Powieść obyczajowa
Odzyskane uczucia
29,99 zł
38,99
KUP TERAZ

Odzyskane uczucia

brak opinii
Liczba stron: 336
ISBN: 9788327645067
Premiera: 2019-09-18

Czasem miłość każe na siebie długo czekać, po drodze łamiąc nam serce…  J.C. Calhoun, ochroniarz i były policjant, prowadzi ranczo w Wyoming, z dala od cywilizacji. Stracił zaufanie do ludzi, kiedy przed laty dowiedział się, że narzeczona zaszła w ciążę z innym.  Za rozstaniem J.C. z Colie stało jednak coś innego niż zdrada, a J.C. został celowo wprowadzony w błąd. Kiedy brat Colie wpadł w złe towarzystwo, stała się ona świadkiem zdarzenia, które mogło pogrążyć szefa miejscowego gangu. Colie wybrała ucieczkę, żeby chronić siebie i bliskich, lecz od tamtej pory nieustannie grozi jej niebezpieczeństwo.  Pewnego dnia J.C. spotyka zagubioną dziewczynkę, która twierdzi, że jej matkę zabito. Okazuje się, że kobietą jest… Colie, Czy J.C. pozna w końcu całą prawdę?

Diana Palmer
Diana Palmer, a właściwie Susan Spaeth Kyle napisała pierwszą powieść w 1979 roku. Wcześniej przez szesnaście lat pracowała jako dziennikarka w dziennikach i tygodnikach. Wydała ponad dziewięćdziesiąt książek, które przetłumaczono na wiele języków. Zdobyła siedmiokrotnie nagrodę Waldenbooks National Sales, czterokrotnie B. Dalton National Sales Award, dwukrotnie BookRack National Sales Award i wiele innych (Lifetime Achievement Award, Affaire de Coeur, RWA). Jest członkinią wielu towarzystw i zrzeszeń – Native American Rights Fund, American Museum of Natural History, National Cattlemen’s Association, Archeological Institute of America, Planetary Society, Georgia Conservancy, Georgia Sheriff’s Association i wielu organizacji dobroczynnych. Od 1972 roku jest żoną Jamesa Kyle’a, z którym ma jednego syna. W wieku czterdziestu pięciu lat wróciła na uczelnię, by uzupełnić wykształcenie. Ukończyła historię, archeologię i filologię hiszpańską. Namówił ją do tego mąż, który porzucił karierę urzędnika, ukończył studia informatyczne i założył firmę komputerową. W 1998 roku porzucił ten zawód i poświecił się karierze sportowej. Zdobył liczne nagrody i medale na lokalnych, krajowych i międzynarodowych zawodach w strzelaniu do rzutków. W wolnym czasie Susan uprawia ogródek, czyta książki z dziedziny archeologii i antropologii, słucha muzyki. Uwielbia iguany.

Colie Thompson wpadła w lekką panikę. Jej brat Rodney zaprosił na obiad swojego przyjaciela J.C. Calhouna. J.C. miał trzydzieści dwa lata i niedługo kończył służbę w wojsku. Poznali się przed czterema laty na misji w Iraku, a gdy się okazało, że pochodzą z tego samego miasta, zbliżyli się do siebie.

