Powieść obyczajowa
Słodkie magnolie. Smak nadziei
26,99 zł
38,99

Słodkie magnolie. Smak nadziei

brak opinii
Liczba stron: 368
ISBN: 9788323894889
Premiera: 2020-07-01

Poukładane życie Maddie rozpada się jak domek z kart, gdy mąż odchodzi do kochanki, która spodziewa się jego dziecka. Maddie musi znaleźć pracę, ale to niełatwe, skoro od zawsze zajmowała się wyłącznie domem. Dzieci próbują pomagać, źle znoszą jednak rozstanie rodziców.

 

Przyjaciółki proponują Maddie wspólny interes – otwarcie salonu spa dla kobiet. Liczą nie tyle na duży zysk, ile na wyrwanie jej z marazmu. Chcą, by uwierzyła we własne siły. Za ich namową Maddie zaczyna też spotykać się z zainteresowanym nią Calem Maddoxem.

 

Problemy z dziećmi, byłym mężem, nową pracą i nowym mężczyzną… tak dużo wyzwań dla kobiety, która nigdy nie była niezależna…

 

Smak nadziei to pierwsza część serii Słodkie magnolie, na podstawie której powstał popularny serial platformy Netflix.

Sherryl Woods
Sherryl Woods wychowała się w Wirginii. Mieszkała w Ohio, na Florydzie i w Kalifornii. Pierwszą powieść opublikowała w 1982 roku pod pseudonimem Suzanne Sheriff, drugą pod pseudonimem Alexandra Kirk. Od 1986 roku zajmuje się wyłącznie pisaniem książek. Przedtem pracowała jako dziennikarka, głównie telewizyjna. Napisała ponad siedemdziesiąt pięć romansów i powieści obyczajowych, a także trzynaście książek z wątkiem kryminalnym. Sherryl, kiedy nie pisze ani nie czyta, z pasją uprawia ogród, choć kiepsko sobie radzi z kosiarką. Lubi grać w tenisa, chodzić do teatru, oglądać przedstawienia baletowe i mecze bejsbolowe – zwłaszcza po obejrzeniu filmu „Byki z Durham” z Kevinem Costnerem w roli głównej. Ma dom w Wirginii oraz na Florydzie. Najbardziej ceni sobie przyjaźń.

ROZDZIAŁ PIERWSZY

Maddie skupiła wzrok na szerokim mahoniowym blacie oddzielającym ją od mężczyzny, który przez dwadzieścia lat był jej mężem. Przez połowę życia. Ona i William Henry Townsend zaczęli chodzić ze sobą już w liceum, a pobrali się pod koniec studiów. Nie dlatego, że musieli, jak wielu innych. Po prostu chcieli być ze sobą i nie mogli już dłużej czekać.

Nie było im lekko. Medyczne studia Billa okazały się trudne i kosztowne. By zarobić na utrzymanie, zaraz po dyplomie Maddie machnęła ręką na zawodowe ambicje i podjęła pracę jako księgowa. Pojawienie się dzieci było radosnym wydarzeniem w ich życiu. Najpierw przyszedł na świat pogodny i otwarty na ludzi Tyler, dziś już szesnastoletni kawaler, potem żartowniś Kyle, teraz czternastolatek, po nim cudowna niespodzianka o imieniu Katie, która właśnie skończyła sześć lat.

W rodzinnym domu Townsendów, położonym w najstarszej części miasteczka Serenity w Karolinie Południowej, wiedli spokojne, ułożone życie, otoczeni rodziną i znajomymi. Uczucie, które ich połączyło, z czasem może nieco się wypaliło, jednak czuli się szczęśliwi i spełnieni.

Przynajmniej ona tak myślała, aż tu kilka miesięcy temu Bill z niewzruszoną miną oznajmił przy kolacji, że wyprowadza się do... dwudziestoczteroletniej pielęgniarki, która jest z nim w ciąży. Mówił to ze spokojem, patrząc na Maddie jak na kogoś obcego. Dodał jeszcze, że w zasadzie nie miał wpływu na rozwój sytuacji.

