Powieść obyczajowa
Dlaczego mamusia przeklina. Rozterki wkurzonej mamy
29,99 zł
38,99
KUP TERAZ

Dlaczego mamusia przeklina. Rozterki wkurzonej mamy

Gill Sims
brak opinii
Liczba stron: 352
ISBN: 9788327640123
Premiera: 2019-05-06

Mija miesiąc za miesiącem, zmieniają się pory roku, ale życie Ellen utknęło w martwym punkcie. Jej małżeństwo przechodzi kolejny kryzys, a dom pogrąża się w chaosie. Syn Peter jest połączony z iPadem jak pępowiną, córka Jane planuje zostać influencerką na Instagramie, a mąż podejrzanie często odwiedza w interesach egzotyczne kraje. Ellen jednak nie poddaje się beznadziei, podejmuje pracę i jako świetna programistka szybko robi karierę. Już nie martwi się, jak wygląda w spodniach do jogi oraz czy zdoła zgrabnie się podnieść z pufy sako, ma o wiele poważniejszy problem. Nikt nie może odkryć, że wcale nie jest czterdziestoletnią bezdzietną singielką, a matką dwojga nieletnich potworów i żoną faceta, który żyje, by pracować. Jeśli po lekturze pierwszej części nie porzuciliście myśli o 500+, na pewno stanie się to teraz.

 Stwierdzam, że jednak nie lubię spania w namiocie. Równie dobrze mogłabym spać na gołej ziemi. To dobre dla dwudziestolatków nabuzowanych po całej nocy szaleństwa na koncertach rockowych, nachlanych hektolitrami cydru oraz narajanych i naćpanych różnymi nielegalnymi substancjami. Nie widzę żadnego powodu, dla którego miałabym gustować w spaniu w szczerym polu, skoro mam swój ukochany domek i łóżko. I jestem przemarznięta i trzeźwa. Gdzie tu sens, gdzie logika? Na dodatek nie ma gdzie podłączyć prostownicy do włosów, ale ponieważ ciężko je w ogóle umyć, i tak są oklapnięte, więc w sumie wychodzi na to samo.

Wczoraj we włosy wlazł mi jakiś robal. Jestem pewna, że coś po mnie łaziło. Melanie nie była zachwycona, kiedy ją obudziłam, żeby pomogła mi to coś wyjąć, i kazała mi iść spać, bo podobno w Wielkiej Brytanii nie ma jadowitych owadów. Pozostała też niewzruszona, kiedy powiedziałam jej, że przecież mogę mieć alergię na owady i nawet o tym nie wiedzieć, bo jeszcze nigdy nie miałam żuka we włosach.

Melanie chyba żałuje, że pozwoliła mi jechać. Cóż, ja też żałuję, że tu jestem. To nie ma nic wspólnego z Glastonbury ani fantazjami o perypetiach rodem z książek przygodowych. Może błoto jest tu jakieś inne?

Nie ma pachnących dymem ognisk do pieczenia kiełbasek, jest za to przerażająca kuchenka gazowa, przy której spaliłam sobie rzęsy. To jeszcze gorsze niż palniki Bunsena, których używaliśmy w szkole podczas eksperymentów na lekcjach chemii. Nie wspominałam o tym Melanie, odnoszę bowiem wrażenie, że moje rzęsy nie trafiłyby na listę jej priorytetów. Po aferze żukowej musiała tej nocy wstawać jeszcze kilka razy, żeby uspokoić stęsknione za domem dziewczynki, przerywać kompulsywne wyżerki wywołane stresem z wyżej wymienionego powodu, a także o trzeciej nad ranem leczyć bóle żołądka spowodowane niepohamowaną konsumpcją draży.

