Thriller / Sensacja / Kryminał
Znamię
38,99 zł
38,99
KUP TERAZ

Znamię

Olgierd Hurka
brak opinii
TAKŻE JAKO E-book icon
Oprawa miękka
ISBN: 9788327655004
Premiera: 2020-08-05

Joanna Szymalak, prawniczka renomowanej kancelarii, pewnego dnia nie pojawia się w pracy – znika bez śladu. Prowadzone przez policję śledztwo nie daje rezultatów. Tymczasem szef kancelarii, Michał Tumski, odkrywa przekręt mający doprowadzić do wrogiego przejęcia firmy deweloperskiej, której sprawy prowadziła Joanna. Michał wstępuje na wojenną ścieżkę z konkurentem zagrożonej spółki, lecz nie docenia przeciwnika, który z żelazną konsekwencją realizuje swój wielki giełdowy plan. Następuje ciąg fatalnych wydarzeń. Okazuje się, że w pewnych kwestiach prawdopodobnie wszyscy się mylili.

To nie był dzień, w którym muzyka mogła poprawić nastrój.
Michał Tumski nacisnął guzik pilota i wsłuchał się w dzwoniącą ciszę. Whisky dobrze wchodziła. Pociągnął łyk i zapatrzył się w blask bijący od podłogi wyłożonej egzotycznym drewnem.
W piątek wieczorem prosił Swietłanę, która u niego sprzątała, żeby już dała spokój froterowaniu i szła do domu, a ona odpowiedziała ze wschodnim zaśpiewem:
– Żeby panu Michału było miło w weekend.
I dalej na kolanach pucowała podłogę miękką szmatką na wysoki połysk.
Wielkie dzięki, Swieta. Jest miło jak cholera.
Rozejrzał się po pokoju. Minęły trzy lata, odkąd mieszkał sam, i rok od postanowienia, że sprzeda mieszkanie. Nie podjął jednak kroków w tym kierunku. Powstrzymywała go awersja do obcowania z ludźmi w typie agenta nieruchomości i potencjalnymi kupcami. Mdliło go na myśl, że miałby wpuścić tu kogoś obcego i zachwalać atuty mieszkania: „Oto, proszę państwa, doskonale wyposażona kuchnia, gdzie można przyrządzić rodzinny posiłek. Tu, w jadalni, zjecie kolację przy świecach. Prawda, że duży stół? Gabinet będzie oazą ciszy i skupienia dla pana domu. W każdej z dwóch sypialni znajdą państwo podwójne łóżko i garderobę. Łazienka ma prawie dwadzieścia metrów kwadratowych – tyle co spory pokój, jest też osobna toaleta. Jak widać, sercem apartamentu jest salon urządzony na antresoli pod panoramicznym oknem. Wspaniałe światło i widok na park, komfortowy zestaw mebli robionych we Włoszech na zamówienie, wybrała je żona, ale oczywiście można zmienić”.
W przypadku singla trzeba byłoby inaczej: „Weź kogoś do sprzątania, bo nie ogarniesz tych stu sześćdziesięciu metrów i we śnie zabije cię kurz. W lodówce zmieści się zapas jedzenia na dwa tygodnie albo piwa na kilka dni. Tutaj jest panel do sterowania żaluzjami – ważna sprawa przy kacu – trzeba ustawić w tej pozycji, żeby nie było za jasno”.
