Inne
Zaskakujący geniusz świń
24,99 zł
29,99
KUP TERAZ

Zaskakujący geniusz świń

Matt Whyman
brak opinii
Liczba stron: 208
ISBN: 9788327643483
Premiera: 2019-04-03

Co byście zrobili, gdyby dwie miniświnki, które miały dzielić z kurami niewielkie podwórko, wyrosły na dwie inteligentne i psotne maxibestie? Przed takim problemem staje Matt Whyman, który dzielnie stawia czoło Butchowi i Roxi, chociaż wcale nie jest to łatwe. Świnki są inteligentne i pomysłowe, co często wykorzystują, aby rozrabiać. Jeśli nie uciekają, by dewastować okoliczny rezerwat chronionego hiacyntowca, to upijają się sfermentowanymi jabłkami, a wówczas nic nie jest w stanie ich powstrzymać… Te oraz inne zabawne epizody posłużyły Whymanowi do pokazania zadziwiającego i zaskakującego świata świń. W podróży po ich świecie towarzyszą mu hodowczyni Wendy Scudamore i profesor weterynarii Michael Mendl. Wspólnie odsłaniają tajemnice rozwoju, zachowań i struktury społecznej tych wyjątkowych zwierząt, z którymi mamy o wiele więcej wspólnego, niż bylibyśmy skłonni przyznać.

Butch i Roxi

 Przybyły w koszyku dla kota. Emma nazwała je Butch i Roxi. Właśnie tak, czyli pewnie próbowała mi się trochę podlizać, bo właśnie takie imiona zaproponowałem dla naszych dzieci, ale zgłosiła zdecydowane weto. Lecz teraz te imiona były jak znalazł.

A świnki, jak zapowiadał hodowca, nie były większe od kociąt, czyli naprawdę malutkie, choć rzecz jasna zbudowane jak świnie. I piszczały tak cienko i przeraźliwie, że przez głowę przemknęła mi myśl, czy przypadkiem nie mają w brzuszkach baterii. Wyglądały tak idealnie, że nie chciało się wierzyć własnym oczom. Przez pierwszy weekend działały na nas jak magnes, to znaczy na Emmę i dzieci, które całkowicie skupiły się na nich i nie szczędziły im czułości. Ja natomiast wycofałem się do usytuowanego od frontu gabinetu i zabrałem do roboty, czyli pisania książki.

Jak wiadomo, po weekendzie jest poniedziałek, czyli żona w biurze, a dzieci w szkole podrzucone przez matkę w drodze do pracy. W domu zostałem tylko ja, miałem więc okazję przekonać się, że to, jak sobie wyobrażałem opiekę nad naszymi nowymi pupilami, ma się nijak do rzeczywistości. Siedziałem przed komputerem, próbując coś tam napisać, by zarobić na chleb. Naprawdę bardzo się starałem, ale za nic nie mogłem się skupić na robocie, ponieważ Emma przed wyjściem z domu wstawiła do mego gabinetu koszyk ze świnkami, przykazując, żebym na nie od czasu do czasu spojrzał. W rezultacie z pracy nici, bo wprawdzie zgodnie z instrukcją spoglądałem na nie, tyle że nie „od czasu do czasu”, ale co chwilę. Na pewno w sumie patrzyłem dłużej na maluchy niż w ekran.

Wbrew powszechnie panującej opinii świnie bardzo dbają o higienę, a ich toaleta musi być usytuowana jak najdalej od legowiska. Naturalnie Emma wstawiła do mego gabinetu również kuwetę, ale dla świnek stała zbyt blisko, dlatego wymykały się do pokoju obok i na moment znikały za telewizorem ustawionym w rogu pokoju. Wiadomo, po co, i był to problem. Natomiast dźwięki, które wydawały z siebie, wcale mi nie przeszkadzały, tylko wprost przeciwnie, bo ich posapywanie i chrumkanie miały w sobie coś kojącego. Ten błogi spokój został zakłócony tylko raz, gdy zadzwonił telefon, na co świnki zareagowały bardzo głośno. Może dlatego, że sygnał powtarzał się kilkakrotnie i w równych odstępach czasu, a może po prostu dlatego, że świnie lubią głośne, melodyjne dźwięki. W każdym razie dały popis wokalny. Po każdym sygnale wydawały z siebie przeraźliwy kwik i w rezultacie miałem wrażenie, że nie pracuję już jak normalny człowiek w swoim gabinecie, tylko przeniosłem się z robotą na podwórze gospodarskie.

