Thriller / Sensacja / Kryminał
Ostatnia wdowa
29,99 zł
39,99
KUP TERAZ

Ostatnia wdowa

brak opinii
Liczba stron: 496
ISBN: 9788327644541
Premiera: 2019-10-02

Porywający thriller kryminalny autorki światowych bestsellerów.

Z udziałem Willa Trenta i Sary Linton

 

Rutynę rodzinnych zakupów przerywa uprowadzenie Michelle Spivey, matki opuszczającej sklep z jedenastoletnią córką. Śledztwo trwa, policja szuka porwanej, a partner błaga o jej uwolnienie. Bez powodzenia. Jakby Michelle rozpłynęła się w powietrzu.

 

Miesiąc później, w senne niedzielne popołudnie lekarka sądowa Sara Linton jest na lunchu ze swoim chłopakiem, Willem Trentem, agentem Georgia Bureau of Investigation. Spokój letniego dnia przerywa gwałtowne wycie syren.

 

Oboje Sara i Will to profesjonaliści. Ale tego jednego dnia instynkt zawodzi ich oboje. W ciągu kilku godzin sytuacja wymyka się spod kontroli: Sara staje się zakładniczką, a Will musi pracować pod przykrywką. Wydarzenia tego dnia zaprowadzą ich w odległe tereny Appalachów, ku przerażającej prawdzie o tym, co rzeczywiście stało się z Michelle Spivey.

Karin Slaughter

Karin Slaughter to autorka thrillerów i kryminałów, które uzyskały status międzynarodowych bestsellerów i ukazały się w nakładzie ponad 35 milionów egzemplarzy. Poprzez swoje powieści walczy o prawo do głośnego mówienia o przemocy, której ofiarą każdego dnia padają tysiące kobiet na świecie.

PROLOG

 

Michelle Spivey biegała po sklepie jak szalona, zaglądając w każdą alejkę w poszukiwaniu córki, a w głowie kłębiły jej się natrętne myśli: Jak mogłam stracić ją z oczu? Jestem beznadziejną matką! Moje dziecko porwał pedofil albo handlarz ludźmi. Zawiadomić ochronę sklepu czy lepiej od razu dzwonić na policję?

Ashley.

Michelle zatrzymała się tak gwałtownie, że omal nie straciła równowagi. Wciągnęła haust powietrza, usiłując wyrównać oddech i uspokoić serce. Jej córka nie została sprzedana handlarzom żywym towarem. Stała przy stoisku z kosmetykami do makijażu i testowała próbki.

Uczucie ulgi ustąpiło miejsca panice.

Jedenastolatka.

Wśród kosmetyków do makijażu.

I to po tym, jak powiedziały Ashley, że do dwunastych urodzin absolutnie nie może się malować, a gdy już osiągnie ten wiek, wolno jej będzie używać wyłącznie błyszczyku do ust i różu bez względu na to, co robią jej koleżanki. Koniec kropka.

Michelle przycisnęła dłoń do piersi. Ruszyła wolnym krokiem alejką, dając sobie czas na przeistoczenie się w racjonalną i rozsądną osobę.

Ashley stała plecami do Michelle i z uwagą oglądała szminki. Odkręcała je zręcznym ruchem, ponieważ u koleżanek testowała już ich kosmetyki. Nabierały wprawy, malując jedna drugą, bo właśnie tak robią dziewczynki.

Przynajmniej niektóre dziewczynki. Michelle nigdy nie ciągnęło do fiokowania się i makijażu. Wciąż pamiętała reakcję matki, gdy odmówiła golenia nóg:

– Nigdy nie będziesz mogła nosić rajstop!

– I dzięki Bogu – odparła mała Michelle.

To było lata temu. Jej matka już dawno nie żyła, Michelle była dorosłą kobietą, miała dziecko i jak każda kobieta przyrzekła sobie, że nie powieli błędów własnej matki.

Czyżby przesadziła?

