Dla młodzieży
Dziedzictwo Kopernika. Zakazany kamień
29,99 zł
38,99
KUP TERAZ

Dziedzictwo Kopernika. Zakazany kamień

Tony Abbott
brak opinii
Liczba stron: 352
ISBN: 9788327641120
Premiera: 2019-04-24

Największym hobby Wade’a jest astronomia. Często odwiedza obserwatorium uniwersyteckie, w którym pracuje jego ojciec. Przypadkiem natrafia na zaszyfrowany mejl od dawnego profesora ojca, a zarazem bliskiego przyjaciela rodziny, który wkrótce ginie w tajemniczych okolicznościach.  Śmierć Henry’ego rozpoczyna serię wypadków, które sprawiają, że Wade przeżyje przygodę, o jakiej inni mogą tylko pomarzyć. Wraz z przyjaciółmi musi odszukać Dziedzictwo Kopernika – 12 artefaktów o wyjątkowej, magicznej mocy. Ten, kto je odnajdzie, zdobędzie władzę nad światem i stanie się niezwyciężony… Dziedzictwo Kopernika to czteroczęściowa seria książek przygodowych o przyjaciołach, którzy wyruszają w pełną niebezpieczeństw i zagadek podróż. Wyde, Darell, Lily i Becca, aby ocalić świat, muszą jako pierwsi odnaleźć tytułowe Dziedzictwo i jego dwanaście artefaktów.

Wade Kaplan nie wiedział, jak i dlaczego ani kiedy konkretnie jego bezcenna mapa nieba stanęła w płomieniach, lecz gdy tylko srebrne zawijasy i barwne przedstawienia gwiazdozbiorów zajęły się ogniem, zerwał się z krzykiem ze snu.

– Nie!

W pokoju było ciemno jak w grobowcu. Nic nie płonęło.

Widząc, że drzwi do sypialni przybranego brata Darrella są otwarte, wychylił głowę i zaczął nasłuchiwać.

Powolny, miarowy oddech.

Okej, wszystko gra.

Pierwszy dzień ferii spędzili w biegu, załatwiając różne sprawy na ostatnią chwilę. Sara, macocha Wade’a, leciała służbowo do Ameryki Południowej. Jej samolot startował z samego rana i choć mieli za sobą ciężki dzień, obiecali, on i Darrell, że wstaną o świcie, żeby się z nią pożegnać.

A jednak…

Wade odrzucił kołdrę, podszedł do okna i cichutko podciągnął roletę. Noc była niemal bezksiężycowa, a aksamitną czerń rozświetlał gęsty kobierzec gwiazd. Jako że mieszkali w domu na wzgórzu z dala od świateł Austin, nocne niebo zazwyczaj nie szczędziło pięknych widoków, i tym razem było podobnie.

Odwrócił się do biurka, wysunął górną szufladę i wyjął skórzaną teczkę wielkości dużego zeszytu. Nie płonęła, była wręcz chłodna w dotyku, i wtedy zdał sobie sprawę, że od tygodni nie trzymał jej w dłoni. Rozpiął ją i wyciągnął ze środka gruby arkusz złożonego pergaminu. Gdy go rozkładał, poczuł na karku mrowienie. Dostał tę mapę na siódme urodziny od bliskiego przyjaciela taty, człowieka, którego nazywał wujkiem Henrym. Rytowana i ręcznie malowana w szesnastym wieku była prawdziwym dziełem sztuki i nauki, zabytkiem historii, i bardzo ją sobie cenił.

Dlaczego więc śnił o jej unicestwieniu?

Obrócił ją odpowiednio względem konstelacji widocznych za oknem, gdy nagle po ciemnym nieboskłonie przemknął meteor, sypiąc iskrami, zupełnie jakby tylko czekał, aż chłopak podniesie wzrok.

– Darrell, popatrz! – powiedział odruchowo Wade w oczekiwaniu na kolejną świetlistą smugę, wiedząc, że takie rzeczy dzieją się zawsze w najmniej spodziewanym momencie. Minęła długa minuta. Nic. To by było na tyle.