W pierwszej chwili niewiele do niej dotarło. Nie okazała zdumienia, po prostu wybuchnęła śmiechem. Była pewna, że jej mądry, wrażliwy Bill nie jest zdolny do takiego obrzydliwie banalnego postępku. Dopiero jego beznamiętne spojrzenie uzmysłowiło jej, że on wcale nie żartuje. Kiedy ich życie wreszcie się ustabilizowało i ze spokojem mogli patrzeć w przyszłość, człowiek, którego kochała całym sercem, postanowił zamienić ją na nowszy model.

Oniemiała. W milczeniu przysłuchiwała się, jak wyjaśnia dzieciom swoją decyzję. Nie wspomniał na razie o nowej siostrzyczce czy braciszku. Oszołomiona patrzyła, jak wstaje i zbiera się do odejścia.

Zostawił ich. To jej przypadło w udziale łagodzenie gniewu Tylera, radzenie sobie z Kyle’em, który coraz bardziej zamykał się w sobie, i z płaczącą Katie, której żałosne łkanie łamało jej serce. Sama czuła się niezdolna do odczuwania i pusta w środku.

To ona musiała stawić czoła wzburzeniu dzieci, gdy wyszło na jaw, że ich tata wkrótce będzie mieć małego dzidziusia. Tłumiła w sobie niechęć i gniew, by na zewnątrz zachować opanowanie i spokój, wykazać się dojrzałością i odpowiedzialnym rodzicielstwem. Zdarzały się dni, gdy brakowało jej sił i miała dość słuchania telewizyjnych ekspertów zalecających rodzicom, by zawsze na pierwszym miejscu stawiać potrzeby dziecka. Ciekawe, kiedy zaczną się liczyć jej potrzeby?

Sprawa rozwodowa potoczyła się szybko. W zasadzie pozostało tylko sądowe stwierdzenie ustania dwudziestoletniego małżeństwa. Kilka oficjalnych zdań, czarno na białym. Ani słowa o zawiedzionych marzeniach, o cierpieniach wszystkich zamieszanych w sprawę osób. Jedynie suche stwierdzenie, gdzie kto ma mieszkać, komu przypada który samochód, wysokość alimentów na dzieci i czasowego zasiłku dla żony, póki sama nie stanie na nogach czy ponownie nie wyjdzie za mąż.

Przysłuchiwała się żarliwej przemowie swojej prawniczki, z pasją zbijającej argumenty drugiej strony. Helen Decatur, która znała Maddie i Billa praktycznie od zawsze, cieszyła się zasłużoną opinią jednej z najlepszych specjalistek od spraw rozwodowych i była bliską przyjaciółką Maddie. Stanęła w jej obronie, gdy Maddie czuła się zbyt przybita i zdruzgotana, by walczyć o swoje. Jasnowłosa, elegancko ubrana Helen znała swój fach. Maddie była jej niezmiernie wdzięczna.

– To dzięki żonie i jej ciężkiej pracy doszedłeś do swoich tytułów – Helen była bezwzględna. – Maddie zrezygnowała z własnej obiecującej kariery i poświęciła się rodzinie. Wychowywała twoje dzieci, prowadziła ci dom, pomagała w prywatnej praktyce, wspierała w ugruntowaniu twojej pozycji zawodowej. To również dzięki jej staraniom zyskałeś renomę wykraczającą poza Serenity. Uważasz, że ona łatwo odnajdzie się na rynku pracy? Naprawdę sądzisz, że po pięciu, czy nawet dziesięciu latach będzie w stanie zapewnić twoim dzieciom taki poziom życia, do jakiego przywykły? – Posłała mu mordercze spojrzenie, lecz na Billu nie wywarło to wrażenia. Maddie i jej przyszłość były mu całkowicie obojętne.

W tym właśnie momencie Maddie uzmysłowiła sobie, że to naprawdę jest koniec. Aż do tej chwili jeszcze się łudziła. Liczyła, że Bill się opamięta, uderzy w piersi, powie, że zaszła okropna pomyłka. Dopiero teraz jego obojętna mina i chłodne spojrzenie brązowych oczu, jeszcze niedawno tak pełnych ciepła, uświadomiły jej, że to naprawdę koniec.