Czy obdarzona naturą chłopczycy nie odbierała czegoś córce? Czy Ashley była już wystarczająco duża na makijaż? Czy nie wykazując najmniejszego zainteresowania kredkami do oczu, tuszami do rzęs, samoopalaczami i całą resztą, którą Ashley godzinami oglądała na YouTubie, pozbawiała córkę uczestnictwa w swoistym rytuale przejścia z dziewczęcości w kobiecość?

Sumiennie zgłębiła temat etapów rozwoju. Wiek jedenastu lat to ważny moment w życiu dziecka. Właśnie wtedy osiąga ono mniej więcej połowę siły dorosłego człowieka, a jeśli chodzi o rozwój psychiczny, to właśnie wtedy powinno się zacząć z dzieckiem negocjować, a nie tylko wydawać polecenia. W teorii brzmiało to przekonująco, ale okazało się niezmiernie trudne do zastosowania w praktyce.

– Och! – Na widok matki Ashley nerwowym ruchem odłożyła szminkę na półeczkę. – Ja tylko…

– W porządku. – Pogładziła córkę po długich włosach. Tyle butelek szamponu i odżywek do włosów pod prysznicem, mydeł i balsamów, a dbałość Michelle o urodę ograniczała się do odpornego na pot filtra przeciwsłonecznego.

– Przepraszam. – Ashley zaczęła wycierać błyszczyk z ust.

– Jest ładny.

– Naprawdę? – Obdarzyła matkę promiennym uśmiechem, który zawsze poruszał czułą strunę w sercu Michelle. – Widziałaś? – wskazała półkę z błyszczykami. – Mają taki z kolorem, więc pewnie dłużej się trzyma. Ale ten ma smak wiśni, a Hailey mówi, że chło… Chłopcy to lubią, w duchu dopowiedziała Michelle.

Różne złote myśli na ścianach sypialni Ashley nie uszły jej uwagi.

– Którą wolisz? – zapytała.

– Hm… – Ashley wzruszyła ramionami, ale niewiele było tematów, na które jedenastolatka nie miałaby własnego zdania. – Te kolorowe są trwalsze, prawda?

– To ma sens – odparła Michelle.

– Ten wiśniowy smakuje chemią, prawda? – z coraz większym zapałem mówiła Ashley. – Ja zawsze oblizuję… to znaczy pewnie bym ciągle oblizywała wargi, gdybym smarowała je błyszczykiem, bo on by je podrażniał, prawda?

Michelle skinęła głową, gryząc się w język, by nie powiedzieć córce: „Jesteś piękna, mądra, zabawna i utalentowana. Powinnaś robić tylko to, co cię uszczęśliwia, bo to przyciąga wartościowych chłopców, którym właśnie szczęśliwe i pewne swojej wartości dziewczyny wydają się interesujące”.

Ale zamiast tego powiedziała:

– Wybierz tę, która ci się podoba, a ja dam ci zaliczkę na twoje kieszonkowe.

– Mamo! – krzyknęła Ashley tak głośno, że zwróciła uwagę innych klientów. Taniec, jaki potem nastąpił, bardziej przypominał szaleństwo Tygryska niż pląsy Shakiry. – Serio? Przecież mówiłyście, że…

„Przecież mówiłyście”. Michelle jęknęła w duchu. Jak wyjaśnić tę nagłą zmianę zdania, skoro uznały, że Ashley nie może się malować przed ukończeniem dwunastu lat? Niedawno odbyły taką rozmowę:

– To tylko błyszczyk!

– Skończy dwanaście lat za pięć miesięcy!

– Wiem, że miała czekać do urodzin, ale ty pozwoliłaś jej na iPhone’a!

Tego argumentu użyje. Odwróci kota ogonem i poda przykład iPhone’a, ponieważ w tej kwestii pozostawała niewzruszona.

Dlatego powiedziała do córki:

– Wyjaśnienia biorę na siebie, ale kupujesz tylko błyszczyk. Nic innego. Wybierz ten, który cię uszczęśliwi.

