Gorący Romans DUO
Prosto w serce, Ślubuję ci zemstę
18,99 zł
18,99
KUP TERAZ

Prosto w serce, Ślubuję ci zemstę

Katy Evans, Yvonne Lindsay
brak opinii
Liczba stron: 320
Oprawa miękka
ISBN: 9788327648204
Premiera: 2020-04-30

Katy Evans - Prosto w serce

 „Co on sobie myśli? Przychodzi zielony do firmy i wydaje mu się, że może się rządzić? Teoretycznie może – jest synem szefa i ma pokierować firmą – ale jeśli nie będzie grzeczny, ojciec wskaże mu drzwi. Czyli sytuacja patowa. Stety lub niestety między nami iskrzy. Czyżbyśmy byli „idealną parą”? Czy raczej sprawcami „idealnego” skandalu?”.

 

Yvonne Lindsay - Ślubuję ci zemstę

Galen Horvath i Peyton Earnshaw wzięli ślub w ciemno. On, właściciel sieci hoteli, chciał zapewnić stabilny dom swej wychowance, ona zaś, dziennikarka śledcza, miała zamiar napisać artykuł demaskujący poczynania seniorki rodu Horvathów. Kiedy mimo wszystko rodzi się między nimi pożądanie, Peyton zaczyna marzyć o przyszłości z Galenem. Co się jednak stanie, kiedy jej sekret wyjdzie na jaw?