Przesunął palcem po mapie.

– W sam środek, między Draconem i Cygnusem.

– Masz na myśli te czarne charaktery z Harry’ego Pottera?

Wade odwrócił się zaskoczony.

– Darrell! Widziałeś to?

Chłopak doczłapał do okna, trąc zaspane oczy.

– Co? Niebo? A, tak. Wczoraj też tam było. Która godzina? Czy to już koniec świata? Odpowiedz najpierw na drugie pytanie.

Wade parsknął śmiechem.

– Jest prawie północ. Właśnie zobaczyłem lecący meteor. To wcale nie jest takie rzadkie zjawisko, jak wszyscy sądzą.

– A jednak tu stoimy i gapimy się przez okno. Została nam jakaś godzina snu.

– Racja. Przepraszam.

Wade już jako małe dziecko wiedział, że gwiazdy to tak naprawdę płonące kule gazowe generujące energię i niewiarygodne ilości ciepła, oddalone od Ziemi o setki milionów kilometrów. Od wczesnych lat, gdy tylko poszedł do szkoły, nauka stała się jego konikiem, jego mocną stroną. Ale gwiazdy rozpięte nad Teksasem – w zasadzie nad wszystkim – były też czymś więcej niż tylko rozproszonymi po niebie świetlnymi punkcikami migającymi w ciemnościach.

– Darrell, spójrz – rzucił, wskazując najpierw mapę, potem niebo. – To Cefeusz. Widzisz, wygląda jak pudło ze spiczastym kapeluszem. A tam widać jedną z nóg Pegaza. Gwiazdy to takie jakby, sam nie wiem, zaszyfrowane wiadomości. Och, gdybyśmy tylko mogli złamać ten szyfr…

Darrell zmrużył oczy.

– Nic nie widzę, ale ci wierzę. Wierzę też, że jeśli się nie wyśpię, to zejdę. – Ruszył z powrotem do swojej sypialni.

– Wujek Henry napisał mi kiedyś: „Niebo to miejsce, gdzie matematyka i magia stają się jednością”. Ekstra, no nie?

– Ja zaraz też stanę się jednością… z łóżkiem.

– Jutro pojedziemy do obserwatorium – oświadczył Wade. – Musisz to zobaczyć.

– Już jest jutro, a ja właściwie śpię! – skomentował Darrell, po czym odwrócił się w drzwiach. – Ale tak, kumam, to naprawdę ekstra. – W trzech długich krokach znalazł się w łóżku, zachrapał teatralnie, po czym zamilkł i, o dziwo, zasnął.

Wade poprzyglądał się jeszcze chwilę i wreszcie zasunął roletę. Złożył mapę nieba i ostrożnie schował ją z powrotem do szuflady.

Tam, gdzie matematyka i magia stają się jednością…

Wade też to czuł. Tak wyraźnie, jak bicie swojego serca. Od zarania dziejów ludzie wyczytywali z nieba całe historie; patrząc w gwiazdy, widzieli przeszłość, teraźniejszość i przyszłość.

Na wspomnienie miłego staruszka, który przed sześcioma laty podarował mu tę bezcenną mapę, uśmiechnął się.

– Jeszcze raz dziękuję, wujku Henry.

Gdy wczołgał się z powrotem do łóżka, ogarnął go dziwny spokój.

Nie miał pojęcia, że w nadchodzących dniach zarówno on, jak i Darrell zaczną dzielić swoje życie na to, co wydarzyło się przed ową gwiaździstą nocą i po niej.

 

 

***

 

Frombork, Polska

8 marca

Osiem godzin wcześniej

 

Noc była wyjątkowo mroźna jak na marzec, zwłaszcza w pobliżu lodowatych wód Bałtyku.

Młoda, niespełna dwudziestoletnia kobieta otuliła się szczelniej futrzanym płaszczem. Jej długie ciemne włosy falowały na wietrze wiejącym nieprzerwanie od morza. Wzięła głęboki oddech, żeby się uspokoić, i spojrzała na wysoką opuszczoną wieżę z cegły odcinającą się kanciastym zarysem na tle nieba.

