Inne
Świat po powodzi
38,99 zł
38,99
KUP TERAZ

Świat po powodzi

Kassandra Montag
2 opinie
TAKŻE JAKO E-book icon
Liczba stron: 432
Oprawa miękka
ISBN: 9788327643247
Premiera: 2019-09-18
Tłumaczenie: Janusz Maćczak
Opracowanie graficzne okładki: Robert Dąbrowski

Zapierająca dech w piersiach walka o przetrwanie w postapokaliptycznym świecie.  W wyniku zmian klimatycznych świat uległ całkowitemu przeobrażeniu. Po latach powolnego podnoszenia się wód oceanicznych nadszedł straszliwy potop. Zachował się jedynie archipelag kolonii, utworzony ze szczytów górskich i otoczony bezkresną przestrzenią otwartej wody.   Twarda i niezależna Myra mieszka z córką na niewielkiej łodzi. Na ląd schodzi tylko po to, żeby wymieniać się zapasami i informacjami. Jest gotowa zabić każdego, kto zagraża życiu jej i córki.   Przedwcześnie dojrzała, zadziorna Pearl stanowi dla Myry jedyny powód do życia. Pomaga jej też zagłuszać bolesne wspomnienia o starszej zaginionej córce. Row zniknęła, gdy uderzył przerażający przypływ, zmiatając ich dom z powierzchni ziemi.  Pewnego dnia Myra odkrywa, że Row żyje: jest przetrzymywana przez brutalny gang na dalekiej północy, w miejscu, które pozostało po dawnej Grenlandii. Myra wyrusza w niebezpieczną podróż do lodowych mórz, by uratować dziecko.  W tej porywające, pełnej akcji, ale też czułości i zadumy opowieści mroczna, rozpacz łączy się z rosnącą nadzieją. Prawdziwie „nieodkładalna” książka.

PROLOG

Dzieci myślą, że my powołujemy je do życia, ale tak nie jest. One istnieją gdzie indziej, przed nami, przed czasem. Przychodzą na świat i tworzą nas, najpierw nas łamiąc.
Uświadomiłam to sobie w dniu, gdy wszystko się zmieniło. Stałam na piętrze i składałam pranie, a plecy bolały mnie od ciężaru Pearl. Nosiłam ją w sobie, jak wielki wieloryb przechowuje połkniętego człowieka w bezpiecznej kryjówce brzucha, by później go wypluć. Wierciła się we mnie całkiem niepodobnie do ryby; oddychała przez moją krew, wtulona w moje kości.
Wody powodzi wokół naszego domu podniosły się do poziomu półtora metra, zalały drogi, trawniki, płoty, skrzynki pocztowe. Powódź zatopiła Nebraskę zaledwie przed kilkoma dniami, nadciągnęła przez prerię olbrzymią falą i ponownie uczyniła z tego obszaru śródlądowe morze, którym niegdyś był. Świat stał się archipelagiem gór wśród bezmiaru wód. Kilka chwil wcześniej wychyliłam się przez okno i ujrzałam w mętnej brudnej wodzie swoje zniekształcone odbicie, jakby rozciągnięto mnie, a potem rozerwano na bezkształtne strzępy.
Złożyłam koszulę i wtedy przeraził mnie krzyk, który był niczym metalowe ostrze wbijające się między stawy. Moja pięcioletnia córeczka Row widocznie zorientowała się, co się dzieje, bo krzyczała:
– Nie, nie, nie! Nie bez mamusi!
Upuściłam pranie i podbiegłam do okna. Na wodzie unosiła się niewielka łódź motorowa z silnikiem terkoczącym na jałowym biegu. Mój mąż Jacob płynął do niej, używając tylko jednej ręki, a drugą przyciskał do boku wyrywającą się córkę. Usiłował ją podsadzić, ale uderzyła go łokciem w twarz. Mężczyzna stojący w motorówce wychylił się za burtę, żeby wyciągnąć Row z wody. Miała na sobie przyciasną kurtkę w szkocką kratę i dżinsy. Naszyjnik z wisiorkiem kołysał się na jej szyi jak wahadło, gdy szamotała się z Jacobem. Rzucała się niczym ryba złowiona na wędkę, obryzgując mu twarz wodą.
Otworzyłam okno i wrzasnęłam:
– Jacob, co ty wyprawiasz?
Nie odpowiedział ani nawet nie spojrzał w moim kierunku. Córka zobaczyła mnie w oknie i zawołała do mnie, kopiąc mężczyznę, który przenosił ją nad burtą.
Walnęłam pięścią w ścianę przy framudze i znów do nich krzyknęłam. Jacob wgramolił się przez burtę do łodzi, a tamten mężczyzna trzymał na rękach Row. Poczułam w czubkach palców płomienie paniki. Trzęsąc się cała, przecisnęłam się przez okno i skoczyłam do wody.
Uderzyłam nogami w grunt i obróciłam się na bok, by osłabić impet. Gdy się wynurzyłam, zobaczyłam Jacoba z twarzą zastygłą w bolesnym grymasie. Teraz on trzymał Row, która wierzgała i wołała:
– Mamusiu! Mamusiu!
Popłynęłam w stronę motorówki, odpychając na bok szczątki unoszące się na powierzchni wody. Blaszaną puszkę, starą gazetę, martwego kota. Silnik ryknął, łódka zawróciła szybko, zalewając mi twarz falą. Jacob obejmował plecy córki, a ona wyciągała ku mnie rączki, drapiąc w powietrzu palcami.
Wciąż płynęłam w kierunku niknącej w oddali Row. Słyszałam jej przerażone krzyki, nawet gdy już nie mogłam dostrzec twarzyczki, ciemnego kręgu rozwartych ust, włosów targanych wiatrem wiejącym nad wodą.