W pewnym sensie podziwiam Melanie, nawet jeśli poprosiła mnie, żebym zapaliła gaz w kuchence tylko dlatego, że miała nadzieję, iż spłonę, a ona raz na zawsze pozbędzie się mnie i mojej niekompetencji. A podziwiam w niej to, że nigdy nie traci cierpliwości, choć skautki potrafią być naprawdę wkurzające. Gdybym to ja była drużynową i zalazłyby mi skórę, pewnie powiedziałabym im, żeby wypieprzały z obozu albo coś takiego. Podziwiam Melanie również za to, że ani razu nie sięgnęła po dżin, a to byłaby moja druga strategia na radzenie sobie z trudnymi sytuacjami. Żeby robić coś takiego, trzeba mieć to coś. Może tak właśnie objawia się wspomniany już skautowski duch?

Zawsze myślałam, że dobrze sobie poradzę w warunkach polowych, bo jestem bojowniczką i inspirującą postacią, która prowadzi tłumy z pieśnią na ustach, zadając szyku w pomysłowych kreacjach mocowanych na klamerki do bielizny. Tymczasem wyszło na jaw, że gdybym cofnęła się do drugiej wojny światowej, okazałabym się bezużyteczną panikarą, natomiast dziewczyny i kobiety pokroju Melanie w czasach tak wielkiej próby potrafią budować schrony gołymi rękoma.

Do tej pory nie spotkałyśmy ani jednego fałszerza czy złoczyńcy, któremu mogłybyśmy pokrzyżować plany, ale może to i lepiej, bo dziewczynki zdecydowanie bardziej interesują się grupowymi wypadami do toalety i opychaniem się przemyconymi słodyczami niż rozwiązywaniem zagadek.

Podczas zajęć z łucznictwa Jane obudziła drzemiącego w niej Wilhelma Tella, co wymagało naszej zdecydowanej interwencji. Moja córka wymarzyła sobie bowiem, że zestrzeli jabłko z głowy Tilly Morrison, i zaczęła materializować to marzenie. Natomiast podczas zajęć z orientacji w terenie dziewczynki nie wykazały choćby grzecznościowego zainteresowania. Po co komu mapy i kompasy, skoro mamy Google Maps?

– A gdybyście nie miały Google Maps? – spytałam.

– A dlaczego miałybyśmy nie mieć? – odparła Amelia Benson.

– Czasami nie ma zasięgu albo pada bateria – zasugerowałam, ale dziewczynki nie były przekonane, więc dodałam jeszcze: – Można też zgubić telefon.

– Aha, czyli zgubiłam telefon, ale przypadkiem mam przy sobie mapę i kompas? To raczej mało prawdopodobne, Ellen – zripostowała Olivia Brown.

Zaczynałam tracić resztki cierpliwości, dlatego podałam przykład ekstremalny:

– A co byście zrobiły, gdyby rozgorzała nuklearna apokalipsa? Google Maps już nie istnieje, bo cywilizacja razem z prawie całą ludzkością została unicestwiona. Dlatego wy, cudem ocalałe i skazane na samotność, musicie przedostać się w bezpieczne, wolne od zabójczego promieniowania miejsce, by nie umrzeć z głodu. Wtedy baaardzo się wam przydadzą papierowa mapa i zwykły kompas, chyba że wolicie skonać w rowie jak cała reszta ludzkości!

Mia Robinson wybuchnęła płaczem.

– Nie chcę być sama! I co z moim chomikiem? Czy chomiki przetrwają nuklearną apokalipsę?

– Nie – rzuciła ostro Jane, a Mia rozpłakała się jeszcze głośniej.

Nie dało się jej uspokoić, więc musiałam zawołać Melanie, żeby ją pocieszyła i zapewniła, że w najbliższym czasie nie będzie nuklearnej apokalipsy, nauka orientacji w terenie to tylko zabawa, a jej chomikowi nic nie będzie. A także mamusi i tatusiowi.

