Thriller / Sensacja / Kryminał
Katalog motyli
26,99 zł
38,99

Katalog motyli

Izabela Knyżewska
brak opinii
Liczba stron: 352
ISBN: 9788327650900
Premiera: 2020-07-08

W warszawskiej dzielnicy willowej ginie Krzysztof Brzeski – młody, dobrze sytuowany mężczyzna. Jego luksusowe życie wypełnione podróżami, zabawą i beztroską skończyło się w chwili, gdy kobieta, którą najwyraźniej znał, zatopiła w jego ciele nóż.

Komisarz Adam Smygalski wraz z aspirantką, Niną Jurską, podejmuje żmudne śledztwo, w którym nic nie jest oczywiste. Wkrótce okaże się, że pozory mylą, obiecujące tropy prowadzą donikąd, a przeciwnikiem jest nieprzeciętnie inteligentna kobieta, która zaplanowała zbrodnię doskonałą.

Prolog

 

Widzę cię.

Krzątasz się zaaferowany, podśpiewujesz, bawisz się w szefa kuchni. Trochę mąki, trochę mleka… Co to będzie – naleśniki na kolację we dwoje? Twoje popisowe danie? Widzę cię, tył twojej głowy, ciemne, modnie przystrzyżone włosy. Gdzieniegdzie dostrzegam pierwsze srebrne nitki, które nosisz z dumą, bo tylko one zdradzają, że nie masz już trzydziestu lat, że bliżej ci raczej do czterdziestki. Nie musisz się ich wstydzić, ciągle masz ciało młodego chłopaka. Patrzę, jak z zapałem łączysz składniki w misce ze sklepu, którego nazwa przeciętnemu człowiekowi nie powie absolutnie nic. Jesteś taki zadowolony z siebie, zawsze zadowolony z siebie, zakochany w sobie, w swoim perfekcyjnym życiu. Niczym niezmącona radość głupca.

Czy wiesz, co to porażka? Czy coś ci się w życiu nie udało? Czy kiedykolwiek ktoś pozbawił cię tego, co w świecie sprawiedliwości ludzkiej i boskiej powinno należeć do ciebie? Czy zdarzyło ci się nie dostać tego, czego chciałeś? Czy cokolwiek zostało ci odebrane? Czy z kimkolwiek musiałeś się dzielić? Wszyscy ludzie na twojej drodze – pionki, elementy gry – zostawali na dłużej tylko wtedy, jeśli pomagali budować idealny porządek twojego świata, przynosili korzyści albo sprawiali przyjemność.

Te wszystkie kobiety.

Trudno się dziwić, że lubisz swoje życie. Kto by nie lubił. Być tobą to naprawdę świetna zabawa.

Uśmiecham się do ciebie, do twoich pleców, ramion. Uśmiecham się, bo wiem, że masz poważną słabość. Nie jesteś dość czujny, nie oglądasz się za siebie, a powinieneś, Skarbie, powinieneś jak mało kto. Przeszedłeś się na swojej drodze po tylu trupach, że cholernie warto byłoby patrzeć przez ramię bez przerwy, choćby po to, żeby upewnić się, że żaden z nich nie wstaje, by upomnieć się o swoje. Ja cię widzę, ty mnie nie. Obserwuję twój spokój, pewność siebie, poczucie bezpieczeństwa w ślicznym domku w drogiej dzielnicy. To nieprawdopodobne, że nie słyszysz, jak się do ciebie zbliżam. Idę po miękkim dywanie salonu i wbijam wzrok w twój mocny kark. Jesteś taki piękny, taki głupi, taki nierozważny, taki zepsuty.

Trudno odmówić ci daru przekonywania i niesamowitego uroku. Tyle czasu dawałam się na nie nabierać! Wierzyłam w każde słowo, w hipnotyzujące spojrzenie, w ten psi bełkot wydobywający się z twoich ust. Boże, jak ty potrafisz pięknie mówić! Dużo czasu zajęło mi połapanie się w twojej grze, zbyt dużo. A potem jedno po drugim twoje kłamstwa wypłynęły na wierzch – jak gnijące ciało topielca po pierwszych roztopach wypływa na powierzchnię rzeki – i zaprezentowały się w całej okazałości.