I błyszczyk uszczęśliwił Ashley. Uszczęśliwił tak bardzo, że Michelle uśmiechnęła się do kasjerki, która na pewno się domyśliła, że błyszcząca tubka jaskraworóżowego Sassafras Yo Ass! nie jest przeznaczona dla trzydziestodziewięciolatki w spodenkach do biegania i z przetłuszczonymi włosami ukrytymi pod bejsbolówką.

– To… – Ashley była tak wniebowzięta, że ledwie mogła wykrztusić słowo. – To cudowne, mamo. Bardzo cię kocham. Będę odpowiedzialna. Bardzo odpowiedzialna.

Uśmiech Michelle wykazywał już chyba pierwsze objawy stężenia pośmiertnego, gdy ładowała zakupy do płóciennych toreb.

iPhone. Musi nawiązać do iPhone’a, ponieważ obie w tej sprawie także doszły do porozumienia, ale wtedy wszystkie koleżanki Ashley pojawiły się na obozie letnim z iPhone’ami i kategoryczne „Nie, absolutnie wykluczone” przeszło w: „Nie mogłam pozwolić, żeby była jedynym dzieckiem bez iPhone’a”. Zresztą zdarzyło się to pod nieobecność Michelle, która wyjechała na konferencję.

Ashley radośnie zgarnęła torby, ruszyła do wyjścia, błyskawicznie wyjęła iPhone’a i zaczęła posuwać kciukiem po ekranie, powiadamiając koleżanki o błyszczyku. Co czyniło wielce prawdopodobnym, że za tydzień ma szansę na niebieskie cienie do powiek i zrobienie tych kresek w kącikach oczu, które upodabniały dziewczęta do kotów.

Michelle dopadła katastroficzna wizja.

Od wspólnego używania środków do malowania oczu Ashley mogła nabawić się zapalenia spojówek, jęczmienia lub chronicznego zapalenia powiek. Opryszczki lub zapalenia wątroby typu C od błyszczyka do ust lub kredki, nie mówiąc o podrażnieniu rogówki szczoteczką do tuszu. A czy niektóre szminki nie zawierają metali ciężkich i ołowiu? Gronkowiec, streptokoki, E.coli. Co ją omamiło? Przecież może otruć własną córkę! Są setki tysięcy udokumentowanych badań nad chorobotwórczym wpływem zanieczyszczeń różnych powierzchni w przeciwieństwie do względnie nielicznych wskazujących na pośredni związek guzów mózgu z telefonami komórkowymi.

Idąca przed nią Ashley zaśmiała się głośno. Koleżanki najwyraźniej zaczęły jej odpisywać. Wymachiwała torbami, zmierzając w stronę auta. Miała jedenaście lat, nie dwanaście. Nawet dwanaście lat to mało, bardzo mało. Makijaż to sygnał, to komunikat, że „jestem zainteresowana tym, by wzbudzać zainteresowanie”. Szalenie niefeministyczna deklaracja, ale w prawdziwym świecie jej córka nadal była dzieckiem, które nie potrafi ło jeszcze odrzucać niechcianego zainteresowania.

Michelle pokręciła głową. Cóż za przeskok. Od błyszczyka do ust przez oporne na metycylinę szczepy gronkowca do konserwatywnej Phyllis Schlafl y. Musiała uspokoić szalejące myśli w drodze do domu, by tam przedstawić racjonalne argumenty na rzecz kupna Ashley błyszczyka do ust, skoro się umówiły, że nie pozwolą jej na to do dwunastych urodzin.

To samo zrobiły z iPhone’em.

Sięgnęła do torebki po kluczyki. Na zewnątrz było już ciemno. Światła latarni nie wystarczały. A może potrzebowała okularów, ponieważ zaczynała się starzeć. Była wystarczająco stara, by mieć córkę, która już chciała wysyłać chłopcom zmysłowe sygnały. Za kilka lat mogła zostać babcią. Na samą myśl o tym poczuła nerwowe ściskanie w żołądku. Dlaczego nie kupiła wina?

Zerknęła na córkę, by się upewnić, czy w trakcie esemesowania Ashley nie wpadła na jakieś auto albo nie runęła z urwiska.

Otworzyła usta.