Ten zbiór gwiazd migoczących za wieżą, tworzących coś na wzór litery W, to Kasjopeja, pomyślała. Królowa na tronie.

Królowa. Ten tytuł wiele dla niej znaczył. Może jeszcze nie wszystko stracone.

Wiedziała, że nie będzie mogła dłużej zwlekać. Dziewięć metrów dalej, na skraju drogi w pobliżu sosen, stała limuzyna. W środku w ciszy siedziało czterech mężczyzn. Spodziewali się telefonu. Tego, na który ona tyle czekała – całe lata. A co potem? Potem udadzą się w daleką podróż. To też wiedziała.

A jednak nie była w stanie się poruszyć.

Im dłużej patrzyła na wieżę – lustrując uważnie szerokie granitowe nadproże nad dębowymi drzwiami, wąskie kładki i schody wiodące po zewnętrznej ścianie na sam szczyt – tym żywsze wydawały jej się te dawne sceny.

I nagle, ot tak, jakby przeniosła się w czasie o pięćset lat, do tej nocy, o której tyle się nasłuchała. Śnieg wirował wokół wieży i na jej progu. Zaspy, na ogół białe i nieskazitelne, gorzały czerwienią pełzających po murach płomieni.

 

– Pożar! Mistrzu, zbudź się! – Szesnastoletni chłopak rzucił się na łeb na szyję po schodach, pędząc nad zatokę z pustymi wiadrami.

Legenda podaje, że to Hans Novak.

Wtem rozległ się tętent kopyt. Jeźdźcy, bezwzględni i przerażający, przemknęli na koniach okryci płytami zbroi. Ich miecze ociekały krwią, ich drapieżne oczy pałały wściekłością. Wioska w oddali zamieniła się w ogniste inferno. Teraz przybyli dokończyć dzieła.

I oto zjawił się on. Uczony. Matematyk. Mistrz.

 

Miała wrażenie, jakby go znała od zawsze.

 

Zbiegł ze szczytu wieży, powiewając skórzaną peleryną.

– Szubrawcy! – krzyknął. – Wiem, czemuście przybyli. Nie ulegnę! – Spod peleryny wydobył rapier. Himmelklinge, czyli Niebiańskie Ostrze. Zeskoczył na ziemię, wbijając buty w śnieg, tymczasem jeźdźcy otoczyli go kręgiem – ośmiu na jednego.

Szczęk krzyżujących się kling rozniósł się echem pod roziskrzonym niebem. Mistrz był nie tylko uczonym, ale też szermierzem biegłym w tej starej sztuce walki.

 

Kobieta uśmiechnęła się na tę myśl.

 

Odparł jednego rycerza, potem drugiego i zaraz trzeciego, zrzucając ich z siodeł. Fechtował tak rapierem, jak i sztyletem; faliste ostrze raz po raz dźgało nieosłonięte części ciała. Mistrz był szybki i skuteczny, wyszkolony przez najlepszego szermierza w Bolonii. Wkrótce jednak musiał powściągnąć swoją zaciekłość. Dwaj jeźdźcy związali chłopaka liną i powalili na ziemię; ciężkie wiadra runęły z hukiem, chlusnęła woda.

Sztylet uczonego przestał błyskać. Niebiańskie Ostrze zamilkło.

– Dosyć! – oświadczył, spuszczając głowę. – Puśćcie chłopaka. Puśćcie go wolno, a zrobię wszystko, co każe Wielki Mistrz…

 

Dźwięk klaksonu rozdarł nocną ciszę, przywołując kobietę do teraźniejszości. Odwróciła się, zawijając za ucho zbłąkane pasmo włosów. Gdyby mężczyźni w samochodzie dobrze się przyjrzeli, dostrzegliby na jej szyi prawie ośmiocentymetrową szramę biegnącą pionowo w dół od ucha. Nie ukrywała jej. Ta blizna była wymownym świadectwem jej niezłomności i woli przetrwania.