Ale mnie się nie okłamuje, Skarbie. Kłamstwo bardzo boli. Nikt nie może bezkarnie mnie ranić, ty też nie. Wbiłeś mi nóż w plecy. Ja nie będę tak podła. Mam więcej klasy.

Widzę cię.

Usłyszałeś moje kroki dopiero wtedy, kiedy przeszłam z miękkiego dywanu na kuchenną terakotę, ale to za późno, o wiele za późno, jestem tuż za tobą.

Odwracasz się, uśmiechnięty, w rękach wciąż trzymasz miskę z ciastem. Teraz ty też mnie widzisz i jesteś tym widokiem wyraźnie zaskoczony. Zauważyłeś duży nóż w mojej dłoni, prawda? Niezły zwrot akcji, niespodzianka! To takie wspaniałe, niemal mistyczne doświadczenie, dostrzegać mikrozmiany na twojej twarzy, obserwować, jak beztroskę i uśmiech zastępują niezrozumienie, wielki znak zapytania, a potem strach. Wciąż nie pojmujesz, co się za chwilę wydarzy, nie dopuszczasz do siebie oczywistego, ale spokojnie, nie zawiodę cię. Wszystko trwa ułamek sekundy, ale ja mam wrażenie, że oglądam całą scenę w zwolnionym tempie. Czas rozciąga się i gnie, moje zmysły wyostrzają się, czuję twój lęk niemal fizycznie, jego zapach, jego chłód. Wciąż uśmiecham się do ciebie, dawno nie byłam bardziej zadowolona. Skarbie, dobrze wiem, że nie masz już żadnych szans na reakcję.

Wbijam ci ostrze głęboko w brzuch i przekręcam. Myślę, że to sprawiedliwe rozwiązanie, uczciwa kara za to, co mi zrobiłeś.

Miska upada na ziemię. Patrzę, jak płynne ciasto malowniczo rozlewa się po nieskazitelnie czystej podłodze.

Chcesz się bronić, ale jesteś zbyt zaskoczony, nieprzygotowany na ból. Bardziej niż na mnie skupiasz się na sobie i ranie, która otworzyła się w twoim brzuchu jak zdziwione usta. Jestem za blisko, byś mógł porządnie uderzyć, więc tylko mnie odpychasz, na tyle, na ile pozwala ci przeszywający ciało ból. Patrzysz na krew, która wylewa się z ciebie jak na kiepskim filmie. Nie wierzysz, że tyle jej mieściło się w twoim ciele – płynie i wcale się nie kończy. Dotykasz brzucha i po chwili twoje dłonie lśnią czerwienią. Odzywasz się. Chcesz mnie obrazić? Nie tak mam na imię.

Mogłabym patrzeć na twoją bezradność bez końca, ale muszę oprzeć się pokusie. Nie będę ryzykować. Zanim sięgniesz po własny nóż, zanim chwycisz się mrzonki, że możesz ze mną walczyć, doskakuję do ciebie ponownie. To ja mam przewagę. I wiem, co robię.

Wyciągam rękę z nożem i otwieram twoje gardło błyskawicznym cięciem. Obejmuję cię, czuję, że stajesz się coraz cięższy. Opierasz się o mnie, już nie odpychasz, przez chwilę jest jak dawniej, niemal czule. To ja chronię cię przed upadkiem. Pomagam ci osunąć się łagodnie na ziemię i cofam się o krok.

Patrzysz na mnie szeroko otwartymi oczami. Nareszcie widzisz mnie dobrze, dokładnie, tak jak nigdy nie widziałeś, nareszcie dociera do ciebie, kim jestem. Rozumiesz, jak bardzo mnie nie doceniałeś, jaką głupotą było lekceważyć mnie. Jak wielki błąd popełniłeś, odwracając się do mnie plecami.

A potem nie widzisz już nic.

 

 

CZĘŚĆ I

ZDRADA

 

1

 

– Co tu mamy? – komisarz Adam Smygalski przeszedł pod taśmą z napisem „POLICJA”, przyklejoną do framugi i zamykającą dostęp do nowocześnie urządzonego salonu. Po drodze zaczepił o nią czubkiem głowy. – Na litość boską, zabierzcie stąd te zasieki – zwrócił się do kręcących się po pokoju funkcjonariuszy.

