Thriller / Sensacja / Kryminał
Chłopcy, których kochano za mocno
26,99 zł
38,99
KUP TERAZ

Chłopcy, których kochano za mocno

Kazimierz Kyrcz
brak opinii
Liczba stron: 384
ISBN: 9788327646903
Premiera: 2020-01-20

Podobno nie wysiada się z pędzącego pociągu. Tę zasadę wyznaje zarówno Kuba Szpikulec, seryjny morderca, którego swoistym celem są prostytutki, jak i tropiący go funkcjonariusze z grupy zadaniowej. Ale Szpikulec to nie jedyne zmartwienie organów ścigania. Uwikłani w walkę z własnymi demonami policjanci robią co w ich mocy, by sprostać stawianym przed nimi wymaganiom. Nie cofną się nawet przed zawieraniem sojuszy z tymi, od których powinni trzymać się jak najdalej.

 

"Mroczny i brutalny dreszczowiec. Już nigdy nie spojrzycie na Kraków tak samo... ani na polską policję."

- Wojciech Chmielarz

Rozdział 1

 

Jak mogę nienawidzić kobiet, skoro moja mama jest jedną z nich?

BIURO

 

Słońce świeciło tak mocno, że omal nie oślepł. Pewnie dlatego zauważył tę dziewczynę dopiero, gdy usiadła na sąsiednim fotelu. Długie nogi, długie blond włosy. Miała na sobie sznurowane na rzymską modłę sandały, króciutką spódniczkę i bluzkę, która więcej odsłaniała, niż zakrywała.

Apetyczna sztunia, bez dwóch zdań. Porudzki przysunął się do niej odrobinę, na co zareagowała ostrzegawczym chrząknięciem. Nieprzystępna, cholera. Nieprzystępna w sposób typowy dla nastolatek, obnoszących się z seksualnością, a zarazem zasadniczych w oczekiwaniach. Z głowami pełnymi marzeń o królewiczach walczących o ich rękę. Właśnie takich nienawidził najbardziej.

Co chwila odwracała się do koleżanek stojących przy jej fotelu. Z tego, co wywnioskował, obgadywały nauczycieli.

Podobno kiedy poznajemy kogoś bliżej, w naturalny sposób tracimy do tej osoby dystans. Arturowi wydawało się to mało prawdopodobne. Niestety, zweryfikowanie tego twierdzenia przekraczało jego możliwości. Nigdy nie zdołał utrzymać stałego związku. Niestałego zresztą też nie.

Żeby zmienić ten stan rzeczy, zdecydował się udoskonalić swoje umiejętności obserwacyjne ‒ traktując to jedynie jako drogę do celu, rzecz jasna. Etap poprzedzający działanie.

Na przedramieniu nieznajomej widniała różowa plama. Wydawało mu się, że to rumień, ale gdy zerknął ponownie, przekonał się, że widzi ślad szminki. Niektóre tak robią, żeby dokładniej rozprowadzić mazidło na wargach. Dziewczyna posłała przyjaciółkom silikonowy uśmiech. Odsłoniła przy tym aparat na zębach, który bezsprzecznie dodawał jej uroku.

Choć kobiety są narzędziami Szatana, potrafią cieszyć oczy, pomyślał. Ta będzie w sam raz. Na raz.

            O ile oczywiście uda się oddzielić ją od reszty stada.

Nie musiał się starać. To przyszło samo. Wizja, w której złapał blondynę za kudły i szarpnięciem posłał na ziemię, pod swoje stopy. Wycierał nią kurz z podłogi. Kopał, gdzie popadło.

Nie zważając na jego plany, niedoszła ofiara wstała z fotela i w towarzystwie koleżanek opuściła wagon.

Szlag by trafił!

Ten niefart tak obrzydził mu dalsze telepanie się tramwajem, że postanowił przesiąść się do autobusu.

            Nie minęło nawet pięć minut, a w duchu pogratulował sobie intuicji.        

