Thriller / Sensacja / Kryminał
Granica
39,99 zł
49,99
KUP TERAZ

Granica

Don Winslow
brak opinii
Liczba stron: 872
ISBN: 9788327641069
Premiera: 2019-10-31

Jeśli zapytasz przeciętnego Amerykanina o najdłuższą amerykańską wojnę, zapewne wymieni Wietnam, a potem szybko się poprawi: Afganistan. Tymczasem powinien powiedzieć: wojna narkotykowa.

Trwa już pięćdziesiąt lat i nie ma końca.

Przez ponad cztery dekady Art Keller był na pierwszej linii frontu najdłużej trwającego konfliktu Ameryki – wojny narkotykowej. Jego obsesja pokonania ojca chrzestnego kartelu Sinaloi, Adana Barrery, kosztowała go życie bliskich i zabrała część jego duszy.

Teraz Keller wyniesiony do najwyższej rangi DEA odkrywa, że unicestwienie jednego potwora skutkuje pojawieniem się w jego miejsce trzydziestu innych, które sieją chaos zniszczenia w jego ukochanym Meksyku. I nie tylko tam.

Wojna dotarła do jego domu, a granica, w której istnienie wierzył, została przekroczona…

Od meksykańskiej pustyni po Wall Street, od slumsów w Gwatemali po marmurowe korytarze Waszyngtonu – Don Winslow podąża za nowym pokoleniem narcos, glin, ćpunów, polityków oraz dzieciaków uciekających od przemocy i poszukujących szans na lepsze życie w nowym kraju.

Rozdzierająca opowieść o zemście, korupcji i sprawiedliwości. Granica stanowi bezkompromisowy portret nowoczesnej Ameryki – boleśnie prawdziwe świadectwo naszych czasów.

A kiedy on budował mur, to tamci pokrywali go tynkiem. Powiedz tym, którzy pokrywali go tynkiem: Upadnie on, gdy spadnie deszcz ulewny, nastąpi gradobicie i wicher gwałtowny się zerwie .

 

Prolog


Waszyngton, D.C.
Kwiecień 2017 r.

Keller jednocześnie widzi małego chłopca i błysk celownika.
Z ręką w dłoni matki dzieciak stoi wpatrzony w nazwiska na czarnym kamieniu. Czyżby tam kogoś szukał? Dziadka? Albo wuja? A może tylko, spacerując po National Mall, przystanęli przed pomnikiem Weteranów Wojny w Wietnamie?
Mur jest niski, ukryty jak grzeszny sekret, prywatny powód wstydu. Gdzieniegdzie leżą kwiaty, tu i ówdzie paczki papierosów i buteleczki alkoholu. Wietnam był dawno, w innym życiu. Od tamtej pory Keller prowadzi swoją własną i długą wojnę.
Ten mur nie opiewa chwały bitewnych pól. Nie znajdziecie tam nazw: Khe Sanh, Quang Tri czy Hamburger Hill. Może dlatego, myśli Keller, że wygraliśmy wszystkie bitwy, a przegraliśmy wojnę. Wszystkie te śmierci dla bezsensownej wojny… Bywając tutaj wcześniej, widywał mężczyzn opartych o ścianę i łkających jak dzieci.
Rozpacz ich zdruzgotała, złamała im serca.
Dziś zjawiło się ze czterdzieści osób, w większości turystów, poza tym rodziny i kilku mężczyzn, którzy wyglądają na weteranów. Dwaj z nich, starsi, w mundurach VFW , służą pomocą tym, którzy próbują odszukać na murze nazwiska swoich bliskich.

