Powieść obyczajowa
Książę i artystka
34,99 zł
34,99
KUP TERAZ

Książę i artystka

2 opinie
Liczba stron: 272
Oprawa miękka
ISBN: 9788327647481
Premiera: 2019-10-02
Opracowanie graficzne okładki: Emotion Media

Aleksander de Cordina i Eve Hamilton nie tylko należą do dwóch różnych światów, mają też całkiem odmienne osobowości. Aleksander, następca tronu, obowiązkowy i zasadniczy, bywa irytująco władczy i apodyktyczny. Pełna uroku Eve, z powodzeniem wystawiająca sztuki teatralne, kocha swobodę. Jest spontaniczna i wrażliwa. Wydawałoby się, że tych dwoje nie może się pokochać, a ich miłość nie ma przyszłości. Tymczasem przeciwieństwa zaczynają się przyciągać.

Nora Roberts

Kryminały pisze jako J.D. Robb, ponieważ wydawca uważał, że nie powinna publikować tak dużo książek pod tym samym pseudonimem. Przez jakiś czas pracowała jako aplikantka sądowa. Zaczęła pisać, kiedy zamieć śnieżna uwięziła ja w domu z dwoma małymi synami, Danem i Jasonem. Kilka pierwszych rękopisów zostało odrzuconych, pierwszy doczekał się publikacji w 1981 roku. Dzisiaj ma na koncie ponad sto sześćdziesiąt powieści przetłumaczonych na dwadzieścia pięć języków. Uznawana za królową romansu, jest laureatką wielu literackich nagród, a jej książki zajmują czołowe miejsca na listach bestsellerów. Jest pierwszą autorką, którą przyjęto do Romance Writers of America Hall of Fame. Czytelnicy cenią ja za świetną konstrukcję powieści oraz umiejętne łączenie wątków romansowych i sensacyjnych. Wraz z drugim mężem, którego poznała, gdy robił dla niej półki na książki, mieszka w stanie Maryland. Jej hobby to ogrodnictwo..

To nie była jej pierwsza wizyta w Cordinie. Pierwszy raz gościła tu prawie siedem lat temu; miała wtedy wrażenie, jakby znalazła się w trójwymiarowej bajce. Teraz była starsza, choć niekoniecznie mądrzejsza. I w bajki już nie wierzyła. To dobre dla młodych i naiwnych. Lub dla szczęśliwców, dodała w myślach.

Pałac, w którym mieszkała książęca rodzina, wciąż zapierał dech w piersiach. Eve Hamilton przyglądała mu się z zafascynowaniem i podziwem. Stara, potężna budowla połyskiwała bielą na szczycie wzgórza; rozpościerał się z niej wspaniały widok zarówno na morze, jak i na miasto.

Białe wieże zdawały się przebijać błękit nieba. Baszty i mury z blankami świadczyły o obronnym charakterze budowli. Dawną fosę zlikwidowano; miejsce wody zajęły nowoczesne kamery oraz systemy alarmowe. Promienie słońca odbijały się w oknach.

Podobnie jak gdzie indziej na świecie, tu również zdarzały się triumfy i tragedie, intrygi i wielkie miłości. Wciąż nie mogła uwierzyć, że w niektórych tych wydarzeniach ona, Eve Hamilton, brała udział!

Podczas swojej pierwszej wizyty w pałacu wyszła z księciem na taras i całkiem nieoczekiwanie przyczyniła się do uratowania mu życia. Dziwny bywa los, pomyślała, nie odrywając oczu od widoku za oknem. Samochód, którym jechała z lotniska, minął wysoką żelazną bramę oraz strażników w czerwonych uniformach. Raz nam sprzyja, kiedy indziej się od nas odwraca.

Siedem lat temu przyleciała do maleńkiego księstwa razem ze swoją siostrą Chris, która była przyjaciółką ze studiów księżniczki Gabrielli. Tak się akurat złożyło, że to ją książę Bennett zaprosił na taras. Równie dobrze mógł wyjść z inną kobietą, lecz wówczas nie poznałaby go i nie stała się częścią politycznej intrygi, która od dawna prześladowała jego rodzinę.