Młody chłopak w policyjnym mundurze i z wypiekami na twarzy podbiegł szybko i zabrał się nerwowo do odklejania taśmy jak skarcony dzieciak, który chce się poprawić.

– Zabezpieczamy miejsce zbrodni, proszę pana – zaczął się pospiesznie tłumaczyć – żeby nikt się tu nie kręcił. – Taśma przykleiła mu się do rąk i przez chwilę walczył z nią, jakby zaatakował go jadowity wąż.

Młody, stara się, nie myśli.

– Świetnie, bardzo ładnie. – Ton Smygalskiego sugerował, że ma do czynienia z idiotą. – Jestem niemal pewny, że identyczną taśmę widziałem na dole i chyba to wystarczy. Może ktoś pofatygowałby się na zewnątrz? Roi się tam od gapiów i dziennikarzy. – Nie poświęcił chłopakowi więcej uwagi.

Ruszył przez przestronny salon z otwartą kuchnią w głębi. Prawą dłoń trzymał w kieszeni płaszcza. Namierzył palcami do połowy pustą paczkę papierosów, których nie wolno było palić, ale których obecność „w razie czego” uspokajała i dawała poczucie bezpieczeństwa. Ósmy dzień bez fajek. W tym fachu zawsze jest zły czas na rzucanie.

W pomieszczeniu krzątało się kilkunastu policjantów i techników, błyskał flesz aparatu, praca wrzała. Za chwilę wszystko zadepczą, spokojnie starczyłaby ich połowa.

– Co mamy? – powtórzył.

Tuż przed nim na kuchennej podłodze leżało ciało młodego mężczyzny z rozoranym brzuchem, poderżniętym gardłem i z otwartymi oczami wpatrzonymi w sufit. Po jego prawej stronie poniewierała się biała plastikowa miska, z której wylało się żółtokremowe coś. Pewnie jakieś ciasto. Malowniczo łączyło się z kałużą krwi w sporych rozmiarów różowawe jezioro.

– Trup, znaczy denat, lat około czterdziestu. Rany: kłuta brzucha i cięta gardła, ta druga śmiertelna, z pierwszej też by się wykrwawił, gdyby miał kiedy. Cześć. – Rudawy, brodaty blondyn w typie wikinga, dobrze po czterdziestce, przykucnął tuż obok ciała. Uniósł wzrok i skinął Adamowi na przywitanie, po czym wrócił do oględzin.

– Cześć – Adam odpowiedział kiwnięciem. – Czas zgonu?

– Dokładnie jeszcze nie wiem. Ale nie więcej niż jakieś dwanaście godzin temu. Najpewniej wczoraj wieczorem.

Smygalski założył jednorazowe rękawiczki i schylił się po duży nóż leżący obok zwłok. Ujął go w dwa palce i dopiero potem poprosił o pozwolenie.

– Mogę?

– Śmiało. Maczetę już mamy obfotografowaną. Tylko nie popsuj, wystarczająco dużo śladów poszło już w pizdu pod butami tych tam. – Brodacz wskazał wzrokiem środek pokoju, gdzie wciąż kręcili się policjanci z pobliskiego komisariatu. To oni pojawili się pierwsi na miejscu zbrodni, po tym jak sąsiad ofiary zadzwonił pod sto dwanaście i zgłosił morderstwo. Zanim prokurator skierował na miejsce ludzi z wydziału zabójstw, miejscowi stróże prawa i porządku zdążyli się już dobrze rozejrzeć. I pewnie wyrządzić szkody.

– Właśnie się zastanawiam, co oni tu jeszcze robią. – Adam powiódł wzrokiem po salonie.

– I czy więcej ich matka nie miała.

– To też. Ślady walki? – Smygalski skupił się na zwłokach przed sobą.

– Niespecjalnie. Wygląda na to, że facet był kompletnie zaskoczony.

– Nóż pasuje?

– Na oko pasuje, ale jeszcze będziemy potwierdzać w laboratorium. – Blondyn małą pęsetką wyciągał coś spod paznokci prawej ręki denata.

