Dla młodzieży
Dziedzictwo Kopernika II. Klątwa węża
38,99 zł
38,99
KUP TERAZ

Dziedzictwo Kopernika II. Klątwa węża

Tony Abbott
2 opinie
TAKŻE JAKO E-book icon
Liczba stron: 400
Oprawa miękka
ISBN: 9788327643933
Premiera: 2019-07-17
Tłumaczenie: Małgorzata Fabianowska
Opracowanie graficzne okładki: Robert Dąbrowski

Wade pasjonuje się astronomią, kocha zagadki i marzy o przygodach. Teraz ma szansę zrealizować te marzenia. Wraz z przyjaciółmi poszukuje Dziedzictwa Kopernika - dwunastu artefaktów o wyjątkowej mocy, które mogą zmienić losy świata. Ten, kto je zdobędzie, zyska nieograniczoną władzę. Po odnalezieniu pierwszego – magicznego kamienia - Wade, Darell, Lily i Becca są pełni optymizmu i wierzą w powodzenie misji. Coraz szybciej i sprawniej odnajdują prowadzące do celu wskazówki. Jednak ci, którzy chcą im przeszkodzić, nie cofną się przed najgorszym. Gdy przegrywają wyścig po magiczny kamień, porywają matkę Darella i Wade’a. Rozpoczyna się niebezpieczna gra o kolejny artefakt, ale też o życie ukochanej osoby. Dziedzictwo Kopernika to seria książek przygodowych o przyjaciołach, którzy wyruszają w pełną niebezpieczeństw i zagadek podróż. Wyde, Darell, Lily i Becca, aby ocalić świat, muszą jako pierwsi odnaleźć tytułowe Dziedzictwo i jego dwanaście artefaktów.

Odkąd wyjechali z lotniska, żaden ze zmęczonych współpasażerów nie odezwał się słowem. Szkoda. Powinni porozmawiać, a potem wspólnie działać: jego ojciec, doktor Roald Kaplan, astrofizyk; jego kuzynka Lily, dziewczyna ostra jak brzytwa; Becca Moore, niesamowita przyjaciółka Lily, oraz jego brat przyrodni Darrell… Nie, po prostu brat.

            – Za dziesięć minut będziemy na Manhattanie – powiedział kierowca, bezustannie kontrolujący spojrzeniem drogę, lusterka i okolicę. – W bocznych schowkach są kanapki. Musicie być głodni, prawda?

            Wade czekał, aż ktoś odpowie starszemu dżentelmenowi, który przyjechał po nich na lotnisko. Nikt się nie odezwał. Siedzieli ze wzrokiem wbitym w podłogę, patrzyli na ręce oparte na kolanach lub w okna – byle nie spojrzeć drugiemu w oczy. Wreszcie, po chwili, która ciągnęła się jak wieczność, kiedy nawet Wade nie zdołał się zmusić do odpowiedzi, pytanie rozpłynęło się w ciszy.

            Trzy dni temu Wade i jego rodzina musieli się zmierzyć z przerażającą prawdą. Sara, jego macocha, została porwana przez okrutnych agentów zakonu krzyżackiego, spadkobiercy niemieckiego zakonu z dawnych Prus.

            – Już widać wieżowce – oznajmił szofer, jakby ich uparte milczenie wcale mu nie przeszkadzało.

            Od chwili, kiedy wuj Wade’a – Henry – wysłał zaszyfrowaną wiadomość do jego ojca i zaraz po tym został zamordowany, zaangażowali się w poszukiwania dwunastu bezcennych przedmiotów ukrytych na całym świecie przez przyjaciół szesnastowiecznego astronoma Mikołaja Kopernika, zwanych Strażnikami.

            Artefakty były pierwotnie elementami machina temporis – starożytnej machiny czasu, którą Kopernik odkrył, przebudował, a następnie w niej podróżował. Gdy się dowiedział, że na trop machiny wpadł złowrogi zakon krzyżacki, rozebrał urządzenie na części i je poukrywał.