Obok jej córki zatrzymał się van. Boczne drzwi vana się otworzyły. Ze środka wyskoczył mężczyzna.

Michelle złapała kluczyki i rzuciła się pędem przed siebie, byle bliżej córki.

Zaczęła krzyczeć, ale było za późno.

Ashley zdążyła uciec, jak została tego nauczona.

Jednak mężczyzna nie nią był zainteresowany.

Chodziło mu o Michelle.

 

 

MIESIĄC PÓŹNIEJ

NIEDZIELA, 4 SIEPRNIA 2019 ROKU

 

ROZDZIAŁ PIERWSZY

NIEDZIELA, 4 SIEPRNIA, GODZINA 13:37

 

Sara Linton odchyliła się na krześle, mamrocząc cicho:

– Tak, mamo. – Natomiast w duchu rozważała kwestię, czy wresz-cie kiedyś nadejdzie taka chwila, kiedy będzie już za duża na mamine połajanki.

– Daruj sobie ten pojednawczy ton. I tak mnie nie udobruchasz – od-parła Cathy, z irytacją rzucając pęk fasolki na rozłożoną gazetę. Jej gniew wisiał nad kuchennym stołem jak ciężka ołowiana chmura. – Nie jesteś podobna do swojej siostry, nie skaczesz z kwiatka na kwiatek. W liceum był Steve, potem Mason z powodów, których do dzisiaj nie mogę pojąć, no i wreszcie Jeff rey. – Zerknęła znad okularów. – Skoro zdecydowałaś się na Willa, to naprawdę się na niego zdecyduj. Wiesz, o czym mówię.

Sara czekała, aż ciotka Bella doda do listy kilka brakujących męskich imion, ale tylko bawiła się naszyjnikiem z pereł, popijając herbatę z lodem.

– Twój ojciec i ja jesteśmy małżeństwem od prawie czterdziestu lat – ciągnęła Cathy.

– Nigdy nie powiedziałam, że… – zaczęła Sara.

Bella wydała z siebie odgłos przypominający kaszel połączony z kichnięciem kota.

Sara zlekceważyła to ostrzeżenie.

– Mamo, rozwód Willa dopiero co został sfi nalizowany. Ciągle pró-buję się odnaleźć w nowej pracy. Cieszymy się życiem. Powinnaś być z tego zadowolona.

Cathy zaatakowała fasolkę, jakby chciała ją zamordować.

– Źle, że spotykałaś się z nim, gdy był jeszcze żonaty.

Sara wzięła głęboki wdech i zatrzymała powietrze w płucach.

Spojrzała na zegar w kuchence.

Godzina 13:37.

Miała wrażenie, że już jest północ, a ona nie jadła jeszcze lunchu.

Powoli wypuściła z płuc powietrze, koncentrując się na cudownych zapachach wypełniających kuchnię. Właśnie dla nich poświęciła swoje niedzielne popołudnie. Smażony kurczak na kontuarze. Ciasto z wiśniami w piekarniku. Masło topione na patelni do chleba kukurydzianego. Babeczki, groch, nakrapiana fasolka, sufl et z batatów, ciasto czekoladowe, placek z orzechami pekan i lody tak twarde, że można złamać łyżkę.

Sześć godzin na siłowni dziennie przez cały następny tydzień nie naprawi szkód, jakie zamierzała wyrządzić swojemu ciału, mimo to Sara zamartwiała się tylko tym, żeby nie zapomnieć zabrać do domu wszystkich resztek.

Cathy obrała kolejną fasolkę, wyrywając Sarę z zadumy.

W szklance Belli zabrzęczały kostki lodu.

Sara wsłuchiwała się w odgłosy kosiarki dochodzące z ogrodu za domem. Z niezrozumiałych dla niej powodów Will sam zaoferował pomoc jej ciotce w charakterze weekendowego ogrodnika. Na myśl o tym, że mógłby przypadkowo usłyszeć jakiś fragment tej rozmowy, ścierpła jej skóra.