 

Zwierzę, które całkowicie zaprząta twoją uwagę

 

Naturalnie każdy wie, że wzięcie pod swoje skrzydła szczeniaczka czy innego ledwie narodzonego czworonoga zawsze jest wyzwaniem. Psu należy od razu wbić do głowy, że jest się jego panem, natomiast kotu niczego nie wbijesz. On po prostu potrzebuje trochę czasu, by nauczyć się tobą manipulować, naturalnie z korzyścią dla kota. A świnie są bardzo podobne do naszych pociech. To łagodne i ciekawe świata istotki, które czasami dostają szału, gdy coś nie jest po ich myśli. W przeciwieństwie jednak od naszych dzieci, nie wyrastają z tego. Wciąż są takie, gdy rosną, stają się coraz silniejsze, mają coraz więcej energii i w warunkach domowych nie czują się już najlepiej.

Skoro mowa o owych warunkach, to mamy surowe przepisy, które ich dotyczą, między innymi rozporządzenia Departamentu Środowiska, Żywności i Spraw Wsi. Na przykład w świetle tych paragrafów, gdy częstuję świnię czymś z naszej ludzkiej kuchni, to naruszam zasady bezpieczeństwa biologicznego i grozi mi za to grzywna. Niestety nasz żywy inwentarz nie miał pojęcia o tych restrykcjach, podobnie jak mój synek, nasza najmłodsza pociecha, kiedy dreptał po domu, trzymając w rączce smakowitego biszkopta, a za nim sunęły nasze świnki. Krok w krok, jak dwa szakale nieco mniejszych rozmiarów. W rezultacie gdy widzisz zrozpaczoną świnkę, która cierpi, bo nie chcesz podzielić się z nią kanapką, dochodzisz do wniosku, że życie będzie dla obu stron o wiele łatwiejsze, jeśli świnki dostaną swoje lokum.

Butch i Roxi bardzo krótko mieszkały razem z nami w naszym domu. Kiedy minął pierwszy okres euforii, stało się oczywiste, że dom nie jest dobrym środowiskiem dla wszelkiego rodzaju świń. Zwierzę o takiej budowie jest po prostu stworzone do rycia w ziemi, szukania korzonków czy resztek jedzenia, a nie do podgryzania stojaka na wino czy wysiadywania przed telewizorem, jakby też się czekało na wyniki gry liczbowej. Ku memu zaskoczeniu wcale nie musiałem długo przekonywać ani Emmy, ani dzieci, ponieważ sami zauważyli, że świnkom wcale nie jest niezbędny miękki dywan pod raciczkami czy centralne ogrzewanie. Poza tym wszyscy już zatęsknili za choćby odrobiną spokoju. Jednak by zyskać pewność, że moja rodzina nie zmieni zdania, zaadoptowałem kilka kur z fermy. Po pierwsze, żeby jedyna ocalała kura miała towarzystwo, a po drugie, był to kolejny argument przemawiający za przenosinami świnek. Powinny być na dworze, ponieważ mają odstraszać lisa.

I stało się. Gromadka uwolnionych z klatek kur rozsiadła się na grzędzie, czyli na rączce skrzyni na narzędzia, i popatrywała z wielkim zainteresowaniem, gdy krzątałem się po szopie, urządzając wygodne legowiska dla Butcha i Roxi. Potem potrząsałem bezlitośnie płotem okalającym wybieg, sprawdzając, czy jest wystarczająco solidny. Uznałem, że tak, a wybieg jest wystarczająco duży, by całe to świńsko-drobiowe towarzystwo zgodnie ze sobą współżyło.

