Thriller / Sensacja / Kryminał
Z zimną krwią
26,99 zł
26,99

Z zimną krwią

brak opinii
Liczba stron: 240
ISBN: 9788327654977
Premiera: 2020-08-05

To miał być najszczęśliwszy dzień w życiu Niny. Stało się inaczej. Gdy porzucona przez narzeczonego w dniu ślubu zapłakana opuszczała kościół, przy ołtarzu wybuchła bomba. Zaraz potem ktoś próbuje zepchnąć samochód Niny z drogi i podkłada bombę w jej mieszkaniu. Nie ma wątpliwości – Nina miała zginąć. Nigdy nie złamała prawa, nigdy nie miała wrogów, a jednak ktoś uznał ją za śmiertelne zagrożenie i próbuje zabić…

Tess Gerritsen

Jedna z najpoczytniejszych autorek thrillerów na świecie. Zadebiutowała powieścią „Telefon o północy”, a każdy kolejny tytuł przynosił jej coraz większą popularność. Napisała kilkadziesiąt książek, które regularnie pojawiają się na listach bestsellerów w USA i Europie. Jej powieści zostały przetłumaczone na 20 języków i zdobyły wiele prestiżowych nagród.

ROZDZIAŁ PIERWSZY

 

 

Ślub się nie odbył. Odwołany. Zero. Kaput.

Nina Cormier siedziała w zakrystii i gapiła się w lustro. Dlaczego nie może płakać? Straszny ból czaił się gdzieś głęboko, ale jeszcze go nie czuła. Wlepiała tylko suche oczy w swoje odbicie. Panna młoda jak z obrazka. Welon cienki jak pajęczyna przesłania twarz. Ramiączko gorse­tu atłasowej sukni wyszywanej perełkami opada ponętnie z jej ramienia. Długie czarne włosy zwinięte w miękki wę­zeł. Każdy, kto widział ją tego ranka – jej matka, siostra, macocha Daniella – twierdził, że jest piękną panną młodą.

Tyle że pan młody nie zadał sobie trudu, by się poja­wić. Nie miał nawet dość odwagi, by ją zawiadomić oso­biście. Po pół roku planów i marzeń przysłał bilecik zale­dwie dwadzieścia minut przed ceremonią. Przez swojego świadka.

„Nina, potrzebuję czasu, aby to przemyśleć. Przepra­szam cię. Wyjeżdżam na kilka dni. Zadzwonię. Robert”.

Zmusiła się, by przeczytać wiadomość jeszcze raz. „Potrzebuję czasu... Potrzebuję czasu...”.

Ile czasu może potrzebować mężczyzna?

Rok wcześniej wprowadziła się do doktora Roberta Bledsoe. Tylko tak możemy się przekonać, czy do siebie pasujemy, powiedział jej. Małżeństwo to poważne zobo­wiązanie, więc nie chciał popełnić błędu. Liczący sobie czterdzieści jeden lat Robert miał już za sobą kilka kata­strofalnych związków. Nie chciał kolejny raz się pomylić. Chciał mieć pewność, że Nina jest kobietą, na którą czekał przez całe życie.

Ona była pewna, że Robert to właśnie ten. Tak pewna, że gdy zaproponował, by zamieszkali razem, tego samego dnia poszła prosto do domu, żeby się spakować...

– Nina? Nina, otwórz! – Za klamkę szarpała jej siostra Wendy. – Proszę, wpuść mnie.

Nina schowała twarz w dłoniach.

– Nie chcę teraz nikogo widzieć.

– Nie powinnaś być sama.

– Chcę być sama.

– Goście już pojechali. Jestem tylko ja.

– Nie chcę z nikim rozmawiać. Jedź do domu, dobrze?

Za drzwiami zapadła cisza. Po chwili Wendy zapytała:

– Jeżeli pojadę, to kto cię zawiezie do domu?

– Zamówię taksówkę. Albo ojciec Sullivan mnie pod­wiezie. Potrzebuję czasu, żeby pomyśleć.

– Na pewno nie chcesz porozmawiać?

– Na pewno. Zadzwonię do ciebie później, dobrze?

– Rób, co chcesz.

