Powieść obyczajowa
Pan Doubler zaczyna od nowa
29 zł
38,99

Pan Doubler zaczyna od nowa

Seni Glaister
brak opinii
Liczba stron: 416
ISBN: 9788327642400
Premiera: 2019-08-26

Pan Doubler o ziemniakach wie wszystko, rozmawia z nimi częściej niż z własnymi dziećmi, które widuje tylko podczas niedzielnych obiadów. Chce zostać hodowcą wszechczasów. Poglądami dzieli się jedynie z panią Millwood, gospodynią, która pomaga mu prowadzić dom.  Choroba pani Millwood to prawdziwa katastrofa. Mały świat Doublera zaczyna drżeć w posadach, nadzieja na realizację ambitnych planów rozwiewa się jak dym. Jednak codzienne rozmowy telefoniczne z przebywającą w szpitalu gospodynią mają na niego zbawienny wpływ. To pod jej wpływem Doubler zaczyna dostrzegać ludzi i świat wokół siebie, bez których do tej pory tak świetnie się obywał.  Ciepła, zaprawiona nutą nostalgii i dyskretnego humoru opowieść o przyjaźni, dobroci i o tym, że nigdy nie jest za późno na zmiany.

Gdy pani Millwood krzątała się po kuchni, parząc herbatę i ustawiając dwa nakrycia na uporządkowanym kuchennym stole, Doubler zajął się przygotowaniem własnego posiłku. Z pogrążonej w ciemnościach spiżarni wydobył kilka szalotek i ścisnął je między kciukiem a palcem wskazującym. Nie uginały się nawet po tylu miesiącach.

– Są znacznie lepsze od swojej kuzynki cebuli – powiedział do pani Millwood, wyczuwając jej nieufne spojrzenie, gdy siekał szalotki na drobniutką kostkę. – Niech pani tylko popatrzy. Czysta rozkosz. – Cebulki wciąż lśniły perłowym blaskiem, kawałeczki odpryskiwały od ostrza noża. Zgarnął je do rondla, przez kilka sekund dusił na maśle, a potem dodał ziemniaki i zgniótł je lekko grzbietem widelca.

– Nie wolno ich rozgniatać na papkę, trzeba tylko lekko rozkruszyć – odpowiedział z uciechą na niezadane pytanie.

Dwoma szybkimi ruchami przegubu obrócił młynek z czarnym pieprzem i zaniósł parujący talerz na stół.

Pani Millwood wyjmowała właśnie z hermetycznie zamykanego pojemnika kanapki, które przynosiła codziennie i które były zdumiewająco różnorodne.

– Przydałaby się jeszcze odrobina stopionego cheddara, panie Doubler. – Ruchem głowy wskazała na jego talerz.

– Cheddara? Stopionego? Ależ absolutnie nie, pani Millwood! Po cóż, na Boga, miałbym to robić?

– Dla odrobiny aromatu. Albo witamin. Nie można żyć na samych kartoflach. – Wiedziała, że jest to prowokujące stwierdzenie, i wcale nie miała takich intencji, by prowokować Doublera. Po prostu szczerze i od dawna martwiła się o jego dietę, o zawartość składników odżywczych w jego posiłkach.

– Pani Millwood, chyba nie muszę pani tłumaczyć, jak doskonałe właściwości odżywcze mają brytyjskie ziemniaki? Wie pani równie dobrze jak ja, że z ziemniaka uzyskuje się więcej jadalnego białka na hektar dziennie niż z ryżu czy pszenicy.

– Ale ja nie zjem hektara kartofli, panie Doubler. Chcę po prostu zjeść na lunch coś smacznego. Smacznego i zdrowego.

– Niech mi pani nie mówi o zdrowiu! Białko ziemniaków jest bardziej wartościowe biologicznie niż białko z kukurydzy, pszenicy, grochu czy fasoli. Ziemniaki są równie zdrowe jak mleko, a chyba nikt nie próbuje podważać wartości zdrowotnych mleka?

– Dobrze znam wartość brytyjskich ziemniaków. – I rzeczywiście znała. Zaledwie poprzedniego wieczoru oświeciła w tym temacie panie z kółka robótek ręcznych, które były zdumione nie tylko otrzymanymi informacjami, ale również głębią wiedzy pani Millwood oraz przekonaniem, z jakim mówiła o swojej pasji. – Ale odrobina stopionego cheddara dla aromatu wcale by nie zaszkodziła.

Odłożył widelec i oznajmił poważnym, strofującym tonem:

– Pani Millwood, wysoka temperatura to najgorsza rzecz, na jaką można narazić ser cheddar. Można tylko stopić przez to tłuszcz i zniszczyć aromat. Skoro ktoś zadał sobie tyle trudu, żeby zrobić przyzwoity cheddar, to powinno się go spożywać tylko na jeden sposób.

Poszedł do spiżarni, przyniósł dużą paczkę ciasno owiniętą pergaminem i owiązaną sznurkiem, po czym stwierdził:

– Pokażę pani. – Jego ruchy były ostentacyjnie wyraziste, nie odrywał przy tym wzroku od swojej jednoosobowej publiczności. – Cheddar podaje się na drewnie. Nie na fajansie ani nie na porcelanie. To podstawowa zasada – oznajmił surowo, kładąc zawinięty cheddar na środku drewnianej deski do krojenia. – Ser wchłania naturalne tłuszcze i aromaty z drewna i nabiera w ten sposób cech, jakich nie da się uzyskać w żaden inny sposób. Po drugie, drewno jest porowate, nie tworzy nieprzepuszczalnej bariery na powierzchni, z którą ser się styka, dzięki czemu pozwala mu oddychać.

Dostrzegł, że pani Millwood wyraźnie wstrzymała oddech.

– To, że ser powinien oddychać, to następna zasada. W innym wypadku poci się, a to nie jest dobre. Spocony cheddar nigdy nie jest dobry.

Ostrożnie rozwinął paczkę, a jego jednoosobowa publiczność dostojnie potrząsnęła głową.

– Kolejna zasada. – Odliczał je na palcach. Gdy doszedł do wskazującego, uświadomił sobie, jak wiele ich jest, i pomyślał, że chyba powinien założyć odrębny dziennik spostrzeżeń na temat cheddara. – Kroimy tylko raz, a w każdym razie jak najmniej ruchów nożem. – Scyzorykiem naciął ser ukośnie w najwęższym miejscu, po czym odłamał kawałek. – Cheddar to ser dla palców. To uczta dla wszystkich zmysłów. Wdycha się go, czuje dotykiem i smakuje. Nie można pozbawić się dotyku. Kiedy bierzemy ser w palce, umysł przygotowuje się na to, czego powinien się spodziewać. Nie ma tu miejsca na żadne niespodzianki. Mój mózg wie, że ma się przygotować na ostry smak dobrego cheddara, bo palce spróbowały go już wcześniej. Widzi pani?

Pani Millwood patrzyła z uwagą. Kanapka bezwładnie zawisła jej w dłoniach, a na czole pojawiła się zmarszczka.

– A więc jeden ruch nożem, a potem odłamuje się kawałek palcami, żeby doświadczenie było całkowite. Cheddar można podawać z jabłkiem. Najlepsza jest pomarańczowa koksa, ale nie jestem aż tak ortodoksyjny, pani Millwood. I z sosem chutney. Ze słodkim albo z wytrawnym, kwaskowatym. Dam pani dwa rodzaje do spróbowania, takie, które mogę polecić, chociaż chutney to bardzo osobista sprawa, czyli rzecz gustu. Ale w żadnym razie nie pikle, bo zalewa będzie konkurować z dobrym cheddarem, zamiast go uzupełniać. Na talerzu nie szukamy rywalizacji, tylko harmonii. Harmonii i tonu. Niech pani sobie wyobrazi, że to jest utwór muzyczny, a pani jest dyrygentem.

Pani Millwood popatrzyła na swoją kanapkę i ugryzła ją ostrożnie, a Doubler dodał jeszcze:

– Stopiony cheddar? Nie. Nie podgrzewałbym go nawet w zimny dzień. To zupełne marnotrawstwo.

– Przepraszam, że się odezwałam. – Buntowniczo ugryzła następny i znacznie większy kęs. Kanapka składała się z sera o jednolitej barwie pokrojonego nożem na plasterki, szynki z supermarketu, musztardy, konserwowego ogórka, papryki oraz sałaty i pani Millwood nie zamierzała się jej wstydzić. – Doskonała. – Jakby na pokaz ugryzła kolejny wielki kęs. – Pomyślałam tylko, że to by trochę ożywiło pański lunch. – Popiła kanapkę haustem herbaty.

– No tak. Nie mam nic przeciwko temu, żeby dołożyć do ziemniaków trochę sera, ale nie w tym kontekście i nigdy cheddara. Jest mnóstwo serów, które aż proszą się o to, żeby je roztopić. Zaliczyłbym do tej kategorii większość serów kozich. – Machnięciem ręki okazał lekceważenie dla całej tej grupy. – Ale akurat w tej chwili nie potrzebuję dodatkowych aromatów. Ja pracuję, pani Millwood, i chcę poczuć smak ziemniaka.

– Smakują panu dzisiejsze kartofle?

– Ależ tak, smakują. Jestem absolutnie zachwycony. Zachowują się przepięknie. Niewiele mam do zapisania, a to dobra wiadomość. To tylko kolejne potwierdzenie. – ściszył nieco głos i dodał konspiracyjnie: – Kiedy już dostanę potwierdzenie moich odkryć od ekspertów, naszych przyjaciół z zagranicy, skończę z tym wszystkim.

Popatrzyła na niego ostrożnie.

– Z badaniami? Z kartoflami? Z czym pan skończy? – zapytała z troską. Kiedyś już słyszała od niego, że kończy ze wszystkim, i omal go to nie zabiło.

Zauważył jej niepokój i pośpieszył zapewnić, że w żadnym wypadku nie ma na myśli kresu swej motywacji, chęci życia i apetytu na dalsze badania.

– Nie wyobrażam sobie, żebym kiedyś zupełnie skończył z ziemniakami. Mam je we krwi. Czym miałbym się zajmować, gdybym nie myślał o nich przez cały dzień? Ale jeśli chodzi o szczegółową analizę, to owszem, sądzę, że zbliżam się do końca. Nie widzę już możliwości poprawienia czegokolwiek i nie pozostały mi żadne pytania, na które nie znalazłbym odpowiedzi. To potwierdzenie zakończy bardzo długi okres wytężonej pracy. Jeśli mam rację i moje badania zostaną oficjalnie uznane, to będę musiał pomyśleć o kolejnym przedsięwzięciu, lub też poświęcę lata, które mi jeszcze zostały, na utrwalenie mojego dzieła dla przyszłych pokoleń. Jestem pewien, że to będzie najważniejsza chwila mojego życia. Oczywiście ciągle czekam na oficjalną odpowiedź z instytutu i jak sądzę, dobrze pani rozumie, że to czekanie nie jest dla mnie łatwe. – Westchnął ciężko, zdradzając, że nie jest tak pewny siebie, jak przed chwilą próbował ją o tym przekonać.

Pani Millwood wiedziała równie dobrze jak on, że czekanie nie jest dla niego łatwe. Ona też niecierpliwie wyczekiwała nowin. Gdy opowiedział jej o swoich odkryciach, to właśnie ona pokierowała jego chaotycznymi działaniami, które, jak obydwoje mieli nadzieję, w końcu doprowadzą do upragnionej weryfikacji naukowej. Zbadała wszystkie dostępne możliwości i nie popełniając żadnej niedyskrecji, zasięgnęła rady osób biegłych w kwestiach patentów, praw autorskich oraz weryfikacji naukowych. Pod wieloma względami te poszukiwania były równie żmudne i pedantyczne jak przedsięwzięcie Doublera.

Sytuacja, jak szczegółowo wyjaśniła mu przy lunchu, wyglądała tak, że w ciągu kilkudziesięciu lat, które Doubler spędził na uprawie ziemniaków, cały świat produkcji rolnej poszedł do przodu, a on został z tyłu. Okazało się, że badania nad ziemniakami są finansowane przede wszystkim przez odbiorców gigantów, którzy odnoszą największe zyski komercyjne z każdego znaczącego ulepszenia procesu. Największe udziały w ośrodkach badawczych miała wielka firma produkująca frytki do piekarnika. Również sieci fast foodów wykazywały uzasadnione zainteresowanie zarazą ziemniaczaną.

– Kto by pomyślał, że frytki do piekarnika mają aż tak wielką moc! – wykrzyknęła pani Millwood, po czym przeszła do kolejnych ponurych doniesień.

Doubler, choć był całkiem znaczącym producentem, nie zawierał żadnych umów handlowych z tymi partnerami i nigdy nie działał z nimi ręka w rękę. A choć szczęśliwy przypadek zrządził, że na skutek dokładnego sprzątania stodół zaczął bardzo dyskretnie działać w segmencie monopolowym, nie robił tego na dużą skalę. Jego wkład w tę branżę był wysoko ceniony i szanowany, ale przemysł alkoholowy miał własne regulacje prawne i żeby się w nim poruszać, trzeba przedzierać się przez niekończącą się biurokrację. Doubler był zbyt nieistotnym graczem dla tych, którzy finansowali badania albo lobbowali w imieniu hodowców ziemniaków, a wielkie kompanie alkoholowe uważały go za małe piwo. Po prostu nie poruszał się w odpowiednich kręgach.

Pani Millwood dokładnie to wszystko sprawdziła i wkrótce dowiedziała się niepokojąco wiele o obłudnej naturze świata korporacji. Rozmawiała z wielkimi umysłami prawniczymi i wszyscy ją ostrzegali, by nie dzieliła się pochopnie odkryciami swojego anonimowego przyjaciela, dopóki nie znajdzie godnego zaufania partnera o mocno wypchanych kieszeniach, któremu będzie mogła powierzyć tę wiedzę. Ostrzegano ją, że powinna zachować ostrożność, bo jakiś pozbawiony skrupułów gracz posadowiony wyżej w łańcuchu dostaw może przejąć wyniki badań i zaprezentować je jako własne albo będzie się starał zdyskredytować odkrycia Doublera. Jak to ujął jeden z owych wielkich umysłów:

– Gdy wielcy gracze zwęszą, co on robi na tej swojej farmie, po prostu go przeżują i wyplują.

Dlatego pewnego dnia przy lunchu przedstawiła rozwiązanie, które wymagało nieco więcej czasu, ale mogło wydać piękny owoc, to znaczy praca Doublera zostanie poddana ocenie specjalistów z grona tych najwybitniejszych i najbardziej szanowanych na świecie.

I tak oto po szczegółowym rozpoznaniu pani Millwood stwierdziła, że należy postarać się o bezstronną ocenę Instytutu Badań i Rozwoju Ziemniaka w północnych Indiach. A teraz czekali na opinię tej czcigodnej instytucji.

– No cóż, sprawdźmy. – Pani Millwood pogrzebała w torbie, wyciągnęła mały oprawny w skórę kalendarzyk i przerzuciła kartki. – Wysłaliśmy pańską paczkę tuż po Bożym Narodzeniu, prawda? No więc tak. Dwudziesty siódmy. Trzeba wziąć pod uwagę opóźnienia spowodowane świętami i tak dalej, ale mimo wszystko to już sześć tygodni.

Twarz Doublera spochmurniała.

– Z drugiej strony, jeśli się zastanowić, sześć tygodni to nie tak długo. To była zwykła paczka, nie lotnicza, i nie mam pojęcia, jak działa tamtejsza poczta. Powiedzmy, że cztery tygodnie, żeby doszła. Potem muszą wydać opinię. Dwa tygodnie? Lepiej, żeby się zanadto nie śpieszyli. Może cztery? Cztery wystarczą na dokładne zbadanie sprawy. A przecież chcemy, żeby zbadali ją dokładnie, prawda? I jeszcze cztery tygodnie na powrotną pocztę. Myślę, panie Doubler, że za wcześnie zaczął się pan martwić. Jeśli nie odezwą się do początku kwietnia, wtedy będzie można się zastanawiać, czy jest jakiś problem.

– Na przykład jaki? – Na jego twarzy zaległa chmura złożona z wszelkich możliwych powodów do niepokoju.

– Na przykład taki, że list nie dotarł. Jakiś błąd administracyjny z ich strony. Zginął gdzieś po drodze. Są jeszcze kwestie techniczne. Uznali, że pańska praca nie jest ważna. Uznali, że się pan pomylił. Nie sądzą, by warto było odpowiadać.

Każda z tych możliwości wzbudzała w Doublerze głęboki niepokój, a wszystkie razem – dlaczego tylko jedna rzecz miałaby pójść nie tak, skoro możliwości było mnóstwo? – sprawiły, że zakręciło mu się w głowie.

Pani Millwood rzuciła mu uspokajający uśmiech.

– Ale wie pan chyba, że nic panu nie przyjdzie z zamartwiania się? Nie ma sensu przejmować się tym, co pozostaje poza naszą kontrolą. Ma pan swoją farmę i swoje ziemniaki. Dokonał pan przełomu, panie Doubler, i oni na pewno to zauważą. – Widząc, że te słowa przeszły bez echa, pani Millwood wyciągnęła ze swego arsenału potężniejszą broń: – Czy sądzi pan, że ten pański Clarke zniechęcił się przy pierwszej przeszkodzie?

Doubler popadł w zamyślenie. Wyobraził sobie, jak jego bohater pracuje przy świetle świecy, zapisując swoje odkrycia ogryzkiem ołówka. Pomyślał o wielu pokoleniach ziemniaków, jakie Clarke musiał wyhodować, nie widząc przed sobą żadnego jasnego celu, wiedziony wyłącznie pragnieniem ulepszenia ziemniaka dla dobra ludzkości. Zdał sobie sprawę, jak wielkie było to osiągnięcie dla człowieka, który nie odebrał żadnego wykształcenia, i poczuł wstyd.

– Nie, oczywiście, że nie. Pan Clarke przezwyciężył wszystkie przeszkody.

Pani Millwood uśmiechnęła się do siebie, po czym oznajmiła:

– Przezwyciężył, tak? A pan pokornie spuszcza głowę, kiedy tak naprawdę jeszcze nie napotkał pan żadnej przeszkody!

– Oczywiście, ma pani rację, jak zawsze. I biedny Clarke nie miał żadnego wzoru do naśladowania, a ja mam. Ale z pewnością pani rozumie, dlaczego się martwię, prawda? To jest dzieło mojego życia, wiele dla niego poświęciłem i chcę, żeby okazało się znaczące, a ważny cel został osiągnięty. Chcę coś po sobie pozostawić.

Podniósł się, podszedł do okna i wytarł na zaparowanej szybie okienko, przez które widział resztki zimowego słońca znikającego za polami.

– Kiedy umrę, pani Millwood, zostanie po mnie tylko ta praca. Moje ziemniaki to moja spuścizna. Poświęciłem im każdą chwilę życia, a najlepsze lata mam już za sobą. Chcę coś po sobie zostawić, chcę pokazać światu, że godnie przeżyłem swoje życie. Chcę umierać z myślą, że coś zmieniłem. Czy to zbyt wiele? Czy jestem zbyt zachłanny?

Pani Millwood z wielką powagą potraktowała jego słowa i odparła po namyśle:

– Zachłanny z pewnością nie, ale może trochę niecierpliwy. Jest pan całkiem zdrowy, panie Doubler, i ma pan jeszcze dużo czasu, żeby coś zmienić. Może się pan uważać za szczęściarza.

Zamilkła, a on, skupiony na widoku z okna, nie zauważył cienia lęku w jej oczach. Odwrócił się i popatrzył na nią zagadkowo, czekając, aż zacznie mówić dalej.

Smutno potrząsnęła głową, uśmiechnęła się z determinacją i oznajmiła, zmieniając nieco temat:

– Nie wszystkim nam jest dane dokonać czegoś ważnego, więc powinien pan być dumny z tego, co już pan osiągnął. I kto powiedział, że pańskie dzieło życia jest już zakończone? To się okaże we właściwym czasie. Kilka tygodni czekania na listonosza to nie jest wysoka cena. Panie Doubler, inni cierpią znacznie bardziej i pozostawiają po sobie znacznie mniej.

Z wielkim smakiem wgryzła się w jabłko granny smith, a Doubler, nie pierwszy już raz wdzięczny jej za głęboką mądrość i przyzwyczajony do tego, że we wszelkich sprawach życiowych gospodyni ma znacznie lepszą intuicję niż on, zdecydował się nie komentować tego wyboru.

 

***

 

W pierwszą niedzielę każdego miesiąca jedyna córka Doublera, Camilla, razem z całą rodziną odwiedzała farmę Mirth. Było tak już od wielu lat. Camilla zapoczątkowała tę tradycję po urodzeniu dzieci, jakby chciała nauczyć własnego ojca właściwej procedury podtrzymywania więzi rodzinnych. Jeden czy dwa obiady położyły podwaliny, a kilka kolejnych zmieniło zwyczaj w tradycję, którą Camilla pilnie podtrzymywała i nosiła z dumą niby medal córczynej powinności.

– Wspaniale jest wiedzieć, że moje dzieci wrosły w życie taty, stały się częścią tego życia – powiedziała do swojego brata Juliana z kiepsko ukrywanym, nieco agresywnym poczuciem wyższości, a taką emocję rzadko miała okazję zaprezentować w towarzystwie brata.