Gdyby nie incydent na tarasie, może nie miałaby okazji zamieszkać w pięknym, bajkowym pałacu. Może odleciałaby do Ameryki i zapomniała o Cordinie. A ona wracała tu raz po raz. Tym razem jednak nie przybyła w celach turystycznych czy towarzyskich.

Została wezwana, a rodzinie panującej się nie odmawia. Żałowała jedynie, że zaproszenie wyszło od jedynego członka książęcej rodziny, który ją irytował.

Od księcia Aleksandra, najstarszego syna i spadkobiercy tronu, Jego Książęcej Mości Aleksandra Roberta Armanda de Cordina. Nawet nie pamiętała, skąd zna jego pełne imię.

Z okien samochodu patrzyła, jak pełne różowych pąków drzewa kołyszą się na wietrze. Szkoda, że Aleksander tak bardzo różni się od swego brata. Na samą myśl o Bennetcie Eve uśmiechnęła się szeroko. Miło będzie się z nim znów zobaczyć. Bennett jest czarującym i niezwykle serdecznym człowiekiem – w przeciwieństwie do Aleksandra, który dwadzieścia cztery godziny na dobę nosi na głowie koronę, wprawdzie niewidoczną, ale... Tak, Aleksander jest jak jego ojciec; myśli wyłącznie o obowiązkach, o ojczyźnie i rodzinie. Nie zostawia mu to wiele czasu na przyjemności.

W porządku, bądź co bądź ona też nie przyjechała do Cordiny dla przyjemności. Przyjechała w interesach, na rozmowę z Aleksandrem. Nie była już młodą, łatwo rumieniącą się dziewczyną, którą peszy obecność monarchy i boli jego niechęć. Zresztą Aleksander nigdy nikogo wprost nie krytykował, był na to zbyt dobrze wychowany, ale jak mało kto potrafił wyrazić dezaprobatę samym spojrzeniem. Gdyby nie to, że miała ochotę spędzić kilka dni w Cordinie, nalegałaby, aby sam przyleciał do Houston. Zawsze

wolała podpisywać umowę na swoim gruncie i na swoich warunkach.

Z uśmiechem na ustach wysiadła z samochodu. Podpisywać umowy na swoim gruncie nie będzie, to jasne, ale jeśli chodzi o warunki, nie zamierzała iść na żadne ustępstwa. Zwycięstwo w pojedynku z Aleksandrem sprawi jej autentyczną satysfakcję.

Wspinała się po szerokich kamiennych schodach, kiedy nagle otworzyły się drzwi pałacu. Zatrzymała się w pół kroku, po czym z figlarnym błyskiem w oczach dygnęła.

– Wasza Wysokość.

– Eve!

Wybuchając radosnym śmiechem, Bennett zbiegł na dół. Oho, pomyślała, kiedy pochwycił ją w ramiona: przed chwilą wyszedł ze stajni. Pachniał bowiem sianem i końmi. Kiedy poznała go siedem lat temu, był przystojnym, wrażliwym na kobiece wdzięki młodzieńcem uwielbiającym dobrą zabawę.

Oswobodziła się, chcąc mu się lepiej przyjrzeć. Troszkę się postarzał, ale poza tym niewiele się zmienił.

– Jak cudownie cię znów widzieć. – Ponownie zgarnął ją w ramiona i przywarł wargami do jej ust, ale był to czysto przyjacielski pocałunek. – Zbyt rzadko nas odwiedzasz, maleńka. Od twojej ostatniej wizyty minęły już dwa lata.

– Jestem kobietą pracującą – odparła, ściskając go za rękę. – Jak się miewasz, Bennett? Sądząc po twoim wyglądzie, wiedziesz szczęśliwy żywot. A sądząc po tym, co piszą brukowce, należysz do bardzo zajętych ludzi.

– Zgadza się. – Błysnął w uśmiechu zębami. – I jedno, i drugie. Chodźmy do środka, zrobię ci coś do picia... Wiesz co? Nikt nie potrafił udzielić mi informacji, na jak długo przyjechałaś.

– Bo sama tego nie wiem. To zależy.