Wendy zawahała się, a potem z pewną dozą zjadliwo­ści, która przebiła się nawet przez dębowe drzwi, dodała:

– Robert to gnojek. Zawsze tak myślałam.

Nina siedziała przy toaletce, podpierając głowę rękami. Chciało się jej płakać, ale nie mogła wycisnąć z siebie ani jednej łzy. Kroki Wendy zaczęły się oddalać, a potem w pu­stym kościele zapadła cisza. Ale łzy nie płynęły. Nie mogła teraz myśleć o Robercie. Zamiast tego jej umysł zdawał się skupiać na praktycznej stronie odwołanego ślubu. Wesele i całe to zmarnowane jedzenie. Prezenty, które musi zwró­cić. Bilety na wyspę Świętego Jana. Może powinna sama polecieć na miesiąc miodowy i zapomnieć o doktorze Bled­soe. Pojedzie, weźmie tylko bikini. Przynajmniej zamiast złamanego serca będzie miała opaleniznę.

Powoli podniosła głowę i spojrzała w lustro. Nie taka znowu piękna ta panna młoda, pomyślała. Szminka się jej rozmazała, włosy rozczochrały. Ruina.

W nagłym przypływie gniewu zerwała z głowy we­lon. Spinki poleciały na wszystkie strony i uwolniły ka­skadę czarnych włosów. Do diabła z welonem, pomyślała i wrzuciła go do kosza. Bukiet z białych lilii i różyczek też tam wylądował. Poczuła się lepiej. Furia pobudziła ją do działania. Zerwała się na nogi.

Ruszyła z kościelnej ubieralni do nawy. Za nią wlókł się tren. Puste już ławy ozdobione były girlandami białych goździków, a ołtarz bukietami róż i gipsówki. To była sce­na pięknie udekorowana na ślub, który nigdy się nie od­będzie. Ale Nina minęła ołtarz i szła w kierunku głównych drzwi, nie zwracając uwagi na owoce ciężkiej pracy deko­ratorów, które przypominały o niepowodzeniu. Skoncen­trowała się na ucieczce. Nawet zatroskany głos ojca Sulli­vana nie zdołał jej zatrzymać.

Pchnęła drzwi i zatrzymała się na schodach. Uderzył ją blask lipcowego słońca i nagle boleśnie zdała sobie spra­wę, jak bardzo musi się rzucać w oczy. Samotna kobieta, w sukni ślubnej, próbująca złapać taksówkę. Dopiero wte­dy, w pułapce jaskrawego światła, poczuła pierwsze łzy.

O nie, Boże, nie. Załamie się i rozpłacze tu, na scho­dach. Na publicznym widoku, w obecności tych wszyst­kich cholernych przechodniów.

– Nina? Nina, kochanie.

Odwróciła się. O stopień wyżej stał ojciec Sullivan.

– Czy mogę coś dla ciebie zrobić? – zapytał. – Może chcesz wejść i porozmawiać?

Przygnębiona potrząsnęła głową.

– Chcę się stąd wydostać. Proszę, tylko tyle.

– Tak, tak, oczywiście. – Delikatnie wziął ją pod rękę. – Zawiozę cię do domu.

Pomógł jej zejść ze schodów i zaprowadził na kościel­ny parking. Zebrała zabrudzony już tren i wsiadła do sa­mochodu. Góra atłasu spiętrzyła się jej na kolanach.

Ojciec Sullivan wśliznął się za kierownicę. W samo­chodzie było gorąco, ale nie uruchomił silnika. Przez mo­ment siedzieli w krępującej ciszy.

– Wiem, że trudno ci pojąć, jaki zamysł mógł mieć w tym wszystkim Wszechmogący – zaczął cicho. – Ale musi być jakiś powód, Nino. W tej chwili może nie być dla ciebie oczywisty. Może ci się wydawać, że Pan odwrócił się od ciebie.

– To Robert się ode mnie odwrócił – powiedziała. Po­ciągnęła nosem i wytarła twarz czystym rogiem trenu. – Odwrócił się i prysnął.

– Mężczyźni u progu małżeństwa często mają mie­szane uczucia. Jestem przekonany, że dla doktora Bledsoe była to poważna decyzja...

– Poważna decyzja? A dla mnie nie?

