Powieść obyczajowa
Chłopiec pochłania wszechświat
27,99 zł
39,99
KUP TERAZ

Chłopiec pochłania wszechświat

Trent Dalton
brak opinii
Liczba stron: 480
ISBN: 9788327641021
Premiera: 2020-02-19

Przedmieścia Brisbane, 1983: nieobecny ojciec, uzdolniony niemy brat, matka narkomanka, handlarz heroiną w roli ojczyma... Czy życie dwunastoletniego Elego mogłoby być bardziej skomplikowane?
Dorastając w zaniedbanej dzielnicy, zamieszkałej przez polskich i wietnamskich uchodźców, Eli próbuje iść za głosem serca, żeby dowiedzieć się, co to znaczy być dobrym człowiekiem. Heroicznie próbuje ratować matkę przed pewną zgubą. Los ciągle jednak rzuca mu pod nogi nowe przeszkody.
Najbardziej niezawodnym dorosłym w życiu Elego okazuje się Slim Halliday, czuwający nad nim recydywista i za życia owiany legendą rekordzista udanych ucieczek z więzienia Boggo Road Gaol.


Ta pełna oryginalności i uroku historia, osadzona w Australii lat 80. XX wieku, stanowi wielowymiarową opowieść o braterstwie, prawdziwej miłości i nieprawdopodobnej przyjaźni, a także o zbrodni i magicznej sile umysłu, o rodzinie i przeznaczeniu – jest hipnotyzująca i poruszająca, poetycko przepiękna. Trent Dalton to bez wątpienia jeden z najciekawszych pisarzy australijskich ostatnich lat.

CHŁOPIEC PISZE PALCEM W POWIETRZU

MARTWA CHWOSTKA SZAFIROWA ZAPOWIADA TWÓJ KONIEC.
– Widziałeś to, Slim?
– Co?
– Nic.
MARTWA CHWOSTKA SZAFIROWA ZAPOWIADA TWÓJ KONIEC.
Nie ma wątpliwości. Martwa. Chwostka. Szafirowa. Zapowiada. Twój. Koniec.

