Powieść obyczajowa
Catherine
34,99 zł
21,72 zł
34,99
21,72
KUP TERAZ

Catherine

3 opinie
Liczba stron: 240
Oprawa miękka
ISBN: 9788327655318
Premiera: 2020-08-05

Na skalistym urwisku nad zatoką w stanie Maine stoi Towers, wspaniała rodzinna rezydencja, w której żyje legenda o niespełnionej miłości i ukrytych szmaragdach. Mieszkankami Towers są cztery siostry, gotowe bronić swojej posiadłości wbrew wszelkim przeciwnościom losu.

Catherine najbardziej ze wszystkich sióstr sprzeciwia się sprzedaży Towers, choć koszty utrzymania rezydencji znacznie przekraczają możliwości panien Calhoun. A już za nic nie może dopuścić, by nabył ją magnat hotelowy Trenton St. James, który ich ukochany dom potraktowałby jako kolejny interes. Trenton to jednak nie tylko biznesmen, lecz także mężczyzna o romantycznej duszy…

Nora Roberts

Kryminały pisze jako J.D. Robb, ponieważ wydawca uważał, że nie powinna publikować tak dużo książek pod tym samym pseudonimem. Przez jakiś czas pracowała jako aplikantka sądowa. Zaczęła pisać, kiedy zamieć śnieżna uwięziła ja w domu z dwoma małymi synami, Danem i Jasonem. Kilka pierwszych rękopisów zostało odrzuconych, pierwszy doczekał się publikacji w 1981 roku. Dzisiaj ma na koncie ponad sto sześćdziesiąt powieści przetłumaczonych na dwadzieścia pięć języków. Uznawana za królową romansu, jest laureatką wielu literackich nagród, a jej książki zajmują czołowe miejsca na listach bestsellerów. Jest pierwszą autorką, którą przyjęto do Romance Writers of America Hall of Fame. Czytelnicy cenią ja za świetną konstrukcję powieści oraz umiejętne łączenie wątków romansowych i sensacyjnych. Wraz z drugim mężem, którego poznała, gdy robił dla niej półki na książki, mieszka w stanie Maryland. Jej hobby to ogrodnictwo..

ROZDZIAŁ PIERWSZY

 

 

Bar Harbor 1991

 

Trenton St. James III był w kiepskim nastroju. Należał do tego typu mężczyzn, którzy uważają, że gdy tylko zastukają do jakichś drzwi, te powinny się na­tychmiast otworzyć, a gdy wykręcą dowolny numer, zawsze ktoś powinien odebrać telefon. Tym razem jednak rzeczywistość spłatała mu złośliwego figla, jego auto zepsuło się bowiem na wąskiej dwupasmówce piętnaście kilometrów przed celem podróży. Na szczęście udało mu się dodzwonić do pomocy drogowej, lecz mimo to gdy wjeżdżał do Bar Harbor w kabinie samochodu pogotowia technicznego, nie był w najlepszym nastroju. Ostry rock wylewał się z głośników, a kierowca śpiewał razem z wokalistą, w przerwach pożerając olbrzymią kanapkę z szynką.

– Mów do mnie po prostu Hank – powiedział i pociągnął solidny łyk oranżady. – C.C. naprawi wóz w try miga, bo to najlepszy mechanik w całym Maine, każdy ci to powie.

Trent musiał mu uwierzyć na słowo. Kierowca podrzucił go do centrum miasteczka, wręczył wizytówkę warsztatu oraz powiedział, jak tam dojechać, i ciężarówka zniknęła za rogiem.

Trent zastanowił się przez chwilę, a potem lekko się uśmiechnął. No cóż, stara prawda głosiła, że z każdej sytuacji można wyciągnąć jakiś pożytek. Zaprowadził ledwie pyrkający samochód pod wydrukowany na wizytówce adres, po czym kilkoma telefonami do biura w Bostonie wprawił w popłoch całe stado sekretarek, asystentów i młodszych wiceprezesów. Ta niewinna rozrywka sprawiła, że od razu poczuł się lepiej.

Lunch zjadł na tarasie małej restauracji, jednak od znakomitej sałatki z homara dużo bardziej absorbowała go sterta wyciągniętych z walizki papierów. Co chwilę spoglądał na zegarek i jak zwykle wypił za dużo kawy. W końcu westchnął ze zniecierpliwieniem, wyprostował się na krześle i zapatrzył na ulicę.