– Co to? – Adam przykucnął obok kolegi, żeby przyjrzeć się niezidentyfikowanej drobinie, którą tamten wkładał delikatnie do foliowego woreczka.

– Jakieś włókna, zobaczymy. Kto to jest?

– Krzysztof Brzeski, wiceszef firmy deweloperskiej, trzydzieści dziewięć lat... – Smygalski sięgnął do kieszeni po notes i rozszyfrował własne odręczne notatki.

– Nie on. Ona. – Patolog wskazał pęsetką gdzieś nad głową Adama, po czym wrócił do metodycznego dłubania pod paznokciami ofiary.

Adam spojrzał we wskazanym kierunku.

Nie dalej niż trzy metry od nich stała drobna dziewczyna z zebranymi w kucyk kręconymi kasztanowymi włosami, ubrana w ciepłą kurtkę narciarską. W rękach ściskała duży papierowy kubek ze Starbucksa. Rozglądała się bezradnie wokół wielkimi oczami jelonka Bambi.

– A, ona. To Nina – wyjaśnił Smygalski. Sprawiał wrażenie, jakby dopiero przypomniał sobie o jej istnieniu. – Młoda, dopiero się uczy. Pomyślę, czy jej nie przyczepić plakietki na kurtkę.

– Stażystka?

– Nie, nowy narybek. To znaczy u nas, bo w firmie pracuje już bodaj dwa lata. Przeniesiona z gospodarczych, była niezłą analityczką. Podobno. Stary odświeża zespół, a ona ma obserwować i wnosić „nową jakość”. Zobaczymy. Nina! – zawołał.

Dziewczyna ocknęła się z zamyślenia, spojrzała na dwóch mężczyzn pochylonych nad ciałem, zawahała się chwilę, jakby upewniała się, że to o nią chodzi. Podeszła do nich i zatrzymała się w bezpiecznej odległości od ofiary, zupełnie jakby martwy facet na podłodze mógł się jeszcze podnieść albo znienacka złapać ją za kostkę.

– Nina Jurska, nasza nowa koleżanka. Piotrek Bałaga, nasz „Doktor Śmierć”. – Adam dokonał oficjalnej prezentacji.

– Spierdalaj – wymamrotał beznamiętnie patolog, chociaż nie wyglądał na obrażonego. – Jak ci się u nas podoba? – zwrócił się do Niny wesołym tonem, zdecydowanie zbyt wesołym, zważywszy na okoliczności. Brodatą twarz rozciągnął w arcyszerokim teatralnym uśmiechu.

– Nie podoba mi się – odpowiedziała szybko i pociągnęła nerwowo łyk z kubka.

– Posilać się nad zmarłym, co za brak szacunku. – Piotrek puścił do niej oko i wrócił do pracy.

Adam ukrył uśmiech.

Wszyscy znali Piotrka Bałagę i jego swobodny stosunek do pacjentów, którzy nie mieli szans się obrazić ani oburzyć, bo bez wyjątku od dawna byli sztywni. Zawsze zachowywał się w ten sposób, co wcale nie oznaczało, że lekceważył obowiązki. Przeciwnie – należał do najlepszych lekarzy sądowych, z którymi współpracowała prokuratura. Niewykluczone, że to właśnie jego dystans do świata, życia i śmierci pozwalał mu wykonywać tę pracę z taką skutecznością.

Zdrowy dystans to cenna rzecz. Tymczasem wyraz twarzy „nowego narybku” wyraźnie zdradzał, że w przeciwieństwie do bardziej doświadczonych kolegów, ona go jeszcze nie nabrała. Bo i skąd. W wydziale przestępstw gospodarczych nie miała okazji naoglądać się trupów, ciał i krwi, a jedyne masakry, z jakimi się stykała, to gwałty na rachunkach i zbrodnie na podatkach. Oglądanie śmierci na żywo to zupełnie inna bajka, a zderzenie z rzeczywistością potrafiło dobitnie uświadomić, że świat widziany z bliska to naprawdę niezły syf. Nie tak miły, jak wydawało się większości ludzi, którzy zbrodnie znali tylko z filmów, kryminałów i sensacyjnych relacji w telewizji. Od prawdziwego zła oddzielał ich zwarty kordon osób, takich jak Adam i Piotrek Bałaga. To dzięki nim nie musieli przekonywać się na własne oczy, jak świat wygląda naprawdę. Nie musieli też myśleć o tym, że wcale nie jest bezpiecznie, że złe rzeczy przydarzają się zwykłym ludziom. Że przydarzają się ludziom dobrym. Błogosławiona niewiedza, dzięki której mogli żyć bez strachu, odprowadzać rano dzieci do przedszkola, narzekać na szefa i wracać po zmroku do domu. Szczęściarze. Ale to dobrze, bardzo dobrze. Tak powinno być.

