Powieść obyczajowa
Chłopiec pochłania wszechświat
27 zł
39,99
KUP TERAZ

Chłopiec pochłania wszechświat

Trent Dalton
brak opinii
Liczba stron: 480
ISBN: 9788327641021
Premiera: 2020-02-19

Przedmieścia Brisbane, 1983: nieobecny ojciec, uzdolniony niemy brat, matka narkomanka, handlarz heroiną w roli ojczyma... Czy życie dwunastoletniego Elego mogłoby być bardziej skomplikowane?
Dorastając w zaniedbanej dzielnicy, zamieszkałej przez polskich i wietnamskich uchodźców, Eli próbuje iść za głosem serca, żeby dowiedzieć się, co to znaczy być dobrym człowiekiem. Heroicznie próbuje ratować matkę przed pewną zgubą. Los ciągle jednak rzuca mu pod nogi nowe przeszkody.
Najbardziej niezawodnym dorosłym w życiu Elego okazuje się Slim Halliday, czuwający nad nim recydywista i za życia owiany legendą rekordzista udanych ucieczek z więzienia Boggo Road Gaol.


Ta pełna oryginalności i uroku historia, osadzona w Australii lat 80. XX wieku, stanowi wielowymiarową opowieść o braterstwie, prawdziwej miłości i nieprawdopodobnej przyjaźni, a także o zbrodni i magicznej sile umysłu, o rodzinie i przeznaczeniu – jest hipnotyzująca i poruszająca, poetycko przepiękna. Trent Dalton to bez wątpienia jeden z najciekawszych pisarzy australijskich ostatnich lat.

CHŁOPIEC PISZE PALCEM W POWIETRZU

MARTWA CHWOSTKA SZAFIROWA ZAPOWIADA TWÓJ KONIEC.
– Widziałeś to, Slim?
– Co?
– Nic.
MARTWA CHWOSTKA SZAFIROWA ZAPOWIADA TWÓJ KONIEC.
Nie ma wątpliwości. Martwa. Chwostka. Szafirowa. Zapowiada. Twój. Koniec.