ROZDZIAŁ 1

Siedem lat później

Nad naszą łodzią krążyły mewy, przywodząc mi na myśl Row. To, jak piszczała i wymachiwała rączkami, gdy po raz pierwszy próbowała chodzić; jak przez niemal godzinę stała całkiem nieruchomo, obserwując żurawie kanadyjskie, gdy zabrałam ją nad rzekę Platte, żeby zobaczyła ich migrację. Sama przypominała ptaka, ze swymi drobnymi kośćmi, z nerwowym, czujnym wzrokiem nieustannie lustrującym horyzont, jakby w każdej chwili mogła wzbić się do lotu.
Nasza łódź była zakotwiczona przy skalistym wybrzeżu niegdysiejszej Kolumbii Brytyjskiej, tuż na zewnątrz zatoczki powstałej, gdy woda wypełniła niewielką kotlinę pomiędzy dwoma górskimi szczytami. Wciąż jeszcze określaliśmy oceany ich dawnymi nazwami, jednak w rzeczywistości były teraz jednym bezmiarem wód usianym skrawkami lądów niczym okruchami spadłymi z nieba.
Świt dopiero przed chwilą rozjaśnił horyzont. Pearl zwinęła pościel pod płachtą namiotową na pokładzie. Urodziła się tam przed siedmioma laty, podczas sztormu rozświetlanego błyskawicami białymi jak ból.
Wrzuciłam przynętę do wiklinowego więcierza na kraby. Pearl wyszła z namiotu, trzymając w jednej ręce węża bez łba, a w drugiej nóż. Kilka innych węży owinęła sobie wokół nadgarstków niczym bransoletki.
– Będziemy musiały zjeść je dziś wieczorem – powiedziałam.
Posłała mi ostre spojrzenie. W niczym nie przypomina siostry, nie ma drobnych kości ani ciemnych włosów. Row odziedziczyła po mnie czarne włosy i szare oczy, natomiast Pearl z kędzierzawymi kasztanowymi lokami i piegami na nosie jest podobna do ojca. Czasami myślę, że przybiera nawet taką samą postawę jak on: silną, stanowczą, ze stopami mocno wpartymi w ziemię, lekko zadartym podbródkiem, włosami zawsze potarganymi, nieco cofniętymi ramionami i wypiętą piersią, jakby prezentowała się światu bez cienia lęku czy obawy.
Przez sześć lat szukałam Row i Jacoba. Po ich zniknięciu wypłynęliśmy z dziadkiem łodzią o nazwie „Ptak”, którą zbudował, a wkrótce potem urodziła się Pearl. Gdybym tamtego pierwszego roku nie miała przy sobie dziadka, obie z Pearl nie zdołałybyśmy przetrwać. Łowił ryby, podczas gdy karmiłam córeczkę piersią; zbierał informacje od wszystkich, których napotykaliśmy, uczył mnie żeglowania.
Jego matka budowała kajaki, tak jak jej przodkowie. Wspominał, jak przyglądał się, gdy formowała z drewna kształt przypominający klatkę piersiową, mieszczący ludzi w sposób, w jaki matka nosi w sobie dziecko, i pozwalający im bezpiecznie docierać morzem do brzegów. Jego ojciec był rybakiem, więc dziadek spędził dzieciństwo na przybrzeżnych wodach Alaski. Podczas katastrofalnej Stuletniej Powodzi wraz z tysiącami innych ludzi przeniósł się w głąb lądu i ostatecznie osiadł w Nebrasce, w której przez lata pracował jako cieśla. Zawsze jednak tęsknił za morzem.
