Powieść obyczajowa
Wygrane marzenia
26,99 zł
38,99
KUP TERAZ

Wygrane marzenia

brak opinii
Liczba stron: 368
ISBN: 9788327646910
Premiera: 2020-02-12

Poruszający romans o drugiej szansie

Ranczer z Wyoming znajduje miłość tam, gdzie się jej najmniej spodziewał.

Micah Torrance ma ręce pełne roboty. Nie dość, że zarządza wielkim ranczem w Wyoming, to jeszcze samotnie wychowuje małoletnią córkę – a Janey potrafi zaleźć za skórę. Ten kowboj nie ma w zwyczaju prosić o pomoc, lecz gdy na ranczu zjawia się piękna Karina, nie jest w stanie się jej oprzeć i proponuje jej pracę opiekunki. Uroczy uśmiech opiekunki i świetne podejście do Janey sprawiają, że Micah pragnie zaufać Karinie. Sam najlepiej jednak wie, że miłość tylko rodzi cierpienie.

Doskonała łyżwiarka Karina Carter potrzebuje oddechu i czasu, żeby dojść do siebie po kontuzji. Opiekę nad Janey traktuje jako tymczasowe zajęcie, dopóki nie będzie mogła wrócić na lód. Przynajmniej tak sobie wmawia. Im dłużej jednak przebywa w towarzystwie szefa, tym bardziej czuje się z nim związana. Rozmyśla nawet o wspólnej przyszłości i rodzinie. Gdyby tylko zdołała go przekonać, że chce zostać i spędzić z nim życie, jej szczęście nie znałoby granic.

Diana Palmer
Diana Palmer, a właściwie Susan Spaeth Kyle napisała pierwszą powieść w 1979 roku. Wcześniej przez szesnaście lat pracowała jako dziennikarka w dziennikach i tygodnikach. Wydała ponad dziewięćdziesiąt książek, które przetłumaczono na wiele języków. Zdobyła siedmiokrotnie nagrodę Waldenbooks National Sales, czterokrotnie B. Dalton National Sales Award, dwukrotnie BookRack National Sales Award i wiele innych (Lifetime Achievement Award, Affaire de Coeur, RWA). Jest członkinią wielu towarzystw i zrzeszeń – Native American Rights Fund, American Museum of Natural History, National Cattlemen’s Association, Archeological Institute of America, Planetary Society, Georgia Conservancy, Georgia Sheriff’s Association i wielu organizacji dobroczynnych. Od 1972 roku jest żoną Jamesa Kyle’a, z którym ma jednego syna. W wieku czterdziestu pięciu lat wróciła na uczelnię, by uzupełnić wykształcenie. Ukończyła historię, archeologię i filologię hiszpańską. Namówił ją do tego mąż, który porzucił karierę urzędnika, ukończył studia informatyczne i założył firmę komputerową. W 1998 roku porzucił ten zawód i poświecił się karierze sportowej. Zdobył liczne nagrody i medale na lokalnych, krajowych i międzynarodowych zawodach w strzelaniu do rzutków. W wolnym czasie Susan uprawia ogródek, czyta książki z dziedziny archeologii i antropologii, słucha muzyki. Uwielbia iguany.

