Dla młodzieży
Zbłąkany syn
26,99 zł
38,99
KUP TERAZ

Zbłąkany syn

brak opinii
ISBN: 9788327647610
Premiera: 2020-03-16

To miał być koniec opowieści.
Simon Snow zrobił wszystko, co powinien. Pokonał złoczyńcę. Wygrał wojnę. A nawet się zakochał… W tym miejscu powinien nastąpić happy end, prawda? Coś w stylu „I żyli długo i szczęśliwie...”.
Dlaczego więc Simon Snow popadł w apatię i nie może zejść z kanapy? Zdaniem najlepszego przyjaciela potrzebuje zmiany. Nowych bodźców, które sprawią, że ujrzy siebie w innym świetle i odzyska chęć do życia.
Przyjaciele ze szkoły dla czarodziejów wpadają na genialny pomysł: wyjazd do Ameryki jest tym, czego potrzeba Simonowi. Przy okazji odwiedzą starą znajomą.
Zabytkowym kabrioletem jeżdżą po zachodnich stanach w poszukiwaniu przygód. Oczywiście dopadają ich też kłopoty – smoki, wampiry, śmiercionośne indywidua… Stawiają im czoła, ale w pewnym momencie się gubią. Gubią się tak bardzo, że zaczynają się zastanawiać,
czy kiedykolwiek w ogóle wiedzieli, dokąd zmierzają…
Kontynuacja bestsellerowej powieści „Nie poddawaj się” o znanym z „Fangirl” Simonie Snow.

Rainbow Rowell

Rainbow Rowell pisze powieści dla młodzieży i dla dorosłych. Absolwentka Uniwersytetu Nebraska, swoją karierę literacką zaczynała w redakcji gazety „Omaha World-Herald”, gdzie miała własną kolumnę. W czasie wolnym od pisania czyta komiksy i planuje wycieczki do krainy Disneya. Mieszka z mężem i dwoma synami w Nebrasce. Jej powieści „Fangirl” oraz „Eleonora i park” podbiły serca młodych czytelników w Polsce i na świecie.

Simon Snow leży na kanapie.

Ostatnio Simon Snow prawie zawsze leży na kanapie. Z czerwonymi skrzydłami wetkniętymi pod plecy jak poduszka i puszką taniego cydru w dłoni.
Kiedyś tak trzymał miecz. Jakby był przyrośnięty do jego dłoni.
W Londynie nareszcie jest lato. Uczyłem się cały dzień. Do egzaminów w przyszłym tygodniu. Bunce i ja siedzimy zakopani w książkach. Oboje udajemy, że Snow też uczy się do egzaminów. Założę się, że od tygodni nie był na uniwerku. Nie wstaje z kanapy, póki nie musi pójść do sklepiku na rogu po chipsy i cydr. Obwiązuje ogon wokół pasa i chowa skrzydła pod ohydnym jasnobrązowym płaszczem przeciwdeszczowym. Wygląda jak Quasimodo. Albo ekshibicjonista. Jak troje dzieciaków schowanych pod trenczem, udających jednego onanistę.
Ostatni raz widziałem Snowa bez skrzydeł i ogona, kiedy Bunce wróciła z wykładu. Bez zastanowienia rzuciła w jego stronę zaklęcie, a on się wściekł. „Do jasnej cholery, Penny, sam ci powiem, kiedy będę potrzebował twojej magii!”
Jej magii.
Mojej magii.
Nie tak dawno cała magia była jego.
Przecież to on był Wybrańcem. Wyjątkowym. Najmagiczniejszym.
Bunce i ja nigdy nie zostawiamy go samego. Studiujemy. Chodzimy na zajęcia. (Tym się teraz zajmujemy. Tym się staliśmy). Ale jedno z nas zawsze przy nim jest. Robimy herbatę, której Snow nie wypije, częstujemy warzywami, których nie zje, zadajemy pytania, na które nie odpowiada...
Myślę, że nie może znieść naszego widoku. Mojego widoku.
Może powinienem zrozumieć tę aluzję...
Simon Snow nigdy nie znosił mojego widoku. Poza kilkoma drobnymi słodko-gorzkimi wyjątkami. W pewnym sensie mina, jaką robi, gdy wchodzę do pokoju (jakby właśnie nawiedziło go jakieś upiorne wspomnienie), jest jedyną rzeczą, która wydaje się nadal znajoma.
Kochałem go w najgorszych chwilach. Kochałem go beznadziejnie...
Czy można mieć mniej nadziei?
– Chyba pójdę po curry – mówię. – Przynieść ci coś?
Nie odwraca wzroku od telewizora.
Próbuję znowu.
– Chcesz coś, Snow?
Miesiąc temu podszedłbym do kanapy i dotknąłbym jego ramienia. Trzy miesiące temu pocałowałbym go w policzek. We wrześniu, kiedy wprowadził się z Bunce do tego mieszkania, musiałbym oderwać wargi od jego warg, by zadać mu pytanie, a on nie pozwoliłby mi dokończyć.
Teraz kręci głową bez słowa.