Rysa na przedniej szybie auta Slima wygląda jak patyczak bez rąk kłaniający się władcy. Rysa na przedniej szybie wygląda jak Slim. Wycieraczki rozmazały stary brud w tęczę po stronie pasażera. Slim twierdzi, że dla mnie dobrym sposobem na zapamiętywanie szczegółów w życiu jest kojarzenie chwil i obrazów z rzeczami, które mam przy sobie, albo tymi, które są związane z moją codziennością, często więc je widzę i wącham, a także dotykam. Z odzieżą, z rzeczami w sypialni, z rzeczami w kuchni. W ten sposób zawsze będę miał dwa przypomnienia każdego szczegółu w cenie jednego.
Tak Slim pokonał Czarnego Piotrusia. Tak przetrwał w karcerze. Wszystko miało dwa znaczenia. Jedno tutaj, gdzie „tutaj” było celą D9 na oddziale drugim w więzieniu przy Boggo Road Gaol, i drugie tam, czyli w bezkresnym i otwartym wszechświecie wypełniającym jego głowę i serce. Tutaj nie miał nic prócz czterech betonowych ścian, przytłaczającej ciemności i swojego unieruchomionego ciała. Przyspawane do ściany metalowe łóżko. Szczoteczka do zębów i para więziennych kapci zrobionych z materiału. Jednak wsunięty przez otwór w drzwiach karceru przez milczącego klawisza kubek zsiadłego mleka przeniósł go tam – do Ferny Grove z lat trzydziestych, gdzie młody tyczkowaty robotnik rolny doił krowy na peryferiach Brisbane. Blizna na przedramieniu stawała się bramą dla rowerowej przejażdżki małego chłopca. Słoneczna plamka na ramieniu była tunelem prowadzącym ku plażom Sunshine Coast w Queenslandzie. Wystarczyło jedno dotknięcie i znikał. Zbieg z celi D9. Udający wolnego, ale nie próbujący uciec. Jak kiedyś, zanim wrzucili go do karceru – prawdziwie wolny, ale zawsze uciekający.
Dotykał kciukiem szczytów i dolin kłykci, które zabierały go tam – ku wzgórzom leżącym w głębi Gold Coast, aż do Springbrook Falls, a wtedy zimna metalowa prycza w celi D9 stawała się wygładzoną działaniem wody wapienną skałą, zimna betonowa posadzka pod bosymi stopami – wodą nagrzaną słońcem, w której można zanurzyć palce stóp. Slim dotykał spierzchniętych ust i przypominał sobie, jak to było czuć na nich coś równie aksamitnego i doskonałego jak usta Irene, która pocałunkiem zdejmowała z niego grzechy i ból, obmywając go niczym spienione wody Springbrook Falls spadające mu na głowę.
Trochę się niepokoję, że więzienne fantazje Slima stają się moimi. Irene na mokrym omszałym głazie, naga i jasnowłosa, chichocząca jak Marilyn Monroe, z głową odrzuconą do tyłu, swobodna i silna, władczyni wszechświata każdego mężczyzny, strażniczka marzeń, wizja tego, co tam, pozwalająca wytrwać tutaj, odraczająca o kolejny dzień użycie przemyconego noża.
– Miałem dorosły umysł – powtarza Slim.