Dziadek poszukiwał Jacoba i Row nawet wtedy, gdy już straciłam do tego serce. Czasami wlokłam się za nim, trzymając na rękach Pearl. W każdej osadzie oglądał łodzie na przystani, szukając jakiegokolwiek śladu obojga. Pokazywał ich zdjęcia w każdym barze i sklepie. Na pełnym morzu pytał wszystkich napotykanych rybaków, czy ich widzieli.
Ale dziadek umarł, kiedy Pearl była jeszcze niemowlęciem, a to olbrzymie zadanie spadło nagle na mnie. Desperacja przywarła do mnie niczym druga skóra. W tamtym wczesnym okresie przytraczałam córeczkę do piersi starym szalem, przywiązywałam ją ciasno do siebie i kontynuowałam postępowanie dziadka: przeszukiwałam przystanie, wypytywałam miejscowych, pokazywałam ludziom zdjęcia. Przez pewien czas dodawało mi to energii – miałam inny cel niż tylko przetrwanie, coś znaczącego dla mnie więcej niż wciągnięcie kolejnej ryby do naszej małej łódki. Coś, co napełniało mnie nadzieją i obiecywało osiągniecie harmonii.
Rok temu przybiłyśmy z Pearl do małej osady wciśniętej w północne pasmo Gór Skalistych. Ujrzałam tam porozbijane witryny sklepowe i pokryte pyłem, zaśmiecone drogi. Było to jedno z ludniejszych miasteczek, jakie odwiedziłam. Mieszkańcy spieszyli po głównej ulicy zastawionej różnymi straganami. Minęłyśmy stoisko pełne wygrzebanych na śmietniskach rzeczy, które przed powodzią przywieziono w ten górzysty rejon. Były tam kartony po mleku napełnione benzyną i naftą, biżuteria, którą można stopić i wykorzystać inaczej, para taczek, żywność w puszkach, wędki, pojemniki z odzieżą.
Na straganie obok sprzedawano artykuły zrobione albo odnalezione po powodzi: rośliny, nasiona, gliniane garnki, świece, drewniane wiadro, flaszki alkoholu z lokalnej gorzelni, noże wykonane przez miejscowego kowala. Handlowano tam też paczuszkami ziół z nabazgranymi sloganami reklamowymi: „Kora białej wierzby na gorączkę!”, „Aloes na oparzenia!”.
Niektóre przedmioty wyglądały na skorodowane wskutek długotrwałego pozostawania pod wodą. Kupcy płacili ludziom, żeby nurkowali do starych domów i wydobywali rzeczy, których nie odszukano przed powodzią i które od tego czasu nie uległy zniszczeniu. Zardzewiały śrubokręt, ciężka od pleśni poduszka pokryta żółtymi plamami.
W stoisku naprzeciwko tamtych dwóch oferowano tylko buteleczki z przeterminowanymi lekarstwami i pudełka amunicji. Każdego z obydwu boków straganu strzegła kobieta uzbrojona w karabin maszynowy.
Wcześniej włożyłam wszystkie ryby, jakie udało mi się złowić, do torby, którą teraz niosłam na ramieniu, ściskając jej pasek, gdy szłyśmy główną ulicą w kierunku faktorii. Drugą ręką trzymałam dłoń Pearl. Jej rude włosy były tak suche, że zaczynały wypadać. A jasnobrązowa skóra się łuszczyła – nie od słońca, lecz z powodu wczesnego stadium szkorbutu. Musiałam koniecznie wymienić ryby na owoce dla niej i lepszy sprzęt wędkarski dla siebie.
W faktorii wysypałam zawartość torby na ladę i zaczęłam się targować ze sklepikarką, tęgą czarnowłosą kobietą bez dolnych zębów. Ostatecznie stanęło na tym, że za moich siedem ryb dostanę pomarańczę, nić, żyłkę wędkarską i podpłomyk. Gdy już wsadziłam te towary do torby, rozłożyłam na ladzie przed sklepikarką zdjęcia Row i zapytałam, czy ją widziała.