J.C. szybko zaskarbił sobie szacunek i podziw Rodneya. W odróżnieniu od młodszego kolegi służył w wojsku niemal całe dorosłe życie. Pierwsze dwa lata zawodowej kariery przepracował w policji, a od dwunastu lat był żołnierzem.
Rod wrócił do domu przed oficjalnym zakończeniem misji. Nikomu nie powiedział, dlaczego dowódcy wcześniej zwolnili go ze służby. J.C. dołączył do niego kilka miesięcy później; na początku często odwiedzał dom Thompsonów, ale odkąd Rodney znalazł nową pracę, widywali się coraz rzadziej. Pewnego razu przyszedł na urodziny Colie i podarował jej kota. Była zaskoczona takim prezentem, a zarazem uradowana. Nazwała wielkiego syjamskiego kocura Tomem i pozwoliła, żeby spał w jej łóżku.
Choć J.C. rzadko ich odwiedzał, Colie widywała go w Catelow. Było to małe i bardzo zżyte miasteczko, nieopodal którego mieszkali. Colie, która naprawdę nazywała się Colleen, pracowała jako recepcjonistka i sekretarka w miejscowej kancelarii prawniczej.
Choć był przystojny i nieżonaty, J.C. zwykle unikał kobiecego towarzystwa, co prowokowało plotkarzy do działania, jednak za każdym razem, kiedy widział Colie, zatrzymywał się, żeby z nią porozmawiać. Był uprzejmy i sympatyczny, niekiedy nawet pozwalał sobie na delikatny flirt. Raz, kiedy był u nich w domu, a Colie musiała wyjąć listy ze skrzynki, pomógł jej założyć kurtkę. Niespodziewanie jego dotyk okazał się przyjemny i ekscytujący. Od tej pory Colie tym bardziej go pragnęła, im częściej się spotykali.
Rodney kilkukrotnie zapraszał J.C. na obiad, ale dopiero teraz zgodził się przyjść. Było to niedługo po ich ostatnim spotkaniu. Colie właśnie szła do pracy, kiedy rozpętała się śnieżyca. J.C., który akurat przejeżdżał, zaproponował, że ją podwiezie. Siedząc z nim w dobrze ogrzanym i przytulnym wielkim czarnym SUV-ie, Colie marzyła, by droga trwała jak najdłużej. Rozmawiali o nadchodzących wyborach prezydenckich, o sytuacji w kraju i o tym, jak pięknie Catelow wygląda zimą. J.C. zauważył, że w taką pogodę Colie powinna nosić kozaki zamiast szpilek. W odpowiedzi zwróciła uwagę, że kozaki nie wyglądałyby zbyt ładnie z jej elegancką garsonką. Wówczas rzucił jej znaczące spojrzenie i oznajmił, że wyglądałaby ładnie we wszystkim. Zakłopotana i rozpromieniona jednocześnie, z niechęcią wysiadła z samochodu i weszła do biura.
J.C. mieszkał na ranczu niedaleko Catelow, ale od czasu do czasu wyjeżdżał, by prowadzić w Iraku szkolenia dla policjantów. Za kilka miesięcy miał tam wrócić, by przeszkolić nową grupę. Na co dzień pracował jako szef ochrony dla Rena Coltera, miejscowego hodowcy bydła.
Wydawanie rozkazów było tym, na czym J.C. znał się najlepiej. Był przystojnym, władczym mężczyzną; miał krótkie, czarne włosy i szare oczy, tak jasne, że w słońcu wydawały się srebrne. Szczupły i umięśniony, wyglądał jak ktoś, kto spędził całe życie na ciężkiej fizycznej pracy. Colie uwielbiała na niego patrzeć, zwłaszcza że nigdy nie poznała mężczyzny, który by go przypominał. Nic dziwnego, bo nieczęsto można spotkać dziecko rdzennego kanadyjskiego Indianina i rudowłosej Irlandki. Colie dowiedziała się o jego pochodzeniu od Rodneya, ponieważ sam J.C. nigdy rozmawiał na ten temat.
Colie bardzo chciała założyć rodzinę. Dwa lata temu jej matka zmarła na raka kości. Choć miała bolesną świadomość, że choruje na nieuleczalną chorobę, do samego końca zachowała optymizm i pogodę ducha. Ojciec Colie był pastorem; kochali go wszyscy w miasteczku, nie tylko jego parafianie. Kochali też matkę Colie. Ta drobna kobieta, która nazywała się Beth Louise, ale wszyscy mówili na nią Ludie, zawsze była pierwsza do pomocy. Opiekowała się chorymi, dziećmi, a nawet psami i kotami z lokalnego schroniska, które czekały na adopcję.