Gdy Melanie była zajęta pocieszaniem, jej drużyna poszła na spacer i zgubiła się w lesie, więc musieliśmy uruchomić akcję ratunkową. Inni drużynowi nie byli zachwyceni tym, że Melanie zgubiła swoją grupę, a ja obawiałam się, że całą zwali winę na mnie. Później zostaliśmy wezwani na skautowski wieczorek muzyczny, to znaczy śpiewaliśmy bardzo skomplikowaną piosenkę, do której należało klaskać w rękę osoby siedzącej obok. Jestem pewna, że nie trzeba było klaskać tak mocno, jak to robiła siedząca obok mnie Melanie. Mam nadzieję, że w nocy nie będą po mnie łazić robale, bo jeśli ją obudzę, posunie się do czegoś więcej niż klaskanie.

W Glastonbury na pewno nie ma robaków. Pewnie tamtejsze błoto nie jest dla nich tak atrakcyjne jak tutejsze. Zastanawiam się, czy na pewno jestem za stara na Glastonbury? I czy w ogóle wpuszczają tam czterdziestolatków? Może udałoby mi się zhakować system? A gdybym tam umarła? Nie powinnam się odurzać nielegalnymi substancjami, bo jestem szanowaną kobietą w średnim wieku, a poza tym od cydru ciągle chciałoby mi się siku, bo po urodzeniu dwójki dzieci mój pęcherz nie jest w tak dobrej formie jak kiedyś. Festiwalowe toalety chyba też nie są dla mnie. Może powinnam pojechać na jeden z tych masowych spędów dla starych ludzi, na przykład na Rewind Festival? Tylko że wszystkie takie imprezy są „przyjazne rodzinom”, a skoro już miałabym uciec na weekend od moich aniołków, żeby się upijać i być niegrzeczna, nie chciałabym, żeby pod nogami plątały mi się dzieci innych festiwalowiczów.

Jestem złym człowiekiem. Melanie pewnie to wyczuwa, dlatego mnie nienawidzi. I może jeszcze dlatego, że wystraszyłam na śmierć jedną z jej podopiecznych, przez co zgubiła sześć innych.

 

Niedziela, 7 sierpnia

 

Z powrotem w domu! Wreszcie się wykąpię! Co za ulga! To znaczy…

Dzisiaj rano stawiłam czoła śmierci, obsługując kuchenkę zagłady, i zaserwowałam skautkom obrzydliwe (przyznaję) tosty francuskie, które ku memu zdziwieniu zjadły bez słowa. Później zwijałyśmy namioty. Melanie z ulgą odkryła, że nie jestem kompletnie bezużyteczna, bo udało mi się rozpracować, jak wykonać tę czynność. Posłużyłam się logiką – to jakby rozstawianie ich, tylko od końca – i poszło dość gładko mimo wysiłków wielu drużynowych, żeby dać się złapać w pułapkę i zwalić sobie namiot na głowę. Nie zgubiłyśmy już żadnej dziewczynki, a ja żadnej z nich nie doprowadziłam do histerii, i to też była dobra wiadomość, bo Melanie przez pół nocy musiała wstawać do Mii, którą atakowały powracające koszmary. Mam nadzieję, że Mia nie powie rodzicom, że to ja wywołałam u niej paniczny strach przed wojną nuklearną. Po prostu nie mogłam się powstrzymać, bo coś mnie ugryzło w bardzo niepożądanym miejscu. Pewnie jadowity żuk.

Kiedy wracałam do domu z półprzytomną Jane, liczyłam na to, że Simon i Peter zadbają pod moją nieobecność o ognisko domowe. Może brakuje mi skautowskiego ducha, ale czasami bywam niepoprawną optymistką. Niestety, mój optymizm był zupełnie bezpodstawny, bo w domu panował kompletny chaos, syf i malaria. Postanowiłam, że od tej pory już nigdy nie będę optymistką. Pesymista może udowodnić swoją rację albo poczuć się miło zaskoczony, dzięki czemu nie czyha na niego tyle rozczarowań, co na optymistów.

Simon zgrywał niewiniątko, kiedy zaczęłam na niego wrzeszczeć, że po całym domu walają się brudne gacie, z kosza wysypują się śmieci, woda w kibelku jest niespuszczona i nie przyszło mu nawet do głowy, żeby wytrzeć blat kuchenny, na którym piętrzą się brudne naczynia, bo czekał na dobrą wróżkę, która pojawi się nie wiadomo skąd i jednym ruchem różdżki sprawi, że wszystko będzie lśniło.