Kobieta długo przyglądała się fotografii. Potem powoli pokręciła głową.
– Jesteś pewna? – spytałam, przekonana, że jej chwilowy bezruch świadczył o tym, że jednak spotkała Row.
– Żadna dziewczyna nie wygląda jak ta tutaj – rzekła z silnym akcentem, po czym odwróciła się i dalej pakowała kupione ode mnie ryby.
Ruszyłyśmy z Pearl główną ulicą z powrotem w kierunku przystani. Sprawdzę statki, powiedziałam sobie. W miasteczku roiło się od ludzi, więc Row mogła być tutaj, chociaż sklepikarka nigdy jej nie widziała. Szłyśmy, trzymając się za ręce, omijając stragany kupców, którzy zaczepiali nas i nawoływali: „Świeże cytryny! Kurze jaja! Sklejka za pół ceny!”.
Przed sobą ujrzałam dziewczynę z długimi czarnymi włosami, ubraną w niebieską sukienkę.
Zatrzymałam się gwałtownie i wpatrzyłam w nią. Niebieska sukienka należała do Row: miała takie same „tureckie” wzory, marszczenia przy rąbku, dzwonkowe rękawy. Ogarnęło mnie wrażenie, że cały świat nagle się zawalił, a powietrze stało się zbyt rzadkie do oddychania. Jakiś mężczyzna obok nalegał, żebym kupiła od niego chleb, lecz jego głos zdawał się dochodzić z oddali. Gdy przyglądałam się tej dziewczynie, przepełniła mnie oszałamiająca radość.
Pobiegłam alejką ku niej, przewracając wózek z owocami i ciągnąc za sobą Pearl. Ocean na przystani lśnił krystalicznym błękitem, wydał mi się nagle czysty i świeży.
Chwyciłam dziewczynę za ramię i odwróciłam do siebie.
– Row! – zawołałam w nadziei, że znów ją ujrzę, porwę w objęcia.
Inna, obca twarz spojrzała na mnie gniewnie.
– Nie dotykaj mnie – mruknęła dziewczyna i szarpnięciem wyswobodziła rękę.
– Przepraszam – wymamrotałam, cofając się.
Dziewczyna czmychnęła, oglądając się trwożnie przez ramię.
Stałam na tętniącej życiem ulicy, wokół mnie wirował pył. Pearl odwróciła głowę ku mojemu biodru i zakasłała.
To ktoś inny, powiedziałam sobie, usiłując się z tym pogodzić. Owładnęło mną rozczarowanie, ale je odepchnęłam. Jeszcze ją odnajdziesz, tak, na pewno ją odnajdziesz, mówiłam do siebie.
Ktoś pchnął mnie mocno i zerwał mi z ramienia torbę. Pearl upadła na ziemię, a ja zatoczyłam się w bok i uchwyciłam się straganu z używanymi oponami.
– Hej! – wrzasnęłam na złodziejkę, która uciekała już główną ulicą i skręciła za budkę z belami tkanin.
Pogoniłam za nią, przeskakując przez niewielki wózek pełen kurcząt i omijając starszego człowieka z laską.
Biegłam, rozglądając się i wypatrując tej kobiety. Ludzie mijali mnie, jakby nic się nie stało, wir ich ciał i głosów przyprawiał mnie o mdłości. Wciąż jej szukałam, miałam wrażenie, że trwa to wieki. Światło słońca przygasło, rzucało na grunt długie cienie. Biegałam w kółko, póki niemal nie zemdlałam. Zatrzymałam się nieopodal miejsca, w którym doszło do tej kradzieży. Popatrzyłam wzdłuż drogi na Pearl stojącą tam, gdzie wcześniej upadła, obok stoiska z oponami.