ROZDZIAŁ PIERWSZY

Okrzyki tłumów dudniły jej w uszach, jakby tam była. Na trybunach błyskały tysiące fleszy, z głośników sączyła się piękna muzyka. Słyszała zgrzyt łyżew sunących po równiutkiej, wygładzonej rolbą tafli. Widziała tamte perfekcyjne podnoszenia i wyrzuty w wykonaniu jej partnera, kiedy mknęli po złoto na mistrzostwach świata. Widziała tamto stanowisko sędziowskie. Czuła ciężar medalu wiszącego na szyi i tę euforię, kiedy stanęła przed prasą, opowiadając o swoich zmaganiach i tragediach, które doprowadziły ich duet do zwycięstwa. Niedługo potem kolejna tragedia: wypadek, przez który wylądowała w szpitalu zaledwie kilka dni przed rozpoczęciem treningów do mistrzostw USA, a przy odrobinie szczęścia do zimowych igrzysk w Pjongczangu. Nadzieje na olimpijskie złoto szybko uleciały. Operacja kostki pogrzebała jej marzenia. Przepadło. Wszystko przepadło. Rozwiało się jak ten sen, kiedy ocknęła się w swoim łóżku w pustym mieszkaniu.
Karina Carter poszła do kuchni zaparzyć kawę. Nadal czuła się dziwnie bez gipsu i ortezy, w których paradowała przez pięć miesięcy. Chodziła na fizjoterapię, a noga powoli się goiła. Ale jej partner, Paul Maurice, zmuszony był trenować z inną łyżwiarką, która nie reprezentowała tego samego poziomu co ona. Jeśli się sprawdzi, Paul miał się rozstać na dobre z Kariną – za jej zgodą, rzecz jasna – i zacząć przygotowania do mistrzostw krajowych.
Na początku roku on i Karina zajęli wysokie lokaty w zawodach Grand Prix i Mistrzostwach Czterech Kontynentów, co w połączeniu ze złotem zdobytym na mistrzostwach świata właściwie zapewniało im miejsce w drużynie olimpijskiej. Ale po ostatnich zawodach międzynarodowych doznała tej okropnej kontuzji.
Teraz, pół roku później, nadszedł czas rozstania. To oznaczało, że będą się musieli pożegnać ze stypendium sportowym, które Związek Łyżwiarstwa Figurowego przyznaje zawodnikom startującym w turniejach wysokiej rangi. Paul i Karina spełniali najwyższe kryteria. Ale jeśli Paul zmieni partnerkę, czego jeszcze oficjalnie nie potwierdził, oboje stracą dofinansowanie.
Mając to na uwadze, Karina zaczęła się rozglądać za pracą. Skoro wypadła z rywalizacji – być może na zawsze – jej konto bankowe mocno to odczuje. Musiała podjąć trudną decyzję dotyczącą swojej kariery. Paul to rozumiał. Zawsze ją wspierał bez względu na to, co postanowiła. Karina miała nadzieję, że dotrze się z nową partnerką i będzie mógł dalej startować w zawodach. Jeśli bez reszty poświęcą się ciężkiej pracy i przebrną przez kolejne eliminacje, a potem mistrzostwa krajowe, w przyszłym roku będą mieć szansę na udział w większych imprezach. Choć pewnie nie w igrzyskach. Nowy duet musiał sporo trenować, żeby w ogóle się wyrobić na wcześniejsze konkursy. Występy par były najtrudniejszą z konkurencji w łyżwiarstwie figurowym, bo wymagały idealnego zgrania kroków i ruchów.
Ale Karina już się tym nie martwiła. Zrezygnowała. Lekarz zdołał ją przekonać, że powrót na lód byłby szaleństwem. W sumie nawet jej to odpowiadało. Myśl o jeżdżeniu ją przerażała. Bała się nawet spróbować. Tamten upadek był naprawdę straszny.