 

Świnie coraz mocniej zaznaczają swoją obecność

 

Owszem, na samym początku może i rozpętała się wojna terytorialna, ale trwała krótko, bo obie strony szybko doszły do porozumienia. Gdy tak sobie popatrywałem na to gdacząco-pokwikujące towarzystwo, zauważyłem, że Butch i Roxi wcale już nie są słodkimi miniaturkami. Szczególnie Roxi powiększała się w szalonym tempie. Był taki czas, że za każdym razem, gdy szedłem do nich rano i wieczorem, by na śniadanie i na kolację zaserwować im ukochane świńskie orzeszki, to miałem wrażenie, że Roxi jest trochę większa. (Naturalnie same też zdobywały pożywienie, urzędując pod dębem, czyli objadając się żołędziami, a jesienią także liśćmi, które opadły na ziemię).

Jeśli chodzi o wielkość, Roxi doganiała naszego nieżyjącego już owczarka niemieckiego, natomiast Butch, choć mniejszy, był za to krępy, mocno zbudowany i robił się z niego chłop na schwał. Po wprowadzeniu się do kurzego wybiegu świńska parka zmieniła ów wybieg w coś na kształt grzęzawiska. Było mi szkoda kur, więc pozwoliłem im urzędować na trawniku. Właśnie wtedy któraś ze świń, pragnąc również być na tej imprezie – czyli na trawniku – nauczyła się odsuwać ryjem zasuwkę w furtce. Zamknęliśmy więc furtkę porządnie, na stałe, i przez jakiś czas był spokój. Aż wreszcie nasze świnki stały się tak wielkie, że bez trudu podważały ryjami parkan i przewracały go.

Kiedy pewnego dnia oglądałem to, co zostało po ogrodzie – w tym czasie świnie po dokonaniu kolejnego dzieła zniszczenia dzieła spały w szopie jak zabite – podjąłem decyzję, że nie, nie pozwolę się pokonać. I zabrałem się do umacniania ogrodzenia. Niestety, jak się potem okazało, raczej z mizernym skutkiem, ponieważ zakładałem, że nasze świnie, te słodkie miniaturki, osiągnęły już swoje ostateczne wymiary. Tak, łudziłem się, i do dziś, kiedy to sobie przypomnę, ogarnia mnie pusty śmiech.

 

Rozmiary i życie duchowe

 

Czas mijał. Wpadających do nas z wizytą znajomych i sąsiadów zatykało na widok dwóch wielkich i kwiczących bestii, które uwijały się wśród dołów i pagórków tam, gdzie kiedyś był nasz ogród. W ciągu jednego roku Roxi tak bardzo urosła, że sięgała mi już do połowy uda. Zasmakowała przy tym w cegłach, to znaczy wykopywała je w sobie tylko wiadomych miejscach, a potem zgniatała na proszek. Była różowa w ciemne plamy, uszy jak u nietoperza, a jeśli chodzi o twarz, czyli pysk, to chyba najbliższe prawdy było porównanie do szufli. Budowę miała naprawdę mocarną, po prostu góra mięśni, sadła i uporu. Gdyby nadal mieszkała z nami w domu, to wychodząc na dwór, musiałaby skorzystać z dźwigu.

Butch nie osiągnął tak monstrualnej wielkości, a w korzystnym świetle wyglądał, jak to się mówi: całkiem, całkiem. Można by nawet powiedzieć, że czarująco. Cały czarny, brzuch wydłużony, a wyraz twarzy vel pyska wręcz uduchowiony, coś w stylu Yody z Gwiezdnych wojen. Zanim przybył do nas, został już wykastrowany, bo mówiąc szczerze, nie wyobrażaliśmy sobie, by mógł pozostać w stanie nienaruszonym. W rezultacie w tym stadle świnek miniaturek Butchowi została przypisana rola męża pantoflarza, ponieważ Roxi, ku wielkiemu niezadowoleniu kur, rządziła niepodzielnie. Tak bardzo panoszyła się na wybiegu, że pewnie nikt by się nie zdziwił, gdyby raptem o świcie zaczęła piać.