            Wśród pasażerów trafiła się całkiem ładna brunetka. Z asymetryczną fryzurą i ‒ dla odmiany ‒ z pełnym symetrii, pokaźnym biustem. Rozparta na fotelu, zwrócona twarzą w kierunku jazdy. Zamknięte powieki, w uszach czarne krople słuchawek. Obiema dłońmi wystukiwała powolny rytm na udach.

Nie słyszał muzyki, ale biodra cycatki, kołyszące się w odpowiedzi na dźwięk mocniejszych akordów, nadal stanowiły przyjemny widok. Skupił się na wyłowieniu z jej ruchów sugestii i sygnałów, dzięki którym zdołałby odgadnąć, co wzbudza w niej podobny entuzjazm.

Nie udało się, więc wyrwał słuchawki z uszu dziewczyny. Nie wdając się w wyjaśnienia, zaczął ją dusić. Ściskał szyję, gładką i ciepłą skórę, która pod naporem palców napinała się, tracąc barwę. Brunetka otworzyła przekrwione oczy, wpatrując się w niego ze zdziwieniem i pretensją. Bezwiednie przypomniał sobie aferę, którą wszczęła w sklepie sprzedawczyni, gdy zabawiał się z manekinem w stroju baletnicy.

Czy to jego wina, że zawsze podniecały go tancerki? Przecież, do cholery, nie skrzywdził tamtej dupy z plastiku!

Szkoda, że to całe duszenie, ta zemsta wywierana na nieznajomej, nie jest jawą, lecz wyłącznie pięknym, niedościgłym snem. Wzdrygnął się, obrzucając ostatnim spojrzeniem wciąż zamkniętooką cycatkę, po czym wysiadł.

Miał coś ważnego do załatwienia.

Wizytę na poczcie.

Krew, gwałt i łzy musiały poczekać.

Z przystanku nie było daleko. Przeszedł chodnikiem wzdłuż urządzonych na parterze bloku banków, aptek i sklepów, minął wystających pod całodobowym koneserów czasoumilaczy, by przez podwójne, przeszklone drzwi wstąpić do oddziału pocztowego.

Zgodnie z nową modą, do wszystkich okienek prowadziła jedna kolejka. Stanął za rudą trzydziestolatką. Przez kilka minut starał się odgadnąć, czy jest farbowanym lisem. Blada karnacja i piegi przekonały go, że nie.

Już chciał spytać rudzielca o ulubioną pozycję, gdy nadeszła jej kolej. Prawie jednocześnie został przywołany do drugiego z okienek. Wychynęło z niego oblicze wiedźmy o ziemistej cerze i – sądząc po tuszy – przyziemnych potrzebach.

Wkurzony takim obrotem spraw, doskoczył do pani asystentki i zamachnął się, żeby przerobić tę paskudną mordę na miazgę. Żeby zadać cios...

Który nie nastąpił. Przywrócony do rzeczywistości szarpnięciem za ramię, mógł tylko podziękować kolesiowi za sobą, podsunąć babie awizo i odebrać list. Zerknął na nadawcę. Firma ubezpieczeniowa. Nie sąd, niestety.

Ulga, a zarazem rozczarowanie.

Zgadza się, jego życie składało się z serii niepowodzeń.

Najgorsze jednak dopiero go czekało.

– Słucham? Co masz mi do powiedzenia?! – spytała Mamusia zaraz po tym, jak przestąpił próg ich mieszkania.

– Kocham cię – bąknął.

– Tak?

– Kocham cię bardzo.

– O czym tam szepczesz, synku?

– Mówię, że bardzo cię kocham, mamusiu.

– O, tak lepiej! Ja też cię kocham. Bo kto ma cię kochać, jak nie ja, prawda?

– Prawda.

– Dlaczego tak długo ci zeszło?! Chyba nie poznałeś jakiejś lafiryndy?!

– Długa kolejka. Nikogo nie poznałem – odparł nieskładnie, wręczając rodzicielce odebraną na poczcie przesyłkę.