Katy Evans - Prosto w serce

Moje motto: śmiało krocz przez życie. Kiedy z kawą w jednej ręce, a portfolio w drugiej, klikając czerwonymi obcasami, wkroczę do Strzały Amora, pracownicy poderwą wzrok i uśmiechną się nerwowo. Wiedzą, że w takie dni jak dziś mogą polecieć głowy.
- Za dwie minuty zbiórka przy konferencyjnym.
Ben, szef działu technicznego, który bywa jedynie na ważnych zebraniach, pędzi do mnie z wyciągniętą ręką, w której trzyma kubek. Spostrzegłszy, że mam własną kawę, zatrzymuje się speszony.
- Nie sądziłem, że zdążysz kupić… - Czerwieni się.
Odkładam rzeczy na stół i z uśmiechem przyjmuję prezent.
- Latte?
- Taka, jak lubisz.
- Dzięki. – Wypijam łyk. – Kawy nigdy nie za wiele.
Kofeina wnika w mój organizm. Czeka mnie długi dzień, przyda się każdy zastrzyk energii.
Kiedy wszyscy już siedzą, zajmuję miejsce u góry stołu konferencyjnego i włączam ekran na ścianie. Patrzcie i uczcie się, kochani!
- Okej. Jak wiecie, pracujemy nad unowocześnieniem marki. Niech ktoś przypomni: czego szukam w nowym projekcie?
Cisza. Wzdycham ciężko. Czasem czuję się, jakbym opiekowała się gromadą dzieci.
- Wszyscy milczą? Ellie… - Patrzę na Ellie Mason, moją przyjaciółkę z liceum, która przyszła do Strzały, kiedy szukałam zdolnych projektantów.
- Koloru – oznajmia Ellie, jak zawsze znakomicie przygotowana. – Strzała Amora to aplikacja randkowa adresowana do młodych. Ciemne kolory na głównej stronie i w messengerze mogą działać zniechęcająco. Potrzebujemy barw, które przyciągną wzrok.
- Zgadza się. Już myślałam, że nikt mnie nie słucha – mówię, a reszta zespołu wybucha śmiechem. – Dobra, pokażcie, co tam macie.
Wszyscy gorączkowo szukają folderów, które od pięciu minut powinny leżeć na wierzchu. Wreszcie projekt wyciąga Tim, najmłodszy członek zespołu.
- Ciekawy pomysł – chwalę. – Tyle że podstawowe barwy przemawiają głównie do dzieci, a my tworzymy aplikację randkową. Siedmiolatki nie randkują.
Próbując ukryć frustrację, kieruję spojrzenie na innych. Zaczynam się denerwować. Alastair chce dziś zobaczyć schemat kolorystyczny. Prawdę mówiąc, ja też. Przebiegam wzrokiem pozostałe projekty.
Większość jest taka sobie, ale kilka jest niezłych, między innymi pomysł Ellie. Uśmiecha się; ma nadzieję, że wybiorę jej pracę. Nie odwzajemniam uśmiechu; staram się nikogo nie faworyzować.
Obejrzawszy projekty, pokazuję grupie swój.
- To musi być bardziej w tym stylu. – Włączam pilotem ekran, na którym widać odcienie czerwieni i szarości. – Neutralny pod względem płci, ale rzucający się w oczy. Kojarzący się z żarem i namiętnością. Zapadający w pamięć. Ponadczasowy.
Pracownicy z zainteresowaniem oglądają rysunki. Korci mnie, by powiedzieć, że czegoś takiego oczekiwałam od nich. Ellie szczerzy zęby. Posyłam jej gniewne spojrzenie.
Cholera, zmarnowany poranek!
- Potraktujcie jako punkt wyjścia projekt mój i Ellie. Skupcie się na kolorystyce. Przed końcem dnia wybierzemy najlepszy pomysł. Okej?
Wszyscy entuzjastycznie kiwają głowami. Wstępuje w nich nowa energia. Kiedy zostajemy same z Ellie, wznoszę oczy do nieba. Jak to jest, że ci zdolni ludzie potrafią wyprowadzić mnie z równowagi?
- Napij się. – Ellie wskazuje kubek. – Kawa ci pomoże.
Przyjaciółka dobrze mnie zna.