Właśnie tak poradził sobie z Czarnym Piotrusiem, podziemną izolatką w więzieniu przy Boggo Road. Wrzucili go do tego średniowiecznego karceru na czternaście dni podczas fali letnich upałów w stanie Queensland. Dali mu pół bochenka chleba i cztery, może pięć kubków wody. Tyle musiało mu wystarczyć.
Slim mówi, że połowa jego kumpli z kicia umarłaby po tygodniu w karcerze, ponieważ połowa każdej więziennej populacji i każdego dużego miasta na świecie jest pełna dorosłych mężczyzn z umysłem dziecka. Tymczasem dorosły umysł może zaprowadzić dojrzałego mężczyznę wszędzie, dokąd on zechce się udać.
W Czarnym Piotrusiu leżała na ziemi mata z gryzących włókien kokosa. Miała rozmiar wycieraczki do butów, odpowiadający długości piszczeli Slima. Slim mówi, że codziennie kładł się na niej na boku, podciągał kolana pod brodę, zamykał oczy, otwierał drzwi do sypialni Irene, wślizgiwał się pod białą kołdrę, wtulał się w ciało Irene, prawą ręką otaczał jej nagi porcelanowy brzuch i w takiej pozycji pozostawał przez czternaście dni.
– Zwinięty w kłębek jak niedźwiedź w stanie hibernacji – mówi. – Tak przytulnie mi było w tym piekle, że nie chciałem stamtąd wracać.
Slim mówi, że mam umysł dorosłego w ciele dziecka. Mam dopiero dwanaście lat, ale Slim uważa, że mogę słuchać trudnych opowieści. Uważa, że powinienem poznać wszystkie więzienne historie o gwałtach, więźniach, którzy skręcali sobie kark, zwisając na związanych prześcieradłach, połykali ostre kawałki metalu, raniąc sobie wnętrzności, byle tylko zagwarantować sobie tygodniowe wakacje w jasnym szpitalu w Brisbane. Czasem wydaje mi się, że posuwa się za daleko, nie szczędząc mi drastycznych szczegółów, na przykład krwi tryskającej z rozerwanych odbytów po gwałcie.
– Światło i cień – mówi. – Nie da się uciec przed światłem, nie da się uciec przed cieniem.
Dlatego muszę wysłuchiwać opowieści o chorobie i śmierci, by pojąć wpływ tych wspomnień o Irene. Slim mówi, że mogę słuchać ponurych historii, ponieważ wiek mojego ciała nic nie znaczy w porównaniu z wiekiem mojej duszy, który stopniowo zawężał się do przedziału między siedemdziesiąt plus a demencją. Kilka miesięcy wcześniej, w tym samym samochodzie, Slim powiedział, że z radością dzieliłby ze mną więzienną celę, ponieważ umiem słuchać i pamiętam, co usłyszałem. Pojedyncza łza stoczyła mi się po policzku, kiedy uczynił mi taki zaszczyt.
– W środku łzy nie wychodzą na dobre – zauważył.
Nie wiedziałem, czy mówiąc o „środku”, ma na myśli więzienną celę, czy wnętrze ciała. Płakałem po części z dumy, po części ze wstydu, ponieważ nie jestem godny – o ile słowo „godny” pasuje do kolesia, z którym dzieli się celę.
– Wybacz – powiedziałem, przepraszając za tę łzę.
Slim wzruszył ramionami.
– Tam, skąd poleciała, jest ich więcej – odparł.
Martwa chwostka szafirowa zapowiada twój koniec.
MARTWA CHWOSTKA SZAFIROWA ZAPOWIADA TWÓJ KONIEC.