Tego dnia miała rozmowę o pracę w Catelow, na północ od Jackson Hole i małego miasteczka, w którym się urodziła. Tuż po tragedii, która odebrała jej rodziców, mieszkała u Paula i jego bliskich. Rodzice nie żyli już od trzech lat. Jak na ironię, zginęli w katastrofie lotniczej, kiedy wracali do domu z ostatnich igrzysk, w których startowała Karina. To doszczętnie ją zdruzgotało. Ona i Paul tak ciężko trenowali… Chcieli, żeby rodzice byli z nich dumni, a zajęli zaledwie ósme miejsce. Za to w tym roku wygrali zawody krajowe, Grand Prix, no i jeszcze mistrzostwa świata. Gdyby nie ten upadek…
Mistrzowskie złoto podniosło ich na duchu, rozbudzając apetyt na kolejne zwycięstwa, które pozwoliłyby im wrócić na igrzyska. Niestety wypadek Kariny, do którego doszło akurat na treningu, odebrał jej wszelkie nadzieje na ponowny start w olimpiadzie. Paul czuł się winny, bo wyrzucił ją za wysoko podczas jednego z popisowych skoków. Ale to Karina źle wylądowała. W zasadzie to była jej wina.
Nowy trener próbował ją pocieszać. Powtarzał, że po operacji będzie potrzebować kilku miesięcy, żeby kostka całkiem się zrosła, ale potem wróci na lód. Przyznał, że nie obędzie się bez fizjoterapii i regularnych wizyt u lekarza. Ale mogła to zrobić, nawet jeśli powrót do zdrowia miałby jej zająć rok, czego także nie wykluczał. Trener również był znakomitym łyżwiarzem i wiedział, że jeden wypadek nie przekreśli jej szans na zdobycie olimpijskiego złota. W końcu została nazwana na cześć dwóch wielkich łyżwiarek! Jej imię – Karina – powstało z połączenia imion Katariny Witt i Iriny Rodniny, które były wielokrotnymi mistrzyniami olimpijskimi i idolkami jej zmarłej matki.
Karina kwitowała optymistyczne prognozy trenera słabym uśmiechem i mówiła, że się postara. Ale w nocy pojawiał się strach i odbierał jej pewność siebie. Co, jeśli uraz kostki miał jakieś głębsze podłoże? W końcu wcześniej złamała tę samą nogę w katastrofie, w której straciła rodziców i którą tylko ona przeżyła. Co, jeśli to się powtórzy i już do końca życia będzie kaleką? Te wszystkie piękne wysokie skoki, salchowy, lutze i powietrzne piruety… Owszem, publiczność je uwielbiała, ale nie zdawała sobie sprawy, jak bardzo są niebezpieczne. Wielu łyżwiarzy wykonując je, doznało poważnych kontuzji, które odmieniły ich życie; niektórzy musieli na zawsze pożegnać się z tym sportem. Karina wprawdzie przywykła do siniaków i stłuczeń – każdy łyżwiarz od czasu do czasu zaliczał upadek – ale uraz tej samej nogi, którą wcześniej złamała, był naprawdę niepokojący.
Przez te wszystkie miesiące, kiedy wracała do zdrowia, straciła wiarę w siebie. Bała się wejść na lód. Strach zmroził ją tak, że nawet nie chciała spróbować. Przez pięć miesięcy – a raczej już sześć bez tygodnia – pracowała z fizjoterapeutą nad tym, żeby przynajmniej móc chodzić. Na nic innego nie robiła sobie nadziei. Wiedziała, że nie zdąży wyzdrowieć do zawodów krajowych, do których zostały raptem trzy miesiące. Musiałaby wrócić do treningów i odzyskać pewność siebie, a już sama ta wizja napawała ją przerażeniem.
Mistrzostwa USA miały się odbyć w styczniu przyszłego roku, tuż przed igrzyskami w Pjongczangu, ale Karina była pewna, że w nich nie wystartuje. Wysokie pozycje, które zdobyła z Paulem w konkursach międzynarodowych, zwiększały ich szanse na to, żeby się dostać do reprezentacji, tylko że Paul już testował nową partnerkę.
Ta sytuacja strasznie ją przygnębiała.