            Ale co pradawna machina czasu mogła mieć wspólnego z Sarą Kaplan?

            Galina Krause, tajemnicza młoda przywódczyni współczesnych Krzyżaków, ogarnięta żądzą posiadania wszystkich dwunastu artefaktów, postanowiła je odzyskać i na nowo zmontować urządzenie. Na szczęście dzieciakom udało się przechytrzyć zakon i znaleźć Velę – niebieski kamień, który teraz spoczywał bezpiecznie w kieszonce na piersi tweedowej marynarki ojca Wade’a. Wtedy spadła na nich straszna wieść.

            Sara zniknęła.

            Tajemnicze słowa Galiny, wypowiedziane na wyspie Guam, nagle nabrały sensu. Ponieważ legenda Kopernika zawierała sugestię, iż Vela może doprowadzić do kolejnego artefaktu, zaczęli podejrzewać, że Sara mogła trafić do potencjalnego miejsca jego ukrycia – w roli zakładniczki.

            Wade spoglądał na ciemniejące w szarówce bryły budynków migające za szybami. Okna jak złe oczy odwzajemniały jego spojrzenie. Nadzieja, że Sara zostanie uwolniona, która podtrzymywała jego rodzinę w czasie niedawnego pobytu w San Francisco, okazała się płonna.

            Byli zdruzgotani.

            Zarazem przekonali się o słuszności powiedzenia, mówiącego, że „co cię nie zabije, to cię wzmocni”. I uczyni sprytniejszym. Odkąd zaczęli poszukiwania, Wade nabrał pewności, że nic na tym świecie nie jest przypadkowe. Wydarzenia i ludzie splatali się ze sobą w długim ciągu epok i miejsc w sposób, który dopiero teraz zaczął pojmować. I teraz już wiedział, że Galina ma wszędzie swoich ludzi. Dlatego on i wszyscy siedzący w tym samochodzie byli jak nigdy dotąd zdeterminowani, aby odnaleźć następny artefakt, pokonać okrutny zakon i odzyskać Sarę.

            Ale nie mogli się dłużej dąsać i zamykać w sobie; musieli rozmawiać.

            Wade odchrząknął, gotów przerwać ciszę.

            Wtedy odezwała się Lily.

            – Ktoś za nami jedzie. Wygląda jak czołg.

            Doktor Kaplan, nagle czujny, odwrócił się na siedzeniu.

            – Hummer – powiedział. – Ciemnoszary.

            – Widzę go – potwierdził kierowca i natychmiast przyspieszył. – Dzwonię do pana Ackroyda.

            Ponadwymiarowe pancerne monstrum, które gnało za nimi, rzeczywiście wyglądało jak pojazd wojskowy. Zręcznie rozpychało się w strumieniu aut, szybko zmniejszając dystans.

            – Cholerni Krzyżacy – mruknęła Lily. W jej głośnie zadźwięczał strach.

            – Galina już w San Francisco musiała znać nasze plany – stwierdził Wade. – Ona wie o nas wszystko.

            – Ale nie wie, jak bardzo jej nienawidzimy – mruknął Darrell. To były jego pierwsze słowa od dwóch godzin.

            Stało się coś jeszcze. Globalne poszukiwania części machiny Kopernika – od Teksasu po Berlin, przez Włochy i Guam, do San Francisco – sprawiły, że stali się silniejsi, a jednocześnie zacięci i ponurzy. Byli też uzbrojeni. W ich ręce wpadły dwa bojowe sztylety, z których jeden należał kiedyś do Kopernika, a drugi do podróżnika i odkrywcy Ferdynanda Magellana. Wade wierzył, że nie będą musieli ich użyć, ale posiadanie broni i większa bezwzględność w działaniu mogły być jedynym sposobem odzyskania Sary.