Schowała ją do kieszeni podomki i wykrzywiła twarz na podobieństwo uśmiechu.

– Dobrze, daj no buziaka!

Krok, drugi, po czym z ociąganiem pocałował Mamusię w nadstawiony policzek.

– Kocham cię, synuś.

– Ja też cię kocham – powtórzył po raz setny tego dnia i milionowy w tym roku.

Podobno dzieci płacą za grzechy ojców. Pewnie coś w tym jest, choć Arturowi trudno było to sprawdzić, bo swojego ledwie pamiętał.

Mamusia zapędziła go do kuchni, przypomniała o umyciu rąk, następnie usadziła za stołem, racząc jajecznicą, jabłkiem i obraną marchewką.

Dieta cud. Przynajmniej ona tak uważała.

Później przez godzinę oglądali telewizję, aż nadeszła pora na wieczorną toaletę.

– Mamusiu, mógłbym dzisiaj sam? – spróbował, świadomy daremności prośby. – Przecież jestem już dorosły.

– Dorosły, dorosły – przedrzeźniała, dźgając go sękatym palcem w pierś.

– Mam dwadzieścia trzy lata!

– Ciii – syknęła, kładąc mu ten sam palec na ustach. – Nie kłap dziobem, synku, bo jeszcze ktoś usłyszy! Chcesz, żeby po naszym domu znowu pałętał się kurator?

Mógł się buntować, jasne. Wszak uległość to ślepa uliczka. Zdawał sobie z tego sprawę, ale nie potrafił się przeciwstawić komuś, kto go urodził, wychował, opiekował się nim w zdrowiu i chorobie.

Poczłapał do łazienki. Nie czekając na polecenie, ściągnął spodnie i przezwyciężając wstyd, wysikał się.

Gdy skończył, Mamusia zerknęła do muszli, jakby spodziewała się ujrzeć tam ósmy cud świata.

– Dawno nie robiłeś kupy! – Zmarszczyła brwi z przesadną troską. – Nie boli cię, synku, brzuszek?

Mimowolnie zerknął na brzuch. Koszula napinała się na nim na podobieństwo piłki lekarskiej. Nawet ślepy nie nazwałby go „brzuszkiem”.

– Nie, nie boli. Wczoraj się załatwiałem.

– Gdzie? – Czujność. Tak właśnie Mamusia powinna mieć na drugie. Kazimiera Czujność Porudzka.

– Na spacerze mnie przycisnęło, no i... skorzystałem z publicznej toalety.

– Źle! Niedobrze! – westchnęła z dezaprobatą. – Mam nadzieję, że wcześniej spuściłeś wodę i nie siadałeś na ustępie?

– Oczywiście, że nie. Byłem ostrożny. Tak jak mnie uczyłaś.

– Bo wiesz, czym to grozi! Można złapać jakieś grzybki albo pierwotniaki i później ciężko się wyleczyć!

Kiwnął głową na znak, że rozumie rozmiary zagrożenia.

– Wskakuj pod prysznic, trzeba zająć się higieną.

Rozebrał się i posłusznie wszedł do kabiny. Mamusia odkręciła wodę, sprawdziła temperaturę i dopiero wtedy nakierowała na niego słuchawkę prysznica.

Sterczał bez ruchu jak strach na wróble, tyle że z rękami opuszczonymi wzdłuż boków. Bezwolny, nieistotny i słaby. To nic, to nic, powtarzał sobie, najważniejsze, żeby nie utonąć, nie dać się ciemności, która czyha, by...

– Co tam znowu mamroczesz?

– Nic takiego.

Próbował wyobrażać sobie, że jest gdzie indziej. Że śmigającą po jego ciele gąbkę trzyma nie Mamusia, lecz dziewczyna z tramwaju.

Stop! Przestań o tym myśleć, bo inaczej...

– Chyba komuś się zachciewa! – Mamusia zachichotała z rozbawieniem.