Jej finanse również nie miały się najlepiej. Karina musiała dostać tę pracę w Catelow, żeby jakoś przetrwać, dopóki nie zdecyduje, co zrobić ze swoim życiem. Jeśli ona i Paul stracą stypendium sportowe, o którym nowe pary bez dorobku punktowego mogły tylko pomarzyć, będzie mieć problem z pieniędzmi. Przez trzy lata studiowała historię. Miała dobre wyniki i nie bała się ciężkiej pracy. Mogła wrócić do college’u, postarać się o stypendium naukowe, zdobyć licencjat, a potem wykładać na uczelni. Czemu nie? Polecieć na Marsa też mogła…
No cóż, raczej nie miała dużego wyboru.
Jeździła z Paulem, odkąd skończyła dziesięć lat. Paul był dla niej jak brat, a ona została matką chrzestną jego bliźniąt. Gerda, żona Paula, także uprawiała łyżwiarstwo – poznali się pięć lat temu podczas mistrzostw świata. Karina kochała swoich chrześniaków i zazdrościła Paulowi rodziny. Wiedziała jednak, że to nie dla niej, że nie jest gotowa na takie zobowiązanie. Na pewno nie teraz.
Biedny Paul chciał się wycofać z rywalizacji, ale Karina nalegała, żeby znalazł sobie inną partnerkę. Nie była pewna, czy jeszcze wróci do sportu i czy w ogóle tego chce. Musiała sobie odpuścić, dopóki nie wydobrzeje, kto wie, czy nie na zawsze. Niewyleczone złamanie kostki mogło mieć przykre konsekwencje. Jej lekarz chciał, żeby zrobiła sobie przerwę na sześć do dwunastu miesięcy. Właściwie to powiedział wprost, że powinna zapomnieć o karierze łyżwiarskiej i znaleźć sobie mniej niebezpieczne zajęcie. Jej noga już kiedyś ucierpiała w wypadku, dlatego nowy uraz stawu mógł doprowadzić do jeszcze większych dolegliwości bólowych, a ponieważ chodziło o nogę, na której Karina zwykle lądowała, kolejne starty w zawodach mogły mieć fatalne skutki.
Jego opinia zabolała ją bardziej niż złamanie. Nie była pewna, czy jeszcze kiedyś odważy się włożyć łyżwy. O dziwo, poza stłuczeniami i naciągniętymi mięśniami do tej pory nie miała żadnego poważnego wypadku, a uprawiała ten sport od trzeciego roku życia. Inni łyżwiarze, którzy często wypadali z gry z powodu jakiegoś niefortunnego incydentu, i to na wiele tygodni, a nawet miesięcy, wręcz żartowali z jej bezkontuzyjnego przebiegu kariery.
Kiedy niespełna rok temu ona i Paul zdobyli mistrzostwo świata, mieszkańcy Jackson Hole okrzyknęli ją „Legendą Wyoming”. To zwycięstwo dodało jej skrzydeł. Nigdy w życiu nie czuła się tak wspaniale. Ale straciła szansę na to, żeby zostać prawdziwą legendą łyżwiarstwa. Nawet teraz, mimo strachu, który tkwił w niej głęboko, ta jedna myśl o olimpijskim złocie wciąż ją prześladowała.
Niegdyś uwielbiała chodzić na treningi. Wkładanie łyżew, sznurowanie i to uczucie, kiedy ostre płozy cięły lód, przyprawiało ją o ekscytację. Ale teraz była zwykłą dwudziestotrzylatką, Kariną Mirandą Carter, a nie Mirandą Tanner. Ten pseudonim, powstały z połączenia jej drugiego imienia i nazwiska panieńskiego matki, towarzyszył Karinie przez wiele lat i pozwalał zachować pewną anonimowość, która, jak twierdziła jej rodzicielka i była mistrzyni olimpijska, pewnego dnia mogła się jej przydać.
To prawda. Słynni sportowcy po prostu nie mają prywatnego życia.
Karina przypomniała sobie, jak matka ją dopingowała; cieszyła się nawet z tego ósmego miejsca wywalczonego na igrzyskach. Ona w swojej karierze nieraz doznawała kontuzji i zawsze wracała na lód. Ale Karina nie była aż tak zdeterminowana i pewna siebie.