Nie widziała mnie pośród ludzi i straganów. Z lękiem wodziła wzrokiem po tłumie, podbródek jej drżał, trzymała się za ramię, jakby zraniła je podczas upadku. Przez cały ten czas czekała, porzucona, mając nadzieję, że wrócę. Owoc w torbie, który dla niej zdobyłam, był tego dnia jedynym moim powodem do dumy. Jedyną rzeczą, którą mogłam uznać za dowód tego, że należycie opiekuję się córką.
Przyglądając się jej, poczułam się wyzuta z sił. Gdybym zachowała czujność, ta złodziejka nie zdołałaby tak łatwo zerwać mi torby z ramienia. Dawniej byłam bystra i uważna. Teraz przygniatał mnie żal, a optymistyczna nadzieja odnalezienia Row wydawała mi się szaleństwem.
Z wolna dotarło do mnie, dlaczego ta niebieska sukienka wydała mi się tak znajoma, dlaczego jej widok szarpnął mi serce niczym hak. Owszem, Row miała taką samą, ale Jacob nie zapakował jej, kiedy odebrał mi córeczkę. Znalazłam tę sukienkę w komodzie w pokoju dziecięcym i później sypiałam z nią przez wiele dni, wtulałam w nią twarz, by wdychać zapach córki, ściskałam w palcach materiał. Utkwiła mi w pamięci, ponieważ była czymś, co pozostało mi po córce. Poza tym, uświadomiłam sobie, Row byłaby już znacznie starsza, za duża na tę sukienkę. Urosła. Wiedziałam to, jednak w moim umyśle pozostał obraz pięciolatki z wielkimi oczami i piskliwym śmiechem. Nawet gdybym się na nią natknęła, to czy od razu rozpoznałabym w niej córkę?
Uznałam, że to zbyt wiele. Przypływ rozczarowania zalewał mnie za każdym razem, gdy docierałam do jakiejś faktorii i nie uzyskiwałam żadnych odpowiedzi, nie znajdowałam żadnych śladów. Jeżeli miałyśmy z Pearl przetrwać w tym świecie, musiałam skupić się tylko na nas dwóch. Odsunąć od siebie wszystkich i wszystko poza tym.
Tak więc przestałyśmy szukać Row i Jacoba. Pearl czasami pytała mnie, dlaczego zrezygnowałyśmy z poszukiwań, a ja mówiłam jej prawdę – że nie mogłam dłużej tego ciągnąć. Czułam, że oni gdzieś nadal żyją, jednak nie potrafiłam pojąć, dlaczego nie usłyszałam o nich żadnej wieści w tych małych społecznościach, które ocalały z powodzi, tkwiąc wysoko na zboczach gór, otoczone przez wodę.
Teraz po prostu dryfowałyśmy bez żadnego celu podróży. Każdy dzień był taki sam i zlewał się z następnym niczym rzeka wpadająca do oceanu. Co noc leżałam bezsennie, wsłuchując się w oddech młodszej córki, w miarowy rytm jej ciała. Wiedziałam, że tylko ona trzyma mnie przy życiu. Codziennie lękałam się, że napadną na nas piraci albo że nie złowimy ryb w sieci i umrzemy z głodu. Nocami dręczyły mnie koszmary, wtedy gwałtownie potrząsałam Pearl i budziłam nas obie. Wszystkim tym obawom towarzyszyła nikła nadzieja, wyzierająca ze szczelin pomiędzy nimi.