Rysa na przedniej szybie auta Slima wygląda jak patyczak bez rąk kłaniający się władcy. Rysa na przedniej szybie wygląda jak Slim. Wycieraczki rozmazały stary brud w tęczę po stronie pasażera. Slim twierdzi, że dla mnie dobrym sposobem na zapamiętywanie szczegółów w życiu jest kojarzenie chwil i obrazów z rzeczami, które mam przy sobie, albo tymi, które są związane z moją codziennością, często więc je widzę i wącham, a także dotykam. Z odzieżą, z rzeczami w sypialni, z rzeczami w kuchni. W ten sposób zawsze będę miał dwa przypomnienia każdego szczegółu w cenie jednego.
Tak Slim pokonał Czarnego Piotrusia. Tak przetrwał w karcerze. Wszystko miało dwa znaczenia. Jedno tutaj, gdzie „tutaj” było celą D9 na oddziale drugim w więzieniu przy Boggo Road Gaol, i drugie tam, czyli w bezkresnym i otwartym wszechświecie wypełniającym jego głowę i serce. Tutaj nie miał nic prócz czterech betonowych ścian, przytłaczającej ciemności i swojego unieruchomionego ciała. Przyspawane do ściany metalowe łóżko. Szczoteczka do zębów i para więziennych kapci zrobionych z materiału. Jednak wsunięty przez otwór w drzwiach karceru przez milczącego klawisza kubek zsiadłego mleka przeniósł go tam – do Ferny Grove z lat trzydziestych, gdzie młody tyczkowaty robotnik rolny doił krowy na peryferiach Brisbane. Blizna na przedramieniu stawała się bramą dla rowerowej przejażdżki małego chłopca. Słoneczna plamka na ramieniu była tunelem prowadzącym ku plażom Sunshine Coast w Queenslandzie. Wystarczyło jedno dotknięcie i znikał. Zbieg z celi D9. Udający wolnego, ale nie próbujący uciec. Jak kiedyś, zanim wrzucili go do karceru – prawdziwie wolny, ale zawsze uciekający.
Dotykał kciukiem szczytów i dolin kłykci, które zabierały go tam – ku wzgórzom leżącym w głębi Gold Coast, aż do Springbrook Falls, a wtedy zimna metalowa prycza w celi D9 stawała się wygładzoną działaniem wody wapienną skałą, zimna betonowa posadzka pod bosymi stopami – wodą nagrzaną słońcem, w której można zanurzyć palce stóp. Slim dotykał spierzchniętych ust i przypominał sobie, jak to było czuć na nich coś równie aksamitnego i doskonałego jak usta Irene, która pocałunkiem zdejmowała z niego grzechy i ból, obmywając go niczym spienione wody Springbrook Falls spadające mu na głowę.
Trochę się niepokoję, że więzienne fantazje Slima stają się moimi. Irene na mokrym omszałym głazie, naga i jasnowłosa, chichocząca jak Marilyn Monroe, z głową odrzuconą do tyłu, swobodna i silna, władczyni wszechświata każdego mężczyzny, strażniczka marzeń, wizja tego, co tam, pozwalająca wytrwać tutaj, odraczająca o kolejny dzień użycie przemyconego noża.
– Miałem dorosły umysł – powtarza Slim.