Dwie kelnerki, które przycupnęły w kącie sali, rozmawiały o nim przez dłuższą chwilę. Był początek kwietnia i sezon miał się zacząć dopiero za kilka tygodni, więc w restauracji prawie nie było klientów. Dziewczyny zgodnie stwierdziły, że ich gość to typowy przystojniak, od czubka jasnej głowy do wypastowanych włoskich butów. Uznały, że na pewno zajmuje się biznesem, i to dużym, miał bowiem skórzaną teczkę, szykowny szary garnitur i krawat, a także złote spinki przy mankietach koszuli.

Ciągnęły temat, zawijając sztućce w serwetki dla następnej zmiany. Ponieważ obiekt ich zainteresowania ledwie dobiegał trzydziestki, doszły do wniosku, że jest za młody jak na poważnego biznesmena. Po kolei podchodziły do jego stolika, by dolać kawy i przyjrzeć mu się lepiej. Miał ładne, regularne rysy twarzy i mógłby uchodzić za lalusia, gdyby nie przenikliwy, niecierpliwy i posępny wzrok. Kelnerki zaczęły się zastanawiać, czy czeka tu na jakąś kobietę, która wystawiła go do wiatru, odrzuciły jednak ten pomysł, zgodnie uznawszy, że nawet najgłupsza dziewczyna nie jest aż tak durna, by zdecydować się na podobny krok.

Zupełnie nie zwracał na nie uwagi, jako że zwykle nie dostrzegał tych, którzy wykonywali płatne usługi. Nie wynikało to ze snobizmu czy arogancji, ale z tego, że Trent przez całe życie obsługiwany był przez całe zastępy sprawnych i dyskretnych służących, dzięki czemu jego życie stawało się o wiele prostsze. Płacił im wszystkim dobrze, a jeśli nie okazywał tego, że docenia ich wysiłki, ani nie nawiązywał osobistych więzi, to tylko dlatego, że nigdy mu to nie przyszło do głowy.

Dziewczyny były nieco rozczarowane, ale suty napiwek znacznie poprawił im humory.

Zatrzasnął walizkę i przygotował się na krótki spacer do warsztatu. Myślał o kontrakcie, który miał podpisać pod koniec tygodnia. Działał w branży hotelarskiej i zajmował się luksusowymi hotelami w modnych miejscowościach wypoczynkowych. Poprzed­niego lata jego ojciec, który spędzał urlop, pływając jachtem po Zatoce Francuza w towarzystwie czwartej żony, wypatrzył tu pewną posiadłość. Instynkt Trentona St. Jamesa II, choć często zawodny w stosunku do kobiet, był jednak nieomylny w interesach.

Jego uwagę przyciągnął wielki kamienny dom stojący na urwisku nad zatoką. Trenton St. James II natychmiast rozpoczął negocjacje w sprawie kupna posiadłości, jednak właściciele stawiali opór, który trudno było zrozumieć, zważywszy, jakim obciążeniem dla prywatnych osób musiała być ta rezydencja. Jednak ojciec Trenta jak zwykle potrafił przeprowadzić swoją wolę i interes był już prawie ubity, choć z powodu zawikłanego rozwodu seniora rodu jego dokończenie spadło na młodszego St. Jamesa.

Nawiasem mówiąc, żona numer cztery nosiła ten dumny tytuł przez osiemnaście miesięcy, czyli o całe dwa miesiące dłużej niż jej poprzedniczka, natomiast Trent z fatalistycznym spokojem oczekiwał, że już wkrótce na horyzoncie pojawi się następna kandydatka na jego macochę. Trudno się temu zresztą dziwić, ponieważ Trenton St. James II równie nałogowo ­kolekcjonował żony, jak nieruchomości.

Trent zamierzał kupić dom wcześniej, zanim ojciec zakończy formalności związane z rozwodem i teraz właśnie przyjechał tu, by obejrzeć budynek. Powoli szedł przez miasto w stronę warsztatu. Ponieważ sezon jeszcze się nie zaczął, wiele sklepów było zamkniętych, jednak Trent wprawnym okiem dostrzegł potencjalne możliwości tego miejsca. Wiedział, że w sezonie ulice Bar Harbor zatłoczone są zamożnymi turystami, którzy, jak wiadomo, potrzebowali hoteli. Miał w teczce wszystkie statystyki i był zdania, że jeśli nie popełni się poważniejszego błędu, Towers zacznie przynosić niezłe zyski jeszcze przed upływem pierwszych piętnastu miesięcy. Musiał tylko ostatecznie przekonać cztery sentymentalne kobiety i ich ciotkę, by zechciały wziąć pieniądze i wynieść się stąd choćby na koniec świata.