Zamknęłam więcierze na kraby i wyrzuciłam za burtę, tak aby zanurzyły się na głębokość dwudziestu metrów. Gdy lustrowałam wzrokiem wybrzeże, wezbrał we mnie dziwny niepokój, maleńka bańka lęku. Brzeg był bagnisty, pełen ciemnych krzewów, a w pewnej odległości od wody drzewa gęsto porastały górskie zbocze. Wyrosły już ponad dawną linię lasu; były to głównie młode topole, wierzby i klony. W ląd wcinała się niewielka zatoka, w której niekiedy rzucały kotwicę statki kupieckie albo czatowały okręty pirackie. Powinnam zadać sobie trud zbadania zatoczki i upewnienia się, że ta wyspa jest opuszczona. Na lądzie nie można uciec tak szybko jak na morzu. Przygotowałam się na to. Musiałyśmy poszukać wody pitnej na tej wyspie, bo inaczej nie przeżyłybyśmy kolejnego dnia.
Gdy przyglądałam się brzegowi, Pearl też tam popatrzyła.
– To wygląda na to samo wybrzeże z tamtymi ludźmi – powiedziała, żeby mi dokuczyć.
Od kilku dni wciąż mówiła o piratach, których zobaczyłyśmy w oddali napadających na jakąś łódź. Odpłynęłyśmy stamtąd, a ja patrzyłam przygnębiona, z ciężkim sercem, jak wiatr pcha nas poza zasięg wzroku napastników. Pearl miała mi za złe, że nie spróbowałyśmy pomóc ofiarom, więc starałam się jej przypomnieć, że musimy unikać kontaktów z innymi ludźmi. Jednak pod całym tym trzeźwym rozumowaniem odczuwałam obawę, że moje serce skamieniało, gdy wokół mnie wezbrała woda – że kiedy powódź zalała ziemię, wypełnił mnie strach, wypychając wszystko inne, i ostrugał mi serce do niewielkiego twardego kształtu, którego już nie potrafię rozpoznać.
– Jak miałybyśmy zaatakować statek pełen piratów? – zapytałam. – To by się równało samobójstwu.
– Nawet nie spróbowałaś. W ogóle cię to nie obchodzi!
Przecząco pokręciłam głową.
– Obchodzi mnie bardziej, niż myślisz. Tyle tylko, że nie zawsze jest pora na to, by troszczyć się o innych.
Pragnęłam jej wyznać, że jestem wykończona. Może to dobrze, że nie odnalazłam Row. Może nie chciałam się dowiedzieć, co bym zrobiła, żeby tylko znów być z nią.
Pearl nic nie odpowiedziała, więc dodałam:
– W dzisiejszych czasach każdy troszczy się o siebie.
– Nie lubię cię – oświadczyła, odwracając się do mnie plecami.
– Nie musisz – burknęłam.
Zamknęłam oczy i ścisnęłam w palcach nasadę nosa. Usiadłam obok Pearl, lecz ona nadal patrzyła w przeciwną stronę.
– Czy ubiegłej nocy znów miałaś te sny? – spytałam, starając się zachować miły, łagodny ton, jednak w moim głosie nadal pobrzmiewała nuta irytacji.
Pearl kiwnęła głową, wyciskając krew z ogona węża przez otwór po uciętym łbie.
– Nie zamierzam pozwolić, by to się nam przytrafiło. Będziemy trzymały się razem. Zawsze – powiedziałam.
Delikatnie odgarnęłam jej włosy z twarzy, a przez usta Pearl przemknął cień uśmiechu.
Wstałam i sprawdziłam zbiornik na wodę pitną. Był niemal pusty. Zewsząd otaczała nas woda, lecz nie nadawała się do picia. Wskutek odwodnienia bolała mnie głowa, a skraje pola widzenia zaczynały się rozmazywać. Przez większość dni powietrze było wilgotne, niemal codziennie padały deszcze, jednak od dłuższego czasu panowała susza. Będziemy musiały poszukać górskich strumieni i przegotować pochodzącą z nich wodę. Napełniłam bukłak Pearl resztką świeżej wody i podałam jej.