Białawy półksiężyc na paznokciu mojego lewego kciuka już zawsze będzie mi przypominał zaschnięty brud rozmazany na szybie Slima w kształt tęczy. I tamten dzień – który zapamiętam na zawsze – gdy Arthur „Slim” Halliday, najsłynniejszy uciekinier z więzienia, nadzwyczajny i nieuchwytny „Houdini z Boggo Road”, nauczył mnie – Elego Bella, chłopca o starej duszy i dojrzałym umyśle, kandydata na świetnego kumpla spod celi, ze łzami na wierzchu – prowadzić jego zardzewiałego niebieskiego land cruisera.
Trzydzieści dwa lata temu, w lutym tysiąc dziewięćset pięćdziesiątego trzeciego roku, po trwającym sześć dni procesie w Sądzie Najwyższym w Brisbane, sędzia Edwin James Droughton Stanley skazał Slima na dożywocie za brutalne pobicie ze skutkiem śmiertelnym taksówkarza Athola McCowana koltem kalibru czterdzieści pięć. Gazety nazywały Slima „Zabójcą taksówkarza”.
Ja nazywałem go swoim opiekunem.
– Sprzęgło – mówi.
Lewe udo Slima napina się pod opaloną skórą jego nogi, poprzecinanej siedmiuset pięćdziesięcioma liniami życia, ponieważ Slim może mieć siedemset pięćdziesiąt lat, i wciska sprzęgło. Stara opalona lewa ręka porusza dźwignią zmiany biegów. Własnoręcznie skręcony papieros pali się na żółto, potem na szaro, w końcu na czarno, balansując niebezpiecznie na krawędzi dolnej wargi.
– Na luz.
Przez rysę w szybie widzę mojego brata Augusta. Siedzi na naszym ceglanym murku, opisując w powietrzu historię swojego życia płynnym ruchem palca wskazującego prawej dłoni, ryjąc litery w powietrzu.
CHŁOPIEC PISZE PALCEM W POWIETRZU.
Chłopiec pisze palcem w powietrzu, jak według mojego starego sąsiada, Gene’a Crimminsa, Mozart grał na fortepianie. Jakby każde słowo musiało nieodwołalnie nadejść, wysłane skądś spoza jego własnego przepełnionego umysłu. Nie na papierze czy na maszynie do pisania, ale w powietrzu, niewidocznej substancji, o której istnieniu można by nawet nie wiedzieć, gdyby czasem nie materializowała się w postaci wiatru smagającego człowieka w twarz. Notatki, przemyślenia, pamiętnikowe wpisy… Wszystkie zapisane palcem wskazującym prawej ręki, przecinającym powietrze, kreślącym litera po literze, zdanie po zdaniu w nicości, zupełnie jakby musiał wyrzucić je z głowy, a jednocześnie spowodować, by cała opowieść rozpłynęła się w przestrzeni i zniknęła na dobre. Jakby nieustannie zanurzał palec w szklanym kałamarzu pełnym niewidzialnego atramentu. Słowa źle układają się w głowie. Zawsze lepiej wyrzucić je z siebie niż pozostawiać w środku.
W lewej dłoni ściska kurczowo księżniczkę Leię. Nigdy nie wypuszcza jej z ręki. Sześć tygodni temu Slim zabrał Augusta i mnie na wszystkie trzy części Gwiezdnych wojen do kina samochodowego w Yatali. Chłonęliśmy tę opowieść z odległej galaktyki na tylnych siedzeniach jego land cruisera, z głowami wspartymi o bukłaki z winem, leżące w więcierzu na kraby roztaczającym woń martwych ryb, który Slim trzyma z tyłu obok skrzynki na narzędzia i starej lampy naftowej. Tamtego wieczoru nad południowo-wschodnim Queenslandem migotało tyle gwiazd, że kiedy Sokół Millennium mknął ku skrajowi ekranu, przez chwilę myślałem, że wyleci z niego, wzbije się pomiędzy nasze gwiazdy i z prędkością światła pomknie w stronę Sydney.
– Słuchasz? – warczy Slim.
– Mhm.
Nieprawda. Nigdy nie słuchałem, jak powinienem. Zawsze za dużo myślałem o Auguście. O mamie. O Lyle’u. O okularach Slima à la Buddy Holly. O głębokich bruzdach na czole Slima. O jego osobliwym chodzie, odkąd postrzelił się w nogę w tysiąc dziewięćset pięćdziesiątym drugim roku. O tym, że tak jak ja też miał swoją szczęśliwą plamkę. O tym, jak uwierzył mi na słowo, kiedy powiedziałem, że moja szczęśliwa plamka ma tajemną moc; że kiedy jestem zdenerwowany, przestraszony albo bezradny, odruchowo spoglądam na to ciemnobrązowe znamię na środkowym kłykciu prawego palca wskazującego. Wtedy czuję się lepiej.
– Brzmi głupio, Slim – powiedziałem. – Idiotycznie, Slim – dodałem.
Wtedy on pokazał mi swoją szczęśliwą plamkę, a właściwie pieprzyk na kości prawego nadgarstka. Myślał, że to zmiana nowotworowa, ale to było jego szczęśliwe znamię i nie zdobył się na jego usunięcie. Powiedział, że w więzieniu to znamię stało się uświęcone, ponieważ przypominało mu pieprzyk, jaki Irene miała wysoko po wewnętrznej stronie lewego uda, blisko jej najświętszego skarbu, i zapewnił mnie, że pewnego dnia ja też poznam to kobiece miejsce i zrozumiem, co czuł Marco Polo, kiedy pierwszy raz przeciągnął palcami po jedwabiu.
Spodobała mi się ta historia, więc opowiedziałem Slimowi, kiedy pierwszy raz zobaczyłem tego piega na kłykciu swojego prawego palca wskazującego. Miałem wtedy około czterech lat. Siedziałem w żółtej koszulce z brązowymi rękawami na długiej brązowej sofie ze sztucznej skóry. To moje pierwsze świadome wspomnienie. Jest w nim telewizor. Spoglądam na swój palec wskazujący, dostrzegam tę plamkę, potem podnoszę wzrok, zwracam głowę w prawo i widzę twarz, która chyba należy do Lyle’a, ale równie dobrze mogła być twarzą mojego ojca, chociaż tak naprawdę nie pamiętam jego twarzy.
Ta plamka jest zatem świadomością. Moim osobistym wielkim wybuchem. Sofą. Żółto-brązową koszulką. Wtedy się pojawiam. I jestem. Powiedziałem Slimowi, że reszta budzi wątpliwości, bo cztery lata przed tą chwilą równie dobrze mogły nigdy się nie zdarzyć. Slim uśmiechnął się wtedy. Powiedział, że plamka na kłykciu mojego prawego palca wskazującego jest domem.