Skręcając w uliczkę prowadzącą do warsztatu, po raz kolejny spojrzał na zegarek. Dał mechanikowi dwie godziny na naprawienie wozu i uważał, że powinno to w zupełności wystarczyć. Mógł przylecieć z Bostonu firmowym samolotem, co byłoby dużo praktyczniejsze, ale wybrał się samochodem, potrzebował bowiem kilku godzin samotności.

Interesy wprawdzie kwitły, ale życie osobiste Trenta legło w gruzach. Kto by pomyślał, że Marla nagle postawi mu ultimatum: ślub albo rozstanie? Nadal nie potrafił otrząsnąć się ze zdumienia. Przecież od samego początku trwania ich związku wiedziała, że małżeństwo nie wchodzi w grę! Trent nie miał ochoty wsiadać do diabelskiego młyna, na którym jego ojciec z masochistycznym upodobaniem jeździł przez całe życie. Owszem, bardzo lubił Marlę. Była piękna, dobrze wychowana, inteligentna i odnosiła sukcesy jako projektantka mody. Sama zawsze wyglądała jak z okładki żurnala, co Trent w pełni doceniał. Podziwiał również jej praktyczny i trzeźwy stosunek do życia, tym bardziej więc nie rozumiał, co w nią nagle wstąpiło. Wcześniej twierdziła, że nie chce małżeństwa, dzieci ani obietnic o dozgonnej miłości, które spełniają się tylko w bajkach, gdy nagle dokonała radykalnej wolty w poglądach. Trent odebrał to niemal jak zdradę i wprost nie posiadał się z oburzenia, a ponieważ nie mógł jej dać tego, czego żądała, więc doszło do zerwania.

Nastąpiło to zaledwie przed dwoma tygodniami, w sztywnej i chłodnej atmosferze, jakby żegnali się ludzie, których nigdy nic nie łączyło. Marla zdążyła się już zaręczyć z profesjonalnym graczem w golfa, co dla Trenta było wprawdzie bolesne, lecz z drugiej strony ostatecznie potwierdziło jego opinię o kobietach jako istotach absolutnie niegodnych zaufania, jak również o małżeństwie, które po prostu było samobójstwem rozłożonym na lata.

Bogu dzięki, Marla go nie kochała. Po prostu prag­nęła „stabilizacji i większej odpowiedzialności za przyszłość”, jak to ujęła, zaś Trenton skomentował chłodno, że małżeństwo, co potwierdzają liczne przykłady, nie gwarantuje ani jednego, ani drugiego.

Ponieważ jednak nie lubił zbyt długo roztrząsać porażek, szybko wyrzucił Marlę z myśli i postanowił zrobić sobie urlop od kobiet.

Zatrzymał się przed białym murowanym budynkiem, na którego dziedzińcu stało kilka samochodów. Szyld nad wejściem reklamował całodobową pomoc techniczną i kompletne naprawy wszelkich typów samochodów, a także bezpłatne wyceny. Ze środka dobiegał ostry rock. Trenton ciężko westchnął i przestąpił próg.

Spod jego bmw wystawała para nóg w brudnych buciorach, które postukiwały w rytm muzyki. Trent zmarszczył czoło i rozejrzał się. W warsztacie czuć było zapach smaru i glicynii. Co za niedorzeczna kombinacja, pomyślał. W warsztacie panował bałagan. Wszędzie poniewierały się narzędzia i części zamienne. Coś, co ledwie przypominało zderzak samochodowy, sąsiadowało z brudnym, zapuszczonym ekspresem do kawy. Na ścianie wisiała tabliczka z napisem: „Nawet od ciebie nie przyjmujemy czeków”, oraz kilka cenników. Trent przypuszczał, że ceny są tu umiarkowane, ale nie miał żadnej skali porównawczej, jako że tego typu sprawy zawsze załatwiali za niego jego pracownicy. Przy ścianie stały dwa automaty, jeden z napojami, drugi ze słodyczami. Obok był słoik z monetami. Klienci mogli wrzucać do niego drobne albo odbierać sobie resztę, zależnie od uznania. Ciekawy pomysł, uznał Trent.