Jest dopiero dziesiąta, a ja już czuję się wypruta. Pocieszam się, że pewnie wygra mój projekt. Nie chcę zadzierać nosa, ale wiem, że moje pomysły są najlepsze. Nie bez powodu przyjęto mnie do firmy w wieku dwudziestu lat. I nie bez powodu po czterech latach awansowano na szefową działu.
Ben podchodzi, gdy zbieram ze stołu swoje rzeczy.
- Niepotrzebnie się dziś fatygowałeś – mówię. – Jak tylko coś ustalimy, dam ci znać.
- Jasne. Co robisz po pracy? – pyta.
Trochę mi głupio przyznać, że zamierzam wrócić do domu i podgrzać sobie resztkę wczorajszej chińszczyzny. Nigdy nie nauczyłam się gotować, czego żałuję, bo uwielbiam dobrą kuchnię.
- Mam zamiar spędzić spokojny wieczór w domu – odpowiadam, jakbym ciągle imprezowała i marzyła o tym, aby wreszcie wyciągnąć się na kanapie przed telewizorem.
- To bez sensu. Może byśmy…
Nie kończy, bo drzwi się otwierają i staje w nich mój szef, a zarazem właściciel Strzały Amora.
- Jak tam, Alexandro? W porządku? – Chociaż Alastair Walker mieszka w Chicago od dwudziestu lat, wciąż nie pozbył się brytyjskiego akcentu.
Lubię tego faceta. Jest przystojny, szpakowaty, o prostej szczupłej sylwetce i twarzy poznaczonej bruzdami. Wchodzi do pokoju, poprawiając marynarkę. Ben się cofa, a reszta pracowników podrywa się z miejsca.
- Oczywiście – odpowiadam.
Uśmiech zastyga mi na wargach, kiedy widzę, że Alastair nie jest sam. Towarzyszy mu lekko potargany, lekko zarośnięty młody mężczyzna w eleganckim czarnym garniturze, niedbale zawiązanym czerwonym krawacie i pięknych markowych butach.
Kiedy nasze spojrzenia się spotykają, w ustach mi zasycha. Gość dosłownie emanuje seksem.
Ma burzę ciemnych loków, niemal bursztynowe oczy i ciało warte grzechu. Jest wysoki, szczupły w pasie, szeroki w ramionach. Nie wiem, co tu robi, ale wiem, że jest najprzystojniejszym mężczyzną, jakiego dotąd widziałam.
- Kochani, chciałbym wam przedstawić mojego młodszego syna, Kita Walkera, czarną owcę w naszej rodzinie.
Alastair klepie syna po plecach. Ten uśmiecha się z rozbawieniem i ponownie zatrzymuje na mnie wzrok.
- A to, mój drogi, jest Alexandra Croft, tajna broń Strzały Amora – kontynuuje Alastair.
Bursztynowe oczy zdają się przewiercać mnie na wylot.
Oddychaj, Alex! – rozkazuję sobie.
- Czarna owca i tajna broń? To brzmi groźnie.
- Owca i broń często bywają niedoceniane – mówię, ściskając dłoń Kita. Na szczęście głos mi nie drży. – Bardzo mi miło.
Kit Walker patrzy na mnie z zaciekawieniem.
– Cała przyjemność po mojej stronie.
O Chryste! Ten cudowny brytyjski akcent powinien być zakazany.
Nagle zdaję sobie sprawę, że wszyscy nas obserwują. Speszona wyszarpuję dłoń. Wcześniej słyszałam opowieści o synu Alastaira i jego reputacji playboya. Zaczynam wierzyć, że nie ma w nich słowa przesady.
- Przedstawcie się Kitowi – Alastair zwraca się do zespołu – a ja na moment porwę Alexandrę. Ben, później chciałbym porozmawiać z tobą.
Ben kiwa głową, ściska mnie za łokieć, jakby dla otuchy, i schodzi piętro niżej do swojego działu.
Kit odprowadza go wzrokiem do drzwi, po czym unosi pytająco brwi. Nie mam czasu na rozmowę; ruszam pośpiesznie za Alastairem.
Nie odwracaj się, Alex. Jeszcze żaden facet nie zawrócił ci w głowie; niech ten nie będzie pierwszy.
Cały czas czuję jednak pieczenie w dłoni, którą podałam mu na powitanie.