– Saro… – Cathy wciągnęła głośno powietrze, by kontynuować temat. – Praktycznie z nim mieszkasz. Jego rzeczy są w twojej szafi e.

Jego przybory toaletowe są w twojej łazience.

– Och, skarbie. – Bella poklepała dłoń Sary. – Nigdy nie dziel ła-zienki z mężczyzną.

– Twojego ojca to zabije – dramatycznym tonem dodała Cathy.

Eddie oczywiście nie umrze od tego, ale gdy się dowie, nie będzie zadowolony, ponieważ nigdy nie akceptował żadnych chłopaków i mężczyzn kręcących się wokół jego córek.

Z tego powodu Sara zachowywała swoje związki w tajemnicy.

Przynajmniej do pewnego stopnia.

Chciała zyskać przewagę w tej rozmowie.

– Mamo, właśnie przyznałaś się do tego, że myszkujesz po moim domu. Mam prawo do prywatności.

Bella cmoknęła z dezaprobatą.

– Och, kochana, to takie urocze, że naprawdę tak myślisz.

Sara podjęła następną próbę.

– Will i ja wiemy, co robimy. Nie jesteśmy zadurzonymi nastolat-kami zostawiającymi sobie liściki na korytarzu. Lubimy spędzać razem czas. To się liczy najbardziej.

Cathy chrząknęła, ale Sara była zbyt inteligentna, by uznać to za matczyną aprobatę.

– To ja jestem tu ekspertką – wtrąciła Bella. – Pięć razy wychodzi-łam za mąż i…

– Sześć – sprostowała Cathy.

– Dobrze wiesz, siostrzyczko, że tamto małżeństwo zostało unie-ważnione. Pozwól dziewczynie samej decydować o tym, czego chce, i samej dokonywać wyborów.

– Przecież jej nie mówię, co ma robić. Ja tylko radzę. Jeśli nie trak-tuje Willa poważnie, to powinna iść dalej i znaleźć kogoś, kogo będzie traktować poważnie. Jest zbyt rozsądna na luźne związki.

– Lepszy brak rozsądku niż uczucia.

– Charlotte Brontë jakoś mi nie pasuje mi na ekspertkę od uczucio-wego dobrostanu mojej córki.

Sara potarła skronie, usiłując powstrzymać ból głowy. W brzuchu jej burczało, ale lunch miał być najwcześniej o drugiej, co i tak nie miało znaczenia, ponieważ jeśli ta rozmowa potrwa jeszcze chwilę, jedna z nich albo nawet wszystkie trzy zginą w tej kuchni.

– Skarbie, znasz tę historię, prawda? – zapytała Bella, a gdy Sara podnosiła wzrok, mówiła dalej: – Nie sądzisz, że zabiła swoją żonę, bo miała romans? To znaczy jedna z nich miała romans, więc żona ją zabiła. – Puściła oko do Sary. – Właśnie tego bali się konserwatyści.

Małżeństwa homoseksualne odebrały znaczenie zaimkom.

Sara nie nadążała za Bellą, póki nie zorientowała się, że ciotka nawiązuje do artykułu w gazecie. Cztery tygodnie temu z parkingu centrum handlowego została uprowadzona Michelle Spivey. Pracowała naukowo w agencji rządowej CDC, czyli w Centrach Kontroli i Prewencji Chorób[1], dlatego śledztwo przejęło FBI. Zdjęcie w gazecie pochodziło z prawa jazdy Michelle. Pokazywało atrakcyjną kobietę przed czterdziestką z błyskiem w oku, który uchwycił nawet kiepskiej jakości aparat fotografi czny w wydziale komunikacji.

– Śledziłaś tę historię? – zapytała Bella.

Sara pokręciła głową. Niechciane łzy napłynęły jej do oczu. Jej mąż zginął pięć lat temu. Jedyne, co wydawało się jej gorsze od straty ukochanej osoby, to niewiedza co do jej prawdziwego losu.

– Obstawiam morderstwo na zamówienie – ciągnęła Bella. – Zwykle okazuje się, że tak właśnie było. Żonie zachciało się nowszego modelu i musiała pozbyć się starego.