– Przepraszam – odezwał się, ale buty wystające spod samochodu nie przestawały się poruszać w rytm rocka. – Przepraszam – powtórzył głośniej. Muzyka i buciory przyśpieszyły tempo, więc Trent lekko kopnął w lewą podeszwę przygłuchego mechanika.

– Co tam? – zapytał niewyraźny głos spod samochodu.

– Chciałem zapytać o mój samochód.

– Kolejka! – usłyszał, a potem do jego uszu dobiegł brzęk narzędzi i stłumione przekleństwo.

Uniósł brwi w sposób, który zwykle sprawiał, że jego podwładni zaczynali drżeć jak liście osiki.

– Zdaje się, że jestem pierwszy w kolejce!

– Musi pan zaczekać, aż skończę z miską olejową tego idioty. Niech mnie Bóg broni od bogatych kretynów, którzy kupują takie cacuszka, a nie wiedzą nawet, czym się różni chłodnica od felgi. Proszę chwilę poczekać albo pogadać z Hankiem. Powinien gdzieś tu być.

Trent przez chwilę rozważał sens dwóch określeń, czyli „idioty” i „bogatego kretyna”, a potem zapytał:

– Gdzie jest właściciel?

– Chwilowo zajęty. Hank! – zawołał mechanik. – A niech to. Hank! Gdzie on się, do diabła, podziewa?

– Nie mam pojęcia – mruknął Trent, podszedł do radia i wyłączył muzykę. – Czy to byłoby zbyt wiele, gdybym cię poprosił, żebyś stamtąd wyszedł i powiedział mi, w jakim stanie jest mój samochód?

– Zaraz – mruknęła C.C. Leżąc płasko pod samochodem, widziała tylko włoskie buty klienta, co na­tychmiast wzbudziło w niej niechęć. – W tej chwili naprawdę nie mam czasu. Skoro tak się panu śpieszy, może pan mi pomóc albo pojechać do McDermita w Northeast Harbor.

– Jak mam tam pojechać, skoro leżysz pod moim samochodem? – zdziwił się Trent.

– To pański? – zdziwiła się C.C. No tak, pomyślała, bostoński akcent idealnie pasował do tych snobistycznych butów. – Kiedy robił mu pan ostatni przegląd? Kiedy zmieniane były filtry i olej?

– Ja nie...

– Przecież widzę, że nie – odrzekła z zimną satys­fakcją, która bardzo nie spodobała się Trentowi. – Niech mnie pan dobrze posłucha, bo nie od każdego pan to usłyszy. Kiedy kupuje się samochód, to się bierze odpowiedzialność za jego stan. Większość ludzi przez cały rok nie zarabia tyle, ile kosztował ten wózek i gdybyś pan traktował go przyzwoicie, jeszcze pańskie wnuki mogłyby nim jeździć. Samochody to nie są jednorazowe chusteczki, choć niektórzy tak je traktują, bo są albo zbyt głupi, albo za leniwi, by zadbać o podstawowe sprawy. Ten olej trzeba było wymienić już pół roku temu.

Trent niecierpliwie zabębnił palcami o bok ­aktówki.

– Młodzieńcze, płacę ci za to, abyś się zajął moim samochodem, a nie za to, żebyś wygłaszał mi kazania o moich obowiązkach. – Odruchowo zerknął na zegarek. – A teraz chciałbym się dowiedzieć, kiedy samochód będzie wreszcie gotowy, bo mam kilka ważnych spotkań.

– Kazanie było za darmo – mruknęła C.C. i wysunęła się spod samochodu. – I nie jestem młodzieńcem.

To w każdym razie było oczywiste. Wprawdzie twarz mechanika była czarna od smaru, a ciemne włosy krótko obcięte, lecz kształty wypełniające roboczy kombinezon mówiły same za siebie. Trent rzadko zapominał języka w gębie, ale teraz jednak zaniemówił. Stał więc i patrzył na C.C., która podniosła się z posadzki i powoli podeszła do niego.