            – Galina Krause jest gotowa zabijać, aby zdobyć Velę – powiedziała Becca i chwyciła dłoń Lily, kiedy limuzyna jeszcze szybciej pomknęła ulicą. – Nie waha się krzywdzić ludzi. Chce mieć Velę, a potem następny artefakt i następny, aż zgromadzi je wszystkie.

            – Po to tu jestem, żeby tak się nie stało – zapewnił szofer, mijając znaki Midtown Tunnel. Wydawało się, że wjedzie do tunelu, ale w ostatniej chwili z piskiem opon skręcił w zjazd. – Przepraszam za niedogodności, ale musimy im uciec.

            Roald wychylił się ku niemu.

            – Chyba tunel jest najszybszą drogą, nie?

            – Nie ma mowy o tunelach – odpowiedział mężczyzna. – Nie da się tam wyprzedzać, ani odskoczyć w bok. Nigdy nie pakuj się do ciemnego pokoju, jeśli nie musisz.

            Wyprysnął ze zjazdu, skręcił ostro pod estakadą i pędem wpadł w Van Dam Street. Tylne koła straciły przyczepność i auto przez moment sunęło w poślizgu. Na szczęście było tam niewielu przechodniów. Po niecałej minucie pędzili po Greenpoint Boulevard, aby z piskiem opon skręcić w Henry, potem w Norman, następnie w Monitor i dalej wzdłuż parku, aż wjechali w ulicę zwaną Driggs.

            Wade nie rozumiał, czemu w zamęcie szalonego pościgu tak skrupulatnie odnotowuje nazwę każdej ulicy. Najwidoczniej obserwowanie szczegółów ostatnio weszło mu w krew. Detale, które mogą być znaczące, są wszędzie i nigdy nie wiadomo, czy wiążą się z przeszłością, z teraźniejszością, czy z przyszłością.

            Becca próbowała coś zobaczyć przez przyciemnioną tylną szybę.

            – Zgubiliśmy ich?

            – Trzy samochody za nami – odparł kierowca. – Trzymajcie się, bo może być ostro.

            Ojciec Wade’a, siedzący tyłem i zwrócony twarzą do dziewczyn, usztywnił się w napięciu. „Tato!” – chciał zawołać Wade, ale szofer błyskawicznie skręcił kierownicę w prawo. Szarpnięcie było tak silne, że dziewczyny poleciały przed siebie, a chłopak zsunął się z siedzenia. Kierowca najwyraźniej liczył, że teraz zgubi hummera. Niestety nie. Wobec tego wjechał pędem na skrzyżowanie z Union Avenue i w ostatniej chwili skręcił w lewo, aż dwa wolniej jadące auta omal się nie zderzyły, hamując gwałtownie. Hummer podążał za nimi jak rozpędzony dostawczak, któremu puściły hamulce.

            Lily pobladła ze strachu.

            – Czy oni nie mogą…

            – Williamsburg Bridge – powiedział szofer do mikrofonu na desce rozdzielczej, niczym taksówkarz rozmawiający z centralą. – Szary hummer, zamazane tablice. Spróbuję go zgubić na Dolnym Manhat…

            Zanim skończył zdanie, już mknęli po moście. Hummer był coraz bliżej. Zamigał światłami.

            – Padnij! – wrzasnęła Becca.

            Z prawej burty hummera wykwitły dwa rozbłyski i po obu stronach limuzyny huknęły dwie eksplozje. Obie tylne opony siadły. Szofer wcisnął hamulec, ale samochód siłą bezwładu przemknął przez dwa pasy i odbił się od bariery nad wodą. Dzieci poleciały na siebie. Kule zadudniły po karoserii.

            – Boże! – jęknęła Lily. – Oni nas zabiją…

            Kiedy limuzynę odbiło z powrotem na lewy pas, nadjechał rozpędzony hummer i potężnym uderzeniem zepchnął ją na betonową barierę, rozdzielającą oba pasma ruchu. Limuzyna wyhamowała gwałtownie, przemknęła w poprzek jezdni i zawisła na barierze nad wodą. Podwozie zaskrzypiało, kiedy samochód zsunął się lekko, ale za moment osiadł na metalowej poręczy i kołysał się łagodnie jak olbrzymia huśtawka.