Do tej pory nie chciała spojrzeć prawdzie w oczy, pogodzić się z faktami. Teraz wezbrała w niej złość. Gniew, jakiego jeszcze nigdy nie doświadczyła. Poderwała się z miejsca.

– Chwileczkę – rzekła głosem nabrzmiałym powściąganym gniewem. – Chciałabym coś powiedzieć.

Helen popatrzyła na nią ze zdumieniem. Zaskoczenie malujące się na twarzy Billa dodało Maddie odwagi. Nie spodziewał się, że zacznie walczyć. Dopiero teraz otworzyły się jej oczy. Przez dwadzieścia lat robiła wszystko dla niego, to Bill zawsze był na pierwszym miejscu. Uznał, że to normalne, że tak być musi. Sama ułatwiła mu bezproblemowe odejście, bez oglądania się na nią i dzieci. Pewnie było mu bardzo na rękę, gdy wyszła z propozycją porozumienia, zamiast pozostawić rozstrzygnięcie sprawy sądowi.

– Dwadzieścia lat naszego wspólnego życia sprowadziłeś do tej kartki papieru. I na co to zamieniasz?

Znała odpowiedź. Kryzys wieku średniego. Niejeden facet w wieku Billa nagle chciał się sprawdzić u boku kobiety o połowę od niego młodszej.

– A co będzie, gdy Noreen ci się znudzi? – zapytała. – Też wymienisz ją na inną?

– Maddie – zaczął chłodno. Sięgnął do mankietów koszuli z monogramem, by rozpiąć złote spinki, prezent od żony na dwudziestolecie ślubu. Dała mu je pół roku temu. – Nic nie wiesz na temat mojej znajomości z Noreen.

Uśmiechnęła się z przymusem.

– Oczywiście, że wiem. Starzejesz się i chcesz sobie udowodnić, że jeszcze na wiele cię stać. To żałosne.

Jej emocje nieco opadły. Popatrzyła na Helen.

– Nie mogę tu dłużej zostać. Zrób, co uważasz za stosowne. To nie mnie się śpieszy, a jemu.

Wyprostowana, z dumnie uniesioną głową, wyszła z kancelarii. Ku swemu nowemu życiu.

Godzinę później zmieniła elegancki kostium na szorty, bluzeczkę bez rękawów i podniszczone tenisówki. Mimo wczesnej pory już było gorąco, gdy na piechotę szła do obskurnej siłowni prowadzonej przez Dextera. W budynku przy bocznej uliczce niegdyś mieścił się sklep wielobranżowy. Pożółkłe linoleum na podłodze jeszcze pamiętało tamte czasy. Dexter kupił budynek na początku lat 70. Od tamtej pory nikt go nie remontował. Farba łuszczyła się, a powietrze było przesiąknięte zastałym zapachem potu.

Przeszła prawie dwa kilometry, lecz spacer nie uspokoił rozdygotanych nerwów. Zmusiła się, by wejść na bieżnię. Nastawiła prędkość wyższą niż zwykle. Biegła, póki nie poczuła bólu w nogach. Pot, który zlepił jej włosy, mieszał się ze łzami.

Nagle kobieca dłoń dotknęła monitora. Bieżnia zwolniła, po chwili zatrzymała się.

– Domyśliłyśmy się, gdzie cię szukać – powiedziała Helen. Nadal była w kostiumie i w kosztownych szpilkach.

Stojąca obok niej Dana Sue Sullivan miała na sobie wygodne spodnie, nieskazitelny podkoszulek i tenisówki. Dana Sue była właścicielką najbardziej szpanerskiej restauracji w Serenity. W „Sullivan’s New Southern Cuisine” na stołach leżały obrusy i serwetki, a wybór dań bardzo się różnił od prostych potraw podawanych w lokalikach na przedmieściach.

Maddie na chwiejnych nogach zeszła z bieżni, otarła twarz.

– Po co przyszłyście?