Dźwignął się z fotela i podszedł do regału. Musiał mieć drzwiczki, bo inaczej – tak twierdziła Anka – będzie się kurzyć. Przesunął wzrokiem po grzbietach książek. Rozpoznał te, które przywiózł dwadzieścia lat temu przy przeprowadzce do Warszawy. Czytał je w liceum i żadnej nie przeczytał drugi raz.
Zamknięty rozdział.
Wszystkie rozdziały się zamykają.
Na ścianie nad biblioteczką wisiały oprawione w ramy szkice przywiezione z długiego weekendu w Wenecji. Pod nimi porcelanowy wazon wypatrzony kiedyś na targu staroci na Kole. Ciągle tkwił w nim bukiet wrzosów, suchy od pięciu lat.
Trącił palcem kwiat. Osypał się proch.
Podszedł do okna w salonie. Zbliżała się wiosna. Chodniki były już suche, tylko przy krawężnikach leżały jeszcze zakonserwowane brudem pryzmy śniegu, sączące czarne strużki do studzienek.
Podniósł wzrok ponad burozielonym obszarem trawy, krzewów i pojedynczych drzew. Spojrzał w okna bloku po drugiej stronie parku i dostrzegł w nich odbicie swojego budynku. Gdyby mógł dojrzeć szczegóły, zobaczyłby swoje okno, w nim siebie oraz odbicie domu, i tak w nieskończoność.
Zakręciło mu się w głowie. Przyłożył czoło do chłodnej szyby.
Nie ma – jest. Nie ma – jest. Obraz za oknem znikał za mgłą z każdym wydechem i powracał z wdechem, jakby Michał wciągał parę z powrotem do płuc.
Co jest pierwsze? Nie ma czy jest?
Spojrzał w górę. Niebo sunęło szarą płytą.
– Jest pierwszy wdech i ostatnie tchnienie – rozwiązał dylemat na głos. – Czyli jest, a potem nie ma.
Poczuł znajomy ucisk w piersiach. Wewnętrzny sufler podawał dobrze znany tekst: „Nic się nie dzieje. Tutaj nic się nie dzieje. Wszystko jest tam – w świecie za oknem. Tutaj nie ma nic”.
Serce pęczniało między żebrami, brakowało tlenu. Musiał coś zrobić. Oderwawszy się od szyby, ruszył do korytarza.
Ubrał się i zszedł schodami na parter, mocno wspierając się na poręczy. Każdy pokonywany stopień to o jedną kreskę lęku mniej. Przystanął na ostatnim półpiętrze i zmobilizował się, żeby iść naturalnie. Zaraz kogoś spotka.
Ochroniarz, który drzemał za pulpitem recepcji budynku z głową opuszczoną na piersi, ocknął się, słysząc kroki Michała.
– Dzień dobry! – Wstał, prezentując zawodową czujność.
– Dobry – mruknął Michał i poklepał się po kieszeniach z grymasem dezaprobaty dla własnego zapominalstwa.
– Kurde, komórka!
Podszedł do windy. Na szczęście była na dole. Nacisnął guzik z numerem trzy i oparł się o ścianę wyłożoną drewnopodobnymi panelami. Przygniotło go zmęczenie tak wielkie, że winda ledwo ciągnęła. Trzymając się ściany w korytarzu, trafił do drzwi. Jak dobrze, że nie zamknął ich na klucz! W drodze do sypialni zrzucił kurtkę i zsunął buty. W ubraniu wpełzł na łóżko. Zanim zgasła świadomość, przemknęła mu myśl, że kolejny raz udało mu się przechytrzyć dżina, którego wypuścił z butelki. Dzisiaj akurat glenfiddich. Jego osobisty demon nie był widać zbyt lotny.