            Poduszka wybuchła szoferowi w twarz. Lily, Beccę, Wade’a i Roalda rzuciło na podłogę. Darrell uderzył głową w sufit i skulił się na siedzeniu, ściskając skronie rękami.

            A potem zapadła cisza. Inna niż przedtem. Taka jak po wybuchu.

            Wade spojrzał przez szybę i zobaczył pod nimi ciemną płaszczyznę wody, migoczącą odbitymi światłami miasta.

            Limuzyna wisiała na poręczy mostu i za chwilę miała spaść do East River.

           

                                               ROZDZIAŁ DRUGI

           

– Czy wszyscy… – wykrztusił ktoś, kiedy Wade z trudem uniósł boleśnie pulsującą głowę. Hummer cofnął się jakieś pięćdziesiąt metrów i podkręcał obroty, jakby szykował się do szarży na uszkodzoną limuzynę.

            Wade szarpnął klamkę.

            – Wysiadać! – Drzwi nie chciały się otworzyć. Kopnął w nie. Ból przeszył mu nogę. – Darrell…

            Cienka strużka krwi spływała mu po policzku. Darrell też kopnął. Drzwi zgrzytnęły i ukazała się szpara. Lily z Beccą rzuciły się, żeby je popchnąć. Zawiasy zgrzytnęły i drzwi upadły na jezdnię. Nagła zmiana ciężaru z tyłu sprawiła, że przód auta gwałtownie opadł. Znad kierownicy dobiegł jęk.

            – Szofer! – zawołał ojciec Wade’a. Roztrzaskał szybę dzielącą ich od kierowcy i ostrożnie przeszedł na przód. Tam przekłuł poduszkę, jednym ruchem otworzył drzwi od strony pasażera i wywlókł szofera na chodnik. W tym momencie czworo drzwi hummera otworzyło się gwałtownie i wyskoczyło z nich czterech potężnych mężczyzn. Jeden stanął na drodze, aby kierować nadjeżdżające samochody na sąsiedni pas. Czyżby się uśmiechał?

            Owszem.

            Szalejące myśli Wade’a nagle zestrzeliły się w jeden punkt: stań blisko, stań przy dziewczynach i Darrellu. Stłoczył ich razem i zasłonił sobą. Roald podszedł do nich, podtrzymując kierowcę, który opierał się ciężko na jego ramieniu.

            Rosły bandzior o grubym karku, który mierzył chyba dwa metry wzrostu, patrzył na nich z góry oczami koloru żelaza. Twarz miał poznaczoną bliznami i urodziwą niczym kubeł na śmieci.

            – Nie ruszać się – powiedział zgrzytliwym głosem, jakby ktoś zmieniał biegi w starej ciężarówce. Po czym dodał, jakby się połapał, że brzmi to nielogicznie: – Tylko jeden ruch. Dajcie tę rzecz i sztylety.

            Serio? – pomyślał Wade. – On w to wierzy? Kto mu da?

            Jednak mężczyzna mówił śmiertelnie poważnie. Twarz miał pokiereszowaną, jakby przeżył koszmarny wypadek, ale blizny nie były świeże i sprawiały wrażenie naturalnych. Wade pomyślał, że facet musiał się urodzić taki szkaradny, więc nic dziwnego, że wyrósł na bandytę.

            Nie, nie ma racji. Zawsze jest wybór.

            – No już – warknął mężczyzna i wyszarpnął automat zza pazuchy obcisłej kurtki. Stał pewnie, na szeroko rozstawionych nogach, zakotwiczonych jak mostowe filary na wielkich stopach.

            Z kierunku, z którego nadjechali, dało się słyszeć wycie syren.

            – Chyba zaczekamy na gliny – powiedział Wade i zrobił krok w przód, jakby nagle zyskał moc, która pozwoliła mu się postawić tym bandziorom i pyskować im.