Zaspokoić rosnące potrzeby naszego żywego inwentarza nie było łatwo. Po prostu dzień za dniem toczyła się walka, a wzmocniony płot był czymś w rodzaju tamy powstrzymującej wzbierającą wodę. Miał prawie dwa metry wysokości, odległość między sztachetami zerowa, i jakoś się trzymał. Niestety, jak się okazało, nie na całej długości, ponieważ pewnego ranka w płocie na tyłach wybiegu odkryłem dziurę, i to takiej wielkości, że mogła się przez nią przecisnąć świnia. I zrobiła to, i nawet nie jedna, ale dwie świnie, więc oczywiste, że wpadłem w panikę. Wytropienie uciekinierów zajęło mi cały dzień. Potem znów uciekły, i znów, i znów, a za czwartym razem wpadłem na koncept, że los zesłał mi kochane świnie najpewniej po to, by przetestować moją cierpliwość.

Mniej więcej w tym czasie Emma skontaktowała się z hodowcą w wiadomej sprawie: Butch i Roxi w niczym nie przypominały świnek ze zdjęć na jego stronie, czyli słodkich maluszków zwiniętych w kłębuszek w pudełku po butach. Z tej to przyczyny Emma zaprezentowała mu się jako skrzyżowanie przedstawicielki organizacji konsumenckiej z aniołem zemsty. Byłem jednak pewien, że stawiając hodowcę pod ścianą, nie przekroczy umownych granic przyzwoitości, choć na pewno postara się, by nie miał żadnych wątpliwości, że jeśli nie zaprzestanie swego procederu, będzie miał na karku pewną wysoką i rozjuszoną blondynkę. Niewątpliwie nie była pierwszą osobą z reklamacją, ponieważ hodowca wycofał się z rynku.

Butch i Roxi, nawet kiedy zachowywały się przyzwoicie, nadal były coraz większymi świniami, czego nie mogliśmy ignorować. Były też świniami wydającymi bez przerwy przeróżne głośne dźwięki, jakby nasz ogród był polem bitwy. Na szczęście sąsiedzi wykazali się niespotykaną wręcz wyrozumiałością, gdy uprzedzając ewentualne skargi, biegłem do nich z przeprosinami. Musiałem powtórzyć to nieskończoną ilość razy, aż w którymś momencie jako rekompensatę zacząłem zanosić im jajka od naszych kur. Kiedy zamienialiśmy przy okazji kilka słów na temat naszego niełatwego życia z kwiczącym inwentarzem, okazywali nam empatię i ze zrozumieniem kiwali głowami, gdy dodawałem, że nie mieliśmy pojęcia, w co się wpakujemy. A po cichu z pewnością uznali nas za naiwnych entuzjastów, którzy pod wpływem impulsu sprawili sobie świnie, lekkomyślnie nie zasięgnąwszy języka, jak to wszystko będzie wyglądać. I niewątpliwie mieli rację.

 

Gdzie jest to błotko…

 

Z tym że w pewnym sensie byliśmy szczęśliwi. Owszem, opieka nad świniami wymagała poświęcenia, ale przecież bardzo nam zależało, by naszym podopiecznym żyło się jak najlepiej. W rezultacie można by nawet powiedzieć, że nasze życie podporządkowaliśmy świniom. Doszło do tego, że książkę, nad którą wówczas pracowałem, odłożyłem na bok i zacząłem pisać coś w rodzaju pamiętnika, by podzielić się zdobywanym doświadczeniem. Robiłem to innym ku przestrodze, bo co tu owijać w bawełnę, po prostu ktoś wystrychnął nas na dudka.

Zapisałem się też – choć trochę za późno – na kurs dla hodowców świń, który prowadził bardzo sensowny starszy pan, i to on podsumował naszą sytuację. Niestety z jego diagnozy nie powiało optymizmem: Ponieważ świnie stały się dla ludzi atrakcyjne, a zminiaturyzowana wersja rokuje niezłe pieniądze, to niektórzy hodowcy wybierają drogę na skróty.

– Świnki miniaturowe nie są żadną uznaną, zarejestrowaną rasą – powiedział. – Nie ma żadnej gwarancji, że potomstwo świnek miniaturowych nie urośnie. Żeby tak się stało, potrzeba trzydziestu, a może i nawet czterdziestu lat hodowli pod ścisłą kontrolą. A państwo niewątpliwie macie dwa mieszańce.