Właśnie tak poradził sobie z Czarnym Piotrusiem, podziemną izolatką w więzieniu przy Boggo Road. Wrzucili go do tego średniowiecznego karceru na czternaście dni podczas fali letnich upałów w stanie Queensland. Dali mu pół bochenka chleba i cztery, może pięć kubków wody. Tyle musiało mu wystarczyć.
Slim mówi, że połowa jego kumpli z kicia umarłaby po tygodniu w karcerze, ponieważ połowa każdej więziennej populacji i każdego dużego miasta na świecie jest pełna dorosłych mężczyzn z umysłem dziecka. Tymczasem dorosły umysł może zaprowadzić dojrzałego mężczyznę wszędzie, dokąd on zechce się udać.
W Czarnym Piotrusiu leżała na ziemi mata z gryzących włókien kokosa. Miała rozmiar wycieraczki do butów, odpowiadający długości piszczeli Slima. Slim mówi, że codziennie kładł się na niej na boku, podciągał kolana pod brodę, zamykał oczy, otwierał drzwi do sypialni Irene, wślizgiwał się pod białą kołdrę, wtulał się w ciało Irene, prawą ręką otaczał jej nagi porcelanowy brzuch i w takiej pozycji pozostawał przez czternaście dni.
– Zwinięty w kłębek jak niedźwiedź w stanie hibernacji – mówi. – Tak przytulnie mi było w tym piekle, że nie chciałem stamtąd wracać.
Slim mówi, że mam umysł dorosłego w ciele dziecka. Mam dopiero dwanaście lat, ale Slim uważa, że mogę słuchać trudnych opowieści. Uważa, że powinienem poznać wszystkie więzienne historie o gwałtach, więźniach, którzy skręcali sobie kark, zwisając na związanych prześcieradłach, połykali ostre kawałki metalu, raniąc sobie wnętrzności, byle tylko zagwarantować sobie tygodniowe wakacje w jasnym szpitalu w Brisbane. Czasem wydaje mi się, że posuwa się za daleko, nie szczędząc mi drastycznych szczegółów, na przykład krwi tryskającej z rozerwanych odbytów po gwałcie.
– Światło i cień – mówi. – Nie da się uciec przed światłem, nie da się uciec przed cieniem.
Dlatego muszę wysłuchiwać opowieści o chorobie i śmierci, by pojąć wpływ tych wspomnień o Irene. Slim mówi, że mogę słuchać ponurych historii, ponieważ wiek mojego ciała nic nie znaczy w porównaniu z wiekiem mojej duszy, który stopniowo zawężał się do przedziału między siedemdziesiąt plus a demencją. Kilka miesięcy wcześniej, w tym samym samochodzie, Slim powiedział, że z radością dzieliłby ze mną więzienną celę, ponieważ umiem słuchać i pamiętam, co usłyszałem. Pojedyncza łza stoczyła mi się po policzku, kiedy uczynił mi taki zaszczyt.
– W środku łzy nie wychodzą na dobre – zauważył.
Nie wiedziałem, czy mówiąc o „środku”, ma na myśli więzienną celę, czy wnętrze ciała. Płakałem po części z dumy, po części ze wstydu, ponieważ nie jestem godny – o ile słowo „godny” pasuje do kolesia, z którym dzieli się celę.
– Wybacz – powiedziałem, przepraszając za tę łzę.
Slim wzruszył ramionami.
– Tam, skąd poleciała, jest ich więcej – odparł.
Martwa chwostka szafirowa zapowiada twój koniec.
MARTWA CHWOSTKA SZAFIROWA ZAPOWIADA TWÓJ KONIEC.