2
SIMON

Maya Angelou powiedziała, że kiedy ktoś pokazuje nam, kim jest, powinniśmy mu wierzyć.
Słyszałem to w inspirującym programie telewizyjnym. Nadawali go po kolejnym odcinku Prawa i porządku, a ja nie zmieniłem wtedy kanału.
Kiedy ktoś pokazuje ci, kim jest, wierz mu.
Właśnie to powiem, kiedy będę rozstawał się z Bazem.


Zrobię to, żeby on nie musiał tego robić.
Widzę, że chce to zakończyć. Widzę to w jego spojrzeniu. A właściwie po sposobie, w jaki na mnie nie patrzy. Gdyby na mnie spojrzał, musiałby boleśnie zderzyć się z prawdą, jaką ofermę wziął sobie na barki. Jakiego nieudacznika.
Baz jest teraz na uniwerku. Kwitnie.
Przystojny jak zawsze. (Przystojniejszy niż kiedykolwiek. Wyższy, mocniej zbudowany, z zarostem, który zamieniłby się w brodę, gdyby tylko Baz zapragnął ją mieć. Zupełnie jakby wiek dojrzewania nie zaprezentował jeszcze wszystkich swoich możliwości).
Wszystko, co wydarzyło się w zeszłym roku...
Wszystko, co stało się z Magiem i z Szaroburem, uczyniło z Baza tego, kim miał się stać. Pomścił matkę. Poznał tajemnicę, wiszącą nad nim od piątego roku życia. Udowodnił, że jest mężczyzną i czarodziejem.
Udowodnił, że miał rację. Mag naprawdę był zły. A ja naprawdę byłem oszustem. „Najgorszym Wybrańcem, jaki kiedykolwiek został wybrany”, jak mawiał Baz. Miał rację co do mnie.
Kiedy ktoś pokazuje ci, kim jest, wierz mu.
Kiedy ktoś partoli wszystko, to jest kompletnym partaczem.
Nie wiem, jak dać mu to do zrozumienia jeszcze wyraźniej. Leżę na kanapie. I nie mam żadnych planów. Niczego nie obiecuję. Taki jestem.
Baz zakochał się w tym, czym byłem – potencjałem o nieznanej mocy. Bomby atomowe są niczym więcej jak potencjałem.
Teraz jestem następstwem.
Trzygłową żabą. Opadem promieniotwórczym.
Myślę, że Baz już by ze mną zerwał, gdyby nie jego współczucie. (I gdyby nie obiecał, że będzie mnie kochać. Magowie wysoko cenią sobie honor).
W takim razie ja to zrobię. Dam radę. Kiedyś igła jeżowca wbiła mi się w ramię. Wyrwałem ją z ciała zębami. Potrafię znieść ból.
Ja tylko...
Chciałem przeżyć jeszcze kilka takich nocy. Z nim będącym w pokoju razem ze mną, ze mną na powierzchni. Chociaż tyle.
Nigdy nie będę miał nikogo takiego jak Baz. Nie ma nikogo takiego jak on. Zupełnie jakby spotkało się kogoś wyjętego z legendy. Jest bohaterskim wampirem, utalentowanym magiem. Do tego zabójczo przystojnym. (Ja byłem kimś spoza legendy. Wiecie, że zostałem przepowiedziany? Byłem częścią ustnej tradycji).
Chciałem kilku takich nocy więcej...
Nie mogę patrzeć, jak Baz cierpi. Nie mogę znieść myśli, że to ja jestem powodem jego cierpienia.
– Baz – mówię. Podnoszę się i odkładam puszkę z cydrem. (Baz nienawidzi cydru; nawet jego zapachu).
Przystaje pod drzwiami.
– Tak?
Przełykam ślinę.
– Kiedy ktoś pokazuje ci, kim jest...
Do środka wpada Penny, trącając go drzwiami w ramię.
– Na Crowleya, Bunce!
– Mam to! – woła Penny i rzuca plecak na ziemię. Ubrana jest w workowaty fioletowy T-shirt. Ciemnobrązowe włosy splotła w bezładny węzeł na czubku głowy.
– Co masz? – Baz marszczy brwi.
– Jedziemy na wakacje! Wszyscy. – Wskazuje palcem Baza i mnie.
Pocieram oczy dłońmi. Sen klei mi powieki, chociaż od dawna nie śpię.
– Nigdzie się nie wybieram – mamroczę.
– Do Ameryki! – Penny nie daje za wygraną. Strąca mi stopy z kanapy i siada na podłokietniku, patrząc mi w twarz. – Na spotkanie z Agathą!
Baz parska śmiechem.
– Ha! Czy Agatha wie, że przyjeżdżamy?
– To będzie niespodzianka! – odpowiada Penny.
– Niespodzianka! – Baz zaczyna podśpiewywać. – Jesteśmy: twój były chłopak, jego chłopak i dziewczyna, za którą nigdy nie przepadałaś!
– Agatha mnie lubi! – Penny wydaje się urażona. – Po prostu nie jest wylewna.