Teraz Keller znów jest na wojnie. To wojna z DEA , którą mógłby nazwać „swoją”, z senatem USA, z meksykańskimi kartelami narkotykowymi, a nawet prezydentem Stanów Zjednoczonych.
W gruncie rzeczy są jednym i tym samym.
Każda granica, w której istnienie wierzył, została przekroczona.
Niektórzy chcą go uciszyć, uwięzić i zniszczyć. A kilku, jak podejrzewa, pragnie go zabić.
Wie, że stał się postacią kontrowersyjną, uosobieniem rozłamu, który się pogłębia, grożąc podziałem w łonie państwa. Wywołał skandal, którym było śledztwo sięgające od makowych pól Meksyku aż po Wall Street i sam Biały Dom.
Jest ciepły wiosenny dzień, lekki powiew wiatru unosi płatki kwiatu wiśni. Marisol, wyczuwając jego nastrój, ujmuje go za rękę.
Keller patrzy na malca i wtedy z prawej, od strony pomnika Waszyngtona, dostrzega nagły błysk. Jednym skokiem rzuca się na chłopca i jego matkę, powalając ich na ziemię.
A potem się obraca, by osłonić Mari.
Pocisk, który drasnął mu czaszkę i smagnął szyję, okręca go wokół osi.
Przez zalane krwią oczy widzi świat na czerwono, gdy wyciąga rękę ku Marisol i spycha ją na ziemię.
Okrywa ją swym ciałem, a jej laska ze stukotem pada na chodnik.
Kolejne pociski uderzają w mur tuż nad nimi.
Słyszy jęki i krzyki. Ktoś woła:
– Zamachowiec!
Wypatruje źródła strzałów i dostrzega, że padają z południowego wschodu, kierunek na dziesiątą, gdzieś zza małego budynku, w którym, jak zapamiętał, mieszczą się toalety. Odruchowo sięga za pas po sig sauera, ale zaraz uświadamia sobie, że jest nieuzbrojony.
Strzelec przełącza się na automat.
Pociski uderzają w mur nad Kellerem, odłupując kamień wraz z wyrytymi tam nazwiskami. Ludzie przywierają do ziemi lub kulą się do ściany. Kilkoro, ci bliżej krawędzi, przeczołguje się na drugą stronę i rusza biegiem w kierunku Constitution Avenue. Ale większość zamiera w osłupieniu.
Keller wrzeszczy:
– Snajper! Na ziemię! Padnij!
Widzi jednak, że to nic nie daje. Miejsce pamięci stało się śmiertelną pułapką. Ściana tworzy szerokokątne V, a jedyną drogą ucieczki w obu kierunkach jest wąska ścieżka wzdłuż niej. Jakaś para w średnim wieku rusza biegiem w stronę wyjścia na wschód, czyli tam, gdzie czai się zamachowiec, i nieszczęśnicy natychmiast padają niczym figury z koszmarnej gry wideo.
– Mari – szepcze Keller – musimy uciekać. Rozumiesz?
– Tak.
– Przygotuj się.
Czeka, aż seria ucichnie – znak, że strzelec zmienia magazynek – i zrywa się, chwyta Mari i przerzuca ją sobie przez ramię. Rusza biegiem wzdłuż ściany do zachodniego wyjścia, gdzie mur obniża się do wysokości pasa, po czym kładzie ją na ziemi za drzewem.
– Leż i się nie ruszaj! – krzyczy.
– Gdzie idziesz?
Strzelanina wybucha od nowa.
Keller ponownie przeskakuje mur i zaczyna spychać ludzi do wyjścia po stronie południowo-zachodniej.
– Tędy! Tędy! – woła, kładąc dłoń na karku jakiejś kobiety. Naciska jej głowę w dół, by zmusić ją do biegu. Ale zaraz słyszy ostry świst pocisku i odgłos uderzenia. Kobieta chwieje się i osuwa na kolana, a spomiędzy jej palców spływa krew.
Kiedy próbuje ją dźwignąć, tuż przy twarzy słyszy świst serii.
Podbiega do nich młody mężczyzna, wyciąga rękę w stronę rannej i woła:
– Jestem sanitariuszem!
Keller zostawia go z kobietą, obraca się i rzuca w tłum, by znów spychać ludzi z linii ognia. I wtedy ponownie widzi chłopca uczepionego dłoni matki. Malec ma oczy szeroko otwarte z przerażenia, a kobieta holuje go przed sobą, osłaniając własnym ciałem.
Keller w taki sposób obejmuje jej ramię, by choć pochylona, nadal posuwała się do przodu.
– Osłaniam cię, jestem tu, idź – powtarza, aż doprowadza ją na skraj muru, gdzie jest już bezpieczna, po czym wraca na poprzednie stanowisko.
Ogień znowu ustaje. Snajper po raz kolejny zmienia magazynek.
Chryste, myśli Keller, ile jeszcze ich ma?
Co najmniej jeden, gdyż strzały znów padają.
Ludzie potykają się i przewracają.
Wyją syreny, wirniki śmigłowca pulsują głębokim, rozedrganym basem.
Keller podtrzymuje jakiegoś mężczyznę, próbując pchnąć go w przód, lecz w tej samej chwili pocisk uderza w plecy nieszczęśnika, który pada u jego stóp.
Większość ludzi zdołała uciec wyjściem na zachód. Pozostali leżą wzdłuż ścieżki i na trawniku, przez który uciekali, wybierając niewłaściwy kierunek.
Woda z porzuconej butelki chlupie na chodnik.
Wciąż dzwoni jakaś komórka z pękniętym wyświetlaczem, która leży na ziemi obok tandetnej pamiątki – małego popiersia Lincolna. Jest zalana krwią.