Pod warstwą smaru widać było jasną cerę, kontrastującą z czarnymi włosami, a spod kosmyków potarganej grzywki spoglądały przymrużone zielone oczy. Pełne usta bez śladu szminki były wydęte w sposób, który w innych okolicznościach wydawałby mu się bardzo podniecający. Dziewczyna była wysoka i zbudowana jak bogini. Trent uświadomił sobie, że to ona pachniała smarem i glicynią.

– Ma pan jakiś problem? – zapytała zaczepnie, gdy wzrok Trenta przesunął się po jej całej postaci. Choć przywykła już do tego, wcale jej się to nie podobało.

Trent dopiero teraz uświadomił sobie, że niski, gardłowy głos, który wcześniej dobiegał spod samochodu, należał do kobiety.

– To pani jest mechanikiem? – wykrztusił.

– Nie, dekoratorem wnętrz – odrzekła ironicznie.

Jeszcze raz krytycznie rozejrzał się po otoczeniu i nie mógł się powstrzymać od uwag:

– Ma pani bardzo interesującą pracę.

C.C. sapnęła gniewnie i rzuciła klucz na ławkę.

– Trzeba było wymienić filtry oleju i powietrza oraz popracować nad chłodnicą. Muszę jeszcze wszystko przesmarować i przepłukać chłodnicę.

– Będzie jechał?

– Będzie, będzie – rzekła C.C. Wyciągnęła z kieszeni szmatę i wytarła ręce. Ten facet wyglądał na takiego, który bardziej dba o swoje krawaty niż o samochód. Wzruszyła ramionami i znów wepchnęła szmatę do kieszeni. To w końcu nie była jej sprawa. – Przejdźmy do biura, tam porozmawiamy.

Poprowadziła go do zagraconego, przeszklonego pomieszczenia. Było tu biurko, na którym panował nieopisany bałagan, grube katalogi części samochodowych, wielki pojemnik z gumą do żucia w kulkach i dwa obrotowe krzesła. C.C. usiadła i w wielkiej stercie papierów natychmiast odnalazła właściwy rachunek.

– Gotówka czy karta?

– Karta – rzekł Trent, mechanicznie wyciągając portfel z kieszeni. Zawsze sądził, że nie jest uprzedzony do kobiet. Pedantycznie pilnował, by w jego firmie miały one takie same możliwości awansu i płace jak mężczyźni, a przy zatrudnianiu nowych pracowników nigdy nie kierował się płcią kandydatów. Interesowało go tylko to, by podwładni byli kompetentni, lojalni, odpowiedzialni i pracowici. Im dłużej jednak patrzył na dziewczynę, która siedziała naprzeciw niego i wypisywała rachunek, tym bardziej był pewien, że w żadnym wypadku nie powinna być ona mechanikiem samochodowym.

– Od jak dawna pani tu pracuje? – zapytał bez zastanowienia i natychmiast żachnął się w duchu. Osobiste pytania nie były w jego stylu.

– Odkąd skończyłam dwanaście lat, z pewnymi przerwami – powiedziała uprzejmie, prześlizgując się wzrokiem po jego twarzy. – Nie musi się pan martwić, znam się na swojej robocie. Daję gwarancję na wszystkie naprawy wykonywane w moim warsztacie.

– To pani warsztat?

– Mój.

Wykopała spod sterty papierów kalkulator i zaczęła naciskać klawisze długimi i brudnymi, lecz eleganckimi w kształcie paznokciami. Ten mężczyzna ją onieśmielał. To przez te buty, pomyślała, albo przez krawat, jako że w wiśniowych krawatach było coś aroganckiego.

Obróciła fakturę w jego stronę i zaczęła objaśniać ją punkt po punkcie, on jednak wcale nie słuchał, co też nie było do niego podobne. Zawsze czytał dokładnie wszystkie papiery, jakie trafiały na jego biurko, teraz jednak nie potrafił oderwać zafascynowanego wzroku od twarzy młodej kobiety.

– Ma pan jakieś pytania? – zapytała, podnosząc głowę.

– To pani jest C.C.?

– We własnej osobie – odrzekła, odchrząkując.

Jej zmieszanie było zupełnie niedorzeczne. Ten facet miał przecież najzwyczajniejsze w świecie spojrzenie, nieco zbyt intensywne, ale naprawdę nie było w nim nic szczególnego. Nie miała pojęcia, dlaczego czym prędzej odwracała wzrok za każdym razem, gdy tylko napotykała jego wzrok. On jednak przez cały czas na nią patrzył. Czuła to, wcale jej się nie wydawało.