Baz prycha.
– Wystarczyło jej wylewności, żeby prysnąć z Anglii jak najdalej od magii.
– Jeśli chcesz wiedzieć, to martwię się o nią. Nie odpowiada na moje wiadomości.
– Bo cię nie lubi, Bunce.
Spoglądam na Penelope.
– Kiedy ostatni raz miałaś kontakt z Agathą?
– Kilka tygodni temu. W normalnej sytuacji już by mi odpowiedziała. Nawet jeśli to byłby tylko komunikat, że mam dać jej spokój. I nie zamieszcza na Instagramie tylu zdjęć Lucy, co przedtem. (Lucy to suczka Agaty). Myślę, że czuje się samotna. Przygnębiona.
– Przygnębiona – powtarzam.
– W takim razie co to ma być: wakacje czy interwencja? – pyta Baz. Stoi oparty o framugę drzwi z założonymi rękami i podwiniętymi rękawami koszuli. Zawsze wygląda jak wyjęty żywcem z reklamy drogich zegarków. Nawet jeśli nie nosi żadnego.
– A czemu nie jedno i drugie? – odpowiada Penny. – Zawsze chcieliśmy zwiedzić Amerykę.
Baz przekrzywia głowę.
– My?
Penny spogląda na mnie z uśmiechem.
– Simon i ja.
Ma rację. Chcieliśmy. Przez chwilę nawet to widzę. Nasza trójka mknie pustą autostradą w starym kabriolecie. Ja prowadzę. Wszyscy mamy na nosie okulary przeciwsłoneczne. Słuchamy Doorsów, a Baz strasznie się na to krzywi. Ale koszulę ma rozpiętą do samego pępka, więc ja na nic nie narzekam. Niebo jest bezkresne, błękitne i pełne świetlnych refleksów. Ameryka...
Skrzydła mi drżą. Tak teraz reagują, kiedy czuję się nieswojo.
– Nie możemy jechać do Ameryki.
Penny szturcha mnie nogą.
– Dlaczego nie?
– Bo nigdy nie przejdę odprawy bezpieczeństwa na lotnisku. – W tej chwili mój ogon leży wciśnięty pode mną, ale oplatam jego końcem swoje udo, by przypomnieć Penny o jego istnieniu.
– Przykryję cię zaklęciami – mówi.
– Nie chcę być przykryty zaklęciami.
– Pracowałam nad nowym zaklęciem, Simonie. Jest przepiękne...
– Osiem godzin w samolocie ze związanymi skrzydłami...
– Nowe zaklęcie sprawi, że znikną. – Penny uśmiecha się szeroko.
Patrzę na nią przestraszony.
– Nie chcę, żeby zniknęły.
Kłamię. Chcę, żeby zniknęły. Chcę znowu być sobą. Chcę być wolny, ale... nie mogę. Jeszcze nie. Nie umiem tego wytłumaczyć. (Nawet sam sobie).
– Tymczasowo – mówi Penny. – Myślę, że znikną na czas działania zaklęcia.
– A co z tym? – Znowu poruszam ogonem.
– Będziemy musieli użyć innego zaklęcia. Albo go podwiniesz.
Ameryka...
Nigdy nie myślałem, że dotrę do Ameryki. Chyba że musiałbym ścigać Szarobura aż tam.
– Problem w tym, że... – Penny przygryza dolną wargę i marszczy nos, jednocześnie zawstydzona i podekscytowana. – ...już kupiłam bilety!
– Penelope! – To zły pomysł. Mam skrzydła. Ale nie mam pieniędzy. I nie chcę, by mój chłopak rzucił mnie pod Statuą Wolności. Dzięki. Wolę, żeby zrobił to tutaj. Poza tym nie umiem prowadzić auta. – Nie możemy tak po prostu...
Penny zaczyna śpiewać Don’t Stop Believing. Ta piosenka nie jest wprawdzie amerykańskim hymnem, ale była naszą ulubioną na trzecim roku, kiedy obiecaliśmy sobie, że pojedziemy w tę podróż pewnego dnia, gdy wygramy wojnę.
Stało się... Wygraliśmy wojnę. (Nie przypuszczałem, że to będzie oznaczało zabicie Maga i złożenie w ofierze własnej magii, ale zwycięstwo jest zwycięstwem).
Penny zawodzi dalej, namawiając mnie słowami piosenki, bym nie tracił wiary. Baz przygląda się nam ze swojego stanowiska obserwacyjnego w progu.
– Skoro już kupiłaś bilety... – mówię.
Penny zrywa się z kanapy na równe nogi.
– Tak, tak! Jedziemy na wakacje! – Milknie i spogląda na Baza. – Wchodzisz w to?
Baz nie spuszcza ze mnie wzroku.
– Jeśli sądzisz, że pozwolę wam włóczyć się samym po obcym kraju, zwłaszcza w tym klimacie politycznym...
Penelope znowu podskakuje.
– Ameryka!