W Catelow, gdzie ubiegała się o posadę opiekunki u bogatego ranczera i wdowca, nikt jej nie znał. Karina kochała dzieci, ale nigdy nie myślała o tym, żeby mieć własne. Łyżwiarstwo było całym jej życiem. Ona i jej partner całymi dniami ćwiczyli na lodowisku, doskonaląc technikę pod okiem trenera, który nieustannie podnosił im poprzeczkę, wymyślając iście bajeczne układy. A jeden z tych układów pomógł im zdobyć mistrzostwo świata. To był punkt zwrotny w ich życiu, bo jedno z najważniejszych marzeń się spełniło. Niestety po wypadku Kariny kolejne marzenie, to o olimpijskim złocie, prysło. Musieli odłożyć je na półkę jak sentymentalną pamiątkę, która z czasem, choć wciąż ważna, pokryje się kurzem.
Karina nie mogła się ciągle oglądać za siebie. Powinna iść naprzód. Lekarz powiedział, że kostka się zrośnie. Musiała tylko uzbroić się w cierpliwość i ćwiczyć każdego dnia, choć trudno było przewidzieć, czy będzie w stanie jeździć tak jak dawniej. To było poważne złamanie. Karina wiedziała, że nie obędzie się bez dodatkowego wsparcia dla kostki, jeśli jeszcze kiedyś miała włożyć łyżwy. Właściwie to nie była nawet pewna, czy w ogóle tego chce. Z przerażeniem wspominała to fatalne lądowanie i towarzyszący mu trzask pękającej kości. Dopiero kiedy się przewróciła, dotarło do niej, że nie może stanąć na lewej nodze. Jej rozpacz i przerażenie powiększał fakt, że właśnie na niej zwykle lądowała. Myślała, że mimo intensywnej rehabilitacji kostka już nigdy nie będzie tak mocna i sprawna jak kiedyś. Lekarz dał jej to jasno do zrozumienia: „Stłuczone lustro nigdy nie będzie jak nowe”. Ot, wybrakowany towar. Stała się bezużyteczna.
Ale nie na tyle, żeby nie móc się zająć małą dziewczynką. Przynajmniej taką miała nadzieję. W liceum pracowała jako opiekunka do dzieci, a na wyjazdach zajmowała się bliźniakami Paula i Gerdy. Znała zasady pierwszej pomocy i wiedziała, co robić w drobnych nieszczęściach. Uczyła nawet w lokalnej podstawówce w ramach praktyk studenckich. Na pewno da sobie radę.
Zresztą nie miała innego wyboru. Był październik, a kontuzja pozbawiła ją źródła utrzymania. Musiała tylko przekonać potencjalnego szefa, niejakiego pana Torrance’a, że się nadaje do tej pracy. Ogłoszenie nie zawierało zbyt wielu informacji. Od kandydatek oczekiwano jedynie, by miały dobre podejście do dzieci i były gotowe zamieszkać na ranczu. Karina nie znała nawet imienia jego właściciela.
Sama dorastała na małym ranczu nieopodal Jackson Hole i kochała zwierzęta, więc perspektywa mieszkania na ustroniu jej nie przerażała. Co więcej, czuła się dobrze we własnym towarzystwie. Miała pewne zahamowania w kontaktach międzyludzkich, a już szczególnie stresowała się w obecności mężczyzn. Wszystkich. Bez wyjątku.
Pewnie dlatego wciąż była singielką…
Z Paulem przyjaźniła się od małego, ale poza tym właściwie nie miała żadnego życia towarzyskiego, a także nie była fanką luźnych związków. Została wychowana w religijnej rodzinie i cnota znaczyła dla niej więcej niż dla większości jej znajomych. Przelotne przygody na jedną noc nie były dla niej. Jeśli miała się kiedyś z kimś związać, to w grę wchodziło jedynie małżeństwo.