Z drugiej strony Julian, jedyny syn Doublera, nie był pewny swojej roli w rodzinie. Jego więź z farmą wywodziła się z dzieciństwa, lecz w obecnych czasach, gdy był dorosłym człowiekiem z dorosłymi obowiązkami, jego głównym zajęciem podczas weekendów były próby zdalnego zapanowania nad kosztowną byłą żoną i finansowymi wymaganiami dwójki kosztownych dzieci, które we wczesnym dzieciństwie nauczyły się wyżej cenić trawnik niż glebę uprawną i nic szczególnie ciekawego nie znajdowały na farmie ziemniaczanej. Ale nawet gdyby domagały się odwiedzin u dziadka głośnym krzykiem, Julian znalazłby jakąś wymówkę, by dać im odpór. Na farmie Mirth nie było gdzie uciec przed intymną sferą ojcostwa, dlatego Julian czuł się tu obnażony. W przeciwieństwie do farmy, jego dom pełen był rozrywek oraz barier, które pozwalały dzieciom i ich ojcu bezpiecznie współistnieć, nie dochodziło tu bowiem do konfrontacji rażących braków cechujących obie strony.

Dotychczasowe zaangażowanie Juliana w wychowanie dzieci nie przyniosło mu wielkiego poczucia spełnienia, najwyżej satysfakcję płynącą z wypełniania cyferkami kolumn księgi rachunkowej, którą prowadził w głowie. Ale tak czy inaczej, nigdy bardziej nie odczuwał przygniatającego barki ciężaru odpowiedzialności rodzicielskiej niż pod wzrokiem ojca i siostry. Nie za bardzo rozumiał, dlaczego Camilla systematycznie pragnie udawać, że są zwyczajną rodziną, ale nie ufał też własnym emocjom na tyle, by próbować zmienić ten wzorzec albo jakoś na niego wpłynąć.

Jednak Camilla doskonale wiedziała, jak jej dzieci powinny się czuć przy tych okazjach, i choć jej dzieciństwo przebiegło w sposób, który nie spełniał wielu zdałoby się oczywistych wymagań, z uporem narzucała im wszystkim swoje potrzeby i oczekiwania. Między innymi twardo egzekwowała, żeby Julian i jego dzieci dołączali do nich przynajmniej cztery razy w roku. Ta niedziela była jednym z dni, kiedy syn i córka Doublera wraz z czwórką jego wnuków mieli przyjechać na farmę Mirth.

W ciągu wielu lat dobrowolnej izolacji Doubler nauczył się manewrować na wąziutkiej ścieżce, która oddziela osamotnienie od samotności. Jednego szukał sam, drugie szukało jego. Ale nigdy nie był bardziej pewny, że wolałby być sam, niż w chwilach, gdy cała rodzina robiła desant na farmę. Gdyby Marie nie odeszła, z pewnością wszystko wyglądałoby inaczej. Wychowanie dzieci było przedsięwzięciem, do którego przystąpili razem, i Doubler nie miał wątpliwości, że z podobnym zaangażowaniem podeszliby do babcio- i dziadkowania. Nigdy jednak nie chciał być samotnym rodzicem obarczonym podwójną dawką obowiązków i wzdragał się przed wejściem w rolę dziadka z obawy, że jego niedostatki również okażą się podwójne. Dodatkowa presja, która spadła na niego po trzęsieniu ziemi, jakim było odejście żony, budziła w nim głęboką niechęć.

Poza tym bardzo sobie cenił czas, który miał tylko dla siebie. Lubił ciszę i jego umysł nie potrzebował innych bodźców niż te, których dostarczały mu ziemniaki, starannie zaopatrzona piwnica oraz codzienny lunch w towarzystwie pani Millwood. Prawdę mówiąc, nie znosił tych rodzinnych zjazdów, ale wiedział, że im bardziej normalny będzie się wydawał dzieciom, tym szybciej zostawią go w spokoju na następny miesiąc. Dlatego starał się z nimi rozmawiać, udawał zainteresowanie ich sprawami, unikał konfliktogennych tematów i nigdy, przenigdy nie pozwalał, by ktokolwiek z rodziny zauważył, że prowadzi życie pustelnika.

Napisz swoją opinię i oceń książkę

Przedstaw się



Twoja ocena


WYŚLIJ