3
PENELOPE

Tak, przyznaję, że sprawy nie szły najlepiej. I osobą, która powinna to zauważyć, byłam ja.
Simon? On niczego nie widzi! Jest zaskoczony, gdy nadchodzą wtorki!
Baz? Przez cały rok skupiał uwagę wyłącznie na Simonie. Baz widzi tylko to, co mu serce podpowiada.
To powinnam być ja.
Wtedy jednak nie posiadałam się ze szczęścia, że przetrwałam to wszystko. Szarobur został pokonany, Mag się ujawnił, większość z nas przeżyła i może o tym rozmawiać... Simon wyszedł z tego w jednym kawałku. Wprawdzie z nadprogramowymi częściami ciała, ale cały i zdrowy. Z widokami na przyszłość!
Simon Snow, któremu nie zagraża już niebezpieczeństwo, to spełnienie moich najbardziej żarliwych modlitw.
Chciałam się tym cieszyć.
Chciałam dostać mieszkanie i pójść na uniwersytet. W końcu pobyć normalną nastolatką, zanim nastoletnie lata miną bezpowrotnie. Nie zdecydowałam się na żaden radykalny krok. Nie śmignęłam do Kalifornii i nie porzuciłam swojej magicznej różdżki. Chciałam się wreszcie zrelaksować.
Nauczyłam się, że relaks to najbardziej podstępna monotonia.
W zeszłym roku przeprowadziliśmy się do Londynu i zaczęliśmy studia na uniwerku, zupełnie jakby nasz świat nie zatrząsł się w posadach i nie stanął na głowie. Jakby życie Simona nie zostało wywrócone do góry nogami.
Zabił Maga. Tego, którego traktował jak ojca. To był wypadek, ale mimo wszystko Mag nie żył.
Mag zabił Ebb, która była dla Simona kimś w rodzaju zdziwaczałej ciotki. Kochała go. Traktowała Simona jak jedną ze swoich małych kózek.
Wiedziałam, że Simon cierpi, myślałam jednak, że zwycięstwo mu to wynagrodzi. Myślałam, że zwycięstwo wystarczy. Że ulga zapełni pustkę.
Baz chyba wierzył, że zrobi to miłość...
To naprawdę cud, że w końcu się zeszli. (Kochankowie urodzeni pod nieszczęśliwą gwiazdą. Z lędźwi dwóch wrogów zrodziło się życie pary kochanków, przez gwiazdy przeklętych . I tyle).
Uznanie, że to koniec, było jednak błędem. Końca nie ma. Złe rzeczy się dzieją, potem mijają, ale sieją w ludziach zamęt.
Wiem doskonale, że wyjazd na wakacje nie naprawi wszystkiego w magiczny sposób. (Gdyby był jakiś sposób magicznej naprawy tej sytuacji, przysięgam na Stevie Nicks, że do tej pory już bym go znalazła). Ale zmiana otoczenia może wyjść nam wszystkim na dobre.