Zapłon.
– Jasna cholera! Co przed chwilą powiedziałem, Sokratesie? – warczy na mnie Slim.
– Ostrożnie opuszczaj stopę?
– Patrzyłeś prosto na mnie. Wyglądałeś, jakbyś słuchał, ale ty nie słuchałeś. Błądziłeś spojrzeniem po mojej twarzy, ale nie słyszałeś ani słowa.
To wina Augusta. August nie mówi. Milczy jak głaz. Konsekwentnie. Umie mówić, ale nie chce. Nie pamiętam ani jednego słowa, jakie padłoby z jego ust. Nigdy nie zwrócił się choćby jednym słowem ani do mnie, ani do mamy, ani do Lyle’a, ani nawet do Slima. Komunikuje, co ma do zakomunikowania, subtelnym dotknięciem ręki rozmówcy, śmiechem czy potrząsaniem głową. Umie wyrazić stan ducha sposobem, w jaki odkręca słoik z pastą vegemite. Umie wyrazić szczęście sposobem, w jaki smaruje chleb masłem. Umie wyrazić smutek, wiążąc w określony sposób sznurowadła.
Czasem siedzę z nim na kanapie, gramy w Super Breakout na naszym atari, świetnie się bawimy, w pewnym momencie spoglądam na niego i gotów jestem przysiąc, że August zaraz się odezwie.
– No, powiedz to – mówię wtedy. – Wiem, że chcesz to zrobić. Po prostu to powiedz.
August uśmiecha się, przekrzywia głowę w lewo, unosi lewą brew, a prawą ręką kreśli w powietrzu łuk, jakby pocierał szklaną kulę. Właśnie tak mnie przeprasza. Jakbym słyszał: „Eli, pewnego dnia dowiesz się, dlaczego nie mówię. Jeszcze nie teraz, Eli. Nie dzisiaj. Teraz się odczep”.
Mama powiedziała, że August przestał mówić, kiedy uciekła od taty. Miał sześć lat. Mama mówi, że wszechświat ukradł słowa jej synkowi, kiedy nie patrzyła, bo była zbyt zajęta wymyślaniem, co mi powie, gdy podrosnę; i kiedy zachodziła w głowę, jak to się stało, że wszechświat podmienił jej syna na tajemniczego obcego z piątkami w szkole, z którym musiałem dzielić piętrowe łóżko przez osiem ostatnich lat.
Od czasu do czasu jakiś godny pożałowania łobuz z klasy Augusta naśmiewa się z niego i jego milczenia. Reakcja Augusta jest zawsze taka sama: podchodzi do agresywnego pyskacza, całkiem nieświadomego drzemiącej w milczku agresji, i korzystając z błogosławieństwa orzeczonej nieumiejętności objaśnienia swoich zachowań, zadaje chłopakowi ciosy w szczękę, nos i żebra. Kombinacji tych ciosów wytrwale uczył nas Lyle, wieloletni przyjaciel mamy, podczas długich zimowych weekendów z użyciem worka treningowego z brązowej skóry w szopie za domem. Z natury sceptyczny Lyle głęboko wierzy w moc złamanego nosa jako okoliczności zmieniającej układ sił.
Nauczyciele zazwyczaj stają po stronie Augusta, ponieważ jest piątkowym uczniem autentycznie zainteresowanym nauką. Kiedy do drzwi pukają psychologowie dziecięcy, mama naprędce odwołuje się do pochlebnych stwierdzeń innego nauczyciela, które objaśniają, dlaczego August jest wymarzonym nabytkiem w każdej klasie i dlaczego system edukacji w stanie Queensland odniósłby poważne korzyści, gdyby posiadał większą liczbę takich kompletnie niemych uczniów.
Mama mówi, że kiedy August miał pięć, może sześć lat, godzinami wpatrywał się w powierzchnie odbijające światło. Kiedy ja bawiłem się samochodzikami i klockami na podłodze w kuchni, a ona robiła ciasto marchewkowe, August spoglądał w stare okrągłe lusterko mamy. Godzinami przeglądał się w kałużach. Nie jak mityczny narcyz, ale w sposób, jaki mama nazywała eksplorowaniem. Zupełnie jakby czegoś tam szukał. Mijając drzwi do naszej sypialni, widziałem, jak robi miny przed lustrem wiszącym nad starą komodą.
– Znalazłeś to już? – zapytałem go, kiedy miałem dziewięć lat.
Odwrócił się od lustra z obojętnym wyrazem twarzy i grymasem w kąciku ust, który oznajmiał, że poza kremowymi ścianami naszej sypialni istnieje świat, na który nie jestem gotowy i którego nie potrzebuję. Mimo to zadawałem mu to pytanie za każdym razem, kiedy widziałem go wpatrującego się we własne odbicie:
– Znalazłeś to już?
Zawsze przyglądał się księżycowi, śledząc z okien sypialni jego wędrówkę po niebie nad naszym domem. Wiedział, pod jakim kątem świeci. Czasem w środku nocy wychodził w piżamie przez okno, rozwijał ogrodowego węża i ciągnął go w stronę ścieku, gdzie potem siedział, zalewając ulicę wodą. Jeśli utrafił, gigantyczna kałuża wypełniała się srebrzystym odbiciem księżyca w pełni.
– Księżycowy staw – ogłosiłem uroczyście pewnej zimnej nocy.
August rozpromienił się, objął mnie prawym ramieniem i pokiwał głową, jak kiwałby nią Mozart pod koniec Don Giovanniego, ulubionej opery Gene’a Crimminsa. Przyklęknął i palcem wskazującym prawej dłoni wykaligrafował na powierzchni księżycowego stawu trzy słowa:
CHŁOPIEC POCHŁANIA WSZECHŚWIAT.
To August nauczył mnie zwracać uwagę na szczegóły, interpretować wyraz twarzy, czerpać informacje z komunikatów niewerbalnych, doszukiwać się znaczeń w każdej niemej rzeczy, jaką mamy przed oczami; z rzeczy, które mówią do nas bez słów. To on nauczył mnie, że nie zawsze muszę słuchać. Wystarczy, że będę patrzył.

