Dla młodzieży
Dziedzictwo Kopernika III. Złota zemsta
29,99 zł
38,99

Dziedzictwo Kopernika III. Złota zemsta

Tony Abbott
brak opinii
Liczba stron: 416
ISBN: 9788327644893
Premiera: 2019-10-15

Dziedzictwo Kopernika to dwanaście artefaktów o nadzwyczajnej mocy. Ten, kto je znajdzie, zyska nieograniczoną władzę i będzie mógł zmienić losy świata. Wyścig już się rozpoczął!

Minęły dwa miesiące, odkąd rodzina Kaplanów wytropiła drugi artefakt i nie ustaje w poszukiwaniach trzeciego. Niespodziewanie do akcji znowu wkracza Galina Krause, zagrażając czwórce bohaterów. Wade, Darrell, Lily i Becca nie mają innego wyjścia, jak tylko stawić jej czoła. Trwa walka z czasem, a wyzwanie jest tym większe, że trzeci artefakt prawdopodobnie został stworzony przez samego Leonarda da Vinci – być może najbardziej niezwykłego ze wszystkich Strażników.

Tymczasem złowroga Galina wprowadza nowe reguły gry i niebezpiecznie zbliża się ku zwycięstwu. Czy czwórce bohaterów uda się ją zatrzymać?

Dziedzictwo Kopernika to seria książek przygodowych o przyjaciołach, którzy wyruszają w pełną niebezpieczeństw i zagadek podróż. Wade, Darrell, Lily i Becca, aby ocalić świat, muszą jako pierwsi odnaleźć tytułowe Dziedzictwo i jego dwanaście artefaktów.

                                               ROZDZIAŁ PIERWSZY

Londyn, Wielka Brytania

2 kwietnia

9:42

           

Wade Kaplan patrzył badawczo w głąb długiego korytarza.

            Płuca go paliły. W podziemiach było zimno, niemal lodowato. Liczył kolejne świetlówki na niskim suficie, emanujące zimnym blaskiem. Dwanaście. Rzucały białe światło na ściany i jego rodzinę – przyrodniego brata Darrella, ojca Roalda, macochę Sarę – i na wysokiego człowieka w grantowym garniturze, stojącego przed nimi.

            – Za mną znajdują się drzwi do skarbców, wzmocnione stalą tytanową – powiedział mężczyzna. – Każde wejście jest wyposażone w wielowarstwowe kombinacje szyfrujące, generowane losowo. Jednym słowem, nasze zabezpieczenia są nie do złamania. Proszę za mną. Przygotujcie swój depozyt.

Człowiek, którego nazwiska Wade nie dosłyszał wyraźnie, był szefem ochrony skarbca w Muzeum Brytyjskim.

– To jest to – szepnął Darrell. – Oficjalne zakończenie epizodu londyńskiego.

– Taką mam nadzieję – odszepnął Wade. Stanęli przed wejściem.

Kiedy szef ochrony przeszedł procedurę – włożenie karty, odczyt linii papilarnych i komendę głosową: „Pięć, siedem, dziewięć, cztery, dwa, osiem” – Wade usłyszał, jak po kolei odskakują elektroniczne bolce. Potężne drzwi otworzyły się z cichym poszumem. Za nimi wejścia pilnowało dwóch uzbrojonych wartowników. Kiedy przekroczyli próg, drzwi się zamknęły, bolce zaskoczyły z powrotem i znaleźli się w labiryncie podziemnych sejfów.

– Skarbiec Muzeum Brytyjskiego należy do najbezpieczniejszych w Wielkiej Brytanii – wyjaśnił mężczyzna. – A także w świecie. Wasz depozyt będzie tu bezpieczny.

Przedmiot, który trzymała Sara, był prostym stalowym pojemnikiem wielkości sporego tomu w twardych okładkach, mieszczącym Cruxa – mechaniczny krzyż z bursztynu, z tajemniczym i masywnym wewnętrznym mechanizmem. Crux jako jeden z dwunastu artefaktów napędzał wehikuł czasu Mikołaja Kopernika.

– Jesteśmy prawie u celu – powiedział Darrell Wade’owi na ucho. – Możesz już normalnie oddychać.

– Jeszcze nie.

– Przesadzasz. Wdech, wydech, wdech, wydech, odpręż się wreszcie! To zawsze pomaga. Ja oddycham głęboko kilka razy, jak tylko rano otworzę oczy. Od razu lepiej mi się zaczyna dzień. Sprawa jest naukowo udowodniona.