– Nie, nie, źle mnie zrozumiałaś.

– Ach, proszę mnie zawieźć do domu.

Pokręcił głową i włożył kluczyk do stacyjki.

– Chciałem ci tylko wytłumaczyć, kochanie, może tro­chę niezręcznie, że to nie jest jeszcze koniec świata. Nino, przeznaczenie zawsze nas zaskakuje. Nigdy nie spodzie­wamy się trudnych momentów. Są sprawy, które uderzają w nas jak grom z jasnego nieba.

W tym momencie budynkiem kościoła wstrząsnął ogłuszający huk. Wybuch roztrzaskał witraże w oknach, i grad odłamków kolorowego szkła zasypał parking. Na dach samochodu pofrunęły kartki z porwanych mszałów i kawałki ław.

Gdy biały dym trochę się przerzedził, Nina zobaczyła, jak z nieba spływa chmura kwiatowych płatków i osadza się na przedniej szybie, tuż przed oczami zszokowanego ojca Sullivana.

– Jak grom z jasnego nieba – szepnęła. – Nie można było tego lepiej ująć.

 

– Wy dwaj to na bank największe patałachy roku.

Sam Navarro, detektyw policji w Portlandzie, siedzący naprzeciwko wyraźnie zdenerwowanego Norma Liddella, nawet nie mrugnął okiem. W pokoju konferencyjnym po­sterunku była ich piątka, a Sam nie miał zamiaru sprawić satysfakcji temu gwiazdorowi, prokuratorowi okręgowe­mu, i pokazać, że robi to na nim jakieś wrażenie. Nie miał też zamiaru odpierać oskarżeń, bo rzeczywiście nawalili. On i Gillis ostro nawalili, i zginął gliniarz. Idiota, fakt, ale zawsze gliniarz. Jeden z nich.

– Nigdy nie daliśmy Marty’emu Pickettowi pozwo­lenia na zbliżenie się do miejsca wybuchu – odezwał się partner Sama, Gordon Gillis. – Nie mieliśmy pojęcia, że przekroczy linię...

– Byliście tam na służbie – wtrącił Liddell – i to czyni was odpowiedzialnymi.

– Zaraz, zaraz – bronił się Gillis. – Pickett też nie jest bez winy.

– To był jeszcze żółtodziób.

– Powinien był przestrzegać procedur. Gdyby...

– Zamknij się, Gillis – przerwał mu Sam.

Gillis spojrzał na swojego partnera.

– Sam, ja tylko staram się bronić naszego stanowiska.

– To nam nie pomoże. I tak zostaliśmy wytypowani na winowajców.

Sam zmierzył wzrokiem Liddella.

– Czego pan chce, prokuratorze? Publicznej chłosty? Naszego odejścia?

– Nikt wam nie każe odchodzić – wtrącił się ich szef, Abe Coopersmith. – A ta dyskusja do niczego nie prowadzi.

– Musimy wszcząć postępowanie dyscyplinarne – upierał się Liddell. – Nie żyje funkcjonariusz policji.

– Myśli pan, że o tym nie wiem? – warknął Cooper­smith. – To ja musiałem zawiadomić wdowę. Nie mówiąc już o tych wszystkich krwiożerczych reporterach. Dosyć tego gadania, panie prokuratorze. To był jeden z nas. Gli­niarz, nie prawnik.

Sam spojrzał ze zdumieniem na szefa. To coś nowe­go, Coopersmith po jego stronie. Abe Coopersmith nie używał wielu słów, a już na pewno nie słów przychylnych jemu.

Ale Liddell działał im na nerwy. Zaatakowani glinia­rze zawsze trzymają się razem.

– Wróćmy do naszej sprawy, dobrze? – ciągnął Cooper­smith. – Mamy w mieście bombiarza. I pierwszy wypa­dek śmiertelny. Co wiemy? – Popatrzył na Sama, który stał na czele nowo utworzonego Wydziału ds. Zamachów Bombowych.

– Niezbyt wiele – przyznał Sam.

Otworzył teczkę i wyjął plik papierów. Rozdał kopie czterem mężczyznom siedzącym przy stole – Liddellowi, Coopersmithowi, Gillisowi i Erniemu Takedzie, eksperto­wi ze Stanowego Laboratorium Kryminalistycznego.