Przestała się bawić bezgłowym wężem, powoli zważyła w ręce bukłak.
– Dajesz mi wszystką wodę – powiedziała.
– Już trochę wypiłam – skłamałam.
Popatrzyła na mnie; przejrzała mnie na wylot. Potrafiłam ukrywać różne rzeczy przed sobą, ale nigdy przed nią.
Przypięłam do paska nóż, a potem obie popłynęłyśmy wpław do brzegu, zabierając ze sobą wiaderka na małże. Martwiłam się, że grunt okaże się zbyt wilgotny, by mogły być w nim małże, i że ugrzęźniemy na bagnach, zanim znajdziemy bardziej suche miejsce w południowej nasłonecznionej części wyspy. Błotnista równina była usiana niewielkimi otworami. Zaczęłyśmy kopać, używając do tego drewna wyrzuconego na brzeg, ale po kilku chwilach Pearl cisnęła swój patyk.
– Niczego nie znajdziemy – poskarżyła się.
– Doskonale – warknęłam. Ręce i nogi ciążyły mi ze zmęczenia. – Zatem wejdź na zbocze i spróbuj znaleźć strumień. Poszukaj wierzb.
– Wiem, czego szukać – odparła.
Odwróciła się na pięcie i niezdarnie pobiegła w górę zbocza. Biedaczka poruszała się tak, jakby nadal znajdowała się na łódce kołysanej przez fale, dlatego stawiała stopy zbyt mocno i chwiała się na boki.
Kopałam dalej, wkrótce wokół mnie wyrosły sterty błota. Natrafiłam na muszlę, wrzuciłam małża do wiaderka. Wydało mi się, że pośród wycia wiatru i szumu fal słyszę czyjeś głosy dobiegające zza załomu górskiego zbocza. Zaniepokojona przysiadłam na piętach, nasłuchując. Zesztywniałam z napięcia, wytężyłam słuch, ale niczego nie usłyszałam. Zawsze odnosiłam wrażenie, że na lądzie wyczuwam rzeczy, których tam nie ma – słyszę piosenkę, chociaż nikt nie śpiewa, widzę dziadka, który przecież już nie żyje. Jak gdyby przebywanie na lądzie cofało mnie do przeszłości i wszystkich wiążących się z nią spraw.
Pochyliłam się do przodu, zanurzyłam dłonie w błocie. Wrzuciłam do wiaderka następną muszlę; wpadła ze stukotem. W chwili, gdy znalazłam kolejnego małża, powietrze przeszył cichy, ostry krzyk. Zamarłam, uniosłam głowę i powiodłam wzrokiem po okolicy, wypatrując Pearl.

Napisz swoją opinię i oceń książkę

Przedstaw się



Twoja ocena


WYŚLIJ

Beata Wasilewska
2019-11-23

Postapokaliptyczny świat to wizja, która towarzyszy nam od dłuższego czasu w literaturze i filmach, niezmiennie wzbudzając zaciekawienie i strach. Zmiany klimatyczne zachodzące wokół nas, problemy z ochroną środowiska naturalnego to kwestie, o których dyskutują dzisiaj i młodzi, i starzy. Czy ludzkości uda się przetrwać kolejne kryzysy, a może nie ma już dla niej ratunku? W każdym razie ...
@nataliicodziennosc
2019-11-19

Książka to debiut literacki Montag. Jak dla mnie całkiem udany. Miałam przyjemność z tego czytania, historia bardzo wciąga i nie masz chęci odłożyć jej "na później". Niebezpieczna podróż matki, która pragnie odszukać zaginioną córkę. Ta wyprawa jest tym bardziej ryzykowna, że jest przy niej młodsze dziecko. "Wciąż dreczyło mnie to pytanie: czy aby uratować jedną, będę musiała poświęcić d...