            Wade za późno pojął, po co jeden z nich rozcapierzył grube paluchy. Po to, żeby błyskawicznie chwycić Lily za ramię. Podniósł ją jak szmacianą lalkę – była przecież taka drobna – i podszedł z nią do bariery.

            – Zaraz będzie po niej – warknął.

            Zanim Wade zdążył zareagować i zebrać się do działania, ojciec pchnął do niego szofera, rzucił się na zbira i zaczął mu wykręcać rękę, żeby puścił Lily. Nie dał rady – aż nagle mignął srebrny błysk i oprych wrzasnął z bólu.

            To Becca z dzikim okrzykiem wbiła w ramię mężczyzny bezcenny sztylet Magellana. Rękojeść z kości słoniowej pękła jej w ręku, a ostrze zostało w ciele. Wyrwała mu Lily i wraz z nią zatoczyła się w tył, oszołomiona własnym wyczynem.

            Wade wyciągnął swój sztylet i sprężył się gotów do ciosu, gdy od strony Manhattanu błyskawicznie nadjechał smukły biały sedan, błyskając niebieskim światłem spod przedniej szyby.

            Kumple chwycili rannego i wepchnęli do hummera. Ostrze noża Bekki sterczało mu z ramienia.

            – Zara będzie po was, koniec, mogiła… – mamrotał idiotycznie jeden z nich.

            Nie tym razem – pomyślał Wade i spojrzał na Beccę. – Dzięki tobie…

            Sedan zahamował z piskiem opon, a drzwi od strony pasażera otworzyły się gwałtownie.

            – Jestem Terence Ackroyd – powiedział kierowca. – Wsiadać! – Pomógł ojcu Wade’a wsadzić do auta rannego mężczyznę z limuzyny. Kiedy hummer gnał w kierunku Brooklynu, oni stłoczyli się w sedanie i także ruszyli z piskiem opon, wstrząśnięci, ale żywi i cali.

            Wade oddychał z trudem i nie mógł wykrztusić słowa. Becca była niesamowita. Gdyby nie ona… Trząsł się jak starzec; dłonie mu drżały w sposób niekontrolowany, kiedy auto pędem zjechało z mostu i zagłębiło się w plątaninę ulic Dolnego Manhattanu.

           

                                               ROZDZIAŁ TRZECI

Madryt, Hiszpania

18 marca

2:06

 

Szczupły, blady i lekko garbaty, genialny fizyk Ebner von Braun wszedł zmęczonym krokiem do niepozornego budynku, kryjącego się w labiryncie bocznych uliczek za placem Conde de Barajas w Madrycie.

            Madryt może być śmiało uznany za jedno z najpiękniejszych miast świata – pomyślał. Pochlebnej opinii fizyka przeczył hol budynku – ponury, mroczny, o nierównej posadzce i ścianach groteskowo poznaczonych plamami po opadłym tynku, przesiąkniętych wonią zastarzałej oliwy, przypalonego czosnku i – co zaskakujące – terpentyny.

            Z chusteczką przy ustach wcisnął guzik w ścianie. Drzwi windy hałaśliwie się rozsunęły. Wsiadł, a wtedy zajęczały stare kable. Po długiej minucie i zjeździe przez szereg podziemnych kondygnacji wysiadł i ruszył wzdłuż rzędu dużych komputerowych monitorów o wysokiej rozdzielczości. Tu nie czuło się żadnego smrodu, panowała sterylna, kontrolowana klimatyzacją atmosfera nowoczesnej wiedzy i technologii. Spojrzenie Ebnera prześlizgnęło się po plecach setek mężczyzn i kobiet błyskawicznie przebierających palcami po klawiaturach; teksty przesuwały się w górę i w dół po ekranach, jaśniały wykresy i odtwarzały się filmy. Uśmiechnął się.

            Co za pracowite pszczoły! A przecież daleko im do poczciwych pszczółek – myślał. – To diabły. Demony, orki! Wszyscy zakontraktowani do tej roboty głównie przeze mnie, aby tworzyli szeregi ogromnej armii Galiny Krause i zakonu krzyżackiego.