Ale mężczyźni w samochodzie nawet nie ośmielili się spojrzeć. Jeden z nich, blady, rachityczny osobnik o dużej głowie, trzęsący się z zimna pod cienkim płaszczem, wygramolił się z tyłu i pospieszył w jej kierunku.

– Znaleźli go – obwieścił z przejęciem, ocierając palcem strużkę śliny, która pociekła mu z ust. – Znaleźli przywódcę piątki. Znaleźli go…

– Gdzie? – spytała.

– W Berlinie! Zgodnie z przypuszczeniami!

Jej oczy jeszcze przez chwilę błądziły po wieży.

Jej oczy… Jedno niebieskie, drugie srebrnoszare. Przypadłość znana jako heterochromia iridum – różnobarwność tęczówek. Przypadkowa mutacja genu, błogosławieństwo i przekleństwo w jednym. Czyżby dlatego była taka hipnotyzująca?

Odgarnęła do tyłu falę włosów, które rozsypały się na kołnierz, po czym podeszła szybkim krokiem do limuzyny, wślizgnęła się na tylne siedzenie i pochwyciwszy we wstecznym lusterku spojrzenie kierowcy, rzuciła:

– Na lotnisko! Lecimy do Berlina.

– Tak jest, panno Krause – odparł szofer. Galina nigdy nie zwracała się do niego po imieniu. – Wedle życzenia, panno Krause.

– Moja droga Galino – zaczął blady mężczyzna, który usiadł obok niej – gdy będziemy na miejscu…

– Cisza! – fuknęła.

Zamilkł i spuścił wzrok, wpatrując się w rubinowy naszyjnik, który wyzierał spod kołnierza jej płaszcza. Lśniący czerwony kamień miał kształt morskiego potwora.

Krakena.

Samochód ruszył z rykiem silnika. Galina Krause spojrzała raz jeszcze na wieżę, całą czarną na tle gwieździstego firmamentu. W jej wyobraźni płomienie wzbijały się coraz wyżej, tak jak zwykle, kiedy fantazjowała o tamtych zamierzchłych dziejach.

– Zaczęło się – powiedziała do siebie szeptem.

 

Tuż przed drugą w nocy w części miasta zwanej niegdyś Berlinem Wschodnim długa czarna limuzyna wtoczyła się na ulicę Unter den Linden i przyczaiła cicho jak pantera.

Silnik zgasł.

 

* * *

Przez wiele lat ulica Unter den Linden – Pod Lipami – była przedzielona niesławnym murem berlińskim. Teraz, gdy zimna wojna dobiegła końca, a mur runął, aleja znów tętniła życiem. Trzy piętra wyżej w oknie małego mieszkania świeciło się nikłe światło. Stary człowiek o wynędzniałej twarzy spoglądał na sunące w dole samochody, hałaśliwe kluby muzyczne, rój tłoczących się przechodniów. Dla nich wieczór jeszcze się nie kończył.

Wszystko wyglądało normalnie, wszystko zdawało się w porządku.

Ale nic nie było w porządku.

Heinrich Vogel, emerytowany profesor i wykładowca astronomii na Uniwersytecie Humboldta, pokuśtykał do swojego gabinetu głęboko strapiony.

Czyżby wielka tajemnica miała wreszcie wyjść na jaw?

A co z przyszłymi losami? Co z ludzkością? Co ze światem?

Rozpalił w kominku słaby ogień, który po chwili rozrósł się w wielki płomień. Usiadłszy na krześle, zaczął pisać gorączkowo na klawiaturze komputera. Nagle przerwał. Pośród siedmiu gazet rozrzuconych na biurku leżał paryski dziennik „Le Monde”. Minęły dwie godziny… Dwie godziny od czasu, kiedy jego bliski przyjaciel Bernard Dufort powinien był zadzwonić. Dzwonił natychmiast, gdy tylko w sieci pojawiała się zaszyfrowana krzyżówka. Robił tak od siedemnastu lat, zawsze w drugi poniedziałek każdego miesiąca. Hasło „RIP”. Ponury żart? Być może, za to łatwy do przeoczenia, jeśli ktoś nie wie, że należy go szukać w pobliżu pola z numerem czterdzieści osiem, poziomo i pionowo.

Dzisiaj nie zadzwonił, a zaszyfrowana krzyżówka się nie pojawiła.

Vogel mógł się tylko domyślać, że ich misternie opracowany system komunikacji został zdemaskowany. Wewnętrzny krąg został przerwany.

Klikając ikonkę „Wyślij” na komputerze, zastanawiał się, czy jego kolega z redakcji „Le Monde” opuścił posterunek, czy też, co gorsza, zginął w obronie tajemnicy.

– Tak czy siak muszę wyjechać z Berlina – powiedział do siebie, wstając i rozglądając się po pokoju. – Uciec i liczyć, że mój amerykański przyjaciel zrozumie wiadomość i przypomni sobie dawne czasy.

Spojrzał na zegarek. Druga w nocy.

W Teksasie jest dwudziesta, pomyślał. Roald pewnie dopiero rano odczyta służbowego mejla. Oby tylko powiązał zawarte w nim wskazówki i podążył ich tropem.

– Nie chciałem cię w to mieszać. Teraz nie mam wyboru. I jeszcze mały Wade. Tym bardziej drżę na tę myśl. Taka odpowiedzialność…

Podniósł słuchawkę telefonu, wstukał numer, poczekał na połączenie i wypowiedział cztery słowa:

– Carlo, spodziewaj się wizyty.

Rozłączył się, wiedząc, że numer, pod który dzwonił, i wszystko, co powiedział, zostało tak poprzekręcane i zniekształcone, że tylko osoba na drugim końcu linii mogła cokolwiek zrozumieć. Technologia czasami się przydawała.

Sięgnął do kieszeni kamizelki, po raz piąty w ciągu ostatnich pięciu minut sprawdzając jej zawartość. Upewniwszy się, że bilet kolejowy jest na swoim miejscu, położył komputer na podłodze i zaczął go tratować, aż pękła obudowa. Następnie wyjął z niego twardy dysk, zgiął tak, że prawie go złamał, i wrzucił do ognia.

– Co jeszcze? – Na biurku dostrzegł przycisk do papieru. Nic niezwykłego, ot tania pamiątka znad morza. Rozgwiazda – po łacinie asterias – uformowana ze szkła.

Asterianie. Tak przed wieloma laty nazwał grupkę wybranych przez siebie studentów. Stare dzieje.

Poklepał czule rozgwiazdę i podniósł oprawioną w ramkę fotografię sprzed dwudziestu lat, na której on i trzech młodych mężczyzn oraz dwie dziewczyny stali pod jarzącym się na niebiesko szyldem knajpki. Wszyscy się uśmiechali. Profesor i jego studenci. Asterianie.

– Przyjacielu – powiedział szeptem do jednej z roześmianych twarzy. – Wszystko w twoich rękach. Jeśli podejmiesz wyzwanie…

Pod oknem rozległ się głośny trzask. Serce Vogla zaczęło walić zdjęte grozą. Drzwi na dole zaskrzypiały, a potem ze schodów dobiegło dudnienie kroków.

– Nie, nie. Za wcześnie…

Wrzucił zdjęcie do paleniska i nagle do mieszkania wtargnęło trzech mięśniaków w czarnych garniturach. Tuż za nimi wszedł niski zgarbiony mężczyzna – druciane okulary, przyklepane włosy – w towarzystwie młodej kobiety, która sama mogła być studentką.

– Kim jesteście?! – krzyknął Vogel, dźwigając szklany przycisk z biurka i mocno go ściskając. Dobrze wiedział, kim są. To wrogowie ludzkości.

Jeden ze zbirów uderzył go. Vogel upadł ciężko na kolana i osunął się na podłogę.

– Mordercy! Złodzieje! – wrzeszczał, podczas gdy pozostali rozeszli się po mieszkaniu, wywracając je do góry nogami. Kobieta stała przy drzwiach w ciszy i skupieniu jak przyczajony wąż. W jej twarzy kryło się coś niepokojącego. Była piękna, rzec można, niczym anioł.

Ale… te oczy.

Czyżby to ona?

Mężczyźni wymietli książki z półek. Poprzewracali stoły. Fotele, łóżko, poduszki – wszystko zostało rozprute. Jego bezcenne instrumenty muzyczne porozrzucane jak bezwartościowe zabawki.

– Zwierzęta! – krzyknął starzec. – Niczego tu nie znajdziecie!

Blady zgarbiony okularnik pochylił się nad nim, świdrując oczami, które odbijały się w grubych szkłach.

– Twój współpracownik z Paryża wszystko wyśpiewał – warknął. – Masz klucz do artefaktów. Oddaj go nam.

Czując przypływ adrenaliny w starych żyłach, Vogel złapał za szklaną rozgwiazdę i buchnął go w skroń.

– Proszę, oto klucz. Na twoim czole!

Okularnik dotknął dłonią krwawiącej rany.

– Głupcze, co zrobiłeś z moją twarzą?

– Teraz wygląda lepiej! – odszczeknął się Vogel.

Jeden z dryblasów przykucnął, potężną dłonią objął szyję staruszka i zacisnął na niej palce, szczerząc się przy tym.

– To koniec, starcze! – wrzasnął garbus.

Vogel parsknął szyderczym śmiechem.

– Nie, to jeszcze nie koniec…

Kobieta spojrzała gniewnie na Vogla, a potem na palenisko.

– Powiedział komuś! Wrzucił coś do ognia… Wyjmij to!

Bez chwili namysłu typ o ziemistej cerze włożył rękę w płomienie i z krzykiem wydobył tlący się twardy dysk. Po fotografii została już tylko kupka popiołu.

– Dowiedzcie się, komu jeszcze powiedział – rozkazała chłodno. – Mogłam się domyślić. Klucza nigdy tu nie było. Załatwcie go i porzućcie ciało na ulicy. Zatrzyjcie wszystkie ślady!

Vogel zaczął się krztusić i wymachiwać w szale rękami. Przewrócił pulpit do nut, próbując chwycić za statyw, lecz zamiast niego złapał jedynie wysłużony srebrny dmuchany stroik.

Galina Krause patrzyła ze spokojem, jak życie uchodzi ze starca, wbijając w niego nieruchome spojrzenie różnobarwnych oczu. Jednego niebieskiego. Drugiego srebrnoszarego.

– No dalej, Vogel – rzuciła. – Uracz nas swoim łabędzim śpiewem…

 

 

***

 

Austin, Teksas

9 marca

8:03

 

Wade i Darrell na zmianę szarpali za drzwi do obserwatorium Uniwersytetu Teksańskiego. Ani drgnęły.

– Właśnie dlatego tata dał ci klucz – stwierdził Wade.

– Który ja dałem tobie.

– Nieprawda.

– Jestem pewny, że ci go dałem – upierał się Darrell.

– Kiedy?

– Wcześniej.

– Kiedy wcześniej?

– Zanim go zgubiłeś.

– Niczego nie zgubiłem – mruknął z irytacją Wade. – Nie mogłem go zgubić, bo widziałem, jak tata daje go tobie. W jego gabinecie. Gdy nas przywiózł, zanim pojechał z Sarą na lotnisko.

– Z Sarą. Masz na myśli tę panią, którą nazywam mamą?

– Sara pozwala mi mówić do siebie po imieniu – odparł Wade. – Ale nie odbiegajmy od tematu. Klucz. Pamiętasz? Tata wyjął go z szuflady biurka i dał tobie. Brzmi znajomo?

Darrell poklepał się po kieszeniach.

– Nie, ani trochę. I nie mam przy sobie żadnego klucza.

– Pewnie zostawiłeś go na biurku. – Wade odepchnął go na bok i wrócił tą samą drogą po wąskich żelaznych schodach do małego gabinetu na trzecim piętrze Painter Hall.

Ojcem Wade’a – a ojczymem Darrella – był doktor Roald Kaplan, który wykładał astrofizykę na uniwersytecie w Austin. We wspomnianym gmachu mieściło się osiemdziesięcioletnie obserwatorium astronomiczne, a w nim jeden z największych teleskopów ze skomplikowanym systemem korb i kół pasowych.