– Nie wątpię – mruknął Wade.

– Chłopcy, spokojnie – upomniała ich Sara. – Szli do samego końca długiego korytarza, który, jak poinformował ich mężczyzna w garniturze: „biegnie równolegle do Great Russell Street, sześć metrów poniżej poziomu ulicy”. Wymownie pokazał na sufit.

Wade miał wrażenie, jakby ostatni raz wziął oddech tydzień temu. A praktycznie trzy tygodnie temu, gdyż na początku marca dowiedzieli się o dwunastu tajemniczych elementach astrolabium Kopernika – urządzenia do podróży w czasie – i zaczęli ich szukać po całym globie.

Zmagając się z agentami groźnego przeciwnika – złowrogiego zakonu krzyżackiego z dawnych Prus i jego przywódczynią Galiną Krause – cudem zdołali zdobyć dwa artefakty. Pierwszym był dziwnie ciężki niebieski kamień, zwany Velą, który zdeponowali w Bibliotece i Muzeum Morgana w Nowym Jorku. Drugi, Crux, postanowili na pewien czas zostawić tutaj, w sejfie numer siedemnaście skarbca Muzeum Brytyjskiego.

– Za dużo rzeczy poszło źle – szepnął Wade, kiedy wreszcie weszli do właściwego pomieszczenia przez kolejne grube stalowe drzwi. Było puste, jeśli nie liczyć metalowego stołu i krzesła oraz sejfu, wbudowanego w tylną ścianę.

– Ale to poszło dobrze – zauważył Darrell.

– Tylko szkoda, że nie ma z nami Bekki.

Becca Moore dochodziła do siebie w szpitalu przy Great Ormond Street – choć Wade wątpił, czy można powrócić do dawnego stanu po tym, co jej się przydarzyło. Albowiem Becca odbyła podróż w czasie.

Przynajmniej w pewnym stopniu.

W zeszłym tygodniu pojawiły się u niej niepokojące objawy: wizje, które cofały ją w czasie do szesnastego wieku – nie fizycznie, lecz w myślach. Z drugiej strony, dzięki dziwnym i powikłanym ścieżkom, które prowadziły ją tam i z powrotem przez otchłań czasu, udało im się odnaleźć Cruxa i pokrzyżować plany ich mrocznego prześladowcy, Markusa Wolffa, zabójcy na usługach Galiny. Jednak koszt był ogromny. Przede wszystkim Becca poznała okrutną prawdę, że podróżowanie w czasie może stać się przyczyną koszmarnych wydarzeń. Poza tym w trakcie podróży cierpiała na napadowe bóle głowy i krwotoki z nosa. Po powrocie była tak wyczerpana, że nie dała rady towarzyszyć im w akcji zabezpieczenia Cruxa.

– I Lily – dodał Darrell.

Lily Kaplan, kuzynka Wade’a, miała w zeszłym tygodniu spotkać się ze swoim ojcem na lotnisku Heathrow i wrócić z nim do domu. Wszystko było umówione, ale w ostatnim momencie odwołał lot. Rodzice Lily „przeżywali trudne chwile”, jak to nazwała macocha Wade’a. Wkrótce się okazało, jak bardzo trudne. Owe „chwile” były po prostu klasycznym, trudnym rozwodem. Lily, która stała się ponura i milcząca – jak nie ona! – została z Beccą, aby czuwać przy niej w szpitalu na Great Ormond Street. W ostatnim tygodniu los nie szczędził im wszystkim bolesnych doświadczeń, a szczególnie dziewczynom.

Mężczyzna w granatowym garniturze stanął przed alfanumeryczną klawiaturą, umieszczoną na ścianie obok drzwi do sejfu, po czym wpisał długie ciągi cyfr i liter. Na koniec przyłożył kciuk do skanera i otworzył bezpieczny schowek metalowym kluczem.

Wade, Darrell i ich rodzice wiele razy badali Cruxa, ale nie znaleźli niczego, co by mogło doprowadzić do następnego artefaktu. A przecież według zasady jeden miał prowadzić do drugiego. Być może Crux był wyjątkiem.

Pewnie pokazałby im to Serpens – element w kształcie węża – który Galina Krause zabrała im w Rosji. Nie mając go, wytrwale fotografowali, badali i prześwietlali bursztynowy krzyż, aż wreszcie ujawnił im swoją tajemnicę.