Może dobrze Simonowi zrobi spojrzenie na siebie w nowym kontekście. W Ameryce nie czekają na niego złe wspomnienia. Miłe też nie, ale cokolwiek skłoni go do zejścia z kanapy, będzie zwycięstwem.


4
AGATHA

Nigdy nie oddzwoniłam do Penelope.
Kto w ogóle dzwoni do ludzi? Kto zostawia wiadomości głosowe?
Jest ktoś taki. Penelope Bunce.
Powiedziałam jej, żeby napisała do mnie esemesa jak normalny człowiek. (Wysłałam esemesa, żeby jej to powiedzieć).
Odpowiedziała: Ale ty nie odpisujesz na moje wiadomości!
Tak, ale je czytam, Penny. Kiedy zostawiasz wiadomość głosową, ciarki chodzą mi po plecach.
W takim razie oświeć mnie, co zrobić, żebyś mi odpowiedziała, Agatho.
Na tego esemesa już nie odpisałam.
Nic, co powiem, jej nie zadowoli.
Poza tym zostawiłam ten świat za sobą! Z Penelope włącznie!
Nie można opuścić Świata Magów i pozostawać w kontakcie z Penelope Bunce. Ona jest najmagiczniejszym magiem z nich wszystkich. Żyje i oddycha magią. Nie można nawet zjeść grzanki bez magicznej ingerencji Penelope w stopienie masła.
Kiedyś wyłączyłam telefon, żeby od niej odpocząć, a mimo to zasygnalizował nadejście jej esemesa.
Napisałam: Skończ z magicznymi wiadomościami!
Odpisała: Agatho, przyjeżdżasz do domu na Boże Narodzenie?
Nie odpowiedziałam. I nie pojechałam do domu.
Myślę, że rodzice poczuli ulgę.
Świat Magów pogrążył się w chaosie, gdy Simon zabił Maga. (Albo kiedy zrobiła to Penelope. Albo Baz. Nadal nie wiem, jak to było).
Sama omal wtedy nie zginęłam. I to nie pierwszy raz. Myślę, że moi rodzice czują się częściowo odpowiedzialni (powinni poczuwać się do odpowiedzialności) za to, że zaprosili Simona „Wybrańca” Snowa do naszego życia.
Czy moje życie wyglądałoby inaczej, gdybym nie dorastała z Simonem jak z bratem? Gdybym nie stała się jego dziewczyną na pokaz?
Pewnie i tak skończyłabym w Watford, ucząc się magicznych sztuczek. Ale nie pozostawałabym w strefie zero rok za rokiem.
Kiedy wracasz do domu? – pisze Penelope.
Kusi mnie, żeby odpowiedzieć: Nie wracam. A tak w ogóle, co ci do tego?
Nigdy nie byłyśmy najlepszymi przyjaciółkami. Zawsze byłam zbyt wytworna dla Penny – zbyt płytkiej, zbyt lekkomyślnej. Teraz chce mojej obecności w swoim życiu, ponieważ zawsze w nim byłam, a ona trzyma się przeszłości równie rozpaczliwie, jak ja próbuję od niej uciec.
Byłam tam, zanim wszystko się rozpadło.
Ale mój powrót do domu niczego nie naprawi.