– Co ty właściwie robiłeś, kiedy mnie nie było? Tylko nie mów, że zajmowałeś się Peterem, bo on nie jest już dzieckiem i nie potrzebuje całodobowej opieki! – grzmiałam.

– Wyobraź sobie, kochanie, że wyczyściłem lodówkę, przejrzałem szafki i wyrzuciłem wszystko, co było przeterminowane – odparł dumnie Simon.

– Co zrobiłeś?! – Zamarłam z przerażenia, po czym zaczęłam otwierać szafki. Wyrzucił wszystkie przyprawy!

– Niektóre rzeczy były przeterminowane o dwa lata – nadąsał się Simon.

Jęknęłam z żalu. Drogi ryż, makarony i symbol przynależności do klasy średniej, czyli torebka komosy ryżowej – zniknęły!

– CZTERY lata! Komosa była przeterminowana o cztery lata! I nawet nie była otwarta! Data ważności ryżu do risotto wygasła w zeszłym miesiącu, ryżu z Camargue dwa miesiące temu, a paczki makaronu w śmiesznych kształtach pół roku temu. Znalazłem też puszkę makaronu w pomidorach, która przeterminowała się sześć lat temu! – poinformował mnie Simon.

– Te rzeczy się nie przeterminowują! – ryknęłam wściekle. – Przyprawy nawet powinny być przeterminowane! Wszyscy używają przeterminowanych przypraw, a ci którzy mówią, że trzeba je wyrzucić, to oszuści! Kiedy przyprawa zaczyna smakować jak kurz, wtedy jest naprawdę dobra! A ryż i makaron można jeść jeszcze przez wiele miesięcy po tym, jak ich data ważności wygaśnie. No i będę musiała kupić kolejną paczkę komosy, której nie zjemy, bo bez komosy w szafce przestajesz przynależeć do klasy średniej. A jedzenie w puszkach nigdy się nie psuje. NIGDY! To właśnie dlatego ludzie gromadzą puszkowe żarcie na czas nuklearnej apokalipsy. Gdyby dzisiaj wybuchły bomby atomowe, umarlibyśmy z głodu, bo wyrzuciłeś moje spaghetti na czarną godzinę!

– Chyba trochę przesadzasz, kochanie. Zajrzyj do lodówki – powiedział zadowolony z siebie Simon, więc ją otworzyłam. Nie było dżemu. Ketchupu. Majonezu. Ani jednego warzywa. Przynajmniej zniknęły też trzy tubki starego jak świat hummusu, których zaczynałam się już trochę bać. – Wszystko przeterminowane! – dodał triumfalnie.

– Ziemniaki?

– Wczoraj.

– Marchewki, cebula, czosnek?

– W śmietniku!

– Ale one nie były zepsute. Takie rzeczy można jeść, dopóki nie zaczną puszczać pędów, pleśnieć albo się rozkładać.

– Przeterminowane! Musiałem je wyrzucić! – upierał się Simon.

– Kurwa mać – burknęłam pod nosem. – Cóż, w takim razie musimy zamówić coś na kolację. A gdzie jest szynka? Ona na pewno nie była przeterminowana.

– Nie, ale na opakowaniu było napisane, że trzeba ją zjeść w ciągu dwóch dni od otwarcia, a na pewno była otwarta dłużej.

– Na litość boską! Przecież NIKT się tym nie przejmuje. NIKT! Idę się wykąpać i zmyć z siebie resztki błota, a ty zasuwaj do sklepu i kup jakieś pieprzone jedzenie!

– Ale ja przez cały weekend robiłem porządki i opiekowałem się Peterem! Mycie lodówki i sprzątanie szafek powinno być twoim zajęciem, skoro nie pracujesz. Ponieważ cię wyręczyłem, może jednak ty wyskoczysz do sklepu? – zaprotestował Simon.

