Thriller / Sensacja / Kryminał
Cudze grzechy
29,99 zł
38,99
KUP TERAZ

Cudze grzechy

Daria Orlicz
brak opinii
Liczba stron: 320
ISBN: 9788327645128
Premiera: 2019-08-05
Opracowanie graficzne okładki: Emotion Media

Czasem płacimy za cudze grzechy. Czasem zostajemy uwikłani w coś, co okazuje się największym koszmarem naszego życia. Kilka tygodni po pełni sezonu z niewielkiego ośrodka wczasowego znika kobieta w ósmym miesiącu ciąży. Jej mąż, który spał tuż obok, dopiero rano zauważył, że żony nie ma w wynajętym domku. Śledczy ustalają, że wsiadła do czekającego w pobliskim lasku samochodu, dalej ślad się urywa.  W tym samym czasie w Trójmieście aspirant Jeremi Jaromirski próbuje ustalić, kto wrobił jego dawnego przyjaciela w ciężkie pobicie przyrodniej siostry. Trop prowadzi do światka szemranych interesów, wielkich pieniędzy, nocnych klubów i narkotyków.

Dochodziła czwarta nad ranem, kiedy Czarny w ciemnej bluzie z nasuniętym na głowę kapturem wymknął się z wynajętego domku przy plaży i powoli zszedł z drewnianych stopni na porośnięty iglakami plac wokół wczasowych domków. W apartamencie naprzeciwko od paru godzin było cicho i ciemno; przez pół nocy obserwował ich okno, samotnie siedząc na kuchennym taborecie. Schodki prowadzące na niewielką werandę skrzypiały, co dokładnie sprawdził, bo kręcił się tu podczas ich nieobecności. Wiedział jednak, jak stanąć, żeby bezszelestnie podejść do drzwi. Zamek ustąpił po kilkunastu sekundach, był jednym z tych „na zapałkę”. Czarnego zawsze dziwiły żenująco słabe zabezpieczenia tego typu miejsc, zupełnie jakby beztroscy turyści nie zdawali sobie sprawy, że oprócz utraty aparatu czy kamery mogą stracić znacznie więcej.

Pomyślał o tym, powoli uchylając drzwi. W domku było chłodno i cicho. Czarny ruszył w stronę sypialni na tyłach, w której sypiała cała trójka – Karolina Lenart, jej żenująco chuderlawy mąż Dariusz i sześcioletnia Gabrysia. Na środku pokoju się zatrzymał, przyzwyczajając oczy do otaczającej go ciemności, a nieświadoma obecności nocnego intruza rodzina wciąż spokojnie spała. Cichy, ledwie słyszalny szelest ich oddechów miał w sobie coś kojącego, a także dziwnie intymnego, i Czarny pomyślał o byłej żonie. Szybko jednak ocknął się ze wspomnień i spojrzał w stronę drewnianego łóżka, na którym nieruchomo leżała drobna jasnowłosa dziewczynka. Trzeba działać, nakazał sobie. Bezszelestnie wycofał się do ciemnego salonu i pchnął drzwi od niewielkiej łazienki, w której postanowił poczekać na kobietę.

Obserwował ją przez dwie poprzednie noce i już wiedział, że przynajmniej trzy razy wstaje, żeby się wysikać – w ósmym miesiącu to ponoć norma. Usiadł więc na opuszczonej klapie sedesu i czekał…

Minęło jakieś pół godziny, kiedy z sypialni doszło ciche szuranie. Ciężarna musiała wstać i powłócząc nogami, zbliżała się do łazienki. Była też oczywiście opcja, że obudził się jej mąż, ale z chuderlakiem prędko sobie poradzi. Zanim tu przyjechał, dobrze go sprawdził. Nauczyciel historii, nudny, porządny, stateczny koleś, który nie miał pewnie pojęcia, co może się stać, jeśli nie potrafi się obronić rodziny. A że Dariusz Lenart nie potrafi, Czarny nie miał cienia wątpliwości.

Gdy zaskrzypiała podłogowa deska, wstrzymał oddech, szykując się do ataku. Karolina weszła do łazienki w momencie, kiedy przywarł plecami do zimnej wykafelkowanej ściany przy drzwiach. Wyciągnęła rękę, by sięgnąć do kontaktu, a Czarny złapał ją i przyciągnął do siebie, zasłaniając jej usta dłonią.

– Ani piśnij. Pomyśl o Gabrysi – szepnął jej do ucha.

Znieruchomiała sparaliżowana strachem, ale po chwili zaczęła się szarpać i lekko wbiła zęby w jego rękę, więc mocno uderzył ją w twarz. Przygryzła sobie wargę i cicho jęknęła.

– Uspokój się albo ich zabiję – warknął. – A póki co, chcę tylko ciebie.

– Kim jesteś? – szepnęła, kładąc dłonie na olbrzymim ciążowym brzuchu, jakby chciała ochronić nienarodzone dziecko przed całym złem tego świata.

Ale on już wyciągał po nią rękę, zagrażał jej, wtargnął w sam środek ich bezpiecznego, poukładanego świata, który przez ostatnie lata tak pieczołowicie budowali. Gdy o tym pomyślała, poczuła spływające po policzkach łzy.

– Proszę cię, zostaw mnie – wyłkała. – Kim jesteś? Czego chcesz?

– Wybacz, ale raczej się nie przedstawię. – Czarny uśmiechnął się krzywo i ruchem głowy wskazał jej frontowe drzwi. – Wychodzimy.

– Ale ja nie… Dariusz! – wrzasnęła.

– Kurwa mać! – zaklął Czarny, łapiąc ją za włosy. – Kiedy tu przyjdzie, zajebię go, nie rozumiesz? – syknął, a Karolina Lenart w końcu się uspokoiła. – Wychodzimy! Już! – warknął, ciągnąc ją w stronę drzwi.

Ucichła, jakby w końcu do niej dotarło, że on mówi serio. Że jeśli Dariusza obudzą jej wrzaski, on nie będzie miał dla niego litości…

Napastnik zacisnął palce na jej ramieniu i pchnął w stronę salonu. Zanim wyszli na zewnątrz, pociągnął ją w stronę sypialni i przez dłuższą chwilę wpatrywał się w ciemny kąt, w którym stało ich łóżko, ale doszedł do wniosku, że nic nie wskazuje na to, by Lenart się obudził – nieświadomy rozgrywającego się pod jego nosem dramatu, chuderlawy nauczyciel leżał na wznak, cicho pochrapując tak samo jak wtedy, kiedy Czarny pierwszy raz się tu wślizgnął.

– Nic, tylko pozazdrościć mocnego snu – rzucił pod nosem i szerzej otworzył frontowe drzwi.

Byli na werandzie, kiedy Karolina zaczęła płakać.

– Błagam cię, nie rób mi krzywdy. Niedługo rodzę, ja…

– Bądź… cicho… – wycedził Czarny, jeszcze mocniej zaciskając palce na jej ramieniu.

Przez kilka minut szli przez lasek, w którym Czarny zostawił terenowego nissana. Ona drżąc z zimna i ze strachu, on milczący i przerażająco ponury.

– Właź! – warknął, otwierając drzwi od strony pasażera.

– Muszę siku – szepnęła tak cicho, że ledwo ją usłyszał.

– Kurwa, fakt – rzucił przez zęby. – Szczaj za autem, nie będę podglądał. I pospiesz się, bo piździ tu jak w Kieleckiem! Tylko mi nie oblej błotników – dodał, a ona parsknęła nerwowym śmiechem.

– Ja śnię, prawda? – zapytała, z trudem kucając za samochodem. – To jest jakiś porąbany, koszmarny sen?

– Lepiej uwierz, że nie – mruknął Czarny, zerkając w stronę domku.

Gdyby Lenart się teraz obudził i zaczął szukać żony, mogłoby być niewesoło, zwłaszcza gdyby zadzwonił po psiarnię. Ale póki co nic nie wskazywało na to, żeby koleś miał podnieść alarm.

– Już? – przypomniał sobie o Karolinie i zerknął na tył samochodu w momencie, w którym młoda matka, kołysząc się jak kaczka, biegła w stronę lasu, rękoma podtrzymując olbrzymi ciążowy brzuch. – Kurwa mać! I jak tu komuś zaufać?! – warknął, dopadając ją kilka metrów dalej. – I po co te szopki?

– Błagam cię, puść mnie! Ja niedługo rodzę, nie możesz przecież…

– Właź! – Tym razem siłą wepchnął ją do samochodu i szybkim krokiem obszedł nissana.

Kiedy ruszał bez zapalonych świateł, wolno sunąc wąską drogą pod lasem, Karolina zaczęła płakać.

– Nie mam chusteczek, więc lepiej, żebyś nie zaczęła mi tu smarkać – rzucił, nie odrywając oczu od drogi.

– Kim jesteś? I czemu akurat ja? – zapytała, z trudem panując nad głosem.

– A jak myślisz? – odpowiedział pytaniem.

– Nie wiem – szepnęła.

– Naprawdę nie wiesz? Nie masz wrogów, nikomu nie nadepnęłaś na odcisk? – zapytał kpiąco Czarny.

I nagle zrozumiała… To było jak cios w przeponę, który odbierał oddech, jak kubeł lodowato zimnej wody wylanej na głowę…

– Boże… – szepnęła, w wyrazie skrajnego szoku zasłaniając dłonią usta.

– Obawiam się, że aż taki wszechmocny nie jestem. – Zaśmiał się chrapliwie, wyraźnie rozbawiony.

Przez resztę drogi milczeli. Ona sparaliżowana strachem i skulona na siedzeniu pasażera z ręką zaciśniętą na klamce, on pogwizdujący i zapatrzony w wijącą się przed nimi ciemną wstęgę szosy.

Sporo wcześniej, nim dotarli na miejsce, przewiązał jej oczy ciemną opaską i kazał się opuścić niżej na siedzeniu. Powiedziała, że naprawdę musi siku, i zaczęła rozdzierająco łkać. Nie miał jednak zamiaru się zatrzymywać, więc musiała jakoś wytrzymać.

Świtało, kiedy zaparkował nissana przed dużym, otoczonym drzewami budynkiem, i podał Karolinie rękę, ułatwiając wyjście z wozu.

– Proszę, wypuść mnie. Przecież możesz jeszcze…

– Przymknij się! – warknął.

Podobała mu się i czuł się podle, traktując ją w ten sposób, ale przecież nie on podejmował decyzje. Szczepan kazał mu się nią zająć, a on był na tyle lojalny, żeby bez szemrania spełnić polecenie. Dlatego pchnął ciężkie metalowe drzwi i kazał jej iść do przodu. A ona szła z wyciągniętymi przed siebie rękoma niczym ślepiec badający drogę, i znowu zrobiło mu się jej żal. Wiedział jednak, że w żaden sposób nie może jej pomóc. Nawet gdyby chciał. Ale przecież nie chciał. Aż tak mi się nie podoba, pomyślał z krzywym uśmieszkiem i pchnął kolejne ciężkie drzwi.

– Właź! – powiedział.

Usiadła na jednym z krzeseł w kącie i chociaż nic nie widziała, obróciła głową na wszystkie strony, wyraźnie nasłuchując.

Czarny pochylił się nad nią i opuszkami palców musnął jej opięty flanelową koszulą nocną brzuch.

– Przykro mi – powiedział cicho. – Naprawdę cholernie mi przykro – dodał.

Chwilę później odsłonił jej oczy i nie oglądając się za siebie, opuścił pomieszczenie.

 

***

 

Starszy sierżant Wojciech Kiciński wysiadł z toyoty i rozejrzał się po wiodącym na wydmy sosnowym lasku. Ranek był wyjątkowo pogodny. Lazur nieba i piękno wczesnej jesieni sprawiały wrażenie sielanki, jednak to właśnie z tego spokojnego zakątka ostatniej nocy ktoś uprowadził ciężarną kobietę. Kiciuś wyjął ze schowka paczkę kupionych przy porcie cameli i rozerwał zabezpieczającą folię. Ostatnio kilka razy rzucał fajki tylko po to, żeby wrócić do nich po paru dniach bądź tygodniach, ale ostatecznie się poddał i po prostu kupił zapas na cały nadchodzący tydzień.

– Kiciuś, cześć! – Dopalał papierosa, kiedy ze swojego wozu wysiadła Hanka Piasecka.

– Hej, Haniu. – Skinął głową w geście powitania i cisnął wypalonego szluga na pełną kolein wąską drogę wiodącą do niewielkiego wczasowego ośrodka.

– Wiadomo już coś? – zapytała sierżant Piasecka, podchodząc do niego.

– Ni chuja – mruknął Wojciech, wdeptując niedopałek w ziemię. – Chodź, trzeba chociaż sprawiać wrażenie, że coś robimy, zanim ktoś się do nas dowali – dodał, ruszając w stronę ogrodzenia, za którym stało kilka drewnianych domków, na skandynawską modłę pomalowanych na krzykliwą czerwień.

Kiedy weszli na teren ośrodka, podkomisarz Oziębłowicz wydzierał się właśnie na Lucjana Słowika, właściciela „apartamentów”:

– Jak to nie ma żadnego monitoringu?! To jakieś jaja są?!

– No nie ma, jakoś nie zdążyłem zamontować, zresztą nikt się nigdy nie skarżył. – Słowik podrapał się po głowie i skulił w ramionach, wyraźnie przestraszony wybuchem starszego gliniarza.

– A mąż tej zaginionej gdzie?! – warknął Oziębłowicz.

– No w domku, z dzieckiem.

– Dobra, zostań tu! – nakazał podkomisarz i ruszył w stronę jednego z budynków. – Kiciuś, ruchy! Trzeba pogadać z mężem! – ponaglił Wojciecha i we trójkę weszli do środka. – Żona jest w ósmym miesiącu, tak? – zapytał Oziębłowicz, siadając na niewygodnym rozchybotanym krześle.

– Tak – powiedział Dariusz Lenart.

Kiciński zauważył, że mąż wygląda na wyjątkowo roztrzęsionego, co oczywiście nie świadczyło o jego niewinności. Słyszał już przecież o takich, co to zgłaszali zaginięcie żony parę godzin po tym, jak własnoręcznie zaciukali ją siekierą, i też bywali nieźle roztrzęsieni.

– To jak było? – zapytał Oziębłowicz, wbijając uważne spojrzenie w siedzącego naprzeciwko męża zaginionej kobiety.

– No wstałem przed ósmą i zobaczyłem, że żony nie ma w domku. Gabrysia jeszcze spała, do tej pory jest dziwnie ospała, jak nie ona, a żona… A Karoliny nigdzie nie było – powiedział Lenart łamiącym się głosem. – Początkowo myślałem, że poszła na plażę. Przez tę końcówkę ciąży marnie sypiała i kręciła się nocami po domku. Ale kiedy nie wracała przez czterdzieści minut, zacząłem się niepokoić. Obudziłem Gabrysię i z dzieckiem na barana zacząłem przeszukiwać pobliski lasek, wydmy i plażę. Ale Karoliny nigdzie nie było… Dopiero po powrocie do domku zauważyłem, że zniknęły jej kapcie. Ale przecież nie wyszłaby z domku w kapciach. Nie dobrowolnie.

– Sugeruje pan, że ktoś ją porwał? – zdziwił się Oziębłowicz.

– A co innego mogło się stać?! – podniósł głos Lenart.

Chwilę później się rozpłakał, a siedząca cichutko jasnowłosa dziewczynka wstała z fotela, podbiegła do ojca i zarzuciła mu rączki na szyję.

– Tatusiu, czemu płaczesz? – zapytała cichutko.

– To nic, myszko. Tatuś jest troszkę smutny. – Lenart otarł łzy i starając się uspokoić córkę, wziął ją na kolana, a ona tuliła buzię w zagłębienie jego ramienia.

– Gdzie mamusia? – zapytała.

– Niedługo wróci.

– Jestem głodna – poskarżyła się dziewczynka i ojciec zdał sobie sprawę, że mała nie jadła śniadania.

– Przepraszam, dam jej płatki – powiedział, a Oziębłowicz wstał i rozejrzał się po niewielkim pomieszczeniu.

Przy drzwiach w ciszy i skupieniu pracowało już dwóch techników. Wojciech z Hanką siedzieli zatopieni w swoich myślach i w domku zapanowała nieprzyjemna, wręcz grobowa atmosfera.

– Czy pana żona kiedykolwiek cierpiała na depresję? – zapytała nagle Hanka Piasecka.

– Na depresję? – Lenart znieruchomiał z opakowaniem płatków w dłoni. – Nie, skąd taki pomysł?

– Jest pan pewny?

– Oczywiście, że jestem pewny! Jesteśmy osiem lat po ślubie, a ponad jedenaście razem!

– Rozumiem. – Hanka posłała Lenartowi przepraszający uśmiech, ale podejrzenie, że Karolina mogła się targnąć na własne życie, już zakiełkowało.

To wyjaśniałoby, czemu wyszła z domku w środku nocy, w kapciach i nocnej koszuli. Mąż potwierdził, że nie założyła na siebie nawet swetra; wszystkie jej wierzchnie okrycia wisiały na drewnianym wieszaku w korytarzu.

– Skąd państwo są? – zainteresował się Oziębłowicz.

– Z Gryfina. To pod Szczecinem.

– Wiem, gdzie jest Gryfino. Miałem kiedyś dziewczynę stamtąd. – Marian Oziębłowicz lekko się uśmiechnął, jednak szybko spoważniał. – Czym się pan zajmuje? Jest opcja, że żonę porwano dla okupu?

– Dla okupu?! A widzi pan ten obskurny ośrodek?! Gdybym miał kasę, siedziałbym teraz na jakimś Bora-Bora! – warknął Lenart. – Jestem nauczycielem historii. Jeżdżę wgniecioną na błotniku dwunastoletnią skodą i nie mam niemal żadnych oszczędności. Żyjemy z dnia na dzień, czasem pomagają nam rodzice żony, chociaż im też się nie przelewa. Mieszkamy w starym domu razem z moim dziadkiem, więc nie sądzę, żeby ktokolwiek mógł nas podejrzewać o posiadanie pokaźnego konta.

– A żona? – zapytał Kiciuś. – Czym się zajmuje?

– Dawniej była nauczycielką muzyki, ale odkąd urodziła Gabrysię, siedzi w domu.

– Siedzi w domu – powtórzyła cicho Hanka, bo zabrzmiało jej to tak jakoś… smutno.

– Miałem na myśli…

– Rozumiem. – Posłała Lenartowi krzepiący uśmiech i wstała. – Chodź, Kiciuś, rozejrzymy się po okolicy.

– Zanim państwo wyjdą, jakie według was mamy opcje? – zapytał Dariusz Lenart przyciszonym głosem, żeby nie usłyszała go córka, która pałaszowała zalane resztką mleka płatki.

– Szczerze? – zapytała Hanna.

– Oczywiście. Gdybym bał się prawdy, nie pytałbym.

– Okay, więc albo żona wyszła z domku z zamiarem targnięcia się na swoje życie. Na to wskazuje fakt, że nawet się nie przebrała i wyszła w zimną październikową noc w samej nocnej koszuli na grzbiecie. Albo, proszę wybaczyć, zabił ją pan z premedytacją bądź nieumyślnie i ukrył ciało przed zgłoszeniem zaginięcia, a teraz udaje pan zrozpaczonego, albo pani Karolina dobrowolnie z kimś stąd odjechała.

– W sensie z jakimś facetem? Bzdura! – żachnął się Lenart.

– Niekoniecznie z facetem, to mogła być na przykład jakaś jej przyjaciółka. I tak, to jedna z opcji, które choć wydają się panu zupełnie nieprawdopodobne, mogły się wydarzyć. Mogło też być tak, że z niewiadomych dla nas przyczyn ktoś pana żonę uprowadził.

– Niby kto?! Kosmici?!

– A chodzą słuchy, że nad tą okolicą dość często pojawia się UFO – wtrącił Kiciuś, zanim zamilkł speszony piorunującym spojrzeniem Oziębłowicza. – Przepraszam, to była debilna uwaga – wymamrotał chwilę później.

– Gdyby pana żona coś na siebie założyła, moglibyśmy przypuszczać, że nie mogąc spać, poszła na krótki spacer i gdzieś w lesie rozpoczął się przedwczesny poród, ale żadna rozsądna kobieta w ciąży nie wyszłaby przecież w środku nocy w kapciach i flanelowej koszuli na grzbiecie. Zakładam, że nie chciała ryzykować zapalenia płuc.

– Więc co w tym momencie wydaje się pani najbardziej prawdopodobne? – zapytał Lenart.

– Samobójstwo, uprowadzenie bądź zabójstwo – wymieniła Hanna, nie patrząc mężowi zaginionej w oczy. – Przykro mi, ale właśnie tak mi to wygląda…

– Boże… – Lenart opadł na krzesło i ukrył twarz w dłoniach. – Nie sądzicie chyba, że zabiłem moją żonę?

– Przykro mi, ale na tym etapie musimy zakładać wszystko – powiedziała Hanka ze współczuciem w głosie.

– Szefie, skończyliśmy. Na nasze oko ktoś grzebał w zamku. Poza tym mamy grudki błota w salonie i zebraliśmy odciski z całego domu – odezwał się jeden z techników.

– A gdzie jest fotograf? – zainteresował się Oziębłowicz.

– Razem z Tomkiem zabezpieczają ślady opon wokół ośrodka.

– Dobra, dzięki, – Marian skinął młodemu mężczyźnie głową i zwrócił się do Kicińskiego: – Niech ktoś mi sprowadzi dziecięcego psychologa. Może mała przebudziła się w nocy i coś widziała? Poza tym trzeba skrzyknąć ludzi i rozpocząć poszukiwania, ściągnąć ekipę z psami i zabezpieczyć nagrania z monitoringu przy moście i na głównych drogach. Roboty od groma, w dodatku dwójka naszych ma grypę, a Jaromirski jest na urlopie.

– Jeremi wyjechał? – zdziwiła się Hanka.

– Wybiera się do Trójmiasta. Ponoć jakieś sprawy prywatne – mruknął Oziębłowicz. – Kiciuś, dzwoń po psychologa! Na cito albo i szybciej!

– Panie komisarzu, a jeśli ona rzeczywiście zaczęła tej nocy rodzić? – odezwała się Hanna. – Czytałam kiedyś, że w niektórych plemionach kobiety po rozpoczęciu porodu udawały się do lasu, żeby samotnie wydać na świat dziecko, więc może Karolina Lenart pod wpływem jakiegoś szoku…

– A widzisz, żeby odeszły jej wody?! Niczego takiego nie znaleźliśmy! Poza tym nie wmówisz mi, że jakieś pierwotne instynkty zwalczyłyby w niej cywilizowaną chęć udania się do szpitala. Gdyby zaczęła rodzić, obudziłaby męża!

– Tak, ale tej nocy była pełnia, a niektóre kobiety…

– Piasecka, błagam cię! – warknął Oziębłowicz i urażona Hanka zamilkła. – Dawać mi tu Słowika! – dodał po chwili i Hanka wyszła na zewnątrz, żeby zawołać starszego właściciela ośrodka.

– Panie komisarzu, ale ja już mówiłem, że nic nie wiem – zaczął Lucjan, kiedy tylko wszedł do środka.

– To się jeszcze okaże – mruknął Oziębłowicz. – Ktoś tu mieszkał w tych dniach?

– Jeden facet.

– Nazwisko?

– Ale ja nie mogę przecież…

– Nazwisko! – Marian podniósł głos i Słowik znowu skulił się w ramionach.

– Wójcik.

– Wójcik? No to bardziej popularnego już, kurwa, nie mógł mieć, co? – skrzywił się Oziębłowicz. – A imię?

– Marcin.

– Szefie, gdyby koleś miał złe zamiary, nie podałby przecież prawdziwego nazwiska, nie? Pewnie ma lewy dowód – wtrącił Wojciech, a rozeźlony Oziębłowicz gniewnie parsknął.

– Serio?! Długo nad tym myślałeś?! – warknął. – Jak wyglądał? – zwrócił się do Słowika. – Czym przyjechał? Co pan pamięta? Mów, człowieku! Czas nas goni! – ponaglił go.

– Duży facet. Kilkudniowy zarost, okolice czterdziestki. Ciemne włosy, ciemne oczy, szeroki w ramionach.

– Gdzie mieszkał?

– W domku naprzeciwko.

– Z widokiem na okna Lenartów. Idealnie – mruknęła Hanka.

– Możemy z nim pogadać?

– Nie ma go. – Słowik niepewnie zerknął na Oziębłowicza, jakby zastanawiał się, czy gliniarz znowu na niego nie naskoczy, i dodał, że domek jest pusty. – A mówił, że zatrzyma się na dłużej… Zapłacił za góry za cały tydzień.

– Gotówką?

– Tak.

– Ma pan tę kasę?

– Te parę stówek? Nie, dałem synowi. A co?

– W takim razie już nic – burknął Marian. – Dobra, zrobimy portret pamięciowy, może coś z tego będzie – zdecydował.

– Był autem? – zapytała Hanka.

– Nie, pieszo przyszedł. Miał tylko plecak. Ale gdyby coś planował, to przecież auto mógł zostawić w którymś z zagajników. Tu odludnie, mało kto się kręci…

– Dobra, pan tu poczeka na naszego rysownika, Hanka, ty zostań z mężem, a ty, Kiciuś, skrzyknij ludzi i zaczynamy poszukiwania – rzucił Oziębłowicz.

– Tak jest, szefie. – Kiciński złapał kurtkę od munduru i ruszył w stronę wyjścia.

– Znajdziemy ją – usłyszał jeszcze głos Hanki, zanim wyszedł.

Znajdziemy ją? Chciałbym mieć taką pewność, pomyślał.

Napisz swoją opinię i oceń książkę

Przedstaw się



Twoja ocena


WYŚLIJ