Weszli razem do pałacu. Wewnątrz panował miły chłód. Na prawo od wejścia znajdowały się szerokie schody prowadzące łukiem na piętro. Lubiła to miejsce; stare mury i antyczne meble stwarzały poczucie stałości, bezpieczeństwa. Na ścianach wisiały

wspaniałe gobeliny, gdzieniegdzie połyskiwały skrzyżowane ostrza szabli i szpad. Na stoliku z okresu panowania Ludwika XIV stała posrebrzana misa wypełniona po brzegi pachnącym jaśminem.

– Jak minęła podróż?

– Dobrze. – Z holu skręcili do elegancko urządzonego, jasnego salonu. Spłowiałe zasłony i obicia świadczyły o tym, że promienie słońca często wpadały tu przez okna. W kilku kryształowych wazonach stały ogromne bukiety róż. Eve usiadła i wciągnęła w nozdrza ich upojny aromat. – Ale zdecydowanie wolę mieć ziemię pod nogami. Powiedz mi, Ben, co u was słychać. Jak się czuje twoja siostra?

– Brie? Świetnie. Zamierzała wyjechać po ciebie na lotnisko, ale jej najmłodsza pociecha zaczęła trochę pociągać nosem.

Wyjął z barku dwie szklanki, do każdej wrzucił po dwie kostki lodu, po czym zalał je wytrawnym wermutem. Między innymi na tym polega jego urok, pomyślała Eve; Ben, jak mało który mężczyzna, doskonale zna gusty zaprzyjaźnionych z nim pań i zawsze pamięta ich preferencje.

– To śmieszne – dodał po chwili – ale wciąż nie mogę uwierzyć, że moja siostra jest matką, w dodatku czwórki małych rozrabiaków.

– To prawda. Mam dla niej list od Chris. Obiecałam, że wręczę go osobiście, a po powrocie zdam Chris szczegółowe sprawozdanie na temat jej chrześniaczki.

– Która to? Camilla? Straszna diablica! Doprowadza swoich braci do białej gorączki.

– I słusznie. Od czego są siostry? – Uśmiechając się, przyjęła szklankę z wermutem. – A jak Reeve?

– W porządku, choć pewnie byłby szczęśliwszy, gdyby przez cały rok mieszkał z rodziną na farmie w Ameryce. Ponieważ jednak Brie ma sporo obowiązków reprezentacyjnych, nie mogą na stałe wyjechać z Cordiny. Myślę, że Reeve w skrytości ducha marzy o tym, żeby Aleks wreszcie się ożenił. Wtedy jego żona przejęłaby na siebie część obowiązków, które teraz spoczywają na Brie.

Eve pociągnęła łyk wermutu.

– No a ty? – spytała. – Twoje małżeństwo też by odciążyło Brie.

– Kocham swoją siostrę, ale nie do tego stopnia, żeby się dla niej żenić. – Usiadł na sąsiedniej kanapie.

– Więc nie ma źdźbła prawdy w plotkach o tobie i lady Alice Winthrop? Chociaż nie, zdaje się, że ostatnio pokazywałeś się z hrabianką Jessicą Mansfield?

– Sympatyczne dziewczyny – oznajmił. – Widzę, że taktownie pominęłaś milczeniem księżnę Milano?

– Jest dziesięć lat od ciebie starsza – rzekła Eve tonem pełnym dezaprobaty, po czym wybuchnęła śmiechem. – A taktowna bywam zawsze.

– Powiedz lepiej, co u ciebie? – Gdy nie chciał mówić na jakiś temat, po mistrzowsku potrafił robić uniki. – Wyjaśnij mi, dlaczego osoba tak urodziwa

wciąż jest samotna? Jak opędzasz się przed adoratorami?

– Mam czarny pas w karate. Siódmy stopień dan.

– Faktycznie. Zapomniałem.

– To dziwne, skoro dwa razy z tobą wygrałam.

– Nie dwa, tylko raz. – Rozparł się wygodnie na poduszkach. Sprawiał wrażenie odprężonego, pewnego siebie. I taki był. – W dodatku dałem ci fory.

– Dwa razy cię powaliłam. – Pociągnęła łyk wermutu. – I nie dałeś mi żadnych forów. Byłeś wściekły, że przegrałeś.