– Po pierwsze, pracuję! Próbuję zbudować nową ścieżkę kariery. To nie jest tak, że siedzę w domu i czytam magazyny oraz obżeram się czekoladkami jak jakaś utrzymanka! – No dobrze, może trochę podkolorowałam, ale wytrwale ciągnęłam: – Nie wiem, skąd pomysł, że prowadzenie domu jest tylko i wyłącznie moim obowiązkiem. A poza tym przez ostatnich kilka dni spałam na pieprzonym polu atakowana przez robaki i ryzykowałam życie, zapalając śmiercionośną kuchenkę gazową, żeby stworzyć piękne wspomnienia dla twojej córki, podczas gdy ty byłeś zajęty wyrzucaniem dobrego jedzenia! Sam sobie idź do sklepu! – ryknęłam.

Simon wyszedł. Kiedy wrócił do domu, przeklinał pod nosem rażąco niesprawiedliwe ceny żywności. Dobrze mu tak. To kara za to, że wszystko powyrzucał. Nie ma to jak w domu! A przede mną jeszcze kilka tygodni tej wspaniałej zabawy.

 

Środa, 10 sierpnia

 

Nie miałam pomysłu, co zrobić z dziećmi, więc zabrałam je do parku.

Nie cierpię parku. Matki chodzą tam tylko wtedy, kiedy ich kochane maleństwa doprowadzą je do takiego szału, że muszą wystawić się na towarzystwo potencjalnych świadków, bo to jedyne, co może powstrzymać je przed popełnieniem czynów, których będą później gorzko żałować. Czasami próbuję zsumować wszystkie godziny, które spędziłam na zimnie i wietrze, ale to zbyt przygnębiające. Poza tym tyle się mówi o zagrożeniu hemoroidami w czasie ciąży, a nikt nie mówi, że dużo prędzej je złapiesz, kiedy przesiadujesz na zimnej i mokrej ławce. Na szczęście jest lato, więc tym razem przynajmniej nie dostanę hemoroidów i nie odmrożę sobie tyłka.

Nie wolno mi przekroczyć świętej bramy i wejść na plac zabaw, bo zabrałam ze sobą psa, więc czaję się z nim za płotem, podczas gdy inne mamuśki łypią na nas podejrzliwie, bo w przecież w dowolnym momencie mogłabym spróbować wedrzeć się do środka, pozwolić psu zrobić kupę w piaskownicy, a potem wetrzeć ją w oczy ich pociechom i oślepić je raz na zawsze! Oczywiście zdaję sobie sprawę z tego, że psie kupy mogą być niebezpieczne, i nie pochwalam ludzi, którzy pozwalają swoim czworonogom srać na placach zabaw, tylko mam już szczerze dość tych jęków przerażenia, które rozlegają się za każdym razem, gdy jakiś pies znajdzie się w pobliżu furtki. Na szczęście Peter i Jane są już na tyle duzi, że nie wymagają stałego nadzoru. Peter nie potrzebuje już pomocy, żeby połamać sobie nogi na drabinkach, a Jane woli robić selfie z Sophie moim starym iPhone’em, którego ode mnie wyłudziła i nosi ze sobą wszędzie mimo moich uwag, że w parku telefon nie jest artykułem pierwszej potrzeby.

Dzieci były zajęte zabawą, więc zajrzałam na skrzynkę mejlową, ale nie przyszło nic godnego uwagi. Kolejny raz nigeryjski generał potrzebował mojego numeru konta, żeby przelać mi swoje miliony (może powinnam wynaleźć apkę, która będzie wysyłać spam wszystkim, którzy spamują mnie?), w sieci Gap znowu jest wyprzedaż (a kiedy nie ma? Czy kiedykolwiek ktoś kupił w tym sklepie towar w normalnej cenie? Może powinnam opracować dla nich apkę do zarządzania promocjami? A nie, ktoś już ją wymyślił. Szlag!) i kilka mejli od agencji pracy z propozycjami. Chciałam skasować wiadomość od agencji, bo choć wyjątkowo starannie wypełniłam formularze, podałam swoje kwalifikacje, zainteresowania, branże, w których szukam zatrudnienia, i informację o preferowanych zarobkach, wysyłali mi tylko oferty, które nie miały nic wspólnego z moimi umiejętnościami, firmy mieściły się sto milionów kilometrów stąd i proponowały pensję w wysokości jednej trzeciej tego, co zarabiałam wcześniej. Ostatecznie mając do wyboru to albo kurtuazyjne rozmowy z innymi rodzicami, wybrałam udawanie bardzo zajętej i otworzyłam mejla. I oto moim oczom ukazała się… WYMARZONA OFERTA PRACY!