Zanim zdążył zaprotestować, upuściła gąbkę i z wprawą złapała Artura za przyrodzenie. Sapnął, zamykając oczy. To nie ja tu jestem, nie ja... Albo lepiej, jestem z kimś innym. Z nieznajomą z tramwaju, z autobusu, a może z tą, która stała przede mną w kolejce do okienka pocztowego.

Kilkanaście zdecydowanych ruchów i Artur wystrzelił.

– Grzeczny chłopak, grzeczny – pochwaliła Mamusia, zmywając przyklejone do ściany nasienie. – Muszę dbać o potrzeby mojego synusia, żeby nie latał z fajfusem po mieście! Jeszcze, nie daj Boże, jakąś szmatę przywlecze!

Przełknął ślinę, starając się uspokoić oddech.

– Teraz wkładaj piżamę i zmykaj! Muszę na jutro ugotować obiad, więc mi nie przeszkadzaj!

Nie miał takiego zamiaru.

Mamusi nikt nie przeszkodzi.

Na pewno nie on.

 

 


 

Rozdział 2

 

Trzymam kawałek człowieka i nie wiem nawet, co to jest.

SZEŚĆ STÓP POD ZIEMIĄ

 

Za późno kładę się spać, pomyślała, z jękiem zsuwając się z łóżka. Zakaszlała, żeby pozbyć się drapania w gardle. Za dużo fajek, za mało seksu: oto cudowny los Edyty Fortuny.

Poczłapała do łazienki, gdzie uzbrojona w szczoteczkę do zębów i pastę ultra white podjęła walkę z szambem w ustach. Efekt wydawał się zadowalający, nie wątpiła jednak, że tymczasowy. Następnym etapem porannych ablucji był prysznic. Biczowanie skóry strumieniami gorącej wody można by uznać za przyjemne, gdyby nie musiała się śpieszyć. Byle jak wytarła się ręcznikiem, narzuciła na ramiona szlafrok i rozczesując włosy, mocowała się z suszarką.

Nagle urządzenie wystrzeliło snopem iskier. Z okrzykiem przestrachu rzuciła je na podłogę. Otworzyła drzwi łazienki, żeby nie udusić się w smrodzie palonego plastiku, schyliła się i podniosła kupiony w chińskim markecie bubel. Położyła go na umywalce. Pociągnęła nosem, skrzywiła się, po czym nieopatrznie zerknęła w lustro. Opuchnięta twarz aż prosiła się o więcej snu.

Chyba po to, żeby ją dobić, przez ścianę przeniknęły smętne dźwięki skrzypiec.

Westchnęła, rozmasowując skronie. Gdyby wcześniej wiedziała, że po sąsiedzku wprowadzi się rodzina z córką uczęszczającą do szkoły muzycznej, nie kupiłaby tego mieszkania. Wolałaby przepić oszczędności i zadekować się w kanałach ciepłowniczych. A tak został jej kredyt do spłacenia i nadzieja, że Stwórca wreszcie wysłucha modlitw o to, żeby uzdolniona nastolatka gdzieś się przeniosła. Najlepiej na inny kontynent.

Fortuna wróciła do sypialni ozdobionej reprodukcją Pocałunku Tamary Łempickiej, przysiadła na skotłowanej pościeli, po czym popatrzyła na budzik.

– Co za kosmos! – jęknęła, widząc, że za niespełna trzy kwadranse powinna zameldować się na Mogilskiej sto dziewięć.

Obowiązek zaczynania pracy o określonej godzinie uważała za relikt systemu ucisku, co nie zmieniało faktu, że wymagając tego od innych, musiała wymagać i od siebie. Zresztą system skrzętnie notował spóźnienia. Jeśli ktoś podpadł szefostwu, najłatwiej było przypierdolić mu właśnie za to. Na początek, ma się rozumieć.

Edyta nie lubiła się podkładać. Zwłaszcza że sprawa Szpikulca – dosłownie i w przenośni – utkwiła w martwym punkcie.