Białawy półksiężyc na paznokciu mojego lewego kciuka już zawsze będzie mi przypominał zaschnięty brud rozmazany na szybie Slima w kształt tęczy. I tamten dzień – który zapamiętam na zawsze – gdy Arthur „Slim” Halliday, najsłynniejszy uciekinier z więzienia, nadzwyczajny i nieuchwytny „Houdini z Boggo Road”, nauczył mnie – Elego Bella, chłopca o starej duszy i dojrzałym umyśle, kandydata na świetnego kumpla spod celi, ze łzami na wierzchu – prowadzić jego zardzewiałego niebieskiego land cruisera.
Trzydzieści dwa lata temu, w lutym tysiąc dziewięćset pięćdziesiątego trzeciego roku, po trwającym sześć dni procesie w Sądzie Najwyższym w Brisbane, sędzia Edwin James Droughton Stanley skazał Slima na dożywocie za brutalne pobicie ze skutkiem śmiertelnym taksówkarza Athola McCowana koltem kalibru czterdzieści pięć. Gazety nazywały Slima „Zabójcą taksówkarza”.
Ja nazywałem go swoim opiekunem.
– Sprzęgło – mówi.
Lewe udo Slima napina się pod opaloną skórą jego nogi, poprzecinanej siedmiuset pięćdziesięcioma liniami życia, ponieważ Slim może mieć siedemset pięćdziesiąt lat, i wciska sprzęgło. Stara opalona lewa ręka porusza dźwignią zmiany biegów. Własnoręcznie skręcony papieros pali się na żółto, potem na szaro, w końcu na czarno, balansując niebezpiecznie na krawędzi dolnej wargi.
– Na luz.
Przez rysę w szybie widzę mojego brata Augusta. Siedzi na naszym ceglanym murku, opisując w powietrzu historię swojego życia płynnym ruchem palca wskazującego prawej dłoni, ryjąc litery w powietrzu.
CHŁOPIEC PISZE PALCEM W POWIETRZU.
Chłopiec pisze palcem w powietrzu, jak według mojego starego sąsiada, Gene’a Crimminsa, Mozart grał na fortepianie. Jakby każde słowo musiało nieodwołalnie nadejść, wysłane skądś spoza jego własnego przepełnionego umysłu. Nie na papierze czy na maszynie do pisania, ale w powietrzu, niewidocznej substancji, o której istnieniu można by nawet nie wiedzieć, gdyby czasem nie materializowała się w postaci wiatru smagającego człowieka w twarz. Notatki, przemyślenia, pamiętnikowe wpisy… Wszystkie zapisane palcem wskazującym prawej ręki, przecinającym powietrze, kreślącym litera po literze, zdanie po zdaniu w nicości, zupełnie jakby musiał wyrzucić je z głowy, a jednocześnie spowodować, by cała opowieść rozpłynęła się w przestrzeni i zniknęła na dobre. Jakby nieustannie zanurzał palec w szklanym kałamarzu pełnym niewidzialnego atramentu. Słowa źle układają się w głowie. Zawsze lepiej wyrzucić je z siebie niż pozostawiać w środku.
W lewej dłoni ściska kurczowo księżniczkę Leię. Nigdy nie wypuszcza jej z ręki. Sześć tygodni temu Slim zabrał Augusta i mnie na wszystkie trzy części Gwiezdnych wojen do kina samochodowego w Yatali. Chłonęliśmy tę opowieść z odległej galaktyki na tylnych siedzeniach jego land cruisera, z głowami wspartymi o bukłaki z winem, leżące w więcierzu na kraby roztaczającym woń martwych ryb, który Slim trzyma z tyłu obok skrzynki na narzędzia i starej lampy naftowej. Tamtego wieczoru nad południowo-wschodnim Queenslandem migotało tyle gwiazd, że kiedy Sokół Millennium mknął ku skrajowi ekranu, przez chwilę myślałem, że wyleci z niego, wzbije się pomiędzy nasze gwiazdy i z prędkością światła pomknie w stronę Sydney.
– Słuchasz? – warczy Slim.
– Mhm.
Nieprawda. Nigdy nie słuchałem, jak powinienem. Zawsze za dużo myślałem o Auguście. O mamie. O Lyle’u. O okularach Slima à la Buddy Holly. O głębokich bruzdach na czole Slima. O jego osobliwym chodzie, odkąd postrzelił się w nogę w tysiąc dziewięćset pięćdziesiątym drugim roku. O tym, że tak jak ja też miał swoją szczęśliwą plamkę. O tym, jak uwierzył mi na słowo, kiedy powiedziałem, że moja szczęśliwa plamka ma tajemną moc; że kiedy jestem zdenerwowany, przestraszony albo bezradny, odruchowo spoglądam na to ciemnobrązowe znamię na środkowym kłykciu prawego palca wskazującego. Wtedy czuję się lepiej.
– Brzmi głupio, Slim – powiedziałem. – Idiotycznie, Slim – dodałem.
Wtedy on pokazał mi swoją szczęśliwą plamkę, a właściwie pieprzyk na kości prawego nadgarstka. Myślał, że to zmiana nowotworowa, ale to było jego szczęśliwe znamię i nie zdobył się na jego usunięcie. Powiedział, że w więzieniu to znamię stało się uświęcone, ponieważ przypominało mu pieprzyk, jaki Irene miała wysoko po wewnętrznej stronie lewego uda, blisko jej najświętszego skarbu, i zapewnił mnie, że pewnego dnia ja też poznam to kobiece miejsce i zrozumiem, co czuł Marco Polo, kiedy pierwszy raz przeciągnął palcami po jedwabiu.
Spodobała mi się ta historia, więc opowiedziałem Slimowi, kiedy pierwszy raz zobaczyłem tego piega na kłykciu swojego prawego palca wskazującego. Miałem wtedy około czterech lat. Siedziałem w żółtej koszulce z brązowymi rękawami na długiej brązowej sofie ze sztucznej skóry. To moje pierwsze świadome wspomnienie. Jest w nim telewizor. Spoglądam na swój palec wskazujący, dostrzegam tę plamkę, potem podnoszę wzrok, zwracam głowę w prawo i widzę twarz, która chyba należy do Lyle’a, ale równie dobrze mogła być twarzą mojego ojca, chociaż tak naprawdę nie pamiętam jego twarzy.
Ta plamka jest zatem świadomością. Moim osobistym wielkim wybuchem. Sofą. Żółto-brązową koszulką. Wtedy się pojawiam. I jestem. Powiedziałem Slimowi, że reszta budzi wątpliwości, bo cztery lata przed tą chwilą równie dobrze mogły nigdy się nie zdarzyć. Slim uśmiechnął się wtedy. Powiedział, że plamka na kłykciu mojego prawego palca wskazującego jest domem.