– A jak myślisz? – śpiewnie zapytała Dana Sue. Jej gęste, kasztanowe włosy już zaczęły się wić od wiszącej w powietrzu wilgoci. – Możemy ci jakoś pomóc w zgładzeniu tego drania?

– Albo tej bezmyślnej pannicy, z którą chce się ożenić – uzupełniła Helen. – Chociaż jako prawnik trochę się wzdragam przed podjudzaniem cię do morderstwa.

Dana Sue szturchnęła ją w bok.

– Nie pękaj. Powiedziałaś, że zrobimy wszystko, by Maddie poczuła się lepiej.

Maddie uśmiechnęła się z przymusem.

– Na szczęście dla was, w moich planach zemsty nie posuwam się aż tak daleko.

– To co w takim razie? – podchwyciła Dana Sue. – Powiem wam, że gdy wykopałam Ronniego z domu, marzyłam, by ujrzeć go pod kołami pociągu.

– Morderstwo? Ale tylko pod warunkiem, że Bill konałby w męczarniach – mruknęła Maddie. – Poza tym muszę pamiętać o dzieciach. Bill okazał się skończonym łobuzem, jednak nadal jest ich ojcem. Muszę przypominać to sobie co godzina.

– Ja miałam łatwiej, bo Annie była wściekła na swojego tatuśka – zamyśliła się Dana Sue. – To pewien plus, gdy ma się córkę nastolatkę. Przejrzała jego kłamstwa. Czasem myślę, że ona rozszyfrowała go szybciej niż ja. Biła brawo, gdy wyrzucałam go z domu na zbity pysk.

– No już dość, wystarczy – przerwała Helen. – Miło słuchać waszych wynurzeń, ale czy nie możemy tego zrobić gdzieś indziej? Jeśli zaraz nie wyjdziemy na świeże powietrze, całe ubranie przesiąknie mi tym paskudnym smrodem.

– Nie musicie wracać do pracy? – spytała Maddie.

– Wzięłam wolne popołudnie – odparła Helen. – W razie gdybyś miała ochotę się upić czy coś w tym stylu.

– Ja muszę być w restauracji dopiero za dwie godziny – rzekła Dana Sue, mierząc Maddie czujnym spojrzeniem. – Zdążysz się upić?

– O tej porze bary są zamknięte. Dzięki, że tak się troszczysz.

– Zapraszam do mnie na margaritę – zaoferowała Helen.

– Dobrze wiesz, jak na mnie działa twoja margarita – skrzywiła się Maddie, przypominając sobie smętną imprezkę u Helen, gdy opowiedziała przyjaciółkom o zdradzie Billa. – Lepiej pozostanę przy dietetycznej coli. Muszę odebrać dzieci.

– Nie musisz – rzekła Dana Sue. – Twoja mama to zrobi.

Maddie otworzyła usta. Gdy urodził się Tyler, matka stanowczo oświadczyła, że niema zamiaru przy nim siedzieć. I słowa dotrzymała. Przez szesnaście lat. – Jak to zrobiłaś? – zapytała z podziwem.

– Wyjaśniłam jej sytuację. Twoja matka to rozsądna kobieta. Nie rozumiem, czemu nie możecie się dogadać.

Mogłaby wdać się w wyjaśnienia, lecz to by za długo trwało. Poza tym Dana Sue słyszała to już setki razy.

– To jak, jedziemy do mnie? – spytała Helen.

– Ale nie na margaritę – odparła Maddie. – Po ostatnim razie dwa dni leczyłam kaca. A od jutra zaczynam szukać pracy.

– Nie musisz – zaoponowała Helen.

– Nie? Czy to znaczy, że wydusiłaś coś z Billa? – To też. – Helen uśmiechnęła się z satysfakcją.

Maddie badawczo popatrzyła na przyjaciółki. Czuła przez skórę, że coś knują.

– No dalej, mówcie – zarządziła.

– Pogadamy, gdy już będziemy u mnie – wykręciła się Helen.

– Wiesz, o co chodzi? – Maddie popatrzyła na Danę Sue.

– Poniekąd – odparła Dana Sue, tłumiąc uśmiech.