 

***

 

Martwy punkt okazał się znacznie bardziej martwy, niż sądziła, bo w połowie drogi do komendy dostała telefon o znalezieniu kolejnej ofiary Kuby.

Zanim dotarła do swojego gabinetu, skrzyknęła całą grupę, łącznie z powracającym z urlopu Wierzbickim, któremu kazała pojechać wprost na trupa.

            Żeby było śmieszniej, znalazł go ksiądz, starający się wybudować kościół na obrzeżach Ruczaju. Jak dotąd zdołał jedynie postawić tam barak, pełniący rolę prowizorycznej świątyni. Właśnie za nim natknął się na zaszlachtowaną kobietę.

Po drodze nie włączali bomb, żeby nie robić afery. Poza tym nie było sensu się śpieszyć. Z relacji mundurowych, którzy sprawdzili zgłoszenie, wynikało, że trup jest stuprocentowym trupem i o własnych siłach z pewnością nigdzie się nie przemieści.

Aleją Pokoju i Dietla pocięli na Kapelankę, później Grota-Roweckiego dotarli do Bobrzyńskiego. Okolice Ruczaju nigdy nie należały do urokliwych. Wielka płyta, te rzeczy. Ciągłe wbijanie w krajobraz kolejnych betonowych klinów też mu się nie przysłużyło. Na szczęście nie przyjechali na wycieczkę krajoznawczą. Ominęli przypominającą rozdeptaną puszkę bibliotekę Akademii Papieskiej i jakieś sto metrów dalej zaparkowali na placyku, za którym zaczynał się teren przykościelny. Sam kościółek, ze stojącym obok trzymetrowym krzyżem, mógłby śmiało stanowić element filmu o kolonizacji Dzikiego Zachodu – zgrzebna tymczasowość aż biła po oczach. Tablica przymocowana do bramy informowała, że mają przed sobą kaplicę Świętego Jana Pawła II. Pod „Św.” widniał zamalowany kwadrat, świadczący, że tablica jest starsza od świętości papieża.

Po lewej mieścił się ogrodzony dwumetrowym parkanem skup złomu, po prawej rozciągało się gruzowisko. Mało budujące otoczenie.

Jeden z mundurowych zaprowadził ich pod tylną ścianę budynku, gdzie czekał na nich Krzysiek Maciej, ich ulubiony technik kryminalistyczny, bezbożnie modlący się nad ofiarą.

Ktoś... Cholera, ktoś przerobił ją na podroby z taką łatwością, jakby nie była człowiekiem, tylko bułką maślaną. W rzeczywistości coś takiego wymagałoby zbyt wiele pracy, by ktokolwiek przy zdrowych zmysłach zdecydował się na zajmowanie się tym upiornym dziełem na świeżym powietrzu, gdzie mógłby nakryć go byle biegacz czy wścibski ochroniarz.

Tak przynajmniej stwierdził Krzysiek Maciej. Fortuna zgadzała się z nim, szczególnie że śladowa ilość krwi potwierdzała tę teorię.

            Kobieta została rozczłonkowana, co z pewnością ułatwiało transport zwłok. Sprawcy nie dałoby się jednak określić mianem lenia, bo dla odmiany zadał sobie sporo trudu, żeby ułożyć kawałki ciała wedle przemyślanej koncepcji. Tułów leżał przodem do ziemi, zaś ręce i nogi zamieniono miejscami, tworząc oryginalny, chociaż kompletnie niezrozumiały kolaż. Wszystko to zostało przyozdobione czymś w rodzaju aureoli ze śmieci, otaczających postać nieszczęsnej dziewczyny.

Tytus, któremu dowcip wyostrzał się wraz z wiekiem, nie potrafił powstrzymać się od komentarza:

– Z przodu plecy, z tyłu plecy, Pan Bóg...

– Nie bluźnij, synu! – przerwał mu baryłkowaty facet po czterdziestce, który wytoczył się właśnie zza lśniącego opalenizną Wierzbickiego.

– Kim pan jest? – zjeżył się Marchwica, zdenerwowany tym bardziej, że dostał opieprz od kogoś podobnego mu posturą.

– Franciszek Brzuszka, proboszcz. Dzwoniłem do państwa.

– Komisarz Edyta Fortuna. – Podeszła do księdza z wyciągniętą na powitanie ręką. – Jestem przewodniczką tego stada.

– Wiedzą państwo, kto... Kto zbezcześcił to święte miejsce?

Słysząc pytanie, Fortuna zagryzła wargę, żeby nie parsknąć śmiechem. W końcu w tak popieprzonej sprawie lepiej mieć sprzymierzeńców niż wrogów.

– Nie – pokręciła głową przecząco – ale dołożymy wszelkich starań, żeby go złapać. Możemy gdzieś spokojnie z ojcem porozmawiać?

– Tak, oczywiście – zmitygował się proboszcz. – Zapraszam do kancelarii.

            Wejście do kanciapy, szumnie nazywanej kancelarią, znajdowało się z tyłu szopy. Przy trupie został mundurowy, Kosturek i naburmuszony Marchwica, który demonstracyjnie zapalił papierosa. Za Edytą podążyli przez nikogo nieproszeni Wierzbicki z technikiem.

            W przedpokoju woniało kurzem typowym dla rzadko wietrzonych pomieszczeń. Samo biuro także nie spełniało standardów klasy A. Ot, kanciapa, w której raptem mieściły się trzy krzesła, biurko i przeszklona szafka. Brzuszka z niezwykłą przy jego gabarytach werwą przyniósł skądś taboret i dopiero wtedy wszyscy mogli usiąść.

            – Kawy, herbaty? Może kieliszek czegoś mocniejszego? – spytał, w pełni wchodząc w rolę gospodarza.

            – A co ksiądz ma? – ożywił się Kogucik, machinalnie wodząc palcami po sztywnej od żelu fryzurze.

– Może być koniaczek?

– To ja też poproszę – wyszczerzył się radośnie Krzysiek Maciej.

Edyta spiorunowała go wzrokiem, czym niespecjalnie się przejął.

– No co? – obruszył się z miną obrażonego niewiniątka. – Seteczka jeszcze nikomu nie zaszkodziła.

            Brzuszka musiał ukończyć kurs barmański. Kieliszki pojawiły się w błyskawicznym tempie. Technik ujął swój niemal z czułością, powąchał i wychylił.

            – Dobry koniaczek, dobry – pochwalił. – Można dostać repetę?

Fortuna wywróciła oczami, ale nie odezwała się. Szczerze mówiąc, ona też chętnie golnęłaby sobie kielona, tyle że nie wypadało. Z racji pełnionej funkcji.

– Proszę księdza – zwróciła się do Brzuszki – kiedy ksiądz odprawia ostatnią niedzielną mszę?

            – O dziewiętnastej.

            – Więc o której ksiądz stąd wychodzi?

            – Różnie. Zwykle kwadrans po dwudziestej. Wczoraj...

            – Tak?

– Wczoraj trochę zmitrężyłem, bo miałem pilną papierkową robotę, więc wyszedłem o dwudziestej pierwszej.

– Rozumiem, że nie zauważył ksiądz niczego podejrzanego?

            – Absolutnie! Na pewno tego tu jeszcze nie było.

– Czy przy kościele macie jakiś monitoring?

– Niestety nie.

Tyle w temacie. Dupa znaczy.

– Zaraz. – Ksiądz zmarszczył czoło w głębokim namyśle. – Tu obok mieli niedawno włamanie.

– Obok?

– W skupie złomu. Nie jestem pewien, ale zdaje się, że zainstalowali kamerę.

            – Świetnie. – Edyta wygładziła spodnie na udach, po czym wstała, dając tym samym znak pozostałym policjantom, że impreza na krzywy ryj właśnie dobiegła końca. – Będziemy przez kilka godzin wykonywali czynności śledcze, więc prosiłabym, żeby ojciec pozostał w kościele w razie czego.