Drzwi sejfu otworzyły się z wolna.

– Ostatnie słowa? – zapytał z nieznacznym uśmiechem mężczyzna w garniturze.

Roald Kaplan popatrzył na resztę grupy i pokręcił głową.

– Dobrze jest wiedzieć, że będzie bezpieczny.

Sara włożyła kasetkę do sejfu. Mężczyzna zamknął drzwi i starannie obrócił metalowy klucz. Kliknął zamek. Parę sekund zajęło wpisywanie kodów na klawiaturze i zeskanowanie kciuka. Wreszcie klucz został wyjęty z zamka. Depozyt był bezpieczny. Wade z ulgą wypuścił powietrze z płuc. Wdech. Wydech.

– Dobrze, gotowe – powiedział szef ochrony. – Miejsce jest monitorowane przez dwadzieścia cztery godziny na dobę, a w całym skarbcu, w każdym z jego pomieszczeń, działają czujniki temperatury. – Nieznacznym gestem pokazał na obiektywy i wloty powietrza, umieszczone na suficie. – Trzydziestu strażników non stop patroluje to miejsce. Całe szczęście, że macie wsparcie Fundacji Ackroyda, głównego sponsora naszego muzeum.

Terence Ackroyd i jego syn, Julian, stali się ich najlepszymi przyjaciółmi i zarazem ważnymi członkami grupy poszukującej artefaktów. Kiedy tego dnia wieczorem Kaplanowie i Moore’owie wsiedli do samolotu lecącego do Stanów, zostali objęci prywatnym programem ochrony świadków, który zapewniła im Fundacja, aby zakon nie wpadł na ich trop.

Terence przekonywał, że staną się niewidzialni dla swoich wrogów i będą się mogli w spokoju poświęcić poszukiwaniom następnego artefaktu. Kiedy człowiek w grantowym garniturze wyprowadzał ich ze skarbca, Wade miał nadzieję, że Crux będzie tu bezpieczny.

Ale coś mu mówiło, że nic nie może być naprawdę bezpieczne.

Już nie.

 

 

                                    ROZDZIAŁ DRUGI

Olsztyn, Polska

3 kwietnia

11:43

 

Niebo było jak czarny całun, przez który przeświecały gwiazdy i księżyc w nowiu, nadając mu głębię, która zdawała się sięgać krańców wszechświata.

Galina Krause, ciemnowłosa dziewiętnastoletnia wielka mistrzyni zakonu krzyżackiego, spojrzała w górę i zastawki w jej sercu zadrżały.

– Dziura w niebie – powiedziała.

Parę metrów za nią blady, chuderlawy i garbaty astrofizyk Ebner von Braun, trzęsąc się w cienkim płaszczu, uniósł głowę znad ekranu telefonu.

– Tak, Galino? Mówiłaś coś?

– Uczony Kopernik tak określił moment, w którym astrolabium po raz pierwszy zanurzyło się w rzece czasu. Pisał, że zobaczył „dziurę w niebie”. – Ból przeszył jej gardło, promieniując do piersi i barków. – Jak mamy to rozumieć, Ebner?

– Pięć serwerów w Sali Kopernikańskiej w Madrycie służy wyłącznie odszyfrowywaniu jego tajemniczych słów, a zwłaszcza tych. Proponuję, abyśmy się skupili na działaniu. Za siedem minut nad zamek nadleci samolot.

Pomimo ulicznych świateł i reflektorów podświetlających mury, bryła olsztyńskiego zamku odcinała się mroczną średniowieczną sylwetą na tle jeszcze ciemniejszego nieba. Galina podeszła ku niemu stromą ścieżką. Budowę zamku zainicjowali Krzyżacy w roku 1347. Galinę najbardziej interesował okres od 1516 do 1521 roku, kiedy w tych ścianach mieszkał i pracował Mikołaj Kopernik, co udokumentowano w archiwach. U wejścia do jego dawnych komnat w północno-wschodniej części budowli zachowała się namalowana na ścianie tablica astronomiczna wielkiego naukowca.

Natomiast tylko nieliczni wiedzieli, że właśnie w tych latach rezydujący w zamku astronom zaczął rozpraszać po całym świecie dwanaście napędzających jego Machinę Wieczności artefaktów i rozbierać resztę konstrukcji. Galina miała nadzieję, że z ocalałych resztek uda się jej uzyskać wskazówki co do pozostałych elementów. Chciała je wszystkie odzyskać i użyć do Kronosa III – najbardziej udanej, współczesnej wersji maszyny czasu, należącej do zakonu.

