Powieść obyczajowa
Przysługa
26,99 zł
38,99
KUP TERAZ

Przysługa

Beata Dmowska
brak opinii
ISBN: 9788327648310
Premiera: 2020-02-19

Mija pół roku odkąd Natalia zamieszkała w domu Zofii, swojej nieżyjącej babki.

Zbliża się 30 czerwca – dzień, w którym według słów Zofii będzie można wykopać w ogrodzie ukryty skarb. Trzy kobiety przystępują do poszukiwań. Zamiast skarbu wydobywają jednak z ziemi ludzki szkielet. Czyje to szczątki i jak długo tam leżą?

Następnego dnia rano Marta, córka Natalii, wybiera się na konną przejażdżkę. Po drodze ma komuś wyświadczyć obiecaną przysługę. Tego dnia nie wraca do domu i ślad po niej ginie.

Tymczasem policja ustala tożsamość zakopanych zwłok i okazuje się, że to zaginiona przed siedmioma laty Nina Błaszkin, Ukrainka, która pracowała w sadzie dziadka Natalii. Dowody wskazują, że została zamordowana.

Czy ta zbrodnia ma jakiś związek ze zniknięciem Marty? I czy ma związek ze skarbem, który ukryła Zofia?

Rozdział pierwszy
Gwałtowny wiatr zerwał się akurat w chwili, gdy dojechałam do centrum Wędzina i parkowałam samochód. Niespodziewanie gdzieś znad horyzontu dobiegł głośny ryk, a po chwili moim oczom ukazała się błyskawica. Niebo poczerniało, na zakurzone ulice lunął deszcz i nad miasto nadciągnęła pierwsza w tym roku letnia burza, skracając mękę ostatnich upałów. Rano, już po dziesiątej, termometry wskazywały ponad trzydzieści stopni. Skojarzyłam, że od wczoraj trąbili w radiu coś na temat załamania pogody. Najwidoczniej słuchałam bez zrozumienia. Burza kompletnie mnie zaskoczyła.
W przeciwieństwie do mnie większość przechodniów była przygotowana na tę gwałtowną zmianę aury, gdyż ludzie w pośpiechu otwierali parasole. Na szczęście woziłam w audi zapasowy. Psiocząc pod nosem z powodu własnej głupoty, wyjęłam parasolkę ze schowka. Niechętnie wysiadałam, ubrana jedynie w zwiewną sukienkę. Ulewa natychmiast uderzyła z hukiem w czarną poliestrową czaszę, a rwetes miasteczka zmieszał się z potokiem spadającej wody. Nie mogłam pozwolić sobie na przeczekanie burzy, bo śpieszyłam się na umówione spotkanie u notariusza. Skulona pod parasolem szybko podążałam w stronę celu, omijając błyskawicznie powstające kałuże. W dzieciństwie lubiłam po nich brodzić na bosaka. Teraz zaś miałam na nogach nowe buty i bardzo nie chciałam ich zmoczyć. Z tamtych niewinnych zabaw wyrosłam wiele lat temu.
Kancelaria Agaty Warczak mieściła się nieopodal, w przedwojennej, odrestaurowanej kamienicy. Weszłam na klatkę schodową i pomyślałam, że notariuszka przeszła w życiu daleką drogę. Na pewno nie brakowało jej szczęścia. Stary budynek, w którym mieszkała i urzędowała, należał do rodziny jej męża, również notariusza, i był na swój sposób nie tylko nobliwy, ale też bardzo wygodny. Dobrze wiedziałam, że nawet w upały nie potrzebował do życia klimatyzacji. Z grubymi murami i wysokimi kondygnacjami zawsze witał przybywających przyjemnym chłodem. Złożyłam parasolkę, poprawiłam potargane włosy. Energicznym krokiem ruszyłam przed siebie. Agata przyjmowała na parterze.
Sekretarka przesadnie rozpromieniła się na mój widok. Była młoda i dopiero tu zaczynała. W białej klasycznej bluzce, szarej spódnicy do kolan i w butach na niezbyt wysokim obcasie wyglądała profesjonalnie. Niemal jak pracownica korporacji. Służbowy dress code, jak widać, był respektowany i tutaj. Włosy uczesała skromnie w koczek.
– Dzień dobry. – Poderwała się z krzesła. – Pani Korolczuk, cieszę się, że pomimo takiej pogody udało się pani dotrzeć na czas. Chce pani osuszyć się przed spotkaniem? A może zaproponuję kawę? – zasypała mnie pytaniami.
– Dziękuję, nie ma takiej potrzeby. W zupełności wystarczy, jeśli wybawi mnie pani tylko od tego balastu. – Wyciągnęłam dłoń z parasolką. – Nie chciałabym, żeby woda nakapała Agacie na parkiet.
– Oczywiście. – Na jej ustach, podkreślonych delikatnie matową pomadką, ponownie zagościł uśmiech. Pomyślałam, że trudno o aż tak gorliwych pracowników, i że ona musi tu jednak pracować na jakiejś umowie próbnej, skoro tak bardzo starała się zaskarbić moją sympatię.