Była idealna. Zamiast kolejnego szarego budynku w ponurej industrialnej dzielnicy, pracowałabym w jednym z topowych start-upów zajmujących się nowymi technologiami w eleganckim, błyszczącym, nowoczesnym, szklanym wieżowcu, do którego dojazd zajmowałby mi tylko dwadzieścia minut.

Często przejeżdżałam obok tego budynku i, że tak to ujmę, kleiłam nos do błyszczących szyb. W środku jest równie ładnie, co na zewnątrz (przyznaję, sprawdziłam w Google’u, i to nie raz). Światło, przestrzeń, białe biurka i Piękni Ludzie. No dobra, ich może zmyśliłam, ale jestem pewna, że wszyscy, którzy tam pracują, są wyluzowani, modni, noszą hipsterskie okulary i etycznie poprawne spodnie. O sprawach firmowych pewnie dyskutują na grupach na WhatsAppie i nie muszą przesiadywać na bezsensownych dwugodzinnych spotkaniach tylko po to, żeby rozwiązać problem, który da się rozwiązać w jednym mejlu. A jeśli już chodzą na spotkania, to siedzą na tych śmiesznych pufach, które wyglądają jak worki z ziemniakami. Pozostaje pytanie, czy chciałabym pracować w miejscu, w którym siada się na workach z ziemniakami? Mam już prawie czterdzieści dwa lata. Czy byłabym w stanie wstać z takiego pufa, zachowując godność? Mniejsza z tym, tam na pewno ich nie używają.

Praca wyglądała na stymulującą, ciekawą i ambitną. W poprzedniej najlepsze, co mogło mnie spotkać, to tłumaczenie obślizgłemu Edowi z księgowości, że niestety nie da się wykasować wszelkich śladów hardcorowego porno, które „przypadkiem” ściągnął na firmowego laptopa. (W przypływie złośliwości powiedziałam mu, że w Internecie nic nie ginie i nawet jeśli kupi nowy komputer, a stary wrzuci do rzeki, Internet „będzie wiedział o porno”, a co za tym idzie, żona Eda też będzie mogła sprawdzić, co oglądał).

Dobrze płacili. Byłoby miło znów mieć sensowną pensję, bo moje oszczędności już prawie wyparowały, a perspektywa braku własnych pieniędzy wcale mi się nie podoba. Trzymamy pieniądze na wspólnym koncie, ale na myśl o tym, że mogę stać się „zależną” od Simona, robi mi się niedobrze. Jedynym minusem nowej pracy było to, że to oferta na pełen etat.

Pewnie powinnam przedyskutować z Simonem kwestię przejścia na etat, ale czułam się tak podekscytowana tym, że moja wymarzona praca jest na wyciągnięcie ręki (i w myślach wydałam już całą pierwszą pensję), że napisałam do agencji, żeby zgłosili moją kandydaturę. Dzieci spędzają większość dnia w szkole, a nadwyżki z pensji na pewno wystarczą na pokrycie kosztów opiekunki i tym podobne. Trzymam za siebie kciuki! Trzymam całe ręce, nogi i… Co jeszcze można trzymać oprócz moczu…? Może jednak czasami jestem optymistką?

Napisz swoją opinię i oceń książkę

Przedstaw się



Twoja ocena


WYŚLIJ