*

Gdyby zrobić ankietę wśród pracowników warszawskich firm i zadać pytanie, czy słyszeli o kancelarii prawniczej Marshall & Greensberg, może jeden na tysiąc stwierdziłby, że kiedyś zetknął się z tą nazwą. Nie byłby jednak w stanie powiedzieć, w jakich okolicznościach. Połowa po prostu błędnie skojarzyłaby ją z czymś podobnie brzmiącym albo uznała, że skoro pytają, to coś musi być na rzeczy. Druga część mogła zobaczyć tę nazwę na planszy z listą najemców w recepcji jednego z biurowców przy alei Jana Pawła II. Oko odnotowało nazwę, która wpadła na najniższą półkę świadomości, pomiędzy te wszystkie rzeczy, których byliśmy w życiu świadkami, a nie zdajemy sobie z tego sprawy.
Nieobecność firmy w przestrzeni publicznej nie była rezultatem zbyt małego budżetu marketingowego ani nieudolnych działań promocyjnych. To starannie przemyślana strategia. Gregory Marshall i Michael Greensberg, uznani nowojorscy prawnicy, którzy połączyli swoje siły w połowie lat sześćdziesiątych ubiegłego wieku, nie poznaliby swojej kancelarii. Po ich odejściu na emeryturę zaczęły następować zmiany, które nabrały tempa kilka lat po śmierci obu ojców założycieli. Stery w firmie objęła grupa młodych partnerów, z których większość do dzisiaj wchodziła w skład jej najwyższego kierownictwa. W latach dziewięćdziesiątych podjęli dwa śmiałe kroki. Po pierwsze, zakończyli wieloletnią współpracę z włoskimi rodzinami z Chicago (spekulowano, że nie była to zupełnie swobodna decyzja i że zbiegła się w czasie ze śledztwem FBI, po zakończeniu którego paru prawników otrzymało na kilka lat darmowy wikt i opierunek). Po drugie, stojąc na rozdrożu, postanowili nie podążać śladem innych kancelarii, które zmieniały się w globalne korporacje – nieruchawe kolosy, bardziej zainteresowane problemem optymalnej liczby ludzi w przeliczeniu na metr kwadratowy powierzchni biurowej niż interesami klientów.
Skupili się na niszy związanej z przejęciami firm, a te usługi ani nie wymagały, ani nie lubiły rozgłosu. Same przejęcia, owszem, bywały szeroko relacjonowane w mediach, zwłaszcza takie, gdzie w grę wchodziły ogromne pieniądze. Ludzie z MG, jak w skrócie nazywano kancelarię, woleli pozostawać w cieniu.
Michał Tumski kierował polskim oddziałem Marshall & Greensberg od początku jego istnienia. W czerwcu miało minąć dziesięć lat, odkąd w Londynie powierzono mu misję zorganizowania biura w Warszawie w zamian za zasilające jego konto ponad milion euro rocznie. Należało uznać, że przedsięwzięcie zakończyło się sukcesem – w ciągu dekady zgromadził zespół pięćdziesięciu prawników, a firma zdobyła renomę, za którą szedł udział w najważniejszych transakcjach na lokalnym rynku kapitałowym.
Ostatnio jednak sprawy toczyły się w nieciekawym kierunku. Wprawdzie wcześniej też zdarzały się okresy posuchy, ale tym razem trwało to już prawie pół roku. Wpadające od czasu do czasu zlecenia wystarczały na pokrycie kosztów, nie tego jednak oczekiwała od Michała europejska centrala MG w Londynie. Zaczynały stamtąd dobiegać pomruki niezadowolenia. Kontroler operacyjny nadzorujący polski oddział przysłał w zeszłym tygodniu długi, obfitujący w liczby mail, w którym ostrzegał Michała, że nie ma szans na wykonanie planu rocznego, jeśli biznes będzie się kręcił w takim tempie. Może wkrótce spodziewać się „przeglądu praktyki”, jak eufemistycznie określano nalot dywanowy z centrali. Tydzień upokarzającego tłumaczenia się, przeglądu dokumentacji, sesji z udziałem pracowników, spotkań z klientami, opracowywania planów naprawczych. Michał słyszał od kolegów z innych krajów, że to doświadczenie, samo w sobie nieprzyjemne, często bywało również punktem zwrotnym w karierze szefa biura. Dawano szansę rozwoju poza organizacją, czyli kopa w tyłek.
