki i karty do gry znikały i zjawiały się ponownie, ku uciesze małej dziewczynki – i mojej, oczywiście.

       Właśnie wtedy, dokładnie w tym momencie, uświadomiłam sobie, że się w nim zakochałam. Nieznajomy z pociągu, mój Poniedziałkowy Pasażer. Kto może się oprzeć seksownemu geekowi, który robi sztuczki magiczne? Nie ja.

       Znowu wzdycham, patrząc na tył jego głowy, kiedy wygodnie zatapia się w fotelu, i pochyla głowę nad książką.

       Może pewnego dnia z nim porozmawiam, oczaruję go moim ciętym dowcipem i niezwykłą osobowością. Nie będzie miał wyboru, zakocha się szaleńczo we mnie i moich dziwactwach, a potem będziemy żyli długo i szczęśliwie, jak w romantycznej powieści.

       Ale to nie dzisiaj.

 

Dwa

 

 

       – Średnie, mrożone latte.

       Uśmiecham się radośnie i potakuję, po czym podchodzę i biorę przezroczysty plastikowy kubek, który baristka Ruby stawia na ladzie.

       – Dzięki. Do jutra.

       – Pa, Amy. Dobrego dnia – odpowiada, zajęta już przygotowywaniem kolejnego napoju.

       – Nawzajem! – W geście pożegnania unoszę kubek z kawą, uśmiecham się, zaciągając przez słomkę pierwszym łykiem i zmierzam w stronę drzwi. To moja pierwsza kawa dzisiaj i smakuje wybornie. Mam słabość do kawy mrożonej, nie potrafię się jej oprzeć, więc zwykle rano zatrzymuję się po drodze, żeby ją kupić.

       Wychodząc, przystaję, bo czyjś pies popiskuje przy moich nogach. Czeka przywiązany na zewnątrz, a jego właściciel kupuje poranną dawkę kofeiny.

       Uśmiecham się do psiaka i wyciągam rękę, żeby dotknąć małej, włochatej łepetyny i podrapać go za uchem.

       – O, jaki słodziak z ciebie, futrzaku!

       Dobrze, przyznaję, do psów też mam słabość. No ale chyba widzieliście kiedyś psy, prawda?

       Zmuszam się do wstania i zostawienia pieska, bo trzeba iść do pracy. Kiedy jestem już wyprostowana, coś dużego ‒ a raczej ktoś duży ‒ wpada na mnie z całym impetem. Nie mam czasu na reakcję, bo pokrywka kubka odpada, a drogocenna kawa chlusta mi na biust. Czuję, jak zimny, mrożony przecież napój ląduje na mojej białej bluzce i ochlapuje mi szyję. Kostki lodu spadają na ziemię ze stukotem, a ja stoję oniemiała i zszokowana.

       – O cholera! – krzyczy facet.

       Kiedy siła zderzenia pcha mnie w tył, on łapie mnie za ramiona, żebym uniknęła zderzenia z małym, metalowym stolikiem za mną. Słodki piesek przy moich stopach piszczy i ucieka, by nie zostać zdeptanym.

       – O Boże, przepraszam! Nic ci się nie stało? – pyta mężczyzna, ciągle trzymając mnie za ramiona.

       Mrugam i otwieram usta, wciąż w szoku, bo zdaję sobie sprawę z tego, że ponad połowa zawartości kubka z kawą właśnie ze mnie spływa. Patrzę na ziemię, gdzie w kałuży kawy leży telefon tego gościa, a psiak jest już z powrotem i entuzjastycznie wylizuje płyn.

       Wypuszczam z płuc powietrze, szok powoli mija.

       – Nic mi nie jest – mamroczę, odsuwając się i strzepując krople kawy z palców.

       – Patrzyłem w telefon, nie zauważyłem cię. To moja wina. Przepraszam. – Jego głos jest pełen skruchy.

       Wzruszam ramionami, na usta wypełza mi się uśmiech, bo jednak bardzo chce mi się śmiać.

       Takie rzeczy przytrafiają mi się non stop. Heather nazywa mnie „przyjaciółką specjalnej troski”, taką, co to potyka się o ładowarkę podłączoną do prądu lub upuszcza lody i musi kupić nowe, gubi się w trakcie nocnej eskapady po klubach lub przez przypadek wciska Lubię to, śledząc nową dziewczynę byłego na Facebooku. Tak, zdecydowanie, jestem specjalnej troski.

       – Nic się nie stało. Przynajmniej nie była gorąca, więc nie mam poparzeń trzeciego stopnia – żartuję, wyciągając rękę, żeby strzepnąć płyn z bluzki, i nareszcie podnoszę głowę i spoglądam na niego.

       W chwili, gdy mój wzrok ląduje na jego twarzy, serce mi zamiera i przestaje bić. No dobra, przesadzam, nie przestaje, ale na pewno dostaje palpitacji. To on. Mój Poniedziałkowy Pasażer, tyle że we wtorek i przed kawiarnią.

Napisz swoją opinię i oceń książkę

Przedstaw się



Twoja ocena


WYŚLIJ