Nina przyszła do wydziału miesiąc temu. Miała brać udział w śledztwach, ale Stary posadził ją za biurkiem i wyznaczał do pomocy przy bieżących sprawach. Zamiast uczestniczyć w działaniach operacyjnych, musiała wyszukiwać informacje, robić zestawienia, odwalać papierkową robotę. Na pewno była tym rozczarowana, zresztą chyba nikt nie byłby zachwycony, jednak nie dawała po sobie poznać frustracji. Adam nie znał jej dobrze, ale to, co widział, podobało mu się. Była bardzo bystra, dobrze kojarzyła fakty, potrafiła dostrzegać szczegóły, zadawać odpowiednie pytania i drążyć. Miała intuicję. A dziś po raz pierwszy znalazła się w terenie. Jej cierpliwość najwyraźniej się opłaciła.

Stary chciał, by Smygalski miał na nią oko i pokazywał jej, co robić. Gdyby ktoś pytał Adama o zdanie – brutalne morderstwo dostarczało odrobinę zbyt mocnych wrażeń na pierwszy raz. Nic dziwnego, że wyglądała jak wystraszone zwierzę. Ale nikt go nie pytał, dostał Ninę w przydziale i musiał sobie poradzić z nową rolą opiekuna nieopierzonej adeptki policyjnego fachu. Pan niania. Z jakiegoś powodu zadanie to wydawało mu się bardziej karkołomne niż rozpracowywanie gangu narkotykowego, ale nauczył się już dawno, że z decyzjami Starego się nie dyskutuje. Z drugiej strony zupełnie się Ninie nie dziwił. Pamiętał, kiedy sam po raz pierwszy zetknął się z ofiarą morderstwa. To był topielec. Jego okaleczone ciało zostało pozbawione dłoni i genitaliów. Po kilku tygodniach w wodzie napuchło jak ohydny grzyb i zatraciło wszelkie podobieństwo do istoty ludzkiej. Adam wytrzymał pięć minut na miejscu zbrodni, a potem się porzygał.

Każdy przechodził pierwsze zetknięcie z masakrą ciężko, o ile nie był pozbawionym empatii cyborgiem. A Nina wydawała się delikatna i wrażliwa, mimo że próbowała zgrywać twardzielkę i w teorii wiedziała wszystko, co potrzeba. Teoria teorią, życie życiem. Adam czuł się za nią odpowiedzialny. Cholerny Stary, zagrał na jego poczuciu przyzwoitości. Wiedział, że kto inny by sprawę olał, a Smygalski oczywiście weźmie sobie nowy obowiązek na łeb i jeszcze się do jego wypełniania sumiennie przyłoży. Do tego ta powierzchowność Jurskiej: krucha istotka z oczami na pół twarzy. Nic, tylko schować ją w kieszeń i chronić przed światem. Nie, nie mógł tak myśleć, musiał traktować ją poważnie.

Była dorosła. Była policjantką. Poradzi sobie.

– Co widzisz? – Adam zapytał Ninę trochę zbyt mentorskim tonem.

Wstał z przyklęku i wyprostował się obok dziewczyny. Był od niej sporo wyższy. Żeby patrzeć mu w twarz podczas rozmowy, musiała zabawnie zadzierać głowę.

– No cóż. – Odchrząknęła – Facet zginął od ciosu w brzuch i podcięcia gardła. Nie ma śladów walki, więc pewnie znał napastnika i sam go wpuścił, ewentualnie tamten miał klucz.

– OK. To oczywiste. Powiedz mi coś, czego nie wiem.

Spojrzała na niego z wielkim „Aha, a więc to egzamin” w oczach, odchrząknęła ponownie i recytowała dalej.