Gdyby zapytali Michała o przyczyny kłopotów kancelarii z pozyskiwaniem zleceń, tłumaczyłby, że rynek przejęć zamarł. Fala transakcji, których skala jeszcze przed rokiem biła historyczne rekordy, niespodziewanie opadła. I stało się tak, mimo że spółki wciąż przybierały na wartości, zwiększając przez to swą zdolność do pozyskania bankowego kredytu – paliwa niezbędnego dla przeprowadzania zakupów innych spółek. Wyjaśniłby, że przyczyn zastoju należy upatrywać w wysokich oczekiwaniach co do wycen spółek. Nie bardzo wiadomo, jak podejść do konsumpcji, kiedy kąsek cały czas rośnie. Ile w jego rynkowej wartości stanowi mięso i tłuszcz, a ile jest powietrza, które spowoduje zgagę w rok po przejęciu? Żaden zarząd nie lubi wydawać komunikatów, że owszem, dokonaliśmy rok temu wspaniałej transakcji, ale obecna sytuacja wymaga, żebyśmy połowę wydanej kwoty wpisali w straty. Michał przeczuwał, że sentyment rynku wkrótce się zmieni, a wtedy wartość spółek zacznie się kurczyć niczym przekłuty balon. Wtedy będzie czas na zakupy dla tych, którzy będą mieli pieniądze. Kiedy to nastąpi? Sądził, że niedługo, skoro inwestowanie w akcje, prezentowane jako sposób na pewny zarobek, zaczęło być tematem rozmów w telewizji śniadaniowej. Zarządzający funduszami inwestycyjnymi wiedzą, że kiedy na rynek wchodzą niedoświadczeni inwestorzy, należy sprzedawać akcje i realizować zyski. Konsekwencją jest korekta kursów akcji w dół, nierzadko przeradzająca się w gwałtowną przecenę.
Ale był też inny powód pogorszenia wyników. Powód być może ważniejszy. Pewnie wpadliby na to, gdyby przejrzeli jego kalendarz. „Czy mógłbyś pokazać listę spotkań z potencjalnymi klientami, funduszami inwestycyjnymi i bankami z ostatniego roku?” – tak mogłoby brzmieć pytanie. „Nie ma czego oglądać, zacząłem unikać tych interesownych sługusów. Nudzą mnie i powodują niesmak, który muszę zmywać etanolem” – to byłaby szczera odpowiedź.
Z zadumy wyrwał go ruch wycieraczek, które wystartowały pod wpływem pierwszych kropel deszczu. Wybrał drogę przez Chłodną, ale tutaj też był korek. Choć jeździł tą pokrytą kocimi łbami ulicą niezliczoną liczbę razy, zawsze czuł się nieswojo pomiędzy obskurnymi pawilonami. Relikt Peerelu. Jeszcze niedawno zagłębie sex-shopów i dziupli samochodowych. Może inwestorzy omijali to miejsce z obawy przed znalezieniem czegoś, co zostało w ziemi po ekshumacjach w czterdziestym szóstym?
Nie, prawnicy skupujący roszczenia od spadkobierców przedwojennych właścicieli nie stworzyli jeszcze dostatecznie dobrej legendy, żeby wyszarpać parcele od miasta. To kwestia czasu.
Skręcił w Żelazną, potem w Pereca. Otworzył okno i przystawił kartę do czytnika, szlaban się uniósł. Manewrował ostrożnie swoim bmw w studni parkingu. Obtłuczony tynk na zakrętach i czarne smugi wzdłuż ścian świadczyły o przegranej walce kierowców z ograniczeniem przestrzeni. Garaże w biurowcach przy alei Jana Pawła II od kilkunastu lat były takie same, podczas gdy samochody stawały się coraz większe. Przyjdzie moment, że będą tu mogli wjechać tylko goście w obcisłych gaciach na wypasionych rowerach.
Ustawił się na swoim oznaczonym kopertą miejscu. Było wpół do ósmej – parking świecił jeszcze pustkami. Wyjął z bagażnika teczkę i przeszedł do szybu wind. Chwilę trzymał palec na przycisku, w końcu ciężarem ciała opadł na guzik. Z góry dobiegło stęknięcie ruszającego silnika dźwigu.
Wszedł do holu przy recepcji i przeszedł korytarzem wyłożonym beżową wykładziną w stronę gabinetu. Zuzy (jego asystentki) jeszcze nie było. Odłożył teczkę i spojrzał przez okno na dokonujące się po drugiej stronie ulicy wyburzenie. Ostry trzpień umieszczony na długim wysięgniku dziobał szkielet kamienicy na wysokości drugiego piętra, krusząc go po trochu. Wyższych pięter już nie było. Zmieniły się w leżący u podstawy stos gruzu, który ładowarka wrzucała na podjeżdżające co jakiś czas wywrotki. W miejsce budynku z lat sześćdziesiątych powstanie czterdziestopiętrowy apartamentowiec. Na parkanie wokół placu budowy umieszczono w regularnych odstępach ułożony w logotyp napis „Radmes”.