Nie da się ukryć, że to powieść budząca wiele emocji, na co składają się nie tylko trudne kwestie w niej poruszane, ale także ich sposób przedstawienia. Autor pozwala sobie na dość dokładne opisy i z premedytacją zagłębia się w wyjątkowo nieprzyjemne sprawy. Bardzo umiejętnie przedstawia to środowisko, z wszystkimi jego przywarami. Świetnie oddaje klimat miasta i ludzkie nastroje. Pozwala, by czytelnik poczuł się tak, jakby obserwował wszystko z boku, stając się uczestnikiem opisywanych wydarzeń. A fakt, że całość opiera się na młodości osamotnionego chłopca robi jeszcze większe wrażenie, bowiem przez to zdaje się jeszcze mocniej działać na wyobraźnię i jeszcze bardziej skłaniać do refleksji i porównań, których nie można uniknąć.

Chłopiec pochłania wszechświat" to książka trudna (nie dajcie się zwieść kolorowej okładce!), urocza, głęboka i, mimo że dzieje się w Australii i opowiada o bardzo trudnym przypadku losowym - uniwersalna.

Moja podróż przez Australię razem z Trentem Daltonem i jego bohaterami nie była usłana różami. Z początku była to walka o każdą stronę. Aż nagle coś zaskoczyło. Nagle w jeden dzień pochłonęłam połowę zapominając o serialach czy innych rozrywkach. Byłam tylko ja, Eli Bell i Caitlyn Spies. Bo wiadomo - Caitlyn Spies sięga głębiej.

Ta książka jest oryginalna w swojej tematyce. Jest przepełniona braterstwem, prawdziwą miłością i ogromnej przyjaźni która zarazem jest nieprawdopodobna.
Książka urzekła mnie swoją magią i za hipnotyzowala mnie swoim urokiem. Do tego jeszcze klimat lat80. XX wieku Australii na przedmieściach Brisbane.
Mogę z czystym sercem polecić tą cudowną książkę, która mimo ogromu przemyśleń i opisów, powoduje, że płyniemy przez nią z lekkością.
Jestem kupiona przez autora i czekam na kolejne książki autora.

Chłopiec pochłania wszechświat to zdecydowanie powieść niesamowita, niepowtarzalna. Ukazuje niebanalną więź, przyjaźń, która dla każdego z bohaterów przynosi coś nowego, barwnego. Żałuję tylko, że autor nie podjął próby bogatszego rozbudowania poruszanej problematyki, bo choć temat imigracji i narkomanii się weń przewija, tak czuję jakiś niedosyt. Nie wpłynęło to jednak na moją opinię, bo – jak wspominałam wcześniej – urzekł mnie jego styl, a i sama powieść jest boska pod wieloma względami, wynagradza wszelkie niedociągnięcia z nawiązką. Polecam z całego serducha, można się zakochać!

Polecam tę pozycję wszystkim czytelnikom potrafiącym borykać się z trudnymi przeżyciami innych osób. Na pewno nie jest to książka dla wrażliwych ludzi, ze względu na wyciskający łzy klimat. Jednak, chcąc bardziej otworzyć się na ludzi, zapoznać się z problemami nie tylko dzisiejszej populacji i stać się empatycznym czytelnikiem, warto sięgnąć po "Chłopca pochłaniającego wszechświat"                                                                                                              

Tę książkę polecam każdemu, choć uprzedzam, że nie każdy się w niej odnajdzie.