            Okrągła sala o średnicy czterdziestu paru metrów, z regałami pełnymi niezliczonych tomów, wznoszącymi się od podłogi do sufitu przypominała mu główną czytelnię w British Museum.

            Ale nasza jest lepsza – podsumował w myślach.

            Oprócz komputerowej bazy danych, nieustępującej wielkością tej, którą dysponowała Narodowa Służba Bezpieczeństwa, regały i przeszklone szafy wypełniało siedem milionów cennych książek napisanych w każdym ze znanych języków, setki tysięcy manuskryptów, jeszcze więcej wczesnych druków, map geograficznych, topograficznych oraz morskich, map nieba, rycin, grafik, ilustracji, diariuszy, listów, traktatów, dzienników, notatników oraz zbiorów rzadkich i tajnych dokumentów, obejmujących ostatnie pięć i pół wieku ludzkiej historii, zgromadzonych tu w jednym tylko celu – dla udokumentowania każdego najdrobniejszego wydarzenia z życia Mikołaja Kopernika.

            Witaj, Salo Kopernikańska!

            Po czterech latach potężne serwery wreszcie ruszyły i armia skupionych naukowców, dociekliwych historyków, sprawnych archiwistów i półprzytomnych z niewyspania programistów mogła już gromadzić, porównywać, porządkować i analizować każdy atom dostępnej wiedzy, aby budować z nich szczegółową historię życia Kopernika, od jego narodzin 19 lutego 1473 roku, aż do brzemiennej w skutki podróży z Fromborka w Polsce, którą odbył w 1514 roku wraz z asystentem Hansem Novakiem i odkrycia podróżującego w czasie starożytnego, zdobionego cennymi artefaktami, ukrytego gdzieś astrolabium, i dalej, do momentu śmierci mistrza na zamku we Fromborku, 24 maja 1543 roku.

            Wszystko po to, aby zidentyfikować i namierzyć dwunastu pierwszych Strażników.

            Obecni Strażnicy podjęli decyzję o uruchomieniu fatalnego Protokołu Fromborskiego, który stanowi, że w razie zagrożenia artefakty powinny zostać zabrane z sekretnych miejsc na całym świecie i zniszczone. Ebner zastanawiał się po raz kolejny, kim byli pierwsi Strażnicy – szlachetni mężczyźni i kobiety, których Kopernik poprosił o pilnowanie jego bezcennych artefaktów? Jednym z nich był sam Magellan. Teraz on i Galina już wiedzieli, jak ukryto pierwszy artefakt w jaskini na wyspie Guam. Kolejnym Strażnikiem został portugalski kupiec Tomé Pires, który przewiózł drugi artefakt – zabójczego Skorpiona – do Chin. Mało brakowało, a odzyskaliby tę rzecz w San Francisco dwa dni temu. Ale kim było pozostałych dziesięciu? I co z tajemniczym dwunastym artefaktem?

            Możliwe, że powie im to wreszcie zespół fachowców z Sali Kopernikańskiej.

            Ale jakim kosztem – rozmyślał Ebner, przechadzając się pomiędzy orkami.

            Współczesny renesans zakonu – powrót do dawnej potęgi pod przywództwem Galiny, dokonujący się z prędkością światła w ciągu ostatnich czterech lat – nie obył się bez błędów. Bezprecedensowy i wdrażany w szalonym pośpiechu program Kronos, czyli tajna misja zakonu, polegająca na stworzeniu własnej maszyny czasu, skończył się katastrofalnymi incydentami.

            Jak choćby żałosny eksperyment z Florydy – nietrafiony test, który wciąż odbijał im się czkawką, gdyż nagłe zawalenie się budynku w tętniącym życiem centrum Rio de Janeiro niepotrzebnie zwróciło uwagę opinii publicznej. Ale najgorszy ze wszystkich okazał się dziwny, na poły obiecujący, na poły zgubny epizod w tunelu Somosierra, zaledwie godzinę jazdy od miejsca, w którym teraz stał.