Sara powinna zostawić ten temat, ponieważ Cathy coraz bardziej gotowała się ze złości. Ale właśnie dlatego, że Cathy gotowała się ze złości, Sara zwróciła się do Belli:

– Nie wiem. Była przy tym jej córka. Widziała, jak ciągną jej matkę do vana. To pewnie naiwne, ale nie wierzę, by druga matka zrobiła coś takiego ich dziecku.

– Fred Tokars wynajął płatnego zabójcę, który zastrzelił jego żonę w obecności dzieci.

– Tam chodziło o polisę na życie, prawda? Poza tym prowadził jakieś szemrane interesy i chyba miał związki z mafią.

– I był mężczyzną. A normalna kobieta zawsze woli zabić własny-mi rękami, prawda?

– Na miłość boską! – wybuchnęła w końcu Cathy. – Czy naprawdę musimy rozmawiać o morderstwie w świętą niedzielę, w dzień pański? I siostro, akurat ty nie powinnaś dyskutować o niewiernych małżonkach.

Bella zabrzęczała kostkami lodu w pustej szklance.

– Och, myślę, że w tym skwarze mojito byłoby w sam raz, tak dla naszej przyjemności, prawda?

Cathy klasnęła w dłonie, gdyż obrała ostatnią fasolkę szparagową, po czym zwróciła się do Belli:

– Nie pomagasz, siostro.

Jednak Bella odparła rezolutnie:

– Och, siostro, w takich sprawach na siostrę Bellę nie należy liczyć.

Sara czekała z otarciem łez, aż Cathy odwróci się do niej plecami. Jej łzy nie umknęły jednak uwagi Belli, co oznaczało, że zaraz po wyjściu z kuchni Bella i Cathy wdadzą się w rozważania pod tytułem: Dlaczego? Sara nie umiałaby wyjaśnić swojej płaczliwości. Ostatnio wszystko, od smutnej reklamy po piosenkę o miłości zasłyszaną w radiu, przyprawiło ją o łzy.

Sięgnęła po gazetę i udawała, że czyta. Nie było żadnych nowych informacji o zniknięciu Michelle. Miesiąc to zbyt długo. Nawet żona Michelle przestała błagać o jej bezpieczny powrót i zaczęła apelować do sumienia sprawcy lub sprawców uprowadzenia Michelle o ujawnienie miejsca ukrycia ciała.

Sarze zaczęło lecieć z nosa, ale nie sięgnęła po serwetkę, tylko wytarła go wierzchem dłoni.

Nie znała Michelle Spivey, ale w zeszłym roku spotkała jej żonę Th eresę Lee na spotkaniu absolwentów Emory Medical School. Lee była ortopedą i wykładowcą w Emory, Michelle epidemiologiem w Centrach Kontroli i Prewencji Chorób. Z artykułu wynikało, że pobrały się w dwa tysiące piętnastym roku, co znaczyło, że sformalizowały swój związek, kiedy tylko pojawiła się taka możliwość. Przed ślubem były ze sobą piętnaście lat. Sara założyła, że po dwóch dekadach znalazły swój sposób na dwie najczęstsze przyczyny rozwodów: akceptowalne dla obu stron ustawienie termostatu i przymykanie oczu na nieopróżnioną zmywarkę.

Ona jednak nie była największą ekspertką w kwestii małżeństwa w tym pokoju.

– Saro? – Cathy odwróciła się plecami do blatu kuchennego. – Po-wiem to otwarcie.

– Spróbuj – zachichotała Bella.

– Nie ma nic złego w pójściu naprzód – zaczęła Cathy. – Ułóż sobie życie na nowo z Willem. Jeśli naprawdę jesteś szczęśliwa, bądź naprawdę szczęśliwa. W przeciwnym wypadku na co czekasz, do cholery?

Sara starannie złożyła gazetę. Powędrowała wzrokiem w stronę zegara.

Godzina 13:43.

Napisz swoją opinię i oceń książkę

Przedstaw się



Twoja ocena


WYŚLIJ