– Pierwszy wybuch nastąpił około drugiej piętnaście nad ranem. Drugi około drugiej trzydzieści. Ten dru­gi praktycznie zrównał z ziemią magazyny firmy R.S. Hancock. Spowodował też drobne zniszczenia w dwóch sąsiednich budynkach. Pierwszą bombę znalazł nocny strażnik. Zauważył ślady włamania i przeszukał pomiesz­czenia. Bombę podłożono na biurku w jednym z biur. Za­dzwonił o pierwszej trzydzieści nad ranem. Gillis był tam około pierwszej pięćdziesiąt, ja o drugiej. Otoczyliśmy teren i kiedy przyjechał wóz saperski, wybuchła pierwsza bomba. Kwadrans później, zanim zdołaliśmy przeszukać budynek, wybuchła druga. Zabiła Picketta.

Sam spojrzał na Liddella, ale tym razem prokurator okręgowy siedział cicho.

– Dynamit był produkcji zakładów Dupont – dodał.

W sali na chwilę zapanowała cisza.

– Ten sam numer serii Duponta co w dwóch zeszło­rocznych bombach? – zapytał Coopersmith.

– To możliwe – odparł Sam – bo dynamit z tym nu­merem serii to jedyna zgłoszona kradzież, jaką mieliśmy tu od lat.

– Ale sprawa bomb Vincenta Spectre’a została za­mknięta w ubiegłym roku. I wiemy, że Vincent nie żyje – zaoponował Liddell. – A więc kto robi te bomby?

– To może być uczeń Vincenta. Ktoś, kto nie tylko opanował technikę swojego mistrza, ale ma jeszcze dostęp do jego zapasów dynamitu. Których nie znaleźliśmy.

– Nie potwierdzono, że dynamit pochodzi ze skra­dzionej serii – upierał się Liddell. – Może wcale nie ma związku z bombami Spectre’a.

– Obawiam się, że mamy inne dowody – wtrącił Sam. – To się wam nie spodoba. – Popatrzył na Erniego Takedę. – Powiedz im, Ernie.

Takeda, który nie lubił publicznych wystąpień, nie odrywał wzroku od raportu z laboratorium.

– Na podstawie materiałów zebranych na miejscu wybu­chu – zaczął czytać – można postawić wstępną hipotezę na temat budowy mechanizmu. Prawdopodobnie zapłon elek­tryczny został wywołany przez opóźniony obwód elektro­niczny. Spowodowało to eksplozję lasek dynamitu za pomo­cą lontu typu Prima. Zostały one sklejone dwucalową zieloną taśmą izolacyjną. – Takeda odchrząknął i w końcu podniósł wzrok. – Obwód z opóźniaczem jest taki sam, jakiego używał nieżyjący już Vincent Spectre w zeszłorocznych bombach.

Liddell popatrzył na Sama.

– Te same obwody, ten sam dynamit?

– Widocznie Vincent Spectre przed śmiercią sprzedał trochę swych umiejętności. Teraz mamy drugie pokolenie bombiarzy na tapecie.

– Powinniśmy opracować profil psychologiczny no­wego gracza na rynku – włączył się Sam. – Zamachy bombowe Spectre’a miały podłoże czysto finansowe. Wy­najmowano go, żeby odwalił robotę, i robił to bach, bach, bach. Sprawnie. Efektywnie. Ten nowy bombiarz musi do­piero wypracować sobie markę.

– Twoje słowa świadczą o tym – powiedział Liddell – że czekasz, aż znów uderzy.

Lekko znużony Sam przytaknął:

– Niestety, to właśnie powiedziałem.

Ktoś nagle zastukał i policjantka wsunęła głowę w otwarte drzwi:

– Przepraszam, telefon do Navarra i Gillisa.

– Odbiorę – odrzekł Gillis, po czym wstał nieporadnie i podszedł do telefonu wiszącego na ścianie.

Liddell ciągle koncentrował się na Samie.

– A więc to jest wszystko, co elita Portlandu ma w za­nadrzu? Czekamy na następną bombę, aby ustalić sche­mat działania przestępców? A potem może wpadniemy na jakiś pomysł, co by się dało zrobić?