Od strony wschodniej wyłania się funkcjonariusz Policji Parkowej. Z pistoletem w dłoni rusza w kierunku toalet, lecz po chwili pada z piersią przeszytą pociskiem.
Keller przypada do ziemi, czołga się w jego stronę i próbuje wymacać puls. Ale nic nie wyczuwa. Płasko przylgnąwszy do trawy, kryje się za martwym ciałem, w które uderza kolejny pocisk. Kiedy podnosi wzrok, wydaje mu się, że widzi sylwetkę snajpera. Przykucnął za budynkiem i po raz kolejny zmienia magazynek.
Art Keller spędził większość życia, walcząc po drugiej stronie granicy, aż wreszcie wrócił do domu.
Ale wojna wróciła razem z nim.
Wyjmuje z dłoni policjanta glocka 9 mm i przemyka się wśród drzew w stronę zamachowca.


Księga pierwsza

Memoriał

Tylko umarli widzieli koniec wojny.
Platon

 

 

 

 

 

 

 

 



1
Potwory i duchy

Potwory są prawdziwe. Tak jak i duchy. One żyją w nas. I czasami wygrywają.
Stephen King

1 listopada 2012 r.

Art Keller wyłania się z dżungli w Gwatemali niczym uchodźca.
Pozostawia za sobą scenę rzezi. W małej wiosce Dos Erres piętrzą się stosy ciał. Jedne, częściowo spalone, tlą się jeszcze w ognisku, gdzie je wrzucono. Inne pokrywają polanę, na której padły od kul.
Większość ofiar to narcos , ludzie karteli. Rzekomo przybyli tu po to, by zawrzeć rozejm z konkurencją. Uzgodniono więc warunki porozumienia, po czym nastąpiła orgiastyczna uczta wydana z okazji zawartego pokoju. I wtedy narcos z kartelu Los Zetas wyciągnęli pistolety, noże i maczety, by zgotować tym z kartelu Sinaloa krwawą rzeź.
Keller dosłownie w to wpadł. Śmigłowiec, którym leciał, oberwał rakietą i wirując, twardo wylądował w samym środku jatki. Lecz sam Keller też nie był niewiniątkiem. Wspólnie z Adánem Barrerą, bossem kartelu Sinaloa, zamierzali wykończyć Zetas, wspomagając się oddziałem najemników.
Barrera chciał oszukać swych wrogów.
Rzecz w tym, że ci go uprzedzili.
Ale główne cele misji Kellera, czyli dwaj przywódcy Zetas, uległy likwidacji. Pierwszy skończył ze ściętą głową, drugi spłonął jak pochodnia. Potem, zgodnie z jednym z warunków trudnego i złego sojuszu, Keller wyruszył w głąb dżungli, by odszukać Barrerę i go wyprowadzić.
Miał wrażenie, że spędził całe swe dorosłe życie, tropiąc tego człowieka.
Po dwudziestu latach starań w końcu doprowadził do tego, że Barrera został aresztowany przez władze USA, lecz wkrótce przekazano go Meksykowi. Barrera został osadzony w zakładzie o zaostrzonym rygorze, lecz natychmiast uciekł i został szefem kartelu Sinaloa, zyskując jeszcze większą władzę, niż kiedykolwiek dotąd miał.
Wówczas Keller ponownie udał się do Meksyku, by go odszukać. Skończyło się jednak na tym, że po ośmiu latach trudów został sprzymierzeńcem Barrery w walce z Zetas, których należało zlikwidować.
Stanowili bowiem większe zło.
Tak się też stało.
Więc teraz Keller idzie, wyłaniając się z dżungli.
Garść peso dla pogranicznika otwiera mu drogę do Meksyku. Maszeruje kilkanaście kilometrów do wioski Campeche, gdzie rozpoczęli akcję.
A właściwie kuśtyka.
Poziom adrenaliny, gwałtownie pobudzonej widokiem rzezi, z wolna opada. Czuje ciepło słońca i bliskość lasu deszczowego. Bolą go nogi, pieką oczy, dławi fetor ognia, dymu i śmierci.