Z odszyfrowanego fragmentu, znajdującego się w jednym z niedawno odnalezionych listów Kopernika, wynikało, że w ścianach olsztyńskiego zamku została ukryta główna rama kopernikowskiej Machiny Wieczności.

Naturalnie taka akcja wymagała samolotu.

Ebner nagle znalazł się przy niej.

– Nadlatuje.

Wyjął niewielkie pudełeczko z kieszeni płaszcza i wysunął z niego długą antenę.

– Zachwycające jest, że z pomocą takiego drobiazgu można przejąć samolot ważący tysiąc sześćset kilogramów i pilotować go ruchami dźwigni. Pilot będzie pewnie mocno zaskoczony, kiedy instrumenty pokładowe przestaną go słuchać! Co ciekawe, ów pilot, oprócz tego, że jest naszym młodym agentem, jest także…

– Nie kończ – ucięła Galina.

Ebner z wysiłkiem przełknął ślinę.

– Jasne. Jasne, że nie.

Dało się słyszeć kroki. Galina Krause się odwróciła. Ujrzała Markusa Wolffa, który właśnie przybył z Londynu. Zbliżał się do zamku jak pielgrzym do świętego miejsca, choć nie był pielgrzymem, tylko szpiegiem, który miał zdać raport.

– Powiedz mi o Cruxie – poleciła. Z nim zawsze przechodziła do rzeczy, bez żadnych wstępów.

            – To mechaniczny krzyż, zdobiony bursztynem. Kaplanowie zlokalizowali go w kościelnej krypcie. Wczoraj został umieszczony w sejfie w Muzeum Brytyjskim. Pan von Braun twierdzi, że ma tam swojego człowieka…

            – Oczywiście, że mam! – obruszył się Ebner. – Jak możesz w to wątpić?

            – Zobaczymy – stwierdziła Galina.

            – Okazało się – ciągnął Wolff – że w 1517 roku Kopernik przekazał Cruxa myślicielowi i chrześcijańskiemu męczennikowi, Tomaszowi Morusowi. Po jego śmierci artefakt przejęła córka, która z kolei przekazała go przyjaciółce, albo „siostrze”, jak ją nazywano. Pewnie zachcesz to mieć z powrotem.

            Z wewnętrznej kieszeni skórzanego płaszcza wyjął mały złoty medalion i podsunął Galinie na dłoni w rękawiczce. Biorąc go, czuła chłód w palcach. W środku był miniaturowy portret owej siostry, Joan Aleyn, urzekającej i smutnej.

            Galina zamknęła wieczko i schowała medalion do kieszeni.

            – W jej krypcie… ?

            – Był terminal podróży w czasie. Ta dziewczyna, Rebecca Moore, mocno zaangażowała się w sprawę. Na razie nie należy się pozbywać tych dzieci. Zobaczyłem coś takiego.

            Wyjął smartfon i wywołał zdjęcie na ekranie.

            Obraz był niezbyt wyraźny – zdjęcie z dużej odległości, zrobione z nocy: kościelna wieża, wybita szyba w oknie i postacie rozmazane w szybkim ruchu. A jednak w zamęcie krzyżujących się smug światła latarek i reflektorów Galinie udało się dostrzec coś znajomego: kolisty witraż z kolorowych płytek osadzonych w metalu, tworzących kwietne wzory. Ozdoba na łańcuszku wisiała u pasa jednego z dzieci w wieży, którego twarz krył cień. Gdzieś już widziała ten przedmiot.

            – Rozeta?

– Tak, z Opactwa Westminsterskiego. Z ich sklepiku z pamiątkami. Jedna z czterech, które kupiła dla dzieci twoja była zakładniczka, Sara Kaplan.

– Które to z nich? – zapytał Ebner, pochylając się nad ekranem.

– Było ciemno – odpowiedział Wolff. – W każdym razie jeden z chłopców.

– Jeden z chłopców. – Galina odwróciła się od obu mężczyzn. Niebo się zachmurzyło. – W takim razie on, albo ktoś z nich, zgubi taką pamiątkę w ruinach zamku Albrechta w Królewcu.

Wolff nieznacznie przekrzywił głowę.

– Być może on albo ona już to zrobił. Przeszłość to naprawdę dziwny stwór. Czy Serpens udzielił już wskazówki?