– Darrell, musisz zobaczyć ten teleskop – westchnął Wade. – Nie wiem, jak to możliwe, że minęły już trzy lata, a ty jeszcze go nie widziałeś. Jest bardzo steampunkowy. Te wszystkie korby, przekładnie, dźwignie i obciążniki.

Przez twarz Darrella przemknął cień zainteresowania. Jak zwykle odpowiedział we właściwy sobie pokrętny sposób:

– Lubię punk, zwłaszcza taki, co ma parę.

Właśnie zaczęły się ferie i obaj cieszyli się już na cały tydzień wolny od szkoły. Wade oczywiście zamierzał spędzić ten czas, studiując podręczniki do astronomii, a nocą oglądając gwiazdy w obserwatorium. Był niemal pewien, że Darrell w planach miał hibernację i nieustanne jedzenie.

Albo naparzanie w struny stratocastera.

Od kilku miesięcy próbował założyć własny zespół, ale bez powodzenia. Według Wade’a – z dwóch powodów. Po pierwsze Darrell wymyślił, że będą się nazywać RzępoLenie, co niby miało być sarkastyczne, ale nie było. Po drugie chciał grać wyłącznie muzykę z gatunku surf-punk, a Wade wiedział prawie na pewno, że coś takiego nawet nie istnieje.

Zatrzymali się przed gabinetem ojca. Wade chwycił za gałkę i przekręcił, ale te drzwi też były zamknięte na klucz.

– No bez jaj! – rzucił. – Tata wróci z lotniska dopiero za pół godziny. Muszę pokazać ci ten teleskop. Ciekawe, gdzie dyżurują ochroniarze. Oni nas wpuszczą.

– Poczekaj. Chyba mam tu gdzieś mapę kampusu – oświadczył Darrell, wpychając ręce do kieszeni dżinsów. – Możliwe, że jeszcze śpią. Jest dopiero… koło ósmej. Co przypomina mi, że jestem głodny.

– Jadłeś godzinę temu.

– Właśnie. Minęła cała godzina. Myślisz, że tata da się namówić na wczesny lunch? Jak długo to wszystko może… Och.

– „Och” co?

Wyjął z kieszeni mosiężny klucz.

– Tego szukamy?

– Wiedziałem – warknął Wade. – Chodź.

– W porządku, tylko co z tym jedzeniem?

Wade parsknął śmiechem.

– Sorry, bracie.

Darrell mruknął coś pod nosem, ale ruszył za nim, nucąc po drodze jakąś wrzaskliwą gitarową solówkę.

Dobrze, pomyślał Wade. Gada w kółko o jedzeniu i nuci riffy, czyli humor mu dopisuje.

Pięć minut później dostali się drzwiami do starego, przestronnego obserwatorium i od razu poczuli ten nieodparty powiew przeszłości.

Darrell zagwizdał z uznaniem.

– Nie żartowałeś, prawdziwy steampunk!

Centralnie pod wielką miedzianą kopułą stał słynny teleskop. Trzyipółmetrowa tuba skonstruowana w 1933 roku tkwiła nieruchomo na ceglanym podeście, idealnie wyważona za pomocą wielkiego ciężarka, dzięki czemu można nią było z łatwością manewrować. Wade wyjaśnił, że obiektyw ma zaledwie dwadzieścia dwa centymetry średnicy – niewiele w porównaniu z takim teleskopem w Obserwatorium McDonalda, którego zwierciadło ma średnicę jedenastu metrów. Ale ten był prawdziwym zabytkiem i właśnie to Wade w nim tak uwielbiał. Uwielbiał, kiedy nauka przeplatała się z historią. W tych soczewkach, przekładniach i mechanizmach było coś ekscytującego, coś, co przydawało eksploracji kosmosu wymiar bardziej… Jakie to słowo? Ach, tak – ludzki.

Napisz swoją opinię i oceń książkę

Przedstaw się



Twoja ocena


WYŚLIJ