            Somossierra była dla nich szczególnie kłopotliwa.

            Ebner wyjął złożoną gazetę z kieszeni marynarki.

            „Dochodzenie w sprawie wypadku prowadzą jednostki śledcze, zarówno lokalne, jak i federalne”.

            Trudno się dziwić! Szkolny autobus tajemniczo znika w tunelu i pojawia się ponownie po paru dniach, nosząc ślady ataku napoleońskich żołnierzy z 1808 roku. Nie wspominając już o zniknięciu dwóch pasażerów i śmiertelnej, jak się okazało, chorobie ocalałych.

            Dla Ebnera te wpadki oznaczały jedno: tylko oryginalne urządzenie Kopernika – Machina Wieczności, jak ją określa niedawno odnaleziony dokument – pozwala na bezpieczną i sprawną podróż w czasie.

            Każdy ich wysiłek wydawał się skazany na klęskę. Dlatego Ebner był zmuszony ogłosić moratorium. Żadnych więcej eksperymentów, dopóki nie pojawią się nowe informacje i nie zostaną dogłębnie przeanalizowane.

            I oto praca wrzała, poszukiwania trwały, a Sala Kopernikańska, ukochane dziecko Ebnera, buzowała aktywnością urządzeń i ludzi.

            Na przykład tego tam… Helmuta Berna.

            Młody szwajcarski hipster siedział pochylony w swoim fotelu z takim zaangażowaniem, jakby wcinał parówki ze stopionym serem. Bern, właściciel permanentnego trzydniowego zarostu, perfekcyjnie wygolonej głowy i złotego kolczyka w uchu, został niedawno ściągnięty z Berlina. Jego zadaniem było wykrywanie błędów w programie Kronos, a zwłaszcza Kronos III – działa temporalnego, którego użyto w nieszczęsnym tunelu Somosierra.

            Ebner podszedł, żeby zapytać Helmuta o postępy, gdy nagle tysiące palców zamarło na klawiszach. Przez salę przeszedł szmer, a von Braun odwrócił się błyskawicznie, z dziko łomoczącym sercem.

            To weszła ona.

            Galina Krause – niespełna dwudziestoletnia wielka mistrzyni zakonu krzyżackiego – płynnym ruchem wyłoniła się z windy i wmaszerowała do Sali Kopernikańskiej.

            Jak zwykle w czerni intensywnej niczym krucze pióra. Jedynym kontrastującym akcentem był pas nabijany srebrem. Po co zresztą ozdoby, skoro jej tęczówki o różnych kolorach – jedna srebrnoszara, a druga niebieska, wynik zaburzenia zwanego heterochromia iridis – przyciągały wzrok jak najpiękniejsze klejnoty, jednocześnie budząc niepokój i kusząc z tajemniczą hipnotyczną siłą? Po prostu wzorcowy przykład niebezpiecznej piękności. Femme fatale.

            A jednak był jeszcze jeden klejnot – z szyi młodej kobiety zwisał rubin wielkości półdolarówki, wyrzeźbiony w kształt krakena, który należał niegdyś do szesnastowiecznego wielkiego mistrza zakonu, Albrechta von Hohenzollerna. Znalazł go osobisty archeolog Galiny, Markus Wolff, ale to on – Ebner, wręczył jej ten klejnot w zeszłym tygodniu.

            Von Braun ukłonił się odruchowo. Wszyscy, którzy wstali na jej powitanie, zrobili to samo.

            Galina zbyła ich hołd królewskim gestem.

            – Vela może doprowadzić Kaplanów do kolejnego artefaktu – powiedziała; jej głos zdawał się płynąć ku niemu w miarę, jak się zbliżała. – Oczywiście, jeśli okażą się dostatecznie bystrzy, by rozszyfrować przekaz. Gdzie oni teraz są?