– W mieszkaniu nie widać demolki, więc odpada motyw rabunkowy, chyba że zginęło coś specyficznego. W każdym razie zostało sporo drogich przedmiotów, które złodziej pewnie by zabrał. Więc to coś osobistego albo jakieś porachunki. Ale raczej nie. Stawiałabym na motyw osobisty. Może był sam w mieszkaniu, nie słyszał, że ktoś wchodzi, albo spodziewał się, że ktoś przyjdzie, w końcu robił naleśniki, dużo, sądząc po ilości ciasta, nie dla jednej osoby. Myślę, że weszła do domu, zaskoczyła go i zabiła, zanim się zorientował, co się dzieje. Ewentualnie była tu cały czas, to znaczy w domu razem z nim. – Skończyła i spojrzała Adamowi prosto w oczy z niemym „Zdałam?” w podtekście.

– Ona? – Popatrzył na Ninę z zaciekawieniem. Jak na świeżaka radziła sobie naprawdę nieźle.

– No tak – potwierdziła, jakby się tłumacząc, ale ani trochę nie tracąc pewności siebie, skrępowana sytuacją, jednak przekonana, że ma rację. – Te rany na brzuchu są nisko, to właściwie podbrzusze… Tak samo ta na gardle. Nawet stąd widać, że musiała być zadana od dołu. Czyli albo zrobił to jakiś bardzo, bardzo niewysoki facet, albo kobieta, właściwie też nie kolos. – Przerwała i zastanowiła się chwilę, jakby ustalała sama ze sobą, czy to już wszystko, co miała do powiedzenia. – Tak myślę.

– No dobrze. – Adam uśmiechnął się do niej, na zachętę. – W paru punktach możesz mieć rację. Ale pamiętaj, żeby nie wyciągać pochopnych wniosków. Łatwo się przywiązać do koncepcji. – Już w chwili, kiedy słowa wychodziły z jego ust, wiedział, że nudzi jak stary pierdziel.

– Spokojnie. – Uśmiechnęła się słabo, bardziej kurtuazyjnie niż szczerze, angażując do tego wyłącznie usta, w żadnym razie nie oczy. Ciągle wyglądała na spiętą. – Nie jestem sentymentalna. Niespecjalnie, w każdym razie.

– No dobrze – powtórzył. Podtrzymywanie rozmowy nie szło mu najlepiej. Nie tylko teraz, ale w ogóle. Na co dzień nie był lwem salonowym, a nowa rola przewodnika i przywódcy stada nie dodawała mu społecznych umiejętności. A może to ona go peszyła. Nie bardzo. Trochę. Wystarczająco.

– Co teraz? – spytała Nina i szybkim ruchem założyła za ucho kosmyk, który wymknął się z kucyka. Sekundę później kasztanowa sprężynka wróciła na poprzednie miejsce.

– Rozejrzymy się. – O tak, trzeba się rozejrzeć i odzyskać kontrolę. Adam odwrócił się sztywno na pięcie, omijając dziewczynę wzrokiem. – A potem pogadamy z sąsiadem.

„Katalog motyli” to książka, która zaskakuje i z pewnością trzyma w napięciu do ostatniej strony. Podczas czytania, snucie domysłów i tak zda się na nic, autorka i tak na sam koniec pokaże w jakim błędzie byliśmy.
 
Fabuła rozwija się w odpowiednim tempie, dzięki czemu czytelnik nie czuje, ze wszystko pędzi do przodu, ale też nie jest w stanie znudzić się lekturą. Bohaterowie budzą sympatię i kibicuje się im podczas czytania. Narracja jest o tyle ciekawa, że śledztwo przeplata się z narracją mordercy, którym jest kobieta, tak jest to jasne od samego początku. Jest wiele tropów i poszlak, ale zakończenie jest wręcz zadziwiające.
 
Autorka pozornie nie wybrała oryginalnego tematu na swoją pierwszą powieść kryminalną, ale to tylko pozory, ponieważ stworzyła odważną książkę, która zaskakuje i zostaje w głowie przez bardzo długi czas po przeczytaniu. Polecam!

 

Napisz swoją opinię i oceń książkę

Przedstaw się



Twoja ocena


WYŚLIJ