– Zamach bombowy, panie Liddell – rzekł spokojnie Sam – jest aktem tchórzostwa. To czyn przestępczy doko­nany przy nieobecności sprawcy. Nie ma osoby, odcisków palców, świadków podłożenia, nie ma...

– Szefie – wtrącił Gillis, odkładając słuchawkę. – Jest następna...

– Niech to szlag! – zawołał Coopersmith.

Sam zerwał się na nogi i ruszył w kierunku drzwi.

– A tym razem co? – zapytał Liddell. – Znowu magazyny?

– Nie – odparł Gillis. – Kościół.

 

Kiedy Sam i Gillis podjechali do kościoła pod wezwaniem Dobrego Pasterza, teren był już ogrodzony przez policję. Po obu stronach ulicy zebrał się tłum. Forest Avenue zosta­ła zablokowana przez trzy radiowozy, dwie straże pożar­ne i ambulans. Ciężarówkę saperów z naczepą w kształcie beczki ustawiono przed głównym wejściem, a raczej tym, co po nim pozostało. Wyrwane z zawiasów drzwi leżały u stóp schodów. Wszystko pokrywała warstwa odłamków szkła. Wiatr rozwiewał na chodniku podarte kartki mo­dlitewników jak suche liście. Gillis zaklął.

– To była duża sztuka.

Kiedy zbliżyli się do taśmy policyjnej, oficer dowodzą­cy przywitał ich z wyraźną ulgą.

– Navarro! Cieszę się, że wpadłeś.

– Są ofiary? – zapytał Sam.

– Chyba nie. Kościół był zupełnie pusty. Czysty przy­padek. O drugiej miał być ślub, ale w ostatniej chwili zo­stał odwołany.

– Czyj ślub?

– Jakiegoś lekarza. Panna młoda siedzi w samocho­dzie policyjnym. Ona i pastor widzieli wybuch z parkingu.

– Później z nią porozmawiam. Niech czeka. Pastor też. Sprawdzę, czy nie ma drugiego ładunku.

– Nie krępuj się, nie mam nic przeciwko temu.

Sam włożył specjalny kombinezon z zachodzących na siebie stalowych płytek. Niósł też maskę ochronną na wy­padek, gdyby znaleziono drugą bombę. Technik od ładun­ków, podobnie ubrany, stał przy frontowych drzwiach i cze­kał na rozkaz wejścia do kościoła. Gillis miał czekać przy ciężarówce. Tym razem jego rola polegała na dostarczeniu instrumentów i przygotowaniu pojemnika na bombę.

– Dobra – rzekł Sam do technika. – Idziemy.

Weszli do ziejącego pustką miejsca po bramie wejścio­wej. Najpierw Sam wychwycił zapach – mocny i słodkawy. Dynamit, pomyślał. Siła eksplozji spowodowała, że tylne ławy się przewróciły. Te z przodu, bliżej ołtarza, rozleciały się w drzazgi. Wszystkie witraże były roztrzaskane, a pu­ste ramy okien wychodzących na południe wypełniało przytłumione słoneczne światło.

Sam i technik automatycznie rozdzielili się i zaczęli przesuwać się wzdłuż przeciwległych ścian nawy. Budy­nek miał być dokładnie przeszukany później, teraz musie­li się skupić na znalezieniu kolejnej bomby. Śmierć Mar­ty’ego Picketta obciążała sumienie Sama, dlatego nie miał zamiaru wpuścić tu żadnego policjanta, dopóki wszyst­kiego nie sprawdzi.

Obydwaj mężczyźni poruszali się powoli z powodu zalegającego gruzu. Odór dynamitu się nasilał. Zbliżamy się, pomyślał Sam. Bombę podłożono gdzieś tutaj...

Przed ołtarzem, tam gdzie stał kiedyś pierwszy rząd ław, zobaczyli ziejący krater o średnicy metra, dość płytki. Wybuch rozerwał dywan i warstwę izolacyjną, ale beto­nowa wylewka pozostała nienaruszona. Płytki krater jest charakterystyczny dla powolnej eksplozji. Zgadza się, to dynamit.