– Nie wierzę, że to pijesz – mówi Ginger.
Siadłyśmy, by zjeść lunch, a ja zamówiłam jedyną czarną herbatę w menu.
– Sama w to nie wierzę – mówię. – Earl grey z wanilią i miętą. Mój ojciec byłby zbulwersowany.
– Stymulanty – mówi Ginger i potrząsa głową.
Dodałam do herbaty odtłuszczone mleko. Tutaj pełnotłustego nie podają.
– I jeszcze nabiał – jęczy Ginger.
Ona pije tylko sok z buraka. Sok wygląda jak krew, cuchnie, a czasem, jak teraz, zostawia nad jej górną wargą jasnoczerwony ślad przypominający wąsy.
– Wyglądasz jak wampir – mówię, chociaż w niczym nie przypomina jedynego wampira, jakiego spotkałam. Ginger ma kręcone brązowe włosy i piegowatą brązową skórę. Jej mama jest pół Tajką, pół Brazylijką, a tata pochodzi z Barbadosu. Ginger ma najbardziej błyszczące oczy i najbardziej różowe policzki, jakie w życiu widziałam. Może to efekt soku z buraków.
– Czuję się pobudzona – odpowiada Ginger, rozczapierzając palce.
– Jak pobudzona?
– W osiemdziesięciu procentach. Co najmniej. A ty?
– Utrzymuję się na poziomie piętnastu procent – odpowiadam. Kelnerka stawia na stoliku miseczkę z quinoą dla Ginger, a dla mnie talerzyk z tostem z awokado.
– Agatho, zawsze mówisz: piętnaście procent. Wdrażamy ten program od trzech miesięcy. Do tej pory powinnaś mieć przynajmniej szesnaście procent pobudzenia.
Nie czuję różnicy.
– Może niektórzy rodzą się bierni.
Ginger cmoka z niezadowoleniem.
– Nie mów tak! Nigdy nie zaprzyjaźniłabym się z kimś biernym.
Uśmiecham się do niej. Prawdę powiedziawszy, w chwili spotkania obie czułyśmy się raczej bierne. Myślę, że dlatego się zaprzyjaźniłyśmy. Poruszałyśmy się po tej samej scenie, dryfowałyśmy na jej obrzeżach. Na przyjęciach lądowałam z nią w kuchni, a na pokazach fajerwerków na plaży siadałam tam, gdzie było ciemno.
San Diego było dla mnie lepsze niż Szkoła Czarodziejów w Watford. Nie tęsknię za różdżką. Nie tęsknię za wojną. Nie tęsknię za codziennym udawaniem, że zależy mi na byciu dobrym magiem.
Jednak nigdy nie będę stąd.
Nie jestem jak moi koledzy i koleżanki ze studiów. Albo moi sąsiedzi. Albo ludzie, których spotykam na przyjęciach. Zawsze miałam Normalnych przyjaciół, ale nigdy nie przywiązywałam wagi do szczegółów, decydujących o normalności ludzi.
Dopiero po przyjeździe tutaj uświadomiłam sobie, że nie umiem wiązać butów. Nigdy się tego nie uczyłam! Używałam zaklęcia robiącego to za mnie. Czego teraz nie mogę robić, ponieważ różdżkę zostawiłam w domu.

„Zbłąkany syn” to kontynuacja, która nie zawodzi, chociaż jest w zupełnie innym stylu niż i klimacie niż „Nie poddawaj się”. Myślę, że spodoba się wszystkim miłośnikom twórczości Rainbow Rowell. Polecam!