– Pani rejent już na panią czeka w swoim gabinecie. Bardzo proszę, może pani wejść. – Zalała mnie kolejną porcją uprzejmości i ruchem dłoni wskazała kierunek, w którym powinnam się udać, co w zasadzie nie było konieczne, ale dobrze o niej świadczyło. Mogłam mieć przecież sklerozę i zgubić się w niezbyt długim korytarzu, w którym znajdowały się trzy pary drzwi. Przez jedne z nich, po lewej, wchodziło się do gabinetu męża Agaty. Przez drugie – do mojej koleżanki, a przekroczywszy trzecie, człowiek wchodził do toalety i miał okazję przyjrzeć się sobie w ogromnym lustrze. Doskonale wiedziałam, gdzie przyjmuje Agata, bo w końcu w ciągu ostatniego pół roku byłam tu dosyć częstym gościem i to niekoniecznie z powodu interesów. Odświeżałam znajomość z koleżanką z wiejskiej podstawówki. Czasami do niej wpadałam, tak po prostu, na zwykłe babskie pogaduchy.
Agata czekała na mnie w otwartych drzwiach.
– Chodź, Natalio, dobrze, że dotarłaś. Co za pech, że złapała cię ta burza. Bardzo zmokłaś? – spytała z niekłamaną troską. Potem zrobiła unik, żeby mnie wpuścić do środka, a ja przechodząc obok, po raz kolejny pomyślałam, jaka jest nie tylko zgrabna i wysoka, ale i elegancka. Idealnie wpasowała się w to miejsce. Ciemna, jednorzędowa marynarka o formalnym charakterze, którą tego dnia miała na sobie, dodawała jej szyku.
– Nie zmokłam, bo zaparkowałam blisko. Zresztą na sam deszcz nie śmiałabym narzekać. Susza tego roku już mi się ostro dała we znaki.
– Rozumiem. – Uśmiechnęła się delikatnie. – Czego się napijesz?
– Raczej niczego, dziękuję. Mam dzisiaj jeszcze parę spraw do załatwienia, więc sama wiesz, jak to jest, gdy człowiek się śpieszy. – Spojrzałam na nią porozumiewawczo. – Wolę nie przedłużać, tym bardziej że burza chyba rzeczywiście rozkręca się na dobre… – Wyjrzałam z niepokojem przez okno. Robiło się tam nie za wesoło.
Jakby na potwierdzenie moich słów, gdzieś całkiem niedaleko walnął kolejny piorun, a światło zapalonej żarówki na moment zamigotało.
– Ożeż! – krzyknęła przestraszona notariuszka. – Żeby nam tylko prądu nie wyłączyli, bo w ogóle nic nie załatwimy. Poczekaj minutkę, już się organizuję. – I ponaglona zaistniałą sytuacją, skupiła się na ekranie komputera.
Powiodłam wzrokiem dookoła. Nie tylko Agaty strój, ale i cała aranżacja gabinetu podkreślały autorytet i prestiż wykonywanego przez nią zawodu. Gabinet oczywiście był odpowiednio reprezentacyjny. Za każdym razem, gdy tutaj byłam, moją uwagę przykuwały zarówno kunsztowne kinkiety, jak i żyrandol. Nie zdziwiłabym się w ogóle, gdyby okazało się, że to dzieło samego Henryka Grunwalda, którego projekty ozdabiały siedziby wysokich urzędników w państwie. Kolorystyka nie przytłaczała, była raczej stonowana, bo nie miała prawa odwracać uwagi od istoty spraw, z którymi przychodzili klienci. Siedziałam na miejscu przeznaczonym dla petenta, po drugiej stronie wyjątkowo olbrzymiego biurka.
– Okej, to zaczynajmy, daj mi tylko dla formalności swój dowód – poprosiła Agata i rozsiadła się wygodniej. – Jest tak, jak się umawiałyśmy, akt mam już przygotowany. Odczytam ci go teraz i możemy podpisać.
– Świetnie. – Gdy tylko to powiedziałam, niebo przeszyła kolejna błyskawica.
– Niemniej zapytam, wiesz, tak z sympatii, na pewno jesteś na ten krok w stu procentach zdecydowana? Możesz jeszcze zmienić zdanie…
– Niczego już nie zmienię. Jestem zdecydowana i chcę to wreszcie zdjąć z siebie.
– Rozumiem. – Pokiwała poważnie głową, a złote wiszące kolczyki z perełkami zatańczyły w jej uszach. – Spadek po zmarłej Stanisławie Dąbek mógł zostać przyjęty lub odrzucony. – Przeszła do konkretów. – Odrzucasz go w ustawowym terminie i muszę cię poinformować, że twoja decyzja, co do zasady, jest nieodwołalna. Po złożeniu oświadczenia przed notariuszem nie wchodzi już w grę zmiana decyzji. Chyba że składasz takie oświadczenie na przykład pod wpływem groźby. Natalio, czy nie grozi ci żadne niebezpieczeństwo majątkowe lub osobiste? – W tym momencie zajrzała mi przenikliwie w oczy.
– Powtarzasz się – odpowiedziałam lekko. – Działajmy, pani rejent, dopóki jest prąd. – Oparłam się plecami o wysokie i w sumie bardzo niewygodne krzesło, czekając na ciąg dalszy. Domyśliłam się, że zgodnie z urzędowymi formalnościami chce mnie po raz kolejny poinformować o wszystkich ewentualnych skutkach. Tymczasem ona nie spuszczała ze mnie badawczego wzroku.