– Po prostu sprzyjało ci szczęście. Poza tym jako dżentelmen nie mógłbym skrzywdzić kobiety.

– Chrzanisz.

– Moja droga, sto lat temu za tak lekceważący stosunek do rodziny panującej mogłabyś stracić swoją śliczną główkę.

– Chrzanisz – powtórzyła, posyłając mu kokieteryjny uśmiech. – Z chwilą, gdy Wasza Książęca Mość przystępuje do walki, natychmiast przestaje być dżentelmenem. Gdyby Wasza Książęca Mość mógł pierwszy rzucić mnie na matę, na pewno by się nie

zawahał.

Przyznał jej w duchu rację.

– Masz ochotę znów spróbować? – spytał.

Zawsze była gotowa stawić czoło wyzwaniu. Dopiwszy do końca wermut, podniosła się z kanapy.

– Oczywiście.

Bennett również wstał, po czym jedną nogą odsunął na bok stół. Odgarnął ręką włosy, zmrużył oczy.

– Hm, jak to było? Jeśli dobrze pamiętam, chwyciłem cię od tyłu... o tak! – Zacisnął ramię wokół jej talii.

– A potem...

Nie dane mu było dokończyć. Jednym sprawnym

ruchem podcięła mu nogę. Po chwili leżał na wznak. – No właśnie. – Przyglądając mu się z góry, otrzepała ręce. – Dobrze pamiętasz.

– To niesprawiedliwe – zaprotestował. – Nie byłem jeszcze gotów. – Podparł się na łokciu.

– W miłości i na wojnie wszystkie chwyty są dozwolone – rzekła ze śmiechem, po czym kucnęła obok na podłodze. – Nie ucierpiałeś?

– Ja nie, tylko mój honor – mruknął pod nosem i pociągnął ją za włosy.

 

Gdy Aleksander wszedł do salonu, zobaczył leżącego na dywanie brata, który wsunął rękę w ciemną czuprynę Eve. Ich uśmiechnięte twarze dzieliło zaledwie

kilka centymetrów.

– Wybaczcie, że wam przeszkadzam – rzekł szorstkim tonem następca tronu.

Na dźwięk jego głosu Bennett obejrzał się leniwie, Eve zaś poczuła, jak serce jej łomocze. Aleksander wyglądał dokładnie tak, jak go pamiętała: wysoki, przystojny,

o gęstych ciemnych włosach, zakrywających uszy. Twarz miał srogą, nieprzeniknioną; rzadko się uśmiechał. Emanował siłą, władzą. Podobny był do swoich przodków, których portrety wisiały w pałacowej galerii: wysokie kości policzkowe, śniada cera, oczy piwne, niemal tak czarne jak włosy, usta pięknie wykrojone, lecz gniewnie zaciśnięte. Jak zawsze był elegancko ubrany.

W przeciwieństwie do niego ona sama była brudna, potargana, zmęczona po podróży.

– Eve dała mi kolejną lekcję w sztuce walk Wschodu – oznajmił Bennett. Zmieniwszy pozycję horyzontalną na pionową, ujął Eve za rękę i podciągnął ją na nogi. – Pokonała mnie. Po raz któryś z rzędu.

– Widzę. – Spoglądając na Eve, Aleksander skinął na powitanie głową. – Panno Hamilton...

Dygnęła; w jej oczach nie było figlarnego błysku.

– Wasza Książęca Mość.

– Przepraszam, że nie mogłem osobiście odebrać pani z lotniska. Mam nadzieję, że miała pani przyjemny lot?

– Bardzo.

– Może chce się pani odświeżyć, zanim wyjaśnię, po co panią wezwałem?

Tak jak się spodziewał, uniosła dumnie głowę, po czym sięgnęła po małą czarną torebkę, leżącą na kanapie.

– Wolałabym od razu przejść do rzeczy.

– Jak pani sobie życzy. Zapraszam na górę, do mojego gabinetu. Bennett, czy to nie dziś masz wygłosić przemówienie w klubie jeździeckim?

– Tak, ale dopiero za dwie godziny. – Bennett cmoknął Eve w czubek nosa i  mrugnął do niej porozumiewawczo.

– Do zobaczenia na kolacji. Włóż jakąś szałową kreację, dobrze?