 

 Książkę czyta się błyskawicznie – mnie to zajęło dwie godziny. Nie znajdziecie tutaj długich opisów, a krótkie konkretne zdania i sporo dialogów. Krótkie rozdziały przyśpieszają czytanie. Zbłąkany syn zawiera wątek LGBT, więc jeśli komuś to przeszkadza, to niech po prostu nie czyta tej książki. Zakończenie sprawia, że nie mogę się doczekać kolejnego tomu. Zapowiada powrót do Anglii, gdzie bohaterowie chyba bardziej pasują. Miejmy nadzieję, że Simon i Baz wkrótce wrócą...

Szczerze mówiąc bardzo się cieszę, że mogłam jeszcze chwilę spędzić z bohaterami. Przy czytaniu nie odczułam, żeby ta historia była pisana na siłę czy coś w tym rodzaju. Uważam, że autorka wprowadziła powiew świeżości, lata do swojej powieści i stworzyła coś naprawdę wartego uwagi.

Historia ciekawa, wciągająca. Znajdziemy w niej dużą dawkę magii, przyjaźni, miłości. Są wampiry, czarodzieje i wiele innych magicznych stworzeń. Historia pełna akcji, humoru, momentami bardzo zaskakująca.

Okazuje się, że Rainbow Rowell stworzyła całkiem niezłą kontynuację opowieści z m.in. wątkiem lgbt i fantastycznie magiczną otoczką skierowanej głównie do młodzieży. Nie wolno zapomnieć też o tłumaczeniu, które nie utrudnia lektury – młodzi z pewnością nie natrafią na ścianę podczas poznawania historii. Tylko od Was zależy, czy poznacie dalsze losy Simona!

Zbłąkany syn to mroczna kontynuacja, która opowiada o życiu bohatera po pokonaniu wroga. Historia Simona dopiero się rozpoczęła i zapowiada nadchodzące problemy. Nie jest to powieść bez wad, lecz to interesująca i wciągająca opowieść o poszukiwaniu własnej drogi, walce o marzenia i silnej przyjaźni. Czy jesteście gotowi uczestniczyć w kolejnej emocjonalnej przygodzie wraz z Simonem, Bazem, Penny i Agathą?

To swojego rodzaju młodzieżówka oferująca trochę emocji, zauroczeń i problemów na każdym kroku. Zdziwił mnie fakt samego związku głównego bohatera, ogromy plus za brak szablonu. Szybko czytająca się opowieść o odrobinę magii i przygody, teraz gdy minęło 24h myślę nad jednym...
Kiedy następny tom?!
Polecam

Autorka fajnie przenosi nas w świat magii, miłości i przebaczeniu.
Pani Rainbow fajnie ubiera wszystko w słowa i prowadzi całą akcję. Nie ma czasu na nudę. Stale coś się dzieje.
Polecam każdemu, a w szczególności fanom Harrego Pottera.

 Zbłąkany syn to drugi tom z serii o Simonie Snow. Nie miałam okazji poznać poprzednich losów bohatera, ale nie czułam się zagubiona w tej powieści. Autorka tworzy ciekawy klimat. Taki lekki i to wszystko wciąga. Nie była to porywająca lektura, ale była ciekawa i czytało się ją bardzo przyjemnie. Dzięki niej udało mi się odprężyć pomiędzy wykładami online. Dużą zaletą jest to, że nie ma tu długich niepotrzebnych opisów, a jest za to dużo dialogów, które uwielbiam. Książkę czytało się na prawdę przyjemnie i chętnie jeszcze kiedyś przeczytam coś spod pióra autorki.

"Zbłąkany syn" to dobra, o ile nie jeszcze lepsza kontynuacja, która nie tylko pozwala powrócić do losów świetnie wykreowanych bohaterów, ale na moment oderwać się od rzeczywistości i po prostu dobrze bawić. Cieszę się, że doczekaliśmy się kontynuacji i mam nadzieję, że trzecia część pojawi się jeszcze szybciej.

Napisz swoją opinię i oceń książkę

Przedstaw się



Twoja ocena


WYŚLIJ