Chłopiec pochłania wszechświat a fabuła pochłania czytelnika. Dużo w niej i gęsto tematów trudnych, ponurych, przytłaczających, ale napisana jest z humorem, który łagodzi mrok. 

„Chłopiec pochłania wszechświat” to bardzo emocjonująca historia, która zapada w pamięci na długi czas, a także zmusza czytelnika do wielu przemyśleń. To książka, której nie da się przeczytać „na szybko”, „jednorazowo” trzeba jej poświęcić czas, aby wspólnie z bohaterami ją przeżyć. To książką, którą zdecydowanie warto przeczytać, przemyśleć i zapamiętać na długo. Polecam.

 

„Chłopiec pochłania wszechświat” jest propozycją idealną dla tak zwanych „wrażliwców”. Wzruszająca powieść, bardzo udany debiut literacki. Ale też rodzaj książki, który trudno polecić albo odradzić. Każdy powinien zapoznać się samemu, bo jednych ta pozycja zachwyci, a innych dosłownie zanudzi. Mnie zauroczyła, ze względu na swoją magiczność, przesłanie o trzymaniu się nadziei. Siła braterstwa, ogrom miłości, choć momentami ciężkiej, wypełnionej łzami. Nawet w rynsztoku można znaleźć coś, co sprawia, że dalej chcemy walczyć, na przekór przeciwnościom

Jestem w szoku. Tak mogę opisać moje odczucia co do tej książki.
Cudownie wykreowane postacie, przejmująca a zarazem mocna - dająca wiele morałów historia.
Wszystko ma sens, wszystko jest po coś.

Ta opowieść o niezwykłej przyjaźni, o pogodzie ducha mimo trudów, a także o pozorach, na których niekiedy opieramy swoje sądy, bez wątpienia każde zwrócić uwagę na autora i bacznie obserwować jego karierę.

Trent Dalton w swojej debiutanckiej książce czaruje swoich czytelników i robi to z wielkim wdziękiem. W tę opowieść o ciężkim i często trudnym dzieciństwie i dorastaniu braci Bell udało mu się wpleść wiele ciepła, nadziei, ale też najprawdziwszej magii schowanej pod płaszczykiem dziecięcej rozbuchanej fantazji. Nie da się ukryć, że robi to naprawdę wielkie wrażenie.

To taka historia, że niby mnie początkowo średnio zajęła ale po przeczytaniu wiem, że jest wyjątkowa i magiczna. Spodziewałam się zupełnie czegoś innego a dostałam pełną mądrości powieść, którą będę nosiła w sobie jeszcze długi cza

,Chłopiec pochłania wszechświat" to bardzo dobra opowieść o trudnej miłości. Pełnej bólu, krwi, wrzasków, walenia pięściami w ściany, uzależnionej od heroiny. To historia niezwykłej przyjaźni między dorosłym mężczyzną i  dojrzewającym chłopcem, który uczy się, co jest w życiu najważniejsze. Szczera, wzruszająca, momentami liryczna powieść, którą warto poznać.

To wyjątkowa powieść pod każdym względem. Wcale nie dziwią mnie wszechobecne głosy podziwu, ponieważ Trent Dalton zadebiutował w pięknym stylu. Pozostaje mi jedynie życzyć sobie i Wam, by nie spoczął na laurach i zaserwował nam jeszcze nie jedną tak smaczną, mądrą i świeżą lekturę. Tymczasem mam nadzieję, że "Chłopiec pochłania wszechświat" nie stanie się Wam obojętny i zdecydujecie się poznać losy młodego Eliego. Gwarantuję - nie zapomnicie tej powieści przez długi czas, będziecie mieli ochotę do niej wrócić jeszcze po latach a głos rozsądku kryjący się gdzieś na drugim planie być może odmieni Wasze postrzeganie świata.

Polecam tym, którzy szukają historii z nutą liryzmu, doprawionej bezwzględnością codziennego życia.