– Agato, dzięki Bogu, nie grozi mi już żadne niebezpieczeństwo – zapewniłam. – No, chyba że trafię na kolejnego remontowego partacza i którejś nocy dom mi się zwyczajnie na łeb zawali. Wówczas istotnie mogłabym żałować, że tak lekko rozstaję się z tą chałupką Stasi. Ale jak sama wiesz, jestem dobrej myśli – rzuciłam, aby i do niej wreszcie dotarło, iż działam w pełni świadomie i że naprawdę wiem, co robię.
– Zatem świetnie! Skoro wszystko jest dla ciebie zrozumiałe, to zaczynajmy.
Wyprostowała się, założyła okulary i urzędowym głosem przeszła do odczytywania aktu:
– Dnia dwudziestego dziewiątego czerwca dwa tysiące dziewiętnastego roku w kancelarii notarialnej w Wędzinie przy ulicy Staszica piętnaście, przed notariuszem Agatą Warczak stawiła się Natalia Korolczuk, córka Anastazji, ojciec… nieznany – wymówiła to ciszej, a następnie odczytała mój PESEL i adres. – Tożsamość stawiającej notariusz ustalił na podstawie dowodu osobistego wskazanego przy jej nazwisku. – Przeczytała dane dokumentu. – Protokół przyjęcia oświadczenia o odrzuceniu spadku. Natalia Korolczuk oświadcza, że w całości odrzuca spadek po zmarłej Stanisławie Dąbek… – kontynuowała.
Na moment odpłynęłam. Oczyma wyobraźni ujrzałam Stasię, jakby żywą, w kwiecistej chustce na głowie. Starałam się nie osądzać tej kobiety, dlatego pamięć podsuwała mi w zasadzie same dobre wspomnienia. Nikt inny, tylko ona, zatroszczyła się o mnie, gdy przegrana i załamana wróciłam do Romanówki pod koniec ubiegłego roku. Na chwilę poczułam w ustach smak barszczu, którym mnie pewnego dnia uraczyła, i żal intensywniej chwycił mnie za gardło. Tego rudego drania, Frycka, też jej zawdzięczałam. Nawet bez spadku po Stasi i tak do końca życia będę o niej pamiętała. Pomimo zdziwienia wielu osób, moralnie nie czułam się na siłach, by skorzystać z jej zapisu. Myślałam o tym wystarczająco dużo przez ostatnie pół roku.
– Akt ten odczytano, przyjęto i podpisano. – Dotarło do mnie, że Agata właśnie skończyła.
– Dziękuję, pani rejent. – Uśmiechnęłam się z wdzięcznością. – To gdzie mam teraz podpisać?
– Już wszystko ci pokazuję.
Złożyłam podpis, a za pozbycie się darowanego spadku musiałam uiścić opłatę.
– I po kłopocie – skwitowała Agata lekko.
– A żebyś wiedziała. Krowa Stasi przez tyle czasu trwa na przechowaniu u sołtysa. Teraz w końcu ma szansę wrócić do domu. O ile nowy gospodarz od razu jej nie sprzeda.
– Fakt, to nie jest zbyt sympatyczny człowiek… Teraz będzie twoim sąsiadem. – Uśmiechnęła się.
Machnęłam lekceważąco ręką.
Pomyślałam, że społeczeństwo to w końcu pełny przekrój ludzi. Czasami musi na kogoś paść, żeby mieć za sąsiada nawet amebę umysłową. Z mężem wzięłam rozwód, a nie miałam złudzeń, że z sąsiadem nie da się tego zrobić. Czas pokaże, może się jeszcze między nami jakoś poukłada. Starałam się myśleć optymistycznie.
– Natalio, wiesz, że ten facet najprawdopodobniej nie doceni twojego szlachetnego gestu, on jest przekonany, że po prostu stchórzyłaś.
– Nie dbam o to, bo nie mam wpływu na to, co on o mnie myśli. Nie jestem w stanie go zmienić, ale mogę mieć wpływ na przebieg naszych dalszych relacji. Mam nadzieję, że to, co właśnie zrobiłam, nie pozostanie bez echa. I jakoś ułożą się nasze sąsiedzkie kontakty, a jak nie, to też przeżyję.
– W takim razie powodzenia i cieszę się, że jesteś dobrej myśli.
– Agato, dzięki za wszystko. – Podniosłam się i zbierałam do wyjścia.
– Ciągle leje, nie chcesz zaczekać, aż chociaż trochę przestanie?
– Nie, dam sobie radę, ale dziękuję za troskę. – Była życzliwym człowiekiem.
Odebrałam parasolkę od sekretarki i z aktem notarialnym pod pachą opuściłam kamienicę przy Staszica. Lało w najlepsze. Wiosną założyłyśmy z Martą warzywnik, więc deszcz przynajmniej dzisiaj zaoszczędzi nam podlewania wielu grządek. Natomiast zachmurzone niebo mogło pokrzyżować zupełnie inne plany. O ile dobrze zapamiętałam ustny przekaz Zofii, to jutro nastanie ten długo wyczekiwany przez nas dzień, kiedy wreszcie ujrzę na własne oczy skarb, z powodu którego Dorota omal mnie nie zabiła. Niestety, żeby zegar słoneczny mógł wskazać jedyny właściwy kierunek do jego odkrycia, potrzebne było słońce, a nie deszcz. Miałam śledzić cień, który wskaże gnomon, a potem iść w tamtą stronę sześćdziesiąt kroków. Skręcić