Romans Historyczny
Piękna nieznajoma
11,99 zł
14,99
KUP TERAZ

Piękna nieznajoma

Annie Burrows
brak opinii
Liczba stron: 272
ISBN: 9788327642431
Premiera: 2019-03-28

Po zakończonej wojnie major Jack Hesketh powraca do Londynu, aby zająć należne mu miejsce w towarzystwie jako hrabia Becconsall. Nie ma jednak zamiaru bywać na balach debiutantek i szukać żony. Od dobrego towarzystwa woli hulanki przyjaciółmi z armii. W drodze powrotnej z zakrapianego przyjęcia Jack spada z konia, a przejeżdżająca nieopodal piękna kobieta zatrzymuje się, aby mu pomóc. Kiedy się nad nim nachyla, Jack całuje ją i za zuchwałość zostaje ukarany uderzeniem szpicrutą. Nazajutrz Jack postanawia przeprosić nieznajomą. Okazuje się jednak, że wcale nie jest łatwo ją znaleźć…

Panna Harriet Inskip odrzuciła w tył głowę i głęboko odetchnęła. W powietrzu wciąż czuła zapach sadzy, lecz o tak wczesnej porze nie wypierał on całkowicie znacznie milszych woni wilgotnej trawy, konia i skórzanej uprzęży. Wcale jej nie przeszkadzało, że ledwie zaