Romans Historyczny
Śledztwo kapitana Brethertona
14,99 zł
14,99
KUP TERAZ

Śledztwo kapitana Brethertona

Annie Burrows
brak opinii
TAKŻE JAKO E-book icon
Liczba stron: 272
Oprawa miękka
ISBN: 9788327646927
Premiera: 2020-01-24

Kapitan Harry Bretherton prowadzi prywatne śledztwo. Zamierza dopaść i oddać w ręce sprawiedliwości człowieka, który zamordował jego przyjaciela. Trop prowadzi do Bath, gdzie działa gang bezwzględnych złodziei i przemytników. Bretherton ustala miejsce zamieszkania szefa bandy, ale musi znaleźć usprawiedliwienie dla częstych odwiedzin w tej zakazanej okolicy. Udaje zalotnika mieszkającej tam Lizzie Hutton, jednak szybko zaczyna odczuwać wyrzuty sumienia. Dziewczyna naprawdę mu się podoba, a on rozpoczął ich znajomość od oszustwa. Zanim zdąży jej wyznać prawdę, wywołają w rozplotkowanym kurorcie jeden z największych skandali… 

ANNIE BURROWS
ŚLEDZTWO KAPITANA BRETHERTONA

 

Lizzie wzięła z rąk stewarda kubek wody i szybko odeszła. Tego ranka w pijalni panował tłok i musiała stać w kolejce całe wieki. A przynajmniej tak się wydawało dziadkowi. Znając go, wiedziała, że czekając na nią, walił laską w podłogę i z każdą chwilą wzbierała w nim złość.

Lecz kiedy mu już przyniosła codzienną porcję wody, która ponoć leczyła podagrę, nagle przestało mu się śpieszyć. Ale cóż, trwał sezon i nie brakowało znajomych. Po wypiciu kubka cudownej wody gawędził jeszcze długo z przyjaciółmi, ona zaś stała nieruchomo jak mumia za jego fotelem przy kominku, żeby jej nie zarzucił, że się kręci.

Jednak już tak bardzo się nie denerwował, gdy dotarło do niego, że wykonała swoje zadanie najszybciej, jak tylko mogła.

Kiedy wydostała się z tłumu tłoczącego się wokół pompy, zawadziła ramieniem o coś, co przypominało mur z cegły. I to coś zawołało:

– Och!

Jednocześnie usłyszała brzęk rozbijającego się o podłogę kubka.

– O mój Boże… – powiedziała, odwracając się, by przeprosić to coś, czy raczej tego kogoś, na kogo wpadła, i natrafiła wzrokiem na podbródek o bardzo zdecydowanej linii. Nad nim rysowały się pełne usta i obsypany piegami kartoflowaty nos. A na koniec dostrzegła parę najbardziej niebieskich i najsmutniejszych oczu, jakie kiedykolwiek widziała.

– Bardzo przepraszam – powiedziała, nie wiadomo dlaczego oblewając się pąsem. Tak często wpadała na coś czy na kogoś, że powinna już do tego przywyknąć. Tyle że ten mężczyzna był bardzo wysoki i potężnie zbudowany. Po tak impetycznym zderzeniu z nią każdy poleciałby do tyłu albo nawet się przewrócił.

A ten mężczyzna nawet nie drgnął.

Co znaczyło, że stoją o wiele za blisko siebie.

Zrobiła szybki krok do tyłu i jego rysy natychmiast się rozpłynęły, tworząc jasny owal zwieńczony czarną, porządnie przystrzyżoną czupryną.

– Pański kubek… – zaczęła zawstydzona. Nie było sensu próbować zbierać skorupek, których i tak by nie dostrzegła. Miała na to za słaby wzrok. – Zaraz przyniosę panu następny…

Kiedy chciała ruszyć po kubek, poczuła na łokciu uchwyt siłą podobny do imadła.

– W żadnym razie… – rzekł potężny mężczyzna stanowczym tonem. – To znaczy chciałem powiedzieć – dodał już znacznie łagodniejszym tonem – że nie musi mi pani przynosić żadnego kubka. Absolutnie nie ma potrzeby.

– Ale ja…
– Nie – powtórzył zdecydowanie, a następnie nachylił się do niej i wyszeptał: – Uratowała mnie pani przed czymś strasznym. Błagam, niech pani nie psuje swego dobrego uczynku.

– Czymś strasznym… mojego… czego?

– Wiem, że ta woda ma dobrze działać na zdrowie, ale… – Wzruszył ramionami szerokimi jak kominek.

– Och – powiedziała. Lub raczej westchnęła.

– Czy zechciałaby pani zdradzić mi swoje imię? Żebym mógł okazać wdzięczność za wybawienie?

Później nie była pewna, czy sprawiła to aluzja do Biblii, czy żartobliwy ton nieznajomego, w każdym razie uznała, że się ośmiesza, stojąc tak blisko mężczyzny i czując… właściwie nie bardzo wiedziała, co czuje. Tyle tylko, że nigdy do tej pory nie czuła nic podobnego.

A zresztą obojętne, co za jego sprawą czuła. Po prostu nie powinna mu pozwolić trzymać się za łokieć w tak władczy sposób.

Zadarła brodę… i jednak zrezygnowała z wszelkich złośliwości. Ten człowiek okazał jej wyrozumiałość, więc w zamian chyba powinna mu wybaczyć obcesowe zachowanie.

– Mam na imię… – Nie, nie może tak po prostu wyjawić mu swojego imienia. To by nie miało sensu. Skąd ma wiedzieć, kim jest ten człowiek?

– Mam przyjemność z panną…? – podsunął jej.

Powinna cofnąć się, odsunąć od niego. Ale dlaczego tego robi?

– Nikt – dopowiedziała.

– Panna Nikt? – Jego ciemne brwi podjechały do góry. – Jest pani pewna? – Otaksował ją całą, jak nigdy żaden dżentelmen nie powinien taksować damy. – Nikt… a jednak coś.

– W samej rzeczy coś… – Spojrzała w kierunku fotela dziadka., dumała przez moment i wypaliła: – Właściwie to powinnam być panną Nikt herbu Ślepowron.

– Innymi słowy, herbowa panna Nikt spod znaku ociemniałej wrony.

Czyżby ten człowiek zamiast zamilknąć po jej, sama to w duchu przyznawała, dość dziwacznej ripoście, sobie z niej dworował? A może próbował z nią flirtować? Nie, nie, to niemożliwe, na to by sobie nie pozwolił. Na pierwszy rzut oka zrobił na niej wrażenie poważnej persony.

Ktoś chrząknął, dając sygnał, że blokują innym dostęp do wody.

Wysoki błękitnooki mężczyzna skłonił się w pas.

– Proszę mi wybaczyć, ale naprawdę powinienem już iść.

– Och – zdołała tylko powiedzieć. Poczuła zawiedziona, ale to oczywiste, że taki mężczyzna nie będzie godzinami z nią wystawał. Przez chwilę mogła mu się wydawać interesująca, ale ma oczy. Widział przecież, że jest wielka, niezdarna i nie umie się ubrać. Nie uważała, że ma brzydką twarz, a jej srebrnoblond włosy z pewnością robiłyby wrażenie na mężczyznach, gdyby tylko rosły na głowie mniejszej, pełnej gracji kobiety.

Ale tak nie było. Kłębiły się w niej różne myśli… a nieznajomy zniknął w tłumie. Kogoś takiego, sporo wyższego nawet od niej, powinna zawsze wyparzyć.

Do licha z tym krótkim wzrokiem. Gdyby tylko dziadek pozwolił jej nosić okulary, przynajmniej na wyjście. Ale dziadek był przeciwny okularom, a ona nie chciała mu się przeciwstawiać. Przez te wszystkie lata był dla niej taki hojny… Ale gdyby nie on…

Westchnęła i mocno trzymając w ręce kubek tej niby życiodajnej wody, ruszyła w stronę dziadka starowiny, który brylował wśród leciwych wdów z Bath i równie posuniętych w latach kompanów.

– Z kim rozmawiałaś, Lizzie? – Dziadek spojrzał na nią groźnie znad kubka.

– Nie mam pojęcia – przyznała smętnie. – Nie przedstawił mi się.

– Co za obyczaje! Za moich czasów dżentelmen czekał, aż zostanie przedstawiony kobiecie, zanim się do niej odezwał.

– Ale ja na niego wpadłam i wytrąciłam mu z ręki kubek z wodą.

– Aha, wpadłaś i wytrąciłaś… – skwitował i zapominając o całej sprawie, zwrócił się do pani Hutchens, by podjąć ploteczki w miejscu, w którym je przerwali.

Co było trochę deprymujące. Przez chwilę Lizzie przeżywała tamtą chwilę. Kusiło ją, by powiedzieć, że nie, że było inaczej, że ten wysoki niebieskooki mężczyzna zawzięcie z nią flirtował! Obsypywał komplementami, a potem zaproponował, żeby z nim uciekła!

Ale gdyby coś takiego powiedziała, dostałaby reprymendę. Dziadek dobrze wiedział, że nie należy do dziewcząt, z którymi dżentelmeni flirtują. Tym jedynym, co mogło skłonić dżentelmena, by poza jej zwalistą sylwetką i niezdarnymi ruchami dostrzegł w niej coś więcej, to gigantyczny posag.

Który nie istniał. Lizzie za cały posag miała tylko siebie i ani pensa więcej.

Mimo to jednak cały czas wracała pamięcią do tamtego spotkania i wspominała wyraz jego twarzy podczas ich przekomarzanek. Dlaczego nie miałby patrzeć na nią z zachwytem? Dlaczego jej błyskotliwy i niepowtarzalny dowcip nie mógł sprawić, by w jego chmurnych oczach pojawiły się chochliki humoru?

Dziadek brutalnie przerwał jej sny na jawie, dźgając ją laską w nogę.

– No, dziewczyno, przestań bujać w obłokach!

Innymi słowy, czas było wracać do domu.

– Tak, dziadku – odparła potulnie. Ale zamiast wlec się za nim z opuszczonymi ramionami na myśl o codziennej rutynie życia w Bath, Lizzie wyobraziła sobie, że wdzięcznie kroczy ze stosem książek na głowie. Bo przecież damy muszą płynąć z wdziękiem.

Po raz pierwszy dostrzegła sens takich ćwiczeń.

Bo przecież nigdy nie wiesz, kto akurat może na ciebie spojrzeć…

 

***

– Ależ oczywiście – powiedziała lady Mainwaring – mówiłam jej…

Lizzie lekko przechyliła głowę, patrząc mniej więcej w kierunku najbardziej gadatliwej wdowy w Bath, gdy tymczasem jej myśli błądziły niczym nieskrępowane. Była to zaleta krótkiego wzroku. Ludzie nie oczekiwali, że skupi się na tym, co mówią, gdy próbowali ją osaczyć, wymuszając zainteresowanie najnowszymi plotkami.

Uśmiechała się jednak do zażywnej małej kobietki, która nie była aż tak przerażająca jak inne damy w stadku Bath. Owszem, Lizzie wiedziała, że gdy tylko stąd odejdzie, wzorem innych również ta dama zacznie o niej plotkować, jednak lady Mainwaring nigdy nie powiedziała jej w oczy nic przykrego, choć wiele innych kobiet miało to w zwyczaju. Na przykład nigdy nie spytała jej wprost, dlaczego o siebie nie zadba, nigdy nie próbowała polecać jej krawcowych, które potrafią zręcznie maskować mankamenty figury, nie użalała się nad Lizzie, że nie potrafi znaleźć sobie w Bath odpowiedniego kawalera. Znacznie ważniejsze było to, by Lizzie jak najlepiej orientowała się w aktualnych tutejszych ploteczkach.

– Przepraszam bardzo – powiedział mistrz ceremonii, skłaniając głowę przed paniami.

Lizzie aż poderwało. Nie zauważyła, kiedy podchodził, tak pilnie zdawała się słuchać lady Mainwaring, która wprowadzała ją w szczegóły sprzeczki z jedną z tutejszych matron.

– Jest tu pewien dżentelmen, którego chciałbym zarekomendować pannie Hutton jako partnera do tańca.

– Mnie? – Lizzie nie byłaby bardziej zdziwiona, gdyby zawiadomił ją, że wygrała na loterii. Zwłaszcza że nigdy nie kupowała losów.

– Pozwoli pani, że jej przedstawię kapitana Brethertona z Marynarki Królewskiej – powiedział mistrz ceremonii, nie zwracając uwagi na niezbyt zachęcającą reakcję Lizzie, i skinął na kogoś stojącego za nim.

– Kapitana Brethertona? Z Marynarki Królewskiej? – Lizzie wytężała wzrok, usiłując sięgnąć nim gdzieś poza ramię pana Kinga. Ze złocistej mgły blasku świec wyłaniała się potężna sylwetka. Zamarło w niej serce. Był to ten sam dżentelmen, którego spotkała rano w pijalni. Tak, to on. Na pewno nie było w Bath drugiego takiego mężczyzny.

– Panna Hutton. – Od razu poznała go po głosie, który sprawił, że przejął ją dreszcz jak królika wytropionego przez myśliwskiego psa. – Jestem szczęśliwy, że mogę panią poznać.

– Ach! – Był to okrzyk, który wyrwał się lady Mainwaring, kiedy kapitan Bretherton pochylił się nad jej dłonią.

I który wyrażał także uczucia Lizzie.

– Kapitan Bretherton. – Dygnęła przed nim, przy okazji potrącając łokciem lady Mainwaring, która zachwiała się niebezpiecznie.

Stanowczo powinna częściej ćwiczyć ukłon, bo nie panuje nad łokciami. Już samo ugięcie kolan bez utraty równowagi jest sztuką. Doszła do wniosku, że pomaga jej w tym szerokie rozstawienie łokci. A lady Buntingford, która serwowała jej nauki na temat: „co dama wiedzieć powinna”, powiedziała, że wreszcie potrafi wykonać te ruchy na tyle gładko, żeby nikt w pobliżu nie ucierpiał.

– Pani pozwoli, że ją poprowadzę na salę balową – powiedział kapitan Bretherton, podając dużą dłoń w rękawiczce.

Lizzie odebrała ją, szczęśliwa, że nie widzi jego twarzy. Teraz, kiedy już zobaczył, że jest niezdarna, na pewno żałuje, że ją poprosił do tańca.

– Jest pan bardzo odważny – wyrwało jej się i zaraz potem oblała się pąsem. Nie należało mówić czegoś takiego mężczyźnie jeszcze przed tańcem.

Ale jakie to miało znaczenie? Jak przez pół godziny będzie musiał omijać ciała jej ofiar na parkiecie, to się już więcej nie pojawi.

O Boże, sny na jawie wywołane ich porannym spotkaniem wydawały jej się takie rozkoszne. Chwilami była w rozmowie nawet błyskotliwa. Ale myśląc o tym, co przyniesie najbliższe pół godziny, czuła się zażenowana.

Jego ramię, na którym w stosowny sposób oparła rękę, zesztywniało.

– Odważny? Jak mam to rozumieć?

– Że pan mnie zaprosił do tańca – wyznała smętnie.

– Rozumiem. Ale tylko w ten sposób mogłem być pani przedstawiony. Cały dzień męczyło mnie pytanie, jak pani ma na imię.

– Och, jeżeli tylko o to chodzi, to przecież mogliśmy po prostu pójść na herbatę…

– Herbatę podadzą dopiero za jakąś godzinę – odparł szybko. – W pokoju… hm… karcianym.

– Nie lubi pan kart? Ja też nie. Dziadek poskąpiłby grosza nawet za samo wejście do pokoju karcianego w celach towarzyskich. Twierdzi, że to strata pieniędzy. A już sama gra…

– To prawda, gra w karty to strata pieniędzy – powiedział ponuro kapitan.

Posłała mu zdziwione spojrzenie. A ponieważ w zatłoczonym pomieszczeniu musieli trzymać się blisko siebie, dostrzegła jego zaciętą minę.

– Poza tym, panno Hutton, zdecydowanie wolę z panią potańczyć.

– Naprawdę? A ja myślałam…

– Co pani myślała, jeśli można wiedzieć?

– Chciałam powiedzieć, że dziś rano robił pan wrażenie całkiem rozsądnego dżentelmena.

Kapitan Bretherton parsknął śmiechem, a następnie spojrzał na nią.

– Rozsądny i odważny, no, no. Dwa komplementy jeden po drugim. Żeby mi się tylko w głowie nie przewróciło, panno Hutton.

– Nie, nie o to mi chodziło… to znaczy… – Lizzie poczuła, że jej policzki płoną, a język się plącze. Żałowała, że nie ma większego doświadczenia w rozmowach z mężczyznami. To znaczy z wolnymi mężczyznami, którzy by ją zapraszali do tańca. Wtedy by się tak nie ośmieszała przed tym dżentelmenem.

– Muszę pani coś wyznać – powiedział kapitan, nachylając się do jej ucha, a jego głos spłynął na nią jak pieszczota.

– Wyznać? Mnie? – Poczuła, że ma kłopot z oddychaniem. A także z myśleniem.

– Kiedy zajrzałem na salę balową i zobaczyłem, że niewiele osób tańczy, a dużo im się przygląda, wystraszyłem się nie na żarty.

– To dlatego, że niewiele osób umie tańczyć. Wolą patrzeć, jak robią to inni i…

– I oceniać – dokończył za nią.

– No właśnie. Bardzo mi przykro, ale…
– O nie – powiedział stanowczym tonem – w żadnym razie nie może się pani wycofać. Jesteśmy już prawie na parkiecie. Czy wyobraża sobie pani te plotki i komentarze, gdyby pani odwróciła się na pięcie i mnie tu zostawiła?

– Że w ostatniej chwili uniknął pan nieszczęścia?

– Że uniknąłem… – Ujął ją za ręce. – Panno Hutton, czy chce mnie pani ostrzec, że nie jest biegła w tańcu?

Lizzie skinęła i zwiesiła głowę.

Poczuła, jak dłoń w rękawiczce delikatnie unosi jej podbródek, i zobaczyła, że kapitan się do niej uśmiecha. Po prostu promieniał, jakby właśnie przekazała mu jakąś wspaniałą wiadomość.

– Czy to znaczy, że nie zbeszta mnie pan, jeśli zdarzy mi się nadepnąć panu na palce?

– Ja… A czy pani partnerzy do tańca tak się zachowują? – Kiedy przytaknęła, kapitan Bretherton skwitował: – To bardzo ordynarne z ich strony.

– Pozwolę sobie uświadomić panu, że mówi to pan już po tym, gdy tego ranka doświadczył pan czegoś podobnego z mojej strony. A także obawiam się, że po powtórnym stratowaniu, tym razem w tańcu, będzie pan zbyt zajęty opłakiwaniem doznanego szwanku, by pamiętać, że ostrzegałam pana.

– O? A to dlaczego?

– Bo… bo ja nie… – Próbowała pomachać rękami, żeby mu zademonstrować swój brak koordynacji ruchów, tyle że jej ręce były zamknięte w jego dłoniach. – Bo wprawdzie ludzie schodzą mi z drogi, ale… – Zamilkła wymownie.

– Widzę, że będzie to ciekawe doświadczenie dla nas obojga – podsumował kapitan.

– I dla widzów. – Z pewnością ściany będą rozbrzmiewały jękami bólu innych tancerzy i chichotami gapiów, śledzących poczynania Lizzie, gdy „wycina” sobie drogę w tłumie tańczących. A przynajmniej coś takiego powiedział jej ostatni partner, ocierając pot z czoła po odprowadzeniu jej na miejsce. To zabawne, że na podstawie tego, że Lizzie źle widzi, ludzie automatycznie uznają, że również źle słyszy. W każdym razie uważają, że mogą swobodnie rozmawiać o niej przy niej, nierzadko bardzo niegrzecznie, i to całkowicie bezkarnie.

A ponieważ łatwiej jej było udawać, że nic nie słyszała, niż iść na konfrontację, zachowywała kamienną twarz, którą jeden z młodych dżentelmenów przyrównał do krowy przeżuwającej paszę.

A on był paszą nie byle jaką.

– Chodźmy zatem. – Kapitan poprowadził ją na parkiet, gdzie zobaczyła mgliste sylwetki ustawiających się do tańca par. – Pokażmy im coś naprawdę wartego obejrzenia.

Napisz swoją opinię i oceń książkę

Przedstaw się



Twoja ocena


WYŚLIJ