ROZDZIAŁ DRUGI

Alastair otwiera drzwi i zaprasza mnie do gabinetu.
- Usiądź, Alexandro.
Obciągam żakiet. Czuję się lekko spięta. Rzadko się denerwuję, ale dzisiejsze zaproszenie trochę wytrąca mnie z równowagi. Wpadam w popłoch: czyżbym miała stracić pracę?
To niemożliwe. Nie histeryzuj, Alex. Bez ciebie dział projektowy przestanie istnieć.
Alastair śmieje się, widząc moją przerażoną minę.
- Spokojnie, Alexandro. Przecież wiesz, jak bardzo cię cenię.
Oddycham z ulgą i zajmuję miejsce naprzeciwko biurka. Alastair kładzie ręce na blacie i splata palce.
- Pracujemy razem od kilku lat i uważam cię za jedną z moich najcenniejszych pracownic, dlatego chcę cię poinformować przed innymi: odchodzę.
- Co? Jak to?
- No proszę! Myślałem, że ucieszysz się z odejścia starego dziada.
- Co ty mówisz! – Mój szef odchodzi? Kiedy? Dokąd? Dlaczego?
- Żartuję, kochanie. – Popijając herbatę, którą jego asystent John przynosi mu do gabinetu, spogląda na mnie życzliwie. – Nie rozumiem jednak, czemu się dziwisz. Każdy kiedyś przechodzi na emeryturę, nawet najwięksi pracoholicy.
- Ale ty wciąż jesteś…
- Młody? – Potrząsając głową, wybucha śmiechem. – Uwielbiam twoją dziecięcą niewinność. Przecież musiałaś się spodziewać, że prędzej czy później zakończę działalność zawodową.
- Ale nic wcześniej nie…
Alastair macha ręką.
- Tobie pierwszej to mówię. Pod koniec tygodnia oficjalnie ogłoszę swoją decyzję.
Ogarnia mnie niepokój. Alastair przeniósł się do Stanów ponad dwadzieścia lat temu, kiedy poślubił bogatą Amerykankę; po rozwodzie postanowił tu zostać. Od początku dał mi wolną rękę. Nowy szef może oznaczać duże zmiany.
- Dlaczego informujesz mnie przed innymi?
- Zaraz ci wyjaśnię. Chciałbym cię prosić o przysługę.
- Zrobię dla ciebie wszystko – odpowiadam szczerze. Bo to, kim jestem, zawdzięczam jemu. Nie wiem, kim bym była, gdyby nie on.
- Cieszę się. Jesteś osobą odpowiedzialną i pracowitą. W sumie mój wkład w rozwój firmy jest niewielki. Przyznaję się bez bicia: jestem leniem. Nie, nie zaprzeczaj. No i kobieciarzem. Chciałem stworzyć portal randkowy, nie sądziłem jednak, że firma odniesie taki sukces. Podejrzewam, że bez ciebie byłby o połowę mniejszy.
Wargi mi drżą.
- Byłeś wspaniałym szefem, Alastair, a nie miałeś łatwo: dwa małżeństwa, dwa rozwody, wychowanie synów… W dodatku wszyscy ciągle o ciebie zabiegają, bywasz na najważniejszych imprezach w mieście.
- To prawda – przyznaje ze śmiechem mój szef. – Na szczęście zmądrzałem i wydoroślałem. Gdybym nie miał dzieci, ten biznes zostawiłbym w spadku tobie. Ale mam spadkobierców.
Mówi oczywiście o synach. O ile się orientuję, starszy robi karierę w świecie mediów, a Kit jest imprezowiczem, który ostatnie trzy lata spędził gdzieś w Azji.
- William kieruje własnym imperium – kontynuuje Alastair, jakby czytał mi w myślach – natomiast Kit… sporo czasu spędził w Tajlandii. Najwyższa pora, aby nauczył się cenić pracę. – Na moment milknie. – Chłopak ma zerowe doświadczenie, ale to nie problem. Przychodząc tu, ty też nie miałaś doświadczenia, a proszę, jak wiele osiągnęłaś.
Znów zapada cisza. Alastair marszczy czoło, szuka słów.
- Problemem może być osobowość Kita. Obawiam się, że chłopak wdał się w ojca; jest leniwy i niedojrzały. Najwyraźniej to cecha dziedziczna, a cechy matki nie były lepsze.
Alastair poślubił striptizerkę, swą drugą żonę, poznaną w czasie podróży do Londynu tylko dlatego, że zaszła w ciążę. Szybko jednak przejrzał na oczy.
- Na szczęście Kit jest młody. Można go jeszcze zmienić, uformować. Odpowiednio poprowadzony odnajdzie się w tej firmie. W każdym razie rwie się, aby spróbować.
Kiwam głową. Jasne, że się rwie. Kto by nie chciał stać u steru spółki wartej miliardy dolarów i zatrudniającej setki osób?
- Jest piekielnie inteligentny – ciągnie Alastair, wyczuwając mój opór. – Idealnie się nada do tej roboty. Nie mogę pozwolić, żeby się zmarnował lub, nie daj Boże, przyniósł rodzinie wstyd.
Przygryzam wargę, bo nie wiem, jak zareagować. Nie podoba mi się, że ktoś bez doświadczenia zostanie moim szefem, ale nic na to nie mogę poradzić. Muszę zacisnąć zęby i robić dobrą minę do złej gry.
- Czego oczekujesz ode mnie? – pytam.
Alastair wybucha śmiechem.
- Lubię twoją konkretność, Alexandro. No więc uważam, że Kitowi przydałby się mentor, ale na żadnego się nie zgodzi. Nie cierpi słuchać poleceń. Dopóki się w firmie nie zadomowi, zamierzam mieć na niego oko, jednak nie mogę tu być non stop. Chciałbym, żebyś nim pokierowała.
Mam pokierować tym przystojnym seksownym mężczyzną, tak by z playboya przeistoczył się w autentycznego szefa? Mojego szefa? Na samą myśl czuję bolesne ukłucie w brzuchu.
- Nic nie mówisz? Ty, która zawsze masz tak wiele do powiedzenia? – Alastair unosi brwi. – „Zrobię dla ciebie wszystko”. Czy to nie twoje słowa?