            – Właśnie przyjechali do Nowego Jorku – odpowiedział Ebner. – Niestety, wymknęli się Markusowi Wolffowi w Kalifornii i znów mają się świetnie. Nasi nowojorscy agenci zdołali jedynie zdobyć ostrze sztyletu Magellana. Na Marsylię szykujemy lepszą ekipę.

Książka NIESAMOWITA. Książka, która kocham całym serduszkiem.
Jest to drugi tom serii i był tak samo dobry jak poprzedni.
Jak już wiecie ta seria jest moją kolejną perełką.
Biorąc się za tą książkę niespodziewałam się niczego, a otrzymałam książkę pełną akcji, pełną wspaniałych bohaterów i książkę przy której nudzić się po prostu nie da.
Książkę czyta się bardzo przyjemnie i szybko ( uważajcie nie da się oderwać, jakby coś to ostrzegałam ), co jest jej zdecydowanie wielkim plusem.
Jak mówiłam wam przy okazji recenzji pierwszego tomu ogromnie podoba mi się , że ta książka bazuje na historycznych wydarzeniach. I mnie osobie, która kocha historię cholernie się to podobało. Dla mnie przez to właśnie ta książka jest moja perełką. Ja nigdy nie spotkałam się z taką książką, w dodatku młodzieżowa.
Ja wam tą książkę GORĄCO polecam!

Powieść pełna przygód, które przenoszą nas w różne zakątki świata. Morderstwa, porwania, pościgi są w tej książce na porządku dziennym, ale czyta się nadzwyczajnie. Przypomina mi serię książek Pierwszy klucz Ulissesa Moore, którą czytałam kilka lat temu. Książka ukazuje życie Kopernika, wgłębia nas w arkana i tajemnice astronomii. Przedstawia wielkiego uczonego i myśliciela trochę z innej perspektywy. Epizody z jego ciekawego życia i dziwne zbiegi okoliczności. Utwór literacki pełen zaskakujących wydarzeń, które stają na drodze młodych ludzi. Pogmatwane śledztwo i zawiłe znaki, które po kawałku prowadzą do sedna sprawy. Powieść czyta się szybko i porywała mnie do czytania. Tajemnicze zagadki wciągają, że nie można się oderwać od lektury. Wraz z bohaterami przenosimy się w świat przygód i niebezpieczeństw, które przeżywamy wraz z nim. Stresujemy się ich niepowodzeniami i cieszymy z ich sukcesów. Książka pierwszorzędnie napisana, idealnie dopasowana do mojego gustu. Uwielbiam takie historie. Niby dla młodzieży, ale i mnie zafascynowała. Wspaniała książka, polecam. Zapoznałam się z dwoma pierwszymi częściami tej historii, ale niestety nigdzie nie znalazłam dwóch ostatnich części tej powieści. Co dalej…

Napisz swoją opinię i oceń książkę

Przedstaw się



Twoja ocena


WYŚLIJ

Gosiak W.
2019-09-09

Droga młodzieży, starsza i młodsza. Mam coś dla Was. "Klątwa węża", to druga część serii Dziedzictwo Kopernika. Idealna lektura dla miłośników literatury przygodowej. Podobnie jak poprzedni tom, książka jest pełna zagadek, szybkich zwrotów akcji, odniesień do postaci historycznych, akcji wyjętych żywcem z Bonda, nie ma nudy. Młodzi poszukiwacze 12 artefaktów znów są w akcji. Muszą odna...
Paulina K.
2019-08-13

,,Klątwa węża. Dziedzictwo Kopernika" to drugi tom serii, który ukazał się niedługo po pierwszym. Czy warto po niego chwycić? Bohaterowie w części pierwszej musieli zmierzyć się ze śmiercią znajomych, walką o artefakt. Jeśli skończyliście ,,Zakazany kamień", to wiecie, po czyjej stronie jest ten pierwszy artefakt. Młodzi jednak nie odpuszczają i postanawiają zawalczyć o kolejny. Czy uda...