w lewo i przejść kolejne sześćdziesiąt kroków. Rany, jakie to było z pozoru proste, o ile się wiedziało, gdzie należało szukać. Już od tygodni czekałyśmy na ostatni dzień czerwca, żeby przekonać się, ile w ogóle w całej tej historii było prawdy. Całkiem sporo osób wierzyło, że skarb Zofii istnieje, i że przez całe lata czekał na szczęśliwego odkrywcę. Ja niestety też uwierzyłam, chociaż nie ogarnęła mnie żądza posiadania skrzyni z klejnotami bądź innymi dobrami, które to miałyby za zadanie zapewnić mi szczęśliwe i dostatnie życie aż do samej śmierci. Nie uzależniałam swojego szczęścia od grubości portfela. Prawdziwe szczęście nie miało nic wspólnego z pieniędzmi.
Wierzyłam, że babcia, mimo iż całe życie udawała kogoś, kim tak naprawdę nigdy nie była, w tej jednej jedynej sprawie nie skłamała. Po cóż miałaby oszukiwać dziecko? Już od jakiegoś czasu przestałam myśleć, że była wariatką. Pogodziłam się z tym, że jej obłęd to była wyłącznie zasłona dymna, rozpostarta najprawdopodobniej w celu ochrony tegoż skarbu. Naprawdę przytrafiła mi się w życiu nierealna i popaprana historia. Zaplanowałam na jutro poszukiwanie czegoś ulotnego, więc może to ja byłam stuknięta? Snucie wizji o ukrytych kosztownościach przez całą zimę było też stałym zajęciem Marty. Z tego powodu nieraz się z niej śmiałam. Rozmawiałyśmy wielokrotnie, oczywiście też na poważnie, zastanawiając się, czy finalnie cały ten skarb, o ile go znajdziemy, nie okaże się naszym utrapieniem. Targały nami wątpliwości. Nawet jeśli wykopiemy go jutro, czy powinien należeć do nas? Jeśli to będzie coś o znacznej wartości materialnej, naukowej bądź historycznej, byłyśmy świadome, że należy to zgłosić do odpowiednich władz. Na pociechę mogłyśmy liczyć, iż dostaniemy nagrodę od Skarbu Państwa. Ustawodawca ma przede wszystkim na względzie ochronę dziedzictwa kulturowego. Zadawałyśmy sobie różne pytania. Czy kosztowności zgromadzone przez Zofię w czasach okupacji nie były wyłącznie naszym dziedzictwem? Marta bardzo się tym przejmowała. Z jednej strony była skarbu ciekawa, ale z drugiej nie chciała, by ściągnął na nas kłopoty. Czy żałowałam, że wyznałam córce prawdę? Nie, nie żałowałam. Wcześniej czy później i tak by się dowiedziała, a mnie zależało, by dowiedziała się tego ode mnie. Na szczęście miałam oddaną przyjaciółkę, która postanowiła wesprzeć nas, gdy będziemy dokonywały odkrycia.
Dzisiaj w Bergen Karolina wsiadła do samolotu i za dwie godziny miałam ją odebrać z Warszawy. Dlatego musiałam odmówić Agacie wspólnej kawy, bo śpieszyłam się na Okęcie.
Zatankowałam audi pod korek. Wyznaczyłam trasę i słuchając irlandzkich kawałków, jechałam w strugach deszczu. Wraz z przejeżdżanymi kilometrami zostawiałam burzę za sobą, a gdzieś w połowie drogi zupełnie przestało padać i nareszcie wyjrzało słońce. Przylot Karoliny cieszył mnie bardziej niż odkrycie skarbu. Odkąd wyjechała do Norwegii, mimo że miałyśmy ze sobą stały kontakt, nieustannie mi jej brakowało. Chwała internetowi za możliwość szybkiego i łatwego kontaktu, ale ujrzeć ją ponownie na polskiej ziemi to było, jak mawiał klasyk – bezcenne! Wiedziałam, że i ona nie mogła doczekać się spotkania. Siedząc dzisiaj w samolocie, wysłała mi selfie z dopiskiem, że już naprawdę zaraz będzie. Bała się latać, o czym mało kto wiedział. Tym bardziej doceniałam to, co dla mnie robiła. Moja przyjaciółka, chociaż była weterynarzem, namiętnie kochała wszystko, co stare. Stare domy przede wszystkim, a mój w szczególności. I wcale nie ukrywała, że głównie z jego przyczyny zainteresowała się moją osobą. Ale nie dbałam o przyczyny. Grunt, że się polubiłyśmy i nadawałyśmy na tych samych falach. Przyjaźń w tych samolubnych i materialistycznych czasach uznałam za wyjątkowy dar.
Marta zainstalowała mi w telefonie aplikację, dzięki której mogłam śledzić lot. Szczęśliwie znalazłyśmy się w Warszawie niemal jednocześnie. Zaparkowałam i biegiem udałam się na poszukiwanie właściwego terminalu. Karolina miała przylecieć tylko z małym podręcznym bagażem, bo postanowiła w Polsce zaopatrzyć się w kompletnie nową garderobę. Odprawa nie powinna potrwać długo.
Czekałam podekscytowana, z radosną niecierpliwością wypatrując rudej głowy i zielonego T-shirtu.