– No jasne – obiecała. Uśmiech znikł jej z twarzy, kiedy popatrzyła na Aleksandra. – Wasza Wysokość...

Skinieniem głowy wskazał drzwi.

Szli po schodach w milczeniu. Eve wyczuwała jego złość, lecz nie rozumiała jej przyczyny. Chociaż minęły dwa lata, odkąd widzieli się po raz ostatni, miała wrażenie, że Aleksander wciąż odnosi się do niej krytycznie, z dezaprobatą. Zastanawiała się, jaki może być tego powód. To, że jest Amerykanką? Chyba nie. Reeve MacGee też urodził się i wychował w Ameryce, a nikt nie sprzeciwił się jego małżeństwu z Brie. Może to, że pracuje w teatrze?

Uśmiechnęła się w duchu. Tak, to by pasowało do Aleksandra: lekceważący stosunek do ludzi teatru. Wprawdzie Cordina mogła pochwalić się wspaniałym Centrum Sztuk Pięknych, w którym mieścił się najlepszy ośrodek teatralny na świecie, ale to o niczym nie świadczyło.

Pierwsza przestąpiła próg gabinetu.

– Kawy?

– Nie, dziękuję.

– Proszę, niech pani usiądzie.

Gabinet, urządzony ze staromodną elegancją, odzwierciedlał osobowość księcia. Nie było tu żadnych przedmiotów dekoracyjnych, żadnych ozdóbek czy bibelotów, tylko solidne antyczne meble, a na podłodze gruby dywan, nieco spłowiały ze starości. W powietrzu unosił się zapach skóry i kawy. Wysokie szklane drzwi prowadziły na balkon, ale były zamknięte, jakby gospodarz nie chciał wpuścić do środka szumu morza ani zapachów z ogrodu.

Widoczne wszędzie oznaki bogactwa bynajmniej jej nie onieśmielały. Sama również pochodziła z zamożnego domu, a odkąd się usamodzielniła, potrafiła całkiem nieźle zarobić na swoje utrzymanie. Była spięta nie z powodu różnicy w hierarchii społecznej między sobą a Aleksandrem, lecz z powodu jego urzędowego stylu bycia.

– Jak się miewa pani siostra? – spytał. Wyjął papierosa, po czym spojrzał na Eve wyczekująco.

Skinęła głową; dym jej nie przeszkadzał.

– Dobrze – odparła, kiedy potarł zapałkę. – Zamierza odwiedzić Gabriellę, kiedy ta z rodziną wróci do Stanów. Bennett wspomniał, że jedno z dzieci jest chore...

– Dorian. Biedaczek przeziębił się. – Rysy jego twarzy złagodniały. Spośród wszystkich dzieci Brie mały Dorian najmocniej przypadł mu do serca. – Niełatwo go zmusić do leżenia w łóżku.

– Chciałabym zobaczyć dzieciaki, zanim wyjadę. Nie widziałam ich od czasu chrzcin Doriana.

– To już dwa lata... – Pamiętał. Aż za dobrze.

– Myślę, że uda nam się zaaranżować wizytę na farmie. – Po chwili miejsce troskliwego wujka ponownie zajął surowy następca tronu. – Mój ojciec musiał wyjechać. Prosił, żeby panią serdecznie pozdrowić, jeżeli nie zdąży wrócić przed pani wyjazdem.

– Czytałam, że jest w Paryżu.

– Tak. – Na moment zamilkł. – Cieszę się, że zechciała pani przylecieć do Cordiny. Tym bardziej że sam nie miałbym czasu na podróż do Stanów. Czy sekretarz

przedstawił pani moją propozycję?

– W ogólnych zarysach – rzekła. Powitanie zakończone, pora przejść do interesów. – Wasza Wysokość chce, abym wraz ze swoim teatrem przyjechała na miesiąc do Cordiny i dała cztery przedstawienia w Centrum Sztuk Pięknych. Dochód z przedstawień wspomógłby Fundusz Pomocy Dzieciom Niepełnosprawnym.

– Tak.

– Proszę mi wybaczyć, książę, ale... sądziłam, że to księżniczka Gabriella przewodniczy tej fundacji?