Wzdycham ciężko.
- Strzeliłam sobie w stopę?
Nie mam wyjścia, muszę się zgodzić. Niestety dobrze znam takich facetów jak Kit. Są pewni siebie, zarozumiali. W szkole bez problemu przechodzą z klasy do klasy, na studiach z łatwością zdają egzaminy. Potem, zbytnio się nie wysilając, chcą zawojować świat.
Ja stanowię ich przeciwieństwo. Zawsze wolałam się uczyć niż imprezować. Moi rodzice to perfekcjoniści i pracoholicy, którzy nigdy nie mieli dla mnie czasu. Całe życie poświęcili pracy. Nadal nic innego ich nie interesuje.
Odziedziczyłam po nich gen pracoholizmu i perfekcjonizmu.
Rozmawiamy z sobą, przez telefon, dwa razy do roku, w święta Bożego Narodzenia i urodziny. Mam tylko jedną bliską osobę: moją młodszą siostrę, Helenę, której opłacam studia na Stanfordzie. Obie jesteśmy z siebie dumne.
Rodzice wierzą, że pracowitość to cecha nabyta, nie wrodzona. Odkąd siostra i ja skończyłyśmy liceum, przestali nas utrzymywać. Uważali, że samodzielność nas ukształtuje. A ja uważam, że Helena, która marzy o zrobieniu kariery w informatyce, zasługuje na to, by studiować na jednej z najlepszych uczelni w kraju.
Dlatego praca w Strzale Amora jest dla mnie tak ważna. Spełniając własne marzenia, sprawiam, by siostra mogła spełnić swoje.
A co o poświęcaniu się dla drugiego człowieka może wiedzieć Kit, który czerpał z życia garściami, nie myśląc o żadnej pracy? Nic. I ja mam być jego babysitterką?
Pomysł Alastaira bardzo mi się nie podoba. Nie mam czasu zajmować się leniami! No, chyba że tego wymaga ode mnie mój szef.
- Czego konkretnie oczekujesz? – pytam.
- Po prostu służ mu radą, dawaj przykład. Kiedy ci zaufa, może zechce pójść w twoje ślady. Obserwuj go, tłumacz mu zawiłości i… przekazuj mi swoje spostrzeżenia.
- Spostrzeżenia?
- Jak mu idzie. Czy się sprawdza. Chcę mieć pewność, że zasługuje na to, żeby odziedziczyć firmę. Liczę, że z czasem, z twoją dyskretną pomocą, mój syn okaże się lepszym szefem od swojego ojca.
Przerażona zaciskam dłonie na kolanach. Nie chcę być doradcą Kita, a zarazem jego sędzią, ale za bardzo kocham Strzałę Amora, żeby pozwolić jej przejść w ręce kogoś, kto doprowadzi ją do upadku.
- A jeśli moja ocena… nie będzie po twojej myśli?
- Wtedy musisz docisnąć Kita, zmienić jego stosunek do pracy. Dla dobra firmy. – Alastair wstaje. – Zawołam go.
- Poczekaj…
Potrzebuję chwili, żeby się ogarnąć, lecz Alastair otwiera drzwi i mówi do asystenta:
- John, poproś mojego syna.
Podrywam się na nogi. Po minucie czy dwóch rozlega się pukanie. Nie czekając na zaproszenie, Kit wchodzi do gabinetu.
Nie myliłam się: młodszy syn Alastaira jest najbardziej seksownym mężczyzną, jakiego w życiu widziałam.
- Siadaj, Kit. – Alastair wrócił za biurko. – Alex i ja właśnie rozmawialiśmy o twojej podróży do Tajlandii.
Kit opiera się ramieniem o framugę i mierzy mnie wzrokiem.
- Jasne – mówi z wyraźnym brytyjskim akcentem, po czym wchodzi do gabinetu i staje przy fotelu ojca. – A ty, Alex, lubisz podróżować? Wyjeżdżałaś poza Chicago?
- Proszę się do mnie zwracać „Alexandro” lub „panno Croft”.
Alastair wybucha śmiechem, a Kit unosi brwi.
- Dobrze, panno Croft. – Oczy błyszczą mu wesoło. – Ma pani dla mnie jeszcze jakieś instrukcje, zanim zasiądę w tym oto fotelu? – Gładzi z lubością skórzany mebel.
Czyżby wyśmiewał się ze mnie? Może słyszał moją rozmowę z jego ojcem? A może faktycznie jest inteligentny i wie, co ojciec knuje?
Korci mnie, aby mu powiedzieć: tu ludzie pracują, nie tracą czasu na uganianie się za długonogimi pięknościami. Gryzę się jednak w język.
- Instrukcje to nie, może tylko… - Urywam, biorę głęboki oddech. – Pański ojciec dawał mi wolną rękę, wiedząc, że mam na względzie interes firmy. Mam nadzieję, że współpraca z panem…
- Postaram się pani nie zawieść, panno Croft. – Jego uśmiech zapiera mi dech w piersi. – Aha, może pani śmiało mówić do mnie po imieniu.
Drażni się ze mną, czuję to. Zaczynam podejrzewać, że Kit Walker nie jest typowym złotym młodzieńcem, któremu tylko imprezy w głowie. Na pewno jest człowiekiem inteligentnym, dumnym, obdarzonym szóstym zmysłem. Twarz mi czerwienieje.
O Chryste! Czeka mnie długi dzień. Długi miesiąc. Gorzej – długi rok, jeśli ten skurczybyk zostanie w firmie. Uśmiecham się, skrywając emocje.
- Czy to wszystko? Bo niektórych praca wzywa – mówię żartobliwym tonem.
Alastair, który wie, że nie lubię marnować czasu na czcze pogaduszki, kiwa głową, więc kieruję się ku drzwiom. Udaję, że nie czuję na plecach spojrzenia Kita.
- Czy to nie najprzystojniejszy facet… - słyszę rozmarzony głos Angeli, kiedy docieram na swoje piętro.
- Bierz się do roboty!
Wszyscy patrzą na mnie zdziwieni.
Idę do swojego gabinetu na tyłach sali i wypuszczam z płuc powietrze. Seksowny playboy poruszył we mnie struny, o których istnieniu nawet nie wiedziałam. Nie pojmuję tego.