Smród palącego się ciała pozostaje w nozdrzach na zawsze.
Admirał Orduña czeka w śmigłowcu na wyciętym w lesie prowizorycznym pasie startowym. Dowódca jednostki specjalnej FES siedzi w luku black hawka. Keller i Orduña nawiązali bratnią współpracę podczas wojny z Zetas. Keller dostarczał admirałowi ważne informacje operacyjne zdobyte przez służby USA i często uczestniczył w akcjach elitarnej jednostki marines, prowadzonych na terenie Meksyku.
Ale tym razem było inaczej. Szansa na to, by zlikwidować dowództwo Zetas podczas jednorazowego ataku, pojawiła się w Gwatemali, gdzie meksykańscy marines nie mieli wstępu. Mimo to Orduña zorganizował dla ludzi Kellera bazę wypadową, zapewnił wsparcie logistyczne i przetransportował całą ekipę do Campeche. Teraz czekał, by sprawdzić, czy jego przyjaciel Art Keller wciąż żyje.
Gdy Keller wyłania się zza linii drzew, admirał szeroko się uśmiecha. Potem sięga do lodówki i wyjmuje zimne modelo.
– A reszta zespołu? – pyta Keller.
– Już ich wywieźliśmy – odpowiada Orduña. – Powinni już być w El Paso.
– Ofiary?
– Jeden poległy, czterech rannych. Nie wiedziałem, co z tobą. Gdybyś nie wrócił przed zmrokiem, to pieprzyć wszystko, ruszyłbym cię stamtąd wyciągać.
– Szukałem Barrery. – Keller jednym haustem wychyla piwo.
– I?
– I nie znalazłem.
– A co z Ochoa?
Orduña nienawidzi bossa Zetas niemal tak gorąco jak Keller Adána Barrery. Wojna narkotykowa miewa czasem bardzo osobisty charakter. Tak właśnie traktował ją Orduña od chwili, gdy jeden z jego oficerów zginął podczas ataku na Zetas. Ale ludziom gangu ta śmierć nie wystarczyła. Wieczorem po pogrzebie przyszli zamordować matkę, ciotkę, siostrę i braci poległego. Nazajutrz Orduña utworzył jednostkę o nazwie Matazetas, czyli Mordercy Zetas. Członkowie Matazetas zabijali narcos z Zetas przy każdej okazji, a więźniów trzymali dopóty, dopóki nie wyciągnęli z nich wszystkich informacji, po czym dokonywali egzekucji.
Keller miał inne powody, by nienawidzić Zetas.
Inne, lecz wystarczające.
– Ochoa nie żyje – mówi.
– To pewne?
– Sam widziałem. – Na jego oczach Eddie Ruiz wylał kanister nafty na rannego bossa Zetas, a następnie rzucił w niego zapałką. Ochoa umierał z wrzaskiem. – Forty też.
Forty był w kartelu człowiekiem numer dwa. I takim samym sadystą jak Ochoa.
– Widziałeś jego ciało?
– Widziałem jego głowę odrąbaną od ciała. Wystarczy?
– Może być. – Orduña się uśmiecha.
Tak naprawdę Keller nie widział głowy Forty’ego. Za to widział jego twarz, którą ktoś zdarł z czaszki i przyszył do piłki.
– Ruiz się pojawił?
– Jeszcze nie – odpowiada admirał.
– Kiedy go ostatnio widziałem, żył.
I patrzył, jak Ochoa płonie żywym ogniem. A potem stał na kamienistym podwórcu z czasu Majów i obserwował chłopca, który kopał tę dziwaczną piłkę.
– Może już odleciał? – rzuca Orduña.
– Może.
– Musimy uspokoić twoich ludzi. Dzwonią co piętnaście minut. – Orduña wybiera jakieś cyfry na jednorazowym telefonie, a potem mówi: – Taylor? Zgadnij, kogo tu mam.
Keller bierze aparat i słyszy Tima Taylora, szefa południowo-zachodniego okręgu DEA:
– Jezu Chryste! Myśleliśmy, że nie żyjesz!
– Wybacz, że was zawiodłem.