Nagłe ukłucie bólu poraziło jej szyję. To, co narodziło się w jej ciele jako drobna zmarszczka pośrodku ogromnego oceanu, z każdą sekundą potężniało, spiętrzając się w potężną falę. Galina przechyliła głowę i zaczęła głęboko oddychać, usiłując pozbyć się bólu.

– Legendarna klątwa węża udowodniła, że wszystko jest aż nadto prawdziwe – powiedziała.

W przypadku Serpensa spodziewała się, że jak każdy artefakt, wskaże położenie następnego. Dlatego, kiedy pokazał na południe, Galina udała się do Damaszku. Tam jednak wąż pokazał na zachód, więc poleciała do Trypolisu. Wtedy skierował ją na północ, do Europy Wschodniej. A potem na wschód. I znów na południe, aż okrążyła Morze Śródziemne, złośliwie wodzona przez niego za nos.

– Serpens nie ma ochoty zdradzić sekretu. Musimy szukać innych sposobów dotarcia do kolejnego artefaktu – rzekła. – Dlatego na razie Kaplanowie muszą żyć. W tym czasie będziemy kontynuować poszukiwania fragmentów astrolabium. Ponadto musimy zdobyć rejestr Voytsdorfa.

– Co to jest? – zapytał Wolff.

– Zaszyfrowany dokument, który ma być spisem wszystkich części oryginalnego astrolabium Kopernika. Zawarto w nim wskazówki przydatne do odnalezienia artefaktów. Ebner, powiedz antykwariuszowi, żeby…

– Samolot! – zawołał Ebner.

Na północnym niebie pojawiła się para błyskających bliźniaczych świateł i zbliżała się ku nim. Ebner delikatnie dotknął sterowników konsoli i Galina zobaczyła, że światła zadrgały. Następny drobny ruch i nos maszyny pochylił się w dół. Jeszcze jeden ruch. Samolot przyspieszył. Ostatnia korekta wysokości i mała maszyna runęła w dół nurkowym lotem, aby wbić się jak bomba w północno-wschodnią ścianę zamku. Eksplozja była tak potężna i oślepiająca, że Galina odruchowo się cofnęła.

– Pilot musiał być zaskoczony – powiedział Ebner, osłaniając dłonią oczy. Po paru minutach na drodze pojawiły się pędzące wozy na sygnale: pogotowia, straży pożarnej, policji oraz inne, wiozące sprzęt do kopania i rozbiórek.

– Jeśli się nie mylimy, części konstrukcji Machiny Wieczności znajdują się pod miejscem katastrofy – szepnął Ebner. – Wypadek ukryje nasze poszukiwania. Wkrótce się przekonamy, co jest wart nasz wywiad. Do roboty! – rozkazał do telefonu. – Wyjmijcie ciało pilota. Szukajcie ramy machiny!

Galina wzdrygnęła się pomimo gorąca. Zrobiła parę kroków w kierunku ognia, kiedy zaczęły się pod nią trząść nogi. Znała to. Nagle w powietrzu zabrakło tlenu. Zacisnęła medalion w ręku tak mocno, że krawędzie werżnęły się w skórę. Ten ból nie dał jej zemdleć.

Ebner momentalnie znalazł się przy niej. Ledwie go zauważyła. W kakofonii wyjących syren i silników płomienie z płonącego muru zdawały się palić jej mózg. Widziała, jak wypalają ziemię i rośliny pod zamkową ścianą. I wreszcie, po pięciu wiekach, wyłonił się wielki pierścień o trzymetrowej średnicy, wykonany z żelaza, stali, brązu i złota.

– Ebner – powiedziała cichnącym głosem. – Wykop inne części. Wyślij antykwariusza do Paryża. Rejestr Voytsdorfa… – Nie dokończyła. Zachwiała się i wpadła w ciemność, drżąc jak pusty całun.

 

            Ogień zaczął przygasać pod zmasowanym atakiem strażackich węży. Ebner przytrzymał Galinę, mocno tuląc ją do siebie. Spojrzał w jej oczy – jedno ze srebrnoszarą tęczówką, drugie z niebieską – i zdążył jeszcze wychwycić błysk spojrzenia, wymierzonego w siebie. W następnej chwili powieki opadły i bezwładne ciało zaciążyło mu w ramionach.

            – Lekarza! – krzyknął. – Lekarza, szybko!

Napisz swoją opinię i oceń książkę

Przedstaw się



Twoja ocena


WYŚLIJ