Książka trudna tematycznie, zabawna oraz życiowa. Debiut autora który zachwyca od pierwszej strony!

Od razu trzeba powiedzieć, że fabuła nie leci ani na łeb, ani na szyję. Wręcz się ciągnie, a wszystko przez styl autora. Bo Trent Dalton bawi się słowem, jego brzmieniem i zasypuje nas szczegółami. Taki sposób pisania jest dla czytelnika lekko męczący i nużący, a mimo to czytałam i czytałam i dwa dni były mi potrzebne do przeczytania tej pozycji. Byłam ciekawa zakończenia, losów Elego

Są takie książki, gdzie czytając pierwsze zdania już wiesz, że trafiłeś na coś wyjątkowego. Tak było właśnie w przypadku debiutanckiej powieści Trenta Daltona, ponieważ od samego początku między nami zaskoczyło.

Naprawdę brakuje mi słów, by opisać, jak ta książka jest wyjątkowa. To powieść trudna i niełatwa. Jednak wiem, że każdy kto ją przeczyta, zachwyci się nią.

W okresie około świątecznym udało mi się znaleźć zaskakująco dużo czasu na czytanie książek. Przekrój ich był naprawdę różny. Mknęłam przez thrillery, książki rozwojowe, na lekkich powieściach skończywszy. Jedną z przeczytanych w tym okresie książek była powieść obyczajowa "Chłopiec pochłania wszechświat" Trenta Daltona, która zrobiła na mnie spore wrażenie. 

Ostatnie rozdziały są wstrząsające, pełne napięcia, tej książki nie sposób przewidzieć. Ta historia była świetnym zakończeniem roku, bardzo dobrze napisana historia, dająca wiele do myślenia.

Autor zadbał o to aby dostarczyć nam podczas czytania wielu emocji. Przygotujcie się na wstrząsające realia które nie są łatwe do przyswojenia. Nie jest łatwa do ocenienie. 

Trent Dalton potrafił w pięknym stylu doprowadzić historię do końca, serwując satysfakcjonujące zakończenie spinające wiele wątków i nie rażące naiwnością. Chociaż większą część książki czytało się lekko, mimo czasem trudnych i smutnych wydarzeń, ostatnie rozdziały trzymały w napięciu, nadając książce lekko sensacyjny charakter. Nie dziwię się, że „Chłopiec pochłania wszechświat” został wielokrotnie nagradzany za granicą. Bardzo się cieszę, że wyłamałam się z mojego konwenansu gatunkowego i sięgnęłam po coś zupełnie nieznanego – było inaczej, było warto. To mądra i ucząca uważności historia.

Autor świetnie wykreował cały świat, a także postacie, które potrafiły wyrażać swoje uczucia w każdym momencie. Czy to te pozytywne, czy wręcz przeciwnie, dzięki czemu nie były sztuczne, lecz pełne różnych emocji.


Jest to jedna z tych książek, z którymi warto się zapoznać samemu, ponieważ każdy prawdopodobnie odbierze ją inaczej. Inaczej też zrozumie powtarzające się zdanie: “Zabij czas, zanim on zabije ciebie”. Polecam tę książkę poświęconą rodzinnej miłości, przyjaźni i sile braterstwa.

 Postacie i świat nakreślone są znakomicie, styl też trzyma poziom i wyróżnia się na tle współczesnych dzieł, a całość po prostu czyta się jednym tchem. Bywa nostalgicznie, bywa ponuro i nieprzyjemnie, bywa też zabawnie – przede wszystkim jednak jest życiowo i z pewną nutą głębi.
 
 
Dlatego polecam gorąco. „Chłopiec pochlania wszechświat” to świetna książka obyczajowa, z całkiem sporą dozą niebanalności. A sam Dalton, wielokrotnie zresztą za ten tytuł nagrodzony, zapowiada się bardzo ciekawym autorem.

"Chłopiec pochłania wszechświat" to książka trudna (nie dajcie się zwieść kolorowej okładce!), urocza, głęboka i, mimo że dzieje się w Australii i opowiada o bardzo trudnym przypadku losowym - uniwersalna.

Napisz swoją opinię i oceń książkę

Przedstaw się



Twoja ocena


WYŚLIJ