Czekają na niego w Clint w stanie Teksas. Motel Adobe leży przy mało uczęszczanej drodze kilka kilometrów na wschód od El Paso.
Wnętrze jest typowo motelowe. Duży pokój dzienny z aneksem kuchennym wyposażonym w mikrofalówkę, ekspres do kawy i małą lodówkę. W pokoju stoi sofa, obok stolik, dwa krzesła i telewizor. Ścianę zdobi tandetny pejzaż zachodzącego słońca na tle kaktusa. Drzwi na lewo, teraz otwarte, prowadzą do sypialni i łazienki. To odpowiednie, to znaczy wystarczająco nijakie miejsce na zwołanie odprawy.
Nastawiony na CNN telewizor jest przyciszony.
Tim Taylor siedzi na kanapie wpatrzony w ekran laptopa leżącego na stoliku. Przy komputerze leży telefon satelitarny.
John Downey, wojskowy dowódca akcji, stoi przy mikrofali i coś podgrzewa. Jest w cywilu. Ogolony i wykąpany, ma na sobie śliwkową koszulkę polo, dżinsy i adidasy.
Trzeci, facet z CIA, znany Kellerowi pod nazwiskiem Rollins, siedzi na krześle i ogląda telewizję.
Gdy Keller wchodzi, Downey podnosi wzrok.
– Gdzieś ty się, kurwa, podziewał, Art? Namierzał cię satelita, szukały śmigłowce…
Keller miał bezpiecznie wyprowadzić Barrerę. Taka była umowa.
– Co z twoimi ludźmi?
– Frruu… – Downey macha rękami, jakby płoszył stadko przepiórek. Keller wie, że w ciągu dwunastu godzin cała specgrupa rozpierzchnie się po kraju, a może i po świecie, każdy z jej członków zniknie z własną legendą na temat tego, co robił i gdzie był. – Brak tylko Ruiza. Miałem nadzieję, że wróci razem z tobą.
– Widziałem go po bitwie – informuje Keller. – Jak odchodził.
– I co? Rozpłynął się? – denerwuje się Rollins.
– Nie martw się o to, naprawdę.
– Jesteś za niego odpowiedzialny – podkreśla Rollins.
– Czort z Ruizem – przerywa im Taylor. – Co z Barrerą?
– Ty mi powiedz. – Keller patrzy pytająco.
– Nie odezwał się ani słowem.
– Widać coś nie wyszło.
– Nie chciałeś się ewakuować z innymi – naciska Rollins.
– Śmigłowiec musiał startować – mówi Keller. – A ja musiałem szukać Barrery.
– Ale go nie znalazłeś.
– Siły specjalne to nie służba hotelowa – ucina Keller. – Nie zawsze dostarczają na czas zamówienie. Bywa różnie.
I tak właśnie było od początku.
Wyruszyli śmigłowcami na teren walk, które trwały od chwili, gdy narcos z Los Zetas zaczęli rzeź narcos z Sinaloa. Nagle rakieta ziemia-powietrze uderzyła w prowadzący helikopter, czyli ten, którym leciał Keller. Jeden z pasażerów zginął, a drugi został ranny. Tak więc zamiast opuszczać się na linach w dogodnym miejscu, musieli awaryjnie lądować w ogniu walki, a następnie przerzucić zespół na inny helikopter.