Ale temu mogą się przyjrzeć później. Teraz muszą szu­kać dalej. Skończyli z nawą, przeszli do korytarzy, ubieral­ni i toalet. Nic. Weszli do aneksu i sprawdzili kancelarię, salki, klasy szkółki niedzielnej. Nic. Wyszli przez tylne wyjście i przeszukali murek na zewnątrz. Nic.

Usatysfakcjonowany Sam wrócił na linię policyjną, gdzie czekał już Gillis. Zdjął kombinezon i oświadczył:

– Budynek jest czysty. Ekipa gotowa?

Gillis wskazał szóstkę ludzi czekających obok cięża­rówki saperskiej. Czterech policjantów i dwóch laboran­tów ściskało w rękach torebki na dowody.

– Czekają na rozkaz – powiedział.

– Najpierw niech wejdzie fotograf, potem ekipa. Kra­ter jest z przodu, przed pierwszym rzędem ław po prawej.

– Dynamit?

Sam kiwnął głową.

– Jeżeli mogę polegać na swoim węchu. – Odwrócił się i popatrzył na tłum gapiów. – Porozmawiam teraz ze świadkami. Gdzie jest pastor?

– Zawieźli go na ostry dyżur. Bóle w klatce piersiowej.

Sam westchnął zirytowany.

– Ktoś go przesłuchał?

– Policjant. Mamy zeznanie.

– Dobrze. No to zostaje nam panna młoda.

– Czeka w radiowozie. Nazywa się Nina Cormier.

– Cormier. W porządku.

Sam schylił się i przeszedł pod żółtą policyjną taśmą. Poszukał wzrokiem ponad tłumem gapiów służbowych samochodów i zauważył sylwetkę kobiety siedzącej w jed­nym z nich. Nie poruszyła się, gdy się zbliżył. Patrzyła przed siebie jak manekin w salonie ze ślubnymi suknia­mi. Pochylił się i zastukał w okno samochodu. Kobieta się odwróciła. Zobaczył duże ciemne oczy, rozmazany tusz, ale jej twarz była ładna. Pokazał jej gestem, aby opuściła szybę.

– Pani Cormier? Detektyw Sam Navarro, policja.

– Chcę wracać do domu – powiedziała. – Rozmawia­łam już z tyloma policjantami. Czy nie mogłabym wresz­cie jechać?

– Najpierw muszę zadać pani kilka pytań.

– Kilka?

– No dobrze, więcej niż kilka.

Gdy westchnęła, zauważył, jaka jest zmęczona.

– Jeżeli odpowiem na wszystkie pytania, to będę mo­gła pojechać do domu?

– Obiecuję.

– Dotrzymuje pan obietnic?

– Zawsze – odrzekł poważnie.

Spojrzała na ręce splecione na kolanach.

– Dobrze – mruknęła. – Mężczyźni i ich obietnice.

– Słucham?

– Nic, nic.

Okrążył radiowóz, otworzył drzwi i usiadł za kierow­nicą. Nie odezwała się, siedziała zrezygnowana. Góra spienionego białego atłasu zdawała się ją przytłaczać bez reszty. Fryzura rozsypała się i jedwabiste pasma czarnych włosów spadały na jej ramiona. Niezbyt piękny obrazek szczęśliwej panny młodej, pomyślał. Wygląda na otępiałą i bardzo samotną.

Gdzie, do cholery, jest pan młody?

Zdusił w sobie słowa instynktownego współczucia, sięgnął po notes i otworzył na czystej stronie.

– Poproszę o nazwisko i imię oraz adres.

– Nina Margaret Cormier, 318 Ocean View Drive – wyszeptała.

Spojrzał na nią. Wzrok miała ciągle utkwiony w rę­kach złożonych na kolanach.

– Proszę mi opowiedzieć, co się wydarzyło.

Siedziała w wozie policyjnym już od półtorej godzi­ny, rozmawiała z trzema policjantami, odpowiedziała na wszystkie ich pytania. Jej ślub to katastrofa, ledwo uszła z życiem, a ludzie na ulicy przyglądali się jej, jakby była jakimś dziwolągiem. A ten zimny jak ryba gliniarz ocze­kuje, że zacznie znowu od początku?

Napisz swoją opinię i oceń książkę

Przedstaw się



Twoja ocena


WYŚLIJ