 

Yvonne Lindsay - Ślubuję ci zemstę

Alice Horvath, najstarsza z rodu Horvathów, była prezes Horvath Corporation i założycielka agencji matrymonialnej „Stworzeni dla siebie”, rozejrzała się po oświetlonej świecami i ozdobionej kwiatami sali, usiłując ignorować zakradające się do jej myśli obawy. Nie wiedziała, czemu tak się denerwuje związkiem swojego wnuka Galena z kobietą, która idealnie do niego pasowała.
Z jakiegoś powodu, niezależnie od tego, że zawsze przykładała wagę do szczegółu, czuła, jakby nie do końca panowała nad tym, co się wydarzy.
Przyszłe szczęście młodej pary było jej jedynym celem, jednak nie była w stanie przewidzieć ich przyszłości tak jasno jak w przypadku innych par. Powodzenie związku będzie od nich wymagało ciężkiej pracy i zaangażowania.
Czy podjęła zbędne ryzyko? Galen twierdził, że nie oczekuje wielkiej namiętności, a jednak wszyscy na to zasługują. Pomyślała o swoim zmarłym mężu Eduardzie. Od dawna tak za nim nie tęskniła jak dziś. Nie była jeszcze gotowa spocząć u jego boku. Wciąż miała wiele do zrobienia, a sukces tego małżeństwa był dla niej jedną z najważniejszych rzeczy, choć przy okazji mogły wyjść na jaw długo skrywane tajemnice.

Galen na moment zamknął oczy.
Potem, gdy poczuł drobną dłoń, która ścisnęła jego rękę, ruszył przed siebie.
- Będzie dobrze – szepnęła Ellie. – Ona cię pokocha.
Oddał jej uścisk.
- Ona nas pokocha – zapewnił.
Strzepnął z rękawa nieistniejący pyłek i spojrzał na swą druhnę. Ellie uśmiechnęła się, a Galen poczuł, że serce mu rośnie. Jego brat Valentin i kuzyn Ilja zaoferowali się, że staną obok niego przy ołtarzu, ale to nie był normalny ślub. Tu chodziło o zapewnienie bezpieczeństwa dziewięcioletniej Ellie, więc wydawało się oczywiste, że ona stanie obok niego.
Kiedy został prawnym opiekunem Ellie po tragicznej śmierci jej rodziców ponad trzy miesiące temu, jego dotychczasowe życie ostro wyhamowało. Koniec z szalonymi imprezami. Zobowiązania, jakich unikał przez większą część dorosłego życia, spadły na niego w pakiecie. Nie był na to gotowy, ale rodzice Ellie, jego najlepsi przyjaciele, też nie byli gotowi na śmierć.
Po raz ostatni rozejrzał się, sprawdzając, czy wszystko jest w porządku. Nie byłby szefem Horvath Hotels and Resorts, gdyby codziennie nie sprawdzał wszystkiego trzy razy. Wiedział, jak uszczęśliwiać ludzi, różnych ludzi. Liczył na to, że dzięki tej umiejętności uszczęśliwi też żonę.
- Jest bardzo ładna – szepnęła Ellie.
Galen zerknął na drzwi na końcu wyłożonej długim dywanem sali. Ładna? Jej twarz była uosobieniem łagodności, głowę trzymała prosto. Włosy miała spięte z tyłu głowy w luźny kok. Miał ochotę wyciągnąć z nich szpilki i pozwolić im opaść na ramiona odsłonięte przez sukienkę bez ramiączek. Jej skóra lśniła. Dekolt zdobił naszyjnik z brylantem, przyciągając wzrok do piersi. Spuścił wzrok niżej, na talię obwiązaną atłasową wstążką z dżetami i kwiatami z jedwabiu. Jeszcze niżej trzy warstwy połyskującej tkaniny otaczały ją niczym puchata chmurka.
- Wygląda jak księżniczka – powiedziała Ellie na tyle głośno, że wszyscy w sali odwrócili głowy.
- Zrobimy ją naszą królową, co ty na to? – rzekł Galen i trzymając Ellie za rękę, ruszył w stronę przyszłej żony.
Gdy się zbliżali, dojrzał jej przyspieszony puls na szyi. Być może nie była tak spokojna, jak się wydawało. Zresztą nie miałby ochoty poślubiać kobiety, która nie byłaby choć trochę przejęta perspektywą poznania przyszłego męża dopiero przy ołtarzu.
Choć widział, że bratu i kuzynowi taki ślub wyszedł na dobre, sam nie brał tego pod uwagę. Dopóki w jego życiu nie pojawiła się Ellie, w ogóle nie rozważał małżeństwa.
Oczy kobiety zabłysły w świetle świec.
- Mój mąż, jak się domyślam? – powiedziała nieco zdenerwowanym głosem.
- Galen Horvath, do usług. – Uniósł jej dłoń do warg.
Jej skóra była ciepła, pachnąca czymś słodkim, z odrobiną wanilii i nieco cięższą korzenną nutą. Puścił ją szybko, ponieważ lekko drżała.
Za to jego druhna odezwała się śmiało:
- A ja jestem Ellie. Wyjdzie pani za nas?
Uśmiech uniósł kąciki warg kobiety.
- Za oboje? No, to dopiero dobry interes – odparła, uśmiechając się szerzej. – Tak. Jestem Peyton Earnshaw i z radością was poślubię.
Galen poczuł jakieś wewnętrzne drżenie. Jej uśmiech, jej maniery, zapach. Wszystko to silnie na niego działało. Napięcie, które cały dzień go dręczyło, odeszło. Będzie dobrze, pomyślał. Będzie nam dobrze, poprawił się.