I tak mieliśmy fart, że wyszliśmy cało, myśli Keller, nie wspominając o osiągnięciu głównego celu misji, czyli likwidacji kierownictwa Zetas. Jeśli nawet nie zdołaliśmy wyciągnąć Barrery, no cóż…
– Jak rozumiem – mówi – głównym celem misji była eliminacja dowództwa Zetas. Jeśli nawet Barrera jest skutkiem ubocznym…
– To tym lepiej – kończy za niego Rollins.
Nienawiść Kellera do Barrery nie jest tajemnicą.
Narkotykowy baron torturował, a potem zamordował jego partnera.
Keller nigdy o tym nie zapomniał, a już na pewno nie wybaczył.
– Nie będę po nim wylewał krokodylich łez – zamyka sprawę.
Zna sytuację w Meksyku lepiej niż ktokolwiek w tym pokoju. Czy się to komu podoba, czy nie, kartel Sinaloa stanowi gwarancję stabilności tego kraju. Gdyby się rozpadł wraz ze zniknięciem Barrery, runęłaby krucha pokojowa równowaga. Barrera też o tym wiedział. I dlatego stawiał twarde warunki zarówno rządowi meksykańskiemu, jak i Amerykanom. Żądał od nich nie tylko nietykalności, lecz i wsparcia w wojnie z konkurencją.
Dzwoni mikrofalówka i Downey wyjmuje tacę.
– Lazania Stouffera. Klasyczna.
– Nie wiemy nawet, czy Barrera zginął – dodaje Keller. – Ktoś widział ciało?
– Nie. – Taylor kręci głową.
– Do akcji weszło D-2 – mówi Rollins, wymieniając nazwę gwatemalskiej paramilitarnej agencji wywiadowczej. – Ale nie znaleźli Barrery. A także, dla ścisłości, żadnego z głównych obiektów misji.
– Mogę osobiście potwierdzić, że uległy likwidacji – informuje Keller. – Ochoa to kawałek węgla, a Forty… lepiej nie pytajcie. Tak czy owak, obaj należą już do przeszłości.
– Miejmy nadzieję, że Barrera nie – oświadcza Rollins. – Niestabilność kartelu Sinaloa oznacza niestabilność Meksyku.
– Takie jest prawo niezamierzonych skutków – kwituje Keller.
– Na mocy specjalnej umowy z meksykańskim rządem mamy asekurować Adána Barrerę. Zagwarantowaliśmy mu bezpieczeństwo. To nie Wietnam, Keller. Ani Phoenix. Jeśli się okaże, że pogwałciłeś umowę…
Keller wstaje.
– To gówno mi zrobicie. Cała ta operacja jest nieformalna i nielegalna. I jak mawiacie, nigdy się nie zdarzyła. Co mi zrobicie? Postawicie przed sądem? Wezwiecie na świadka? Pozwolicie zeznać pod przysięgą, że zawarliśmy układ z największym dilerem narkotyków na świecie? Że brałem udział w sponsorowanej przez USA akcji, która miała na celu likwidację jego rywali? Lepiej zapamiętaj to, o czym dobrze wie każdy, kto w tym siedzi: nigdy nie wyciągaj broni, jeśli nie chcesz nacisnąć na spust. Jesteś gotów go nacisnąć?
Bez odpowiedzi.
– Tak myślałem – kwituje Keller. – A tak dla jasności, to owszem, chciałem zabić Barrerę. I życzyłbym sobie tego. Lecz nie więcej.

Napisz swoją opinię i oceń książkę

Przedstaw się



Twoja ocena


WYŚLIJ