Jednak małżeństwo to ostatnia rzecz, o jakiej myślała. Miała prawdziwą obsesję na punkcie łyżwiarstwa i spędzała na lodowisku każdą wolną minutę. Nie opuściła się przez to w nauce, ale bardziej skupiała się na przyszłości, na wyznaczonych celach. Znajomi śmiali się, że sfiksowała, ale ona wiedziała, jak trudno zdobyć medal na zawodach. Nie dość, że to wyczerpujące fizycznie, to jeszcze na uczestników czyhały inne pułapki, jak choćby skomplikowane zasady i wewnętrzne rozgrywki. Sędziowie potrafili być stronniczy, a rywale bezwzględni. To nie był sport dla słabeuszy.
Ale Karina do nich nie należała, podobnie jak jej matka. Uwielbiała tę prędkość, to szaleństwo, a nawet dreszczyk związany z ryzykiem, które przecież wpisane jest w uprawianie łyżwiarstwa, i wytrwale wspinała się po kolejnych szczeblach rywalizacji – aż do tytułów mistrzyni USA i świata.
I co z tego wyszło? Miała dwadzieścia trzy lata i żadnej przyszłości na lodzie, a to, czy dostanie pracę, zależało od „tak” lub „nie” dziewięciolatki, której wcale nie musiała się spodobać. Co gorsza, to mogła być jedyna praca, do jakiej w ogóle się jeszcze nadawała.
Jej małe sportowe autko miało już na karku ładnych parę lat. Kupiła je, kiedy dobrze jej się wiodło dzięki kontraktom sponsorskim i publicznym występom dozwolonym przez Związek Łyżwiarski. Samochód był w niezłym stanie, choć niedawno Karina uderzyła w drzewo i wgniotła przedni zderzak. Nie było jej stać na naprawę karoserii, ale mechanik zapewniał, że wóz jest sprawny i bezpieczny. Pojechała nim więc na ranczo, przedzierając się przez zasypane śniegiem drogi, i dzięki nawigacji dotarła do celu.
Przed bramą wjazdową ujrzała strażnika. Zdziwiło ją to, bo po co na ranczu strażnik? Mężczyzna wyszedł z małej budki i spytał przyjaźnie, co ją sprowadza.
– Jestem umówiona na rozmowę o pracę – odparła z błyskiem w oku, podając gazetę z zakreślonym ogłoszeniem. – Dzwoniłam wczoraj i brygadzista pana Torrance’a powiedział, że mam się dziś zjawić o czternastej. Z Jackson Hole to kawał drogi. Podróż trochę mi zajęła – dodała z uśmiechem.
– Domyślam się, zwłaszcza w tym śniegu. Mogę zobaczyć jakiś dokument tożsamości? Proszę wybaczyć, ale mogę stracić pracę, jeśli tego nie sprawdzę.
Z tego Torrance’a musi być niezły tyran, pomyślała, ale wręczyła mu prawo jazdy.
– Okej, zgadza się z tym, co mam tutaj. – Wskazał palcem komórkę. – Pan Torrance czeka na panią w domu, to trzy kilometry dalej. Proszę trzymać się głównej drogi i nie zbaczać z trasy. Może pani zaparkować w dowolnym miejscu.
– Dziękuję.
– Jestem Ted – przedstawił się.
– Karina – odpowiedziała z uśmiechem.
– Miło mi. Mam nadzieję, że dostaniesz tę pracę.
– Dziękuję. Ja też. – Zawahała się i zanim zamknęła okno, spytała: – Dużo jest chętnych?
Pokręcił głową i uśmiechnął się smutno.
– Zgłosiła się jedna osoba, ale gdy zobaczyła, jakie to odludzie, zawróciła i odjechała. Niewiele się tu dzieje. Codziennie o osiemnastej zwijają chodniki.
– Już mi się podoba – stwierdziła rozbawiona. – Urodziłam się w High Meadow, to na południowy wschód od Jackson Hole. Tam też się niewiele działo. Lubię wieś, nigdy nie przepadałam za miastem – dodała niezbyt szczerze.
On również się roześmiał.
– Coś o tym wiem. W mieście pewnie bym usechł. Powodzenia! – rzucił, otwierając automatyczną metalową bramę.
Karina pomachała strażnikowi i ruszyła przed siebie.

Napisz swoją opinię i oceń książkę

Przedstaw się



Twoja ocena


WYŚLIJ