Razem z nią wszystko to minęło. Ich dom stał się cichy i pusty. Jared Thompson, ojciec Colie, po śmierci żony pogrążył się w bezdennej rozpaczy. Tylko wiara pozwoliła mu przetrwać. Jakiś czas po pogrzebie powiedział Colie, że nie należy opłakiwać kogoś, kto żył pełnią życia, a po śmierci odszedł do lepszego świata. Dla ludzi wiary śmierć nie oznacza końca. Trzeba pogodzić się z tym, że Bóg niekiedy odbiera tych, których kochamy, z powodów, które nie zawsze są dla nas do odgadnięcia.
Colie i Rodney równie ciężko przeżyli śmierć matki. Rodney spędził na służbie prawie cztery lata, w trakcie których tylko kilka razy pojawił się w domu. Zanim wyjechał, był miłym, posłusznym chłopcem. Wrócił odmieniony. Wpadł w obsesję na punkcie drogich samochodów i markowych ubrań, choć ze swoim skromnym budżetem nie mógł sobie pozwolić ani na jedno, ani na drugie. Nic go nie zadowalało, wciąż chciał więcej i więcej.
Jednak najbardziej martwiło ją to, że brat przez większość czasu wydawał się trochę nieprzytomny. Miał przekrwione oczy, czasami się zataczał. Obawiała się, że podczas służby został ranny i zataił to przed nimi. Wiedziała, że przyczyną nie jest alkohol, bo Rodney nigdy nie brał go do ust. Cała ta sprawa wydawała się coraz bardziej podejrzana.
Jeszcze w Iraku, kiedy Rodney dostawał przepustkę, lubił wychodzić z J.C. na miasto. W jednym z listów do siostry napomknął, że J.C. nie tyka mocnych alkoholi. Wypijał najwyżej jedno piwo, podobnie jak Rodney. Ale brat, który z nią żartował, przynosił jej kwiaty i oglądał z nią telewizję, zniknął. Mężczyzna, który wrócił z wojska, był kimś innym. Stał się człowiekiem, w którym czaił się mrok, i który pragnął tylko rzeczy, materialnych rzeczy.
Często krytykował dom, w którym mieszkał z siostrą i ojcem. Twierdził, że meble i sprzęty są przestarzałe, a budynek błaga o remont, choć zdaniem Colie niczego tu nie brakowało. Kanapa była przykryta nową, wiśniową narzutą, tak jak i fotel ojca. Na czystych drewnianych parkietach leżały porządnie wytrzepane dywany. Salon ozdabiał marmurowy stolik, który ojciec kiedyś wypatrzył w sklepie z antykami, a w kominku wesoło palił się ogień.
Colie też nie wyglądała najgorzej. Miała falujące czekoladowe włosy do ramion i duże zielone oczy. Miękkie rysy twarzy może nie były piękne, ale z pewnością przyjemne dla oka, a krągłe biodra i długie nogi dobrze wyglądały w ulubionych błękitnych dżinsach. Do pracy ubierała sukienki lub garsonki, w domu najlepiej czuła się jednak w spodniach i swetrach. Ten, który włożyła tego dnia, miał ładny odcień butelkowej zieleni i dekolt w serek, który podkreślał małe jędrne piersi, nie przekraczając przy tym granic dobrego smaku. Nigdy nie ubierała się wyzywająco; ostatecznie jej ojciec był pastorem. Nie robiła niczego, co mogłoby go zawstydzić przed parafianami, nawet nie przeklinała.
Rodney przeklinał. Ostatnio ciągle musiała go za to upominać.
Właśnie kiedy o tym myślała, Rodney stanął w drzwiach, wpuszczając do środka lodowaty wiatr i tuman śniegu. Otrzepał buty na ławce przed wejściem i zamknął drzwi za sobą.
– Kuźwa, jaki ziąb! – wysapał, ściągając rękawiczki.
– Czy nie mógłbyś się trochę pohamować? Tata jest pastorem!
Rodney miał takie same zielone oczy jak Colie, ale jego włosy były proste i jaśniejsze. Był wysoki, przystojny, a z jego twarzy nie schodził łobuzerski uśmiech. Będąc w liceum, wiecznie pakował się w jakieś kłopoty. W wojsku najwyraźniej zachowywał się nieco lepiej, skoro został wcześniej zwolniony ze służby.
– Tata też przeklina – odgryzł się. – Nie słyszałaś?
– Tak, Rodney. Mówi „do diaska”. Ty, kiedy stracisz nad sobą panowanie, używasz trochę innych słów. – Co ostatnio zdarzało się często.
Wzruszył ramionami.
– Wiem, że mam z tym problem. Pracuję nad nim. Musisz pamiętać, że spędziłem kilka lat wśród żołnierzy.
– Staram się brać to pod uwagę – odparła Colie. – Ale czy nie mógłbyś się choć trochę pohamować? Dla taty?
Przewrócił oczami.
– Wiesz, ciężko sprostać twoim wymaganiom. – Westchnął ciężko. – Nigdy nie zrobiłaś nic złego. Nie dostałaś mandatu za złe parkowanie, przekroczenie prędkości, nawet nie przeszłaś na czerwonym świetle. Cóż za wzór do naśladowania!