Reasumując: do rąk dostałam świetną obyczajową powieść z wciągającą akcją sensacyjną i bardzo interesującym rysem historycznym, przy której miło spędziłam czas przymusowej "kwarantanny" i Was również do tej lektury i podróży literackiej gorąco zachęcam. Miłego czytania!

Kochani, ta część jest bardzo dobrą kontynuacją, dużo się dzieje, a odgadnięcie sprawcy, a może sprawców, wcale nie jest takie łatwe. Naprawdę dobre obyczajówki z wątkiem kryminalnym.

Cieszę się, że dałam szanse tej powieści, bo gdyby nie to przeszłaby mi koło nosa naprawdę intrygująca lektura. Tajemnica sprzed lat, poszukiwanie prawdy i aktualne wydarzenia połączyły się w opowieść od której ciężko się oderwać. "Przysługa" to niby prosta powieść obyczajowa, ale czyta się lepiej niż nie jeden thriller!

 „Przysługę” polecam wszystkim tym, którzy szukają lekkiej powieści obyczajowej z odrobiną humoru i wątkiem kryminalnym. 

 

Historia przemyślana i spójna, pewnie, że mało prawdopodobna ale czy to coś złego? Zaskakuje i trzyma w napięciu. Wciągająca bardzo, ciekawie napisana.

Napisz swoją opinię i oceń książkę

Przedstaw się



Twoja ocena


WYŚLIJ