Ja z kolei powiedziałem, że moje świnie to podobno rodzeństwo, ale kiedy pokazałem zdjęcie, hodowca roześmiał się. Innymi słowy, wygląda na to, że świnki miniaturki należy między bajki włożyć! Prosiaki sprzedaje się dla zysku, a ludzie kupują, bo chcą mieć coś niezwykłego, coś w stylu współczesnego jednorożca, albo też, tak jak my, po prostu jeszcze dwóch czworonożnych ulubieńców.

Owszem, istnieją prawdziwe hodowle małych świń, takich jak świnie wietnamskie zwisłobrzuche czy kunekune, ale czy naprawdę są one takie małe, to już zależy od tego, co rozumie się pod pojęciem „mała świnia”. W każdym razie sam pomysł, że dorosła świnia ma zmieścić się w torbie, to bzdura. Żadna dorosła świnia do torby nie wejdzie, najwyżej ją zeżre, kiedy nieopatrznie ową torbę zostawisz na jej drodze. A Butch i Roxi to tak naprawdę dwa zwyczajne świńskie kundle, które kosztowały niemało. Oczywiście i tak bardzo je kochaliśmy. Mało tego, ich obecność jeszcze bardziej konsolidowała naszą rodzinę. Butch i Roxi były przecież jak buzujący ogień w kominku, do którego garną się wszyscy. Albo inaczej. Rodzina garnie się do siebie również wtedy, gdy raptem znajdzie się pod obstrzałem.

Nie należymy do ludzi, którzy bez skrupułów pozbywają się swoich czworonogów. Świnki były z nami, a Emma i ja włożyliśmy sporo pracy w zdobywanie wiedzy na temat hodowli świń i jakoś udawało nam się to wszystko pchać do przodu. Winston Churchill kiedyś powiedział, że gdy spojrzysz świni w oczy, ona zrobi to samo. Ja, naturalnie, także spoglądałem. Za każdym razem, gdy przykucnąłem i zajrzałem w świńskie oczka – najczęściej błagalnie, bo przekazując gorącą prośbę, by postarały się choć przez jeden dzień być świńskimi ideałami i nie sprawiać żadnych kłopotów – dwie pochrząkujące istoty też zaglądały mi w oczy, a w ich spojrzeniu było tyle radości życia i determinacji, ile ja na pewno nie byłbym w stanie z siebie wykrzesać. I zawsze była to cudowna chwila, kiedy to człowiek i świnia są razem, i niemal namacalnie pojawia się nić porozumienia.

A o to przecież chodziło. Żeby Butchowi i Roxi było u nas jak najlepiej. I choć opieka nad nimi była nie lada wyzwaniem, a my okazaliśmy się za słabo do tego przygotowani, wiele było przy tym radości i miłych chwil. Oczywiście także obowiązków. Nie mieliśmy pojęcia, w co się wpakowaliśmy, ale pocieszałem się, że nie my pierwsi i zapewne nie ostatni uwierzyliśmy w bajkę o świnkach miniaturkach. Wiele innych osób, mając jak najlepsze chęci, brało je pod swój dach, by po jakimś czasie dojść do wniosku, że jednak to wszystko ich przerasta. Dosłownie. W całym kraju do schronisk dla zwierząt zaczęły napływać świnie, kiedyś podobno miniaturki, a teraz wielkie i bardzo smutne, bo samotne. Emma i ja nigdy byśmy czegoś takiego nie zrobili. Nasz świnie stały się już częścią naszego życia i nawet jeśli próbowały każdy aspekt tego życia zdominować, to zgodnie uważaliśmy, że Butch i Roxi, tak jak i my, mają prawo do szczęśliwego i spełnionego życia. I byliśmy gotowi zrobić wszystko, by tak się stało.