Zapłon.
– Jasna cholera! Co przed chwilą powiedziałem, Sokratesie? – warczy na mnie Slim.
– Ostrożnie opuszczaj stopę?
– Patrzyłeś prosto na mnie. Wyglądałeś, jakbyś słuchał, ale ty nie słuchałeś. Błądziłeś spojrzeniem po mojej twarzy, ale nie słyszałeś ani słowa.
To wina Augusta. August nie mówi. Milczy jak głaz. Konsekwentnie. Umie mówić, ale nie chce. Nie pamiętam ani jednego słowa, jakie padłoby z jego ust. Nigdy nie zwrócił się choćby jednym słowem ani do mnie, ani do mamy, ani do Lyle’a, ani nawet do Slima. Komunikuje, co ma do zakomunikowania, subtelnym dotknięciem ręki rozmówcy, śmiechem czy potrząsaniem głową. Umie wyrazić stan ducha sposobem, w jaki odkręca słoik z pastą vegemite. Umie wyrazić szczęście sposobem, w jaki smaruje chleb masłem. Umie wyrazić smutek, wiążąc w określony sposób sznurowadła.
Czasem siedzę z nim na kanapie, gramy w Super Breakout na naszym atari, świetnie się bawimy, w pewnym momencie spoglądam na niego i gotów jestem przysiąc, że August zaraz się odezwie.
– No, powiedz to – mówię wtedy. – Wiem, że chcesz to zrobić. Po prostu to powiedz.
August uśmiecha się, przekrzywia głowę w lewo, unosi lewą brew, a prawą ręką kreśli w powietrzu łuk, jakby pocierał szklaną kulę. Właśnie tak mnie przeprasza. Jakbym słyszał: „Eli, pewnego dnia dowiesz się, dlaczego nie mówię. Jeszcze nie teraz, Eli. Nie dzisiaj. Teraz się odczep”.
Mama powiedziała, że August przestał mówić, kiedy uciekła od taty. Miał sześć lat. Mama mówi, że wszechświat ukradł słowa jej synkowi, kiedy nie patrzyła, bo była zbyt zajęta wymyślaniem, co mi powie, gdy podrosnę; i kiedy zachodziła w głowę, jak to się stało, że wszechświat podmienił jej syna na tajemniczego obcego z piątkami w szkole, z którym musiałem dzielić piętrowe łóżko przez osiem ostatnich lat.
Od czasu do czasu jakiś godny pożałowania łobuz z klasy Augusta naśmiewa się z niego i jego milczenia. Reakcja Augusta jest zawsze taka sama: podchodzi do agresywnego pyskacza, całkiem nieświadomego drzemiącej w milczku agresji, i korzystając z błogosławieństwa orzeczonej nieumiejętności objaśnienia swoich zachowań, zadaje chłopakowi ciosy w szczękę, nos i żebra. Kombinacji tych ciosów wytrwale uczył nas Lyle, wieloletni przyjaciel mamy, podczas długich zimowych weekendów z użyciem worka treningowego z brązowej skóry w szopie za domem. Z natury sceptyczny Lyle głęboko wierzy w moc złamanego nosa jako okoliczności zmieniającej układ sił.
Nauczyciele zazwyczaj stają po stronie Augusta, ponieważ jest piątkowym uczniem autentycznie zainteresowanym nauką. Kiedy do drzwi pukają psychologowie dziecięcy, mama naprędce odwołuje się do pochlebnych stwierdzeń innego nauczyciela, które objaśniają, dlaczego August jest wymarzonym nabytkiem w każdej klasie i dlaczego system edukacji w stanie Queensland odniósłby poważne korzyści, gdyby posiadał większą liczbę takich kompletnie niemych uczniów.
Mama mówi, że kiedy August miał pięć, może sześć lat, godzinami wpatrywał się w powierzchnie odbijające światło. Kiedy ja bawiłem się samochodzikami i klockami na podłodze w kuchni, a ona robiła ciasto marchewkowe, August spoglądał w stare okrągłe lusterko mamy. Godzinami przeglądał się w kałużach. Nie jak mityczny narcyz, ale w sposób, jaki mama nazywała eksplorowaniem. Zupełnie jakby czegoś tam szukał. Mijając drzwi do naszej sypialni, widziałem, jak robi miny przed lustrem wiszącym nad starą komodą.
– Znalazłeś to już? – zapytałem go, kiedy miałem dziewięć lat.
Odwrócił się od lustra z obojętnym wyrazem twarzy i grymasem w kąciku ust, który oznajmiał, że poza kremowymi ścianami naszej sypialni istnieje świat, na który nie jestem gotowy i którego nie potrzebuję. Mimo to zadawałem mu to pytanie za każdym razem, kiedy widziałem go wpatrującego się we własne odbicie:
– Znalazłeś to już?
Zawsze przyglądał się księżycowi, śledząc z okien sypialni jego wędrówkę po niebie nad naszym domem. Wiedział, pod jakim kątem świeci. Czasem w środku nocy wychodził w piżamie przez okno, rozwijał ogrodowego węża i ciągnął go w stronę ścieku, gdzie potem siedział, zalewając ulicę wodą. Jeśli utrafił, gigantyczna kałuża wypełniała się srebrzystym odbiciem księżyca w pełni.
– Księżycowy staw – ogłosiłem uroczyście pewnej zimnej nocy.
August rozpromienił się, objął mnie prawym ramieniem i pokiwał głową, jak kiwałby nią Mozart pod koniec Don Giovanniego, ulubionej opery Gene’a Crimminsa. Przyklęknął i palcem wskazującym prawej dłoni wykaligrafował na powierzchni księżycowego stawu trzy słowa:
CHŁOPIEC POCHŁANIA WSZECHŚWIAT.
To August nauczył mnie zwracać uwagę na szczegóły, interpretować wyraz twarzy, czerpać informacje z komunikatów niewerbalnych, doszukiwać się znaczeń w każdej niemej rzeczy, jaką mamy przed oczami; z rzeczy, które mówią do nas bez słów. To on nauczył mnie, że nie zawsze muszę słuchać. Wystarczy, że będę patrzył.

Napisz swoją opinię i oceń książkę

Przedstaw się



Twoja ocena


WYŚLIJ