Peyton, która zajmowała się dziennikarstwem śledczym, robiła już mnóstwo rzeczy, ale po raz pierwszy wychodziła za mąż. Gdy zdecydowała się napisać demaskatorski artykuł na temat Alice Horvath, z radością odkryła, że wśród pracowników Alice jest jej dawna koleżanka z college’u. A gdy się dowiedziała, że wnuk Alice szuka żony, zadzwoniła do dawnej koleżanki i namówiła ją do drobnego nadużycia, tak by jej profil idealnie pasował do profilu tego mężczyzny.
Fakt, że takie manipulacje okazały się możliwe, uwiarygodnił tezę Peyton, iż agencja matrymonialna Alice Horvath to jedno wielkie oszustwo.
Mając z jednej strony Galena, a z drugiej Ellie, Peyton ruszyła w stronę celebranta, który czekał z życzliwym uśmiechem. Była gotowa zrobić wszystko dla osiągnięcia swojego celu – nawet poślubić obcego mężczyznę.
Nieznośnie świadoma ciepłego i silnego uścisku ręki Galena, usiłowała uspokoić serce. To mógłby być każdy. A jednak nie. Galen był jednym z wnuków Alice Horvath. Wysoki, przystojniejszy niż gwiazdorzy, których widziała ostatnio w kinie, posiadał charyzmę, która ją przyciągała. Jego dotyk wyzwolił w niej takie odczucia, do których nie chciała się przyznać, gdyż uważała, że jest od nich wolna. Nie była naiwna, nie miała nierealistycznych oczekiwań. Och, jasne. Wiedziała, że może się zakochać, ale znała też ból głupich decyzji podjętych w porywie chwili.
- Wszystko dobrze?
Cichy szept pieścił jej ucho. To głos Galena.
- Po prostu ekstra. – Uśmiechnęła się z wysiłkiem.
Galen spojrzał jej w oczy, a jego twarz przeciął uśmiech, który odebrał jej dech. Stając twarzą do celebranta, Peyton była już przekonana, że musi zachować nadzwyczajną ostrożność.
Ceremonia była prosta. Chciałaby móc powiedzieć, że była też szczera, ale przecież znalazła się tu pod fałszywym pretekstem. Nagle pomyślała, że jej plany odbiją się nie tylko na człowieku, którego właśnie poślubia, ale także na dziewczynce, która patrzy na nią z podziwem. Cóż, musi pamiętać, że nie wolno jej się angażować. Zaś kiedy do kiosków trafi jej artykuł pokazujący prawdziwą Alice Horvath, cierpieć będzie wyłącznie Alice, która zrujnowała życie rodziny Peyton. To przez nią Peyton była zmuszona oddać dziecko. Zamrugała, czując łzy pod powiekami, i powiedziała sobie: Nie okazuj słabości.
- Moje gratulacje – rzekł celebrant z entuzjazmem, jakby to był prawdziwy ślub. – Ogłaszam was mężem i żoną. Może pan pocałować pannę młodą.
Peyton zamarła. Galen ujął jej dłonie i pochylił się ku niej. Ogarnęło ją poczucie nieuchronności, instynktownie pozwoliła, by musnął jej wargi pocałunkiem. W istocie to było więcej niż muśnięcie, to było wabienie. A gdy rozchyliła wargi – by zaprotestować, jak tłumaczyła sobie później – wykorzystał to. Powinna była się odsunąć, a jednak tego nie zrobiła. Jak zadurzona nastolatka oddała mu pocałunek, jakby od miesięcy oczekiwali na ten moment.
Gdy w końcu Galen się odsunął, poczuła się dziwnie osamotniona. Zrozumiała, że trzymanie Galena na dystans będzie trudniejsze, niż się spodziewała.
- Hurra, jesteśmy rodziną! – zawołała radośnie Ellie, obejmując ich ramionami. – Teraz nic złego się nie stanie.
- Nic złe… - zaczęła Peyton.
- Później ci wyjaśnię. Teraz świętujemy.
I świętowali. Robili sobie zdjęcia z gośćmi, w tym z jej koleżankami z college’u, z którymi utrzymywała kontakt. Rodzina Horvathów okazała jej współczucie, gdy Peyton wyjaśniła, że jej matka zmarła, kiedy była dzieckiem, zaś ojciec nie mógł pojawić się na ślubie.
Wznosili toasty, jedli i tańczyli, i znów wznosili toasty. Peyton cały czas się uśmiechała. Zachowywała się, jakby to było właśnie to, czego pragnęła całe życie.
Kiedy przygasło światło i zabrzmiała romantyczna melodia, Galen poprowadził ją na parkiet.
- Nigdy się nie męczysz? – zażartowała. – Jeszcze nawet nie usiadłeś.
Uśmiechnął się lekko, a potem spoważniał.
- Chcę ci wyjaśnić, co się kryje za słowami Ellie.
- Proszę, słucham – zachęciła go, gdy znów zamilkł.
Jeśli się nie myliła, jego oczy zwilgotniały. Kilka razy zamrugał, potem znów na nią spojrzał.
- Jestem prawnym opiekunem Ellie. Jej rodzice zginęli w wypadku samochodowym na początku roku. Byli moimi najlepszymi przyjaciółmi.
Peyton zalała fala współczucia. Wiedziała, jak to jest, kiedy świat rozpada się nieoczekiwanie. Ale żeby stracić oboje rodziców jednocześnie? To zbyt okrutne. Milczała, nie chciała zagadywać ciszy frazesami.
Po paru minutach Galen podjął:
- Wydaje mi się, że ona całkiem nieźle sobie radzi. Chodziła na terapię, nie wprowadziliśmy żadnych zmian w jej codziennym życiu, na które nie była gotowa. Prawdę mówiąc, to był jej pomysł, żebym kupił dla nas dom w okolicy, gdzie mieszkała. Powiedziała, że w jej dawnym domu jest zbyt smutno.
- Zrobiłeś to?
- Cóż, to trwa. Na razie mieszkamy w moim apartamencie w hotelu. Mam nadzieję, że pomożesz nam wybrać nasz wspólny dom.
- Nasz wspólny dom. To poważna prośba, a my dopiero się poznaliśmy, prawda?
Galen skinął głową.
- Jeśli chcemy, żeby nasze małżeństwo się udało, musimy żyć pod jednym dachem, prawda? – Kiedy milczała, podjął: - Tak czy owak, myślałem, że dajemy sobie z Ellie radę, aż pewnego dnia znalazłem ją zapłakaną, a kiedy udało mi się dowiedzieć, w czym problem, zatkało mnie. To nie było coś, co mógłbym kupić ani coś, od czego mógłbym odwrócić jej uwagę choćby żartem.
- Co to było?
- Powiedziała, że przeraża ją, co się stanie, jeśli umrę tak jak jej rodzice i zostanie całkiem sama. – Rozejrzał się i zniżył głos. – Wtedy zrozumiałem, że muszę znaleźć żonę, która zechce dzielić ze mną opiekę nad Ellie. Pomoże jej poczuć się bezpiecznie. Chcę być z tobą szczery, Peyton. To małżeństwo nie zaczęło się normalnie, ale chciałbym myśleć, że zostaniemy normalnym małżeństwem. Oboje przyszliśmy do agencji, żeby znaleźć odpowiedniego partnera. Ellie jest teraz dla mnie najważniejsza i zrobię wszystko, żeby ją uszczęśliwić. Muszę wiedzieć, czy mogę na ciebie liczyć.