 

Raptem okazuje się, że świnie są genialne

 

Od chwili, gdy obwołałem się hodowcą świń, minęło sporo czasu. Emocjonalne blizny zagoiły się, trawa dzięki kompostowi bujnie odrosła, a w pamięci pozostały przede wszystkim urocze wspomnienia. Nawet kiedy czasami przypomnę sobie te ich ucieczki, które doprowadzały mnie do szału, uśmiecham się z rozrzewnieniem. Natomiast Butch i Roxi sprawiły, że mięsa nikt z nas już nie tknął z szacunku do żywych istot i dla ich dobra.

Teraz, kiedy Butcha i Roxi już z nami nie ma, mogę spokojnie o nich porozmyślać. O czworonożnych istotach niebywale przybierających na wadze, co wprost mnie fascynowało, o istotach, które zaprosiliśmy do naszego świata, a one konsekwentnie go demolowały. Naturalnie z naszego punktu widzenia. A jak one się na to zapatrywały? Jak w ogóle postrzegają świat? Na podstawie doświadczenia zdobytego dzięki obcowaniu ze świniami doszedłem do wniosku, że jest to gatunek obdarzony głębokim umysłem. Oczywiście nie znaczy to, że świnie mają smykałkę do algebry, malowania czy poezji, ale niewątpliwie tam, między uszami, dzieje się coś niezwykłego. Coś, co miałbym wielką ochotę przebadać gruntownie, ponieważ moim zdaniem jest to idealny konglomerat instynktu i inteligencji, w konsekwencji czego świnia jeśli czegoś zachce, to zawsze to zdobędzie.

Świnie są nie tylko inteligentne, ale również wyjątkowo towarzyskie. Butch i Roxi, choć nie były rodzeństwem, tworzyły praktycznie nierozłączna parę. Czy dlatego, że taki był wymóg chwili? Czy też były pokrewnymi duszami? Roxi wykorzystywała swoją imponującą posturę, by odepchnąć Butcha od koryta, natomiast wieprzek był zdecydowanie szybszy i umykał z jabłkiem w pysku, zanim Roxi zdążyła mu ten smakołyk odebrać. Czyli jeśli chodzi o jedzenie, to przepychały się i potrącały, natomiast w nocy jedno drugiemu służyło za ciepły kocyk, układając się pyskiem na jego grzbiecie.

A jeśli chodzi o bieganie i ucieczki, to nieważne, które w którą stronę pobiegło, ponieważ finał zawsze był taki, że natrafiałem na obie świnki przebywające razem. A więc czy świnie są lojalnymi przyjaciółmi, jak to bywa między ludźmi, czy też nie, i potrafią się pokłócić? Czy popełniając przestępstwo, chcą mieć wspólnika? Czy potrafią kochać i nienawidzić, pocieszyć, służyć radą i pomocą? Są wesołe czy złośliwe? Czy rzeczywiście są leniwe, egoistyczne i zachłanne, bo przecież znaczenia się pojawiają, gdy kogoś porównuje się do świni?

I jeszcze coś. Świnie nie dysponują żadną technologią, za pomocą której ludzie się kontaktują. Jak więc komunikują się ze sobą? Co mówią? Co skłania je do rycia w ziemi od świtu do nocy w poszukiwaniu jednego żołędzia? Wszystko to było dla mnie tajemnicą, a ja bardzo chciałem przynajmniej coś niecoś rozgryźć. Napędzała mnie czysta ciekawość, ale i coś bardziej osobistego: po prostu pragnąłem jeszcze lepiej poznać te czworonogi.

Dlatego skorzystałem z pomocy ludzi, którym udało się spojrzeć świniom w oczy głębiej niż mnie. Dzięki nim wiem już o wiele więcej, niż zdołałem się sam nauczyć na swoich błędach, kiedy byłem hodowcą nie najwyższych lotów. Przekazano mi wiedzę nie tylko o samych świniach i ich osobowości – a potrafią być różne – lecz również o relacjach z ludźmi. O tym, jak nawiązać z nimi kontakt i dzięki temu przekonać się, że życie tych zwierząt może być tak samo urozmaicone, pełne wyzwań i satysfakcjonujące jak nasze życie, jak życie człowieka.

Napisz swoją opinię i oceń książkę

Przedstaw się



Twoja ocena


WYŚLIJ