– Czyli jednak coś knujecie. – Miała mieszane uczucia. Były jej bliskie jak siostry, jednak za każdym razem, gdy wpadały na jakiś wariacki pomysł, kończyło się to fatalnie dla którejś z nich. Tak było, odkąd miały po sześć lat. Pewnie dlatego Helen została prawnikiem, by w razie czego sprawnie wyciągać je z kłopotów.

– Zdradźcie coś – prosiła, ale przyjaciółki były nieugięte.

– Najpierw musimy doprowadzić cię do odpowiedniego stanu.

– To się nie uda, choćbym wypiła nie wiem ile coli.

– Jest jeszcze margarita – z uśmiechem rzekła Helen.

– A ja zrobiłam zabójczą pastę z awokado – dodała Dana Sue. – Do tego mam wielką pakę chipsów, za którymi przepadasz, choć ta sól w końcu cię zabije.

Maddie przesunęła wzrokiem po przyjaciółkach, westchnęła.

– Coś mi się wydaje, że z wami nie wygram.

Czuła na wargach cierpki smak margarity. Siedziały w wygodnych fotelach na tyłach domu Helen, powoli sącząc drinki. Był dopiero marzec, lecz powietrze już było ciężkie od wilgoci. Lekki powiew wiatru poruszał koronami wysokich sosen, przynosząc odrobinę chłodu.

Kusiło ją, by wskoczyć do turkusowego basenu, lecz zamiast tego wyciągnęła się jeszcze wygodniej, oparła głowę i zamknęła oczy. Po raz pierwszy od wielu tygodni poczuła się lżej, jakby jej zmartwienia nagle straciły swój ciężar. Przez cały ten trudny czas starała się trzymać. Przed dziećmi nie kryła smutku i obaw, ale tłumiła w sobie złość i gniew. Teraz, z przyjaciółkami, mogła pozwolić sobie na szczerość, otworzyć się przed nimi. Czuła się głęboko skrzywdzona, lada moment zostanie rozwódką, przepełniał ją lęk przed przyszłością.

– Myślisz, że już jest gotowa? – szeptem spytała Dana Sue.

– Jeszcze nie – odparła Helen. – Niech dokończy drinka.

– Ja was słyszę – mruknęła Maddie. – Jeszcze nie zasnęłam ani nie odleciałam.

– W takim razie wstrzymamy się – pogodnie stwierdziła Dana Sue. – Może jeszcze trochę guacamole?

– Nie, dzięki. Jest super, przeszłaś samą siebie – powiedziała Maddie. – Aż mam łzy w oczach.

– Zbyt pikantna? – zaniepokoiła się Dana Sue. – A ja myślałam, że znowu nasz napad płaczu.

– Nie mam żadnych napadów płaczu – zareplikowała Maddie.

– Nas nie oszukasz. Na bieżni też płakałaś – rzekła Helen.

– A myślałam, że to będzie wyglądać jak pot.

– Inni tak może sądzili, ale my za dobrze cię znamy – powiedziała Dana Sue. – Muszę przyznać, że bardzo mnie rozczarowałaś. Ten facet nie jest wart ani jednej twojej łzy.

– Siebie też tym rozczarowałam.

Dana Sue popatrzyła na nią, odwróciła się do Helen.

– Nie mamy na co czekać, ona już bardziej się nie rozklei.

– Dobra – zdecydowała Helen. – No to ruszamy. Powiedz nam, na co najbardziej narzekałyśmy przez ostatnie dwadzieścia lat?

– Na facetów – ozięble stwierdziła Maddie.

– Nie o to pytałam – zniecierpliwiła się Helen.

– Na wilgotny klimat?

Helen westchnęła.

– Czy choć przez minutę możesz być poważna?

Siłownia. Przez lata klęłyśmy na tę okropną salę.

Maddie popatrzyła na nie stropiona.

– Ale to niczego nie zmieniło. Wywalczyłyśmy tylko, że Dexter wziął młodego Stevensa do mycia podłogi... raz. Potem przez cały tydzień siłownia cuchnęła lizolem.

– No właśnie. Dlatego wpadłyśmy na pewien pomysł. – Helen zawiesiła głos. – Chcemy otworzyć klub fitness pachnący czystością i oferujący paniom relaks i zdrowy ruch.