            – Oczywiście, tylko...

            – Jakiś problem?

            – O piętnastej trzydzieści mam się stawić w kurii.

– Do tego czasu na pewno skończymy – zapewniła Fortuna. – Proszę się nie martwić.

            Kiedy wyszli z kancelarii, Edyta wskazała na Marchwicę.

            – No, gościu, walnąłeś już w płuco, to łap się za papiery i pisz protokół oględzin.            – Ja? – Tytus wzdrygnął się, patrząc na dziewczynę otoczoną stertą śmieci. – Znowu trzeba będzie wszystko zbierać i opisywać?

– Znowu – potwierdziła Fortuna. Z ledwie maskowaną ulgą, wynikającą z tego, że tym razem ta niewdzięczna robota przypadnie w udziale komuś innemu.

– Kuźwa, jakbym chciał być śmieciarzem, zatrudniłbym się w MPO.

– Nic straconego, zawsze możesz się przebranżowić – przyciął mu technik.

– Dobra, wystarczy. – Fortuna przerwała rodzącą się kłótnię. – Zabierajcie się za robotę, nie płacą nam za pitolenie o pogodzie.

– A ja? – chciał wiedzieć Kosturek. – Co mam robić?

– Śmigaj do tamtego skupu i namierz właściciela. Podobno mają monitoring. A ty – zwróciła się do Wierzbickiego – idziesz ze mną. Rozejrzymy się trochę.

Wzięła ze sobą sierżanta nie dlatego, że uważała go za wartościowego pomocnika. Po prostu zabójca wciąż mógł czaić się gdzieś w pobliżu. Ona zaś nie miała najmniejszej ochoty stać się jedną z atrakcji festiwalu makabry.

Wracając do Wierzbickiego: wyglądał tak, jakby spędził urlop na siłowni, gdzie wypracował imponującą muskulaturę, czego niestety nie dało się powiedzieć o jego umiejętnościach dedukcyjnych.

            Prężąc muskuły, poczłapał za szefową w stronę rozciągającej się za ogrodzeniem łąki. Czy raczej nieużytków, bo wkrótce musieli przedzierać się przez sięgające pasa chwasty.

            Edyta zatrzymała się, kiedy dotarli do niewielkiego pagórka, dając znak, żeby sierżant nie podchodził bliżej. Następnie zaczęła obracać się powoli wokół swej osi, nie skupiając wzroku na niczym konkretnym. Z nadzieją, że jej podświadomość wyłowi coś, co nie będzie pasowało do otoczenia. Tym czymś okazała się linia wygniecionej trawy, ziół i chwastów, sugerująca niedwuznacznie, że ktoś przebijał się łąkami do kaplicy od pętli Czerwone Maki.

Pani komisarz czytała, że na tych terenach występuje zagrożony wyginięciem modraszek telejus. Ta wiedza na nic nie mogła się teraz przydać, lecz wdrukowała się do jej pamięci, gdy przed laty prowadziła sprawę z ustawy o ochronie przyrody.

– I co? – spytał z napięciem w głosie Kogucik. – Coś ciekawego pani zauważyła?

– Ktoś tam szedł.

– To jak robimy? Mam się tam udać?

Udać? Edyta westchnęła z rozbawieniem. Królewicz się znalazł! Z żelem we włosach i miodem w uszach.

– Wracamy. Przedzwonię do dyżurnego po pieska i jeszcze jednego technika z kamerą, żeby nam wszystko ładnie nakręcił. Ty, z łaski swojej, obejdź okolicę i zdobądź namiary na ochroniarzy, którzy pracowali dziś w nocy.

– W sensie, że z wczoraj na dziś?

– Dokładnie: w sensie.

Napisz swoją opinię i oceń książkę

Przedstaw się



Twoja ocena


WYŚLIJ