– Owszem, a ja jestem prezesem Centrum Sztuk Pięknych. Podczas pobytu w Stanach Gabriella widziała kilka pani przedstawień. Była zachwycona. I uznała, że skoro Cordinę łączą silne więzy z Ameryką, to występy teatru amerykańskiego w Cordinie pomogą zebrać tak bardzo potrzebne pieniądze dla fundacji.

– Czyli był to pomysł Gabrielli?

– Na który ja, po namyśle, postanowiłem przystać.

– Rozumiem. – Jednym starannie wypielęgnowanym paznokciem zaczęła stukać w oparcie krzesła.

– To znaczy, że Wasza Wysokość się wahał?

– Nigdy nie byłem na żadnym pani przedstawieniu. – Zaciągnął się papierosem, po czym wypuścił z ust kłęby dymu. – Oczywiście miewaliśmy w przeszłości artystów z Ameryki, ale po pierwsze, nie gościliśmy ich tyle czasu, a po drugie, ich występy nie były, że tak powiem, preludium do wielkiego balu, który również ma wspomóc finansowo Fundusz Pomocy Dzieciom.

– Może Wasza Wysokość chciałby zobaczyć próbkę naszych możliwości?

Na jego twarzy pojawił się ledwo dostrzegalny uśmiech.

– Przyznam się, że przemknęło mi to przez myśl.

– Naprawdę? – Wstała. Z satysfakcją zauważyła, że dobre maniery nie pozwoliły Aleksandrowi pozostać w pozycji siedzącej. – W ciągu zaledwie pięciu lat aktorzy Teatru Hamilton zdobyli szacunek krytyki i sympatię publiczności. Cieszą się zasłużonym

uznaniem. Nie widzę najmniejszej potrzeby, żeby musieli dawać jakiekolwiek próbki. Ani w Cordinie, ani gdziekolwiek indziej. Jeżeli zgodzę się przyjechać tu z zespołem, zrobię to wyłącznie ze względu na Gabriellę i fundację, której przewodniczy.

Bacznie ją obserwował. W trakcie tych siedmiu lat, odkąd zobaczył ją po raz pierwszy, przeobraziła się z młodej naiwnej dziewczyny w pewną siebie, atrakcyjną

kobietę. W dodatku znacznie piękniejszą niż dawniej. Miała jasną, idealnie gładką cerę, leciutko zaróżowioną na policzkach, twarz owalną o regularnych rysach, usta pełne, nabrzmiałe, wielkie błękitne oczy oraz burzę gęstych czarnych włosów, nieco potarganych, które sięgały jej do połowy pleców.

Była szczupła, drobnej budowy. Wielokrotnie zastanawiał się nad tym, jak by się czuł, trzymając ją w objęciach.

Nawet gdy się złościła, kiedy z trudem panowała nad emocjami, mówiła wolno, z typowym akcentem teksańskim, Aleksandra przechodził dreszcz. Jej głos owiewał go niczym letni wiaterek, przyprawiał o gęsią skórkę. Starając się niczego po sobie nie okazać, zgniótł w popielniczce papierosa.

Napisz swoją opinię i oceń książkę

Przedstaw się



Twoja ocena


WYŚLIJ

Anna
2019-12-04

Aleks jest mężczyzną z zasadami, następcą tronu. Obowiązki są dla niego bardzo ważne, a wręcz najważniejsze. Eve lubi wyzwania, chce coś osiągnąć w życiu, prowadzi własny teatr, z którego jest bardzo dumna. Poznali się siedem lat wcześniej, gdy Eve uratowała jego brata. Aleks zaprasza ją do swego kraju w celach zawodowych, chce, by wystawiła, ze swoim teatrem, kilka sztuk. Z jednej stron...
AnnieK
2019-11-25

Gdy niedawno przeczytałam pierwszą część cyklu „Księstwo Cordiny" to byłam zaskoczona stylem pani Roberts. Nie spodziewałam się, że zwykły romans może być tak fajnie napisany i mimo że jest trochę trywialny to wciąga. Po skończeniu czytania książki „Księżniczka i tajny agent" miałam ochotę od razu rzucić się na kolejną część tego cyklu czy też po prostu na inną książkę spod pióra Nory R...