*

Do pokoju zajrzała Zuza, wpuszczając mydlany zapach perfum. Współgrał z białą koszulą i garsonką, dzisiaj szarą. Musiała mieć tych kompletów więcej niż on garniturów – nie pamiętał, żeby dwa razy przyszła ubrana tak samo. Dobiegała czterdziestki, nie można było odmówić jej atrakcyjności. Mimo to z nikim się nie spotykała. Michałowi zawsze wydawała się nieskazitelna. Może w tym tkwił problem?
– Cześć! Chcesz kawy?
– Zanieś, proszę, do konferencyjnej. Zaraz zaczynamy. – Przekładał papiery na biurku w poszukiwaniu notatnika.
W sali czekali już dwaj partnerzy kancelarii. Brakowało Joanny. Michał spojrzał na zegarek.
– No dobra, co mamy w tym tygodniu? – Odchylił się na krześle i założył ręce za głowę. – Marek, zacznij.
– Tak jak przewidywaliśmy, Jastrzębski przygotowuje zaskarżenie uchwały o podwyższeniu kapitału. Rozesłał zapytanie do kilku kancelarii, przyjaciele o nas pamiętali. Być może uda się zdobyć jakąś wersję wstępną i będziemy w stanie ocenić siłę argumentów.
– Nie sądzę, żeby wymyślili coś odkrywczego, ale pilnuj terminów. Może spotkam się z nim w tym tygodniu i spróbuję ustalić, czy gra pod kogoś. Niewykluczone, że robi tylko szum i czeka na naszą propozycję. Rozesłał zapytania… Jakby chciał dać sygnał. – Zastanowił się chwilę. – Czy mamy jeszcze ten kontakt w kancelarii sądu? – zapytał.
– Tak, pani Bożenka ciągle tam pracuje. Poproszę ją, żeby dała znać, jeśli wpłynie wniosek od Jastrzębskiego – odpowiedział Marek.
– I niech się postara, żeby przez tydzień trafiał pod spód stosu na biurku referendarza.
Interes klienta był najważniejszy i wymagał czasami przyśpieszenia, a niekiedy opóźnienia działania sądu. Każda kancelaria robiła takie rzeczy. Jak brzmiało to powiedzenie pochodzące przecież z kraju o podobno najbardziej rozwiniętej demokracji? „Dobry prawnik zna prawo, świetny – zna sędziego”. Pamiętał sprawę siostrzeńca pani Bożenki. Zwróciła się do nich, bo polubiła Zuzę, która często dostarczała dokumenty do sądu. Kancelaria wyciągnęła z poważnych kłopotów złodzieja i oszusta. Że sprawę zaraportowali jako działalność pro bono? Cóż, wszyscy są zadowoleni. No, może oprócz firmy, której wniosek będzie teraz tygodniami prasowany pod kilkoma kilogramami papieru.
Michał ponownie spojrzał na zegarek.
– Co z Aśką?
Nie pamiętał, żeby kiedykolwiek bez uprzedzenia opuściła poniedziałkową odprawę. Był ciekaw, co ze sprawą, którą prowadziła. Oczekiwał, że dzisiaj zaprezentuje dalsze szczegóły. W ubiegłą środę miała spotkać się z klientem. Wyglądało na to, że jeden ze akcjonariuszy dużej firmy budowlanej poszedł na całość i w zmowie z notariuszem sfałszował protokół walnego zgromadzenia. Prymitywny numer, ale mógł przejść pod warunkiem, że posiedzenie nie było rejestrowane. Michał liczył się z ewentualnością jakiejś dodatkowej pracy, może nawet dostaliby zlecenie prowadzenia sprawy w sądzie. Łatwe pieniądze przez kilka lat.
– Pewnie stoi na moście. Był jakiś wypadek na Trasie Toruńskiej – powiedział Krzysztof i przeszedł do omawiania statusu projektu, któremu w kancelarii nadali kryptonim Montezuma.
Odezwał się kac i słabo przespana noc. Michał poczuł, że opanowuje go otępienie. Krzysztof coś mówił, gestykulował, rysował schemat na tablicy, a Michał odbierał nieostry obraz i przytłumiony dźwięk. Jakby ktoś nakrył go słojem. Zdania ulegały rozszczepieniu na pojedyncze słowa, traciły integralność niczym światło przechodzące przez grube szkło. „Marża… rynkowe… transfer…” – to wszystko było tak nieistotne i całkowicie pomijalne.
Ze stanu pomiędzy jawą i snem wyrwało go słowo „Aśka”.
– Nie odbiera. Dzwoniłem, ale odzywa się skrzynka. Ma wyłączony telefon albo jest poza zasięgiem – rzekł Marek.
„Znaleźć się poza zasięgiem” – tak, to mogłoby być jego życiowe motto. Dlaczego więc poczuł niepokój? Istnieją ludzie, na których się polega. Joanna należała do tego gatunku. Tacy wysyłają wiadomość, jeśli coś się dzieje.
Chyba że nie są w stanie.

Napisz swoją opinię i oceń książkę

Przedstaw się



Twoja ocena


WYŚLIJ