Książkę czyta się błyskawicznie, nie trzeba się przy niej specjalnie wysilać ani stresować. Łatwa lektura na deszczowy wieczór czy wolne popołudnie. Jeśli szukacie czegoś lekkiego, to spokojnie możecie po nią sięgnąć.

„Catherine” to książka, którą warto było przeczytać. To bohaterowie, z którymi miło spędziłam czas. To historia niewymagająca wielkich przemyśleń, doskonała na jedno popołudnie. Ze swojej strony polecam.

Lektura na godzinkę lub dwie idealnie, by odpocząć po natłoku pracy. Napisana jest lekko i przyjemnie się ją czyta. Bardzo spodobała mi się i wciągnęła mnie od początku. Nie spodziewałam się takiego odwrotu sytuacji. Dawno nie spotkałam się z tak krótką lekturą, ale jest inna, po prostu idealnie napisana. Nie mogłam się od niej oderwać. Po przeczytaniu bardzo się cieszyłam, bo to co się wydarzyło było inne i świetne. Polecam 

Książka idealna na lato. Romans prosty, zauroczenie natychmiastowe, a słowa "kocham cię" jak dla mnie padają zbyt szybko, ale tajemnica związana z prababka i naszyjnikiem jest intrygująca. Siostry Calhoun to cztery zupełnie inne osobowości, więc wydaje mi się, że każda z pozostałych książek będzie równie ciekawa. Nie czytałam do tej pory tego cyklu, więc nadrabiam.

 

Czasem dobrze przeczytać lekką historię z wątkiem romantyzmu. ,,Catherine" idealnie się w ten trend wpisuje. Poznajemy cztery zupełnie różne bohaterki, dom z tajemnicą i historią w tle, w którym przed laty mieszkała przodkini, Bianca, która poczuła coś do innego mężczyzny, będąc już matką i żoną. Czy rodzinna tajemnica sprowadziła nieszczęście na nią i miejsce, które zamieszkiwali? Do tego postać Trentona, który nie wierzy w miłość, bowiem nie miał prawidłowych wzorców w tym zakresie. Czy da sobie szansę na nowe jutro?
 
,,Catherine" to idealny początek sagi, podejrzewam, że kolejne części będą dotyczyły kolejnych sióstr. Nora Roberts stworzyła lekkie czytadło, które pozwala oderwać się od codziennych trosk i przenieść do bajkowego miasteczka, gdzie mimo problemów, siła rodziny wysuwa się na pierwszy plan. Serdecznie polecam tę lekturę, a ja czekam na kolejne tomy. Mam nadzieję, że będą równie udane, jak pierwszy.

Lekka, przyjemna historia, której przeczytanie zajęło mi dosłownie jeden wieczór. Bardzo polubiłam się z głównymi bohaterami i mogę rzec, że bardzo ta książka przypadła mi do gustu. Autorka mnie nie zawiodła, a ja mogę wam spokojnie polecić jej książki, a szczególnie "Catherine"

Napisz swoją opinię i oceń książkę

Przedstaw się



Twoja ocena


WYŚLIJ

Anna
2020-08-30

Ojciec Trentona wypatrzył wspaniały dom, który można przerobić na hotel. Zostaje tylko namówić siostry do jego sprzedaży. Mężczyzna wyrusza na zaproszenie ich ciotki z konkretnymi planami. Już na początku podróży nic nie jest tak, jak miało być, a jego samochód odmawia jazdy. Catherine pracuje w swoim warsztacie samochodowym, kiedy widzi drobie, wypielęgnowane buty. Wtedy jeszcze nie wie...
AnnieK
2020-08-27

Dosyć niedawno sięgnęłam po pierwszą książkę Nory Roberts po kilkuletniej przerwie. Tak spodobały mi się jej książki, że zaczęłam regularnie po nie sięgać co kilka tygodni. Teraz, zabrałam się za swoją piątą książkę Roberts w tym roku, a była to pierwsza część cyklu o siostrach Calhoun po tytułem „Catherine”. Spodziewałam się lekkiej i fajnej historii. Niczego więcej od niej nie wymagała...
panda68
2020-08-25

Książkę fajnie się czyta, lubię całą serię i często do niej wracam, ale ile razy można wydawać jedne i te same książki, tylko za każdym razem w innej odsłonie :(