– Miejsce, gdzie kobiety poczują się dowartościowane i rozpieszczane, gdzie po ćwiczeniach będą mogły posiedzieć z przyjaciółkami przy koktajlu – dodała Dana Sue. – Albo na przykład skorzystać z zabiegu kosmetycznego czy masażu.

– W Serenity? Tu mieszka pięć tysięcy siedemset czternaście osób. – Maddie nie kryła sceptycyzmu.

– Piętnaście – sprostowała Dana Sue. – Daisy Mitchell wczoraj urodziła córeczkę. A gdybyś ją ostatnio widziała! Idealna kandydatka na nasze zajęcia dla młodych mam.

Maddie badawczo popatrzyła na Helen.

– Wy mówicie serio, prawda?

– Jak najbardziej – potwierdziła. – Co o tym myślisz?

– To może wypalić – wolno powiedziała Maddie. – Siłownia Dextera to tragedia. Nic dziwnego, że połowa kobiet jej unika. A druga połowa woli objadać się smażonym kurczakiem i leżeć na kanapie.

– Właśnie dlatego planujemy organizację kursów kulinarnych – z żarem powiedziała Dana Sue.

– Niech zgadnę. Nowe perspektywy kuchni Południa.

– Kotku, kuchnia Południa to nie tylko fasola pływająca w maśle czy ze słoniną – zareplikowała Dana Sue. – Czy ja cię niczego nie nauczyłam?

– Mnie tak – z przekonaniem zapewniła Maddie. – Jednak większość mieszkańców Serenity nadal najbardziej uwielbia purée ziemniaczane i smażonego kurczaka.

– Ja też – przyznała Dana Sue – ale jeśli upieczesz go w piekarniku, to już trochę redukujesz ilość użytego tłuszczu.

– Odchodzimy od tematu – przywołała je do porządku Helen. – Na Palmetto Lane jest budynek, który w sam raz nadałby się na nasz klub. Musisz go obejrzeć. Nam od razu przypadł do gustu, ale chcemy usłyszeć twoje zdanie.

– Po co? Nie mam żadnego porównania, poza tym nawet nie bardzo wiem, co planujecie.

– Potrafisz zaaranżować wnętrze. Sprawić, by było miłe i przyjemne. Zobacz tylko, jak zmieniłaś to rodzinne mauzoleum Townsendów. Teraz człowiek naprawdę ma ochotę tam wejść.

– Helen ma rację – poparła ją Dana Sue. – Poza tym znasz się na wszystkim. W końcu to ty załatwiałaś Billowi pozwolenia, remonty i takie rzeczy.

– To było prawie dwadzieścia lat temu – opierała się Maddie. – Żaden ze mnie ekspert. Trzeba się skonsultować z fachowcami, sporządzić biznesplan, kalkulację kosztów. Nie możecie rzucać się na takie przedsięwzięcie z zamkniętymi oczami, bo nie odpowiada wam zapach w siłowni Dextera.

– Możemy – zareplikowała Helen. – Mam pieniądze na zaliczkę za budynek, wyposażenie i na działalność przez rok. Odpiszę to sobie od podatku. Pójdzie w straty, choć nie sądzę, by taki stan rzeczy miał się przeciągać.

– Ja też zamierzam zainwestować trochę gotówki, ale przede wszystkim czas i wiedzę na temat diet i gotowania – rzekła Dana Sue. – Myślę o barku i poprowadzeniu kursów.

Obie wyczekująco popatrzyły na Maddie.

– No co? – najeżyła się. – Nie mam żadnego doświadczenia, a tym bardziej żadnych pieniędzy, które mogłabym włożyć w coś tak ryzykownego.

Helen uśmiechnęła się.

– Dzięki twojej fantastycznej adwokatce masz więcej, niż przypuszczasz, ale nam nie chodzi o pieniądze. Chcemy, byś poprowadziła to przedsięwzięcie.

Napisz swoją opinię i oceń książkę

Przedstaw się



Twoja ocena


WYŚLIJ