ROZDZIAŁ DRUGI

Nie wiedziała, gdzie podziać oczy ani co myśleć. Zżerało ją poczucie winy. Czuła, że coś wymyka jej się spod kontroli. Jakby nie było dość, że walczyła z instynktem, który kazał jej cieszyć się bliskością tego mężczyzny. Nie na to się pisała. Spodziewała się nieskomplikowanego związku, który miał dać jej szansę na dokopanie się do różnych brudów na temat Alice i wymuszenie na niej przeprosin, które była winna jej ojcu i zmarłej matce.
To nie był ślub, o jakim marzyła w dzieciństwie, z ojcem, który dumny prowadzi ją nawą. To był ślub zorganizowany przez obcą osobę, by mogła poślubić obcego mężczyznę. Była pewna, że sobie z tym poradzi.
Tymczasem miała też być macochą dziecka, które dobrze wie, co to jest strata. Peyton już czuła więź z dziewczynką. Ellie była bystra, ujmująca, wylewna. Dokładnie taka jak ona w jej wieku.
Tyle że kiedy świat Peyton przewrócił się do góry nogami, ona zamknęła się w sobie. Pod tym względem nie przypominała Ellie. Czy może wejść w to małżeństwo, a potem je zakończyć, nikogo nie krzywdząc? Bardzo wątpliwe. Ale czy jej się to podoba czy nie, zgodnie w umową musi wytrwać trzy miesiące. Tyle trwa okres próbny. Podpisała się pod tym, sądząc, że zdobędzie materiały, napisze artykuł, a potem odejdzie, nie oglądając się za siebie.
Galen patrzył na nią. Otwarcie przedstawił jej swe oczekiwania i było zrozumiałe, że w zamian spodziewa się szczerości. Nie mogła być z nim szczera, nawet gdyby chciała. Całe swoje dorosłe życie przygotowywała się do tej chwili. Do zemsty na Alice za nieuzasadnione oskarżenia wobec jej ojca, dotyczące niewłaściwego prowadzenia dokumentacji i przywłaszczenia pieniędzy. Oskarżenia te okryły cieniem jego karierę i sprawiły, że w oczach potencjalnych pracodawców nie był godny zaufania.
Były też dodatkowym obciążeniem dla chorej na stwardnienie rozsiane matki Peyton, co w konsekwencji zmusiło ich do wykorzystania oszczędności, które mieli w banku i życia z zasiłków oraz sporadycznych zarobków ojca. Nie byli w stanie opłacić leczenia matki i zostali zmuszeni do przeprowadzki z Kalifornii do Oregonu, gdzie koszty życia są niższe. Tym samym jednak matka znalazła się daleko od lekarzy, który się nią opiekowali.
Odrobina złości, która dotąd napędzała Peyton, wypłynęła znów na powierzchnię, przesłaniając poczucie winy.
- Zobowiązałam się zostać twoją żoną. Zrobię, co do mnie należy.
Galen zesztywniał, jakby chciał usłyszeć coś więcej. Ale ona nie była gotowa składać fałszywych deklaracji. Była tu po to, by wykonać swoje zadanie i zamknąć pewien rozdział w życiu swej rodziny. Był też inny powód, o którym niechętnie pozwalała sobie myśleć: dziecko, które była zmuszona oddać. Gdyby sytuacja jej rodziny była inna, mogłaby je zatrzymać. Za tę sytuację winiła kobietę, która właśnie się do nich zbliżała.
Peyton musiała wziąć studencką pożyczkę, by pójść do college’u. Niezależnie od tego, jak skrupulatnie liczyła pieniądze, nie byłoby jej stać na jedzenie, czynsz, media i opiekę nad dzieckiem. Rodzice nie byli w stanie pomóc jej fizycznie, emocjonalnie ani finansowo. Teraz, po wielu latach drobiazgowego planowania, zbliżyła się do realizacji swojego celu. Nie wolno jej o tym zapominać.
- To chyba wszystko, o co mogę prosić – dodał Galen. – Oho, Nagy idzie sprawdzić swoje nowe pisklę.
- Nagy? – spytała Peyton.
- To po węgiersku. Zdrobnienie od nagymama, czyli babcia.
Alice już stała obok nich. Choć była niewysoka i drobna, w jej oczach widniała surowość i niewzruszoność, a plecy miała proste, jakby kij połknęła. Peyton wiedziała, że Alice, która po śmierci męża przez lata kierowała Horvath Corporation w głównym biurze w Kalifornii, budziła grozę i szacunek. Ale gdy się zbliżyła, jej twarz przeciął uśmiech, który złagodził rysy i sprawił, że wydawała się całkiem sympatyczna.
Galen mocniej objął Peyton w talii, a ona mimo woli wtuliła się w niego. Musi w końcu zachowywać się jak świeżo poślubiona panna młoda. To nie takie trudne, prawda? Galen był przystojny, a jego atletyczne ciało, którego ciepło teraz czuła, mieszało jej w głowie.
- Moje gratulacje dla obojga – powiedziała ciepło Alice. Unosząc się na palcach, pocałowała Galena w policzek, a potem ujęła dłonie Peyton. – Wyglądacie przepięknie. Jestem pewna, że będziecie szczęśliwi.
Peyton się uśmiechnęła, a może wyszczerzyła zęby, mając przed sobą swoją nemezis?
- Dziękuję – wydusiła sztywno.
- Trochę jesteśmy przytłaczający, prawda? – powiedziała Alice z konspiracyjnym uśmiechem. – Przyzwyczaisz się do nas. Wszyscy się przyzwyczajają.
Bo tak zarządziła Alice Horvath, pomyślała z goryczą Peyton. Przywyknąć do nich to grać według ich zasad. Siłą woli wciąż się uśmiechała, lecz kiedy Alice puściła jej ręce i zwróciła się do wnuka, westchnęła z ulgą.
Przyglądała się im, zaintrygowana uczuciem, jakie ich łączyło. Niczego nie udawali. Słuchając ich jednym uchem, rozejrzała się po sali. Ludzie śmiali się, tańczyli, jedli i pili jak na prawdziwym weselu. A ona czuła się tu sama. Czyżby porwała się na coś, co ją przerastało?

Galen wyczuł dekoncentrację żony i zakończył rozmowę z babką. Było dla niego ważne, by Peyton czuła, że podjęła właściwą decyzję. Potrafił świetnie zadbać o to, by inni czuli się świetnie. Znakomicie połączyło się to z wyborem jego drogi zawodowej i przyciągało do niego ludzi. Odnosił jednak wrażenie, że z Peyton nie pójdzie mu tak łatwo. Była w niej rezerwa, choć robiła wszystko, co należy. Galen był zdeterminowany zburzyć mur, którym się otoczyła.
Gdy pogłaskał jej talię, nie zareagowała. Może się pospieszył. Może powinien dać jej czas. Jednak ta myśl jakoś do niego nie przemawiała. Peyton naprawdę mu się podobała i w duchu dziękował babce za ten wybór. Założyłby się też, że zrobił na niej wrażenie, choć starała się to ukryć. Gdy to przyjęcie dobiegnie końca, będą mogli odetchnąć. Pomyślał o hotelu Horvathów na Hawajach, gdzie polecą prywatnym samolotem. Miał nadzieję, że ukojona ciepłą bryzą i bujnym pięknem krajobrazu Peyton trochę się przed nim otworzy...

Napisz swoją opinię i oceń książkę

Przedstaw się



Twoja ocena


WYŚLIJ