– Staram się zachowywać tak, jak nauczyła mnie mama. – Wspomnienie o matce sprawiło, że Colie posmutniała. – Nie tęsknisz za nią?
– Oczywiście, że tęsknię. Była najwspanialszą kobietą, jaką znałem. No, oprócz ciebie. – Rodney uśmiechnął się i uścisnął ją mocno. Przez kilka sekund znów był jej ukochanym starszym bratem. – Jesteś najlepsza, siostrzyczko.
– Ja też cię kocham… – Zmarszczyła nos. – Co to za zapach, Rodney?
Puścił ją i odwrócił wzrok.
– To tylko papierosy. Takie specjalne, importowane. Mam znajomego, który mi je dostarcza.
– Nie J.C. On nie pali – zauważyła Colie.
– Masz rację, to nie on. Dostaję je od jednego faceta z Jackson Hole. Trochę się kumplujemy.
– Och. – Colie się uśmiechnęła. – Myślałam, że to marihuana.
Rodney uniósł brwi.
– Nie wiesz, że gdybym palił marychę w tym domu, tata zadzwoniłby po szeryfa Banksa i raz dwa zamknęliby mnie w areszcie?
– Masz rację. – Nie dodała, że wielu młodych ludzi paliło w ukryciu przed rodzicami. Jedna z jej koleżanek w liceum otwarcie się tym chwaliła.
Sama Colie nigdy nie próbowała żadnych narkotyków, zwłaszcza takich, które trzeba palić. Miała słabe płuca. Nie paliła, koniec kropka.
– Wspominałeś, że J.C. przyjdzie na kolację, prawda? – zapytała po chwili, skrywając ekscytację.
– Owszem – odparł Rodney, zaciskając z dezaprobatą usta. W jego siostrze można było czytać jak w otwartej księdze. – Będzie tu za kilka minut. Musiał coś załatwić dla Rena.
– Okej, mam jeszcze trochę indyka ze Święta Dziękczynienia, purée ziemniaczane i sałatę. Na deser mogę podać szarlotkę. Mam nadzieję, że J.C. lubi indyka? – zapytała z niepokojem.
– Nie jest zbyt wybredny, jeśli chodzi o jedzenie. – Rodney wyszczerzył zęby. – Powiedział mi kiedyś, że wąż nie jest taki zły, jeśli ma się czym go posolić…
– Fuj! – wyrwało się Colie.
– Był kiedyś w jednostce specjalnej – kontynuował Rodney. – Ci goście mogą zjeść wszystko. Robaki, węże, co tylko uda im się znaleźć. Jeden facet z jego oddziału ugotował starego kota, bo nie było nic innego.
– To okrutne! – Colie się wzdrygnęła.
– To był bardzo stary kot – odparł Rodney. – A oni umierali z głodu. – Zawahał się. – Podobno smakował okropnie i wszyscy się pochorowali.
– I bardzo dobrze!
Rodney roześmiał się i znowu ją przytulił.
– Ależ ty jesteś wrażliwa. Całkiem jak mama. Kochała wszystkie zwierzęta. – Rozejrzał się dookoła. – Gdzie jest Tom?
– Na zewnątrz, gania króliki – odparła Colie. Jej wielki syjamski kocur uwielbiał polować. Tylko na noc wracał do domu, kryjąc się przed większymi drapieżnikami – lisami, wilkami i niedźwiedziami. Dom Thompsonów stał na uboczu, w sosnowym lesie niedaleko Catelow. Ich jedynym sąsiadem był Ren Colter.
– Zabawne – powiedział nagle Rodney.
– Co jest zabawne?
– To, że J.C. dał ci kota.
Ten niezwykły prezent naprawdę wzruszył Colie. J.C. znalazł kocura, który błąkał się po lesie niedaleko jego domu. Zabrał go do weterynarza, który go zbadał, wykąpał i zaszczepił, a następnie przywiózł go Colie. Okazało się, że Tom wcześniej mieszkał już w domu, korzystał z kuwety i drapaka, nie rozrabiał i nie niszczył mebli. Często dotrzymywał Colie towarzystwa.
– To bardzo miły kot – oznajmiła.
Rodney parsknął śmiechem.
– J.C. lubi zwierzęta, ale nie tak bardzo jak ty. Dobrze radzi sobie z bydłem. Nawet wilk Willisa pozwala mu się głaskać. To spory wyczyn, uwierz mi. Ta pieprzona bestia prawie odgryzła mi rękę…
– Rodney!
– Kuźwa…
– Rodney!
– Postaw w kuchni słoik. – Westchnął z rezygnacją. – Za każdym razem, kiedy się zapomnę, wrzucę do niego piątaka.
– Jeśli to zrobię, za miesiąc uzbieramy na wakacje w Dubaju – parsknęła Colie.
– No wiesz!
– Znajdę duży słoik, a ty będziesz wrzucał ćwierćdolarówki. Za każdym razem.
Rodney się uśmiechnął.
– Dobrze, Joanno d’Arc.
Colie odwzajemniła uśmiech, po czym poszła do kuchni, żeby wyjąć szarlotkę z piekarnika.

J.C. wyglądał niesamowicie seksownie w kożuchu, dżinsach, wysokich skórzanych butach i z włosami przyprószonymi śniegiem.
– Nigdy nie nosisz czapki – zwróciła uwagę Colie, lekko drżącymi rękami biorąc od niego kożuch.
– Nie cierpię czapek – oświadczył J.C.
Kiedy Colie odwróciła się, żeby powiesić kożuch, pozwolił sobie rzucić okiem na jej szczupłe, krągłe ciało. Zgadywał, że ma dwadzieścia kilka lat. Rodney wspominał, że niedawno skończyła szkołę, ale musiało mu chodzić o studia. Wiedział o niej niewiele, tylko tyle, ile powiedział mu Rodney.
– Zauważyłam – odparła, odwracając się z uśmiechem.
Mimowolnie spojrzał na jej małe, jędrne piersi. Ich widok natychmiast obudził w nim pożądanie. Miewał już kobiety, ale ta z jakiegoś powodu wydawała mu się szczególnie pociągająca. Zmarszczył brwi, przez chwilę zastanawiając się nad tym fenomenem.
– To nie była krytyka – dodała szybko.
J.C. wzruszył ramionami.
– Nic się nie stało. Co będzie na obiad?
– Indyk w sosie żurawinowym, purée ziemniaczane, zielona sałata i szarlotka na deser. – Colie się zawahała. – Lubisz?
Uśmiechnął się szeroko.
– To wszystko brzmi pysznie. Uwielbiam indyka. Lubię też kurczaki, choć zwykle jem je z kubełka…
– Masz na myśli wiaderko? Takie jak to, do którego doi się krowy?
– Nie. Mam na myśli KFC. Wiesz, skrzydełka, burgery…
Colie się zaczerwieniła.
– Och, wybacz. Zwykle nie odwiedzam takich miejsc. Eee… chodźmy do jadalni! Tata już na nas czeka.
Rodney ruszył w stronę jadalni, ale kiedy Colie spróbowała pójść jego śladem, J.C. wsunął długi palec za kołnierz jej swetra i zatrzymał ją w miejscu. Zbliżył się na tyle, że poczuła za sobą ciepło jego potężnego ciała. Serce zatrzepotało jej w piersi; mało brakowało, aby ugięły się pod nią kolana.
– Sprawdzałem cię – szepnął jej do ucha.
Colie gwałtownie wciągnęła powietrze, a J.C. chwycił ją mocno za ramiona i przytrzymał w miejscu.
– Lubisz chodzić do kina? – szepnął, muskając wargami jej szyję.
– Tak…
– W sobotę jest premiera nowej komedii. Pójdź ze mną. Po drodze wstąpimy do smażalni ryb.
Colie obróciła się gwałtownie.
– Chcesz… chcesz pójść ze mną na randkę? – zapytała z błyszczącymi oczami.
– Tak, właśnie tego chcę – odparł z uśmiechem.
– W sobotę?
– Tak.
– O której godzinie?
– Przyjadę po ciebie o piątej.
– Byłoby cudownie – szepnęła rozpromieniona Colie.
– Doskonale – wymruczał, patrząc na jej usta.
– Colie, obiad! – zawołał ojciec z jadalni.
– Obiad – powtórzyła w otępieniu. – Och, obiad! Tak! Już podaję!
J.C. poszedł za nią, skrywając uśmiech satysfakcji. Uprzejmie odsunął jej krzesło, po czym usiadł obok.
– Cieszymy się, że przyszedłeś, J.C. – powiedział pastor. – Colie, czy możesz zmówić modlitwę?
J.C. w osłupieniu patrzył, jak wszyscy pochylają głowy. Nie miał za wiele do czynienia z religią, ale zrobił to samo. Jak to mówią, kiedy wejdziesz między wrony…

Napisz swoją opinię i oceń książkę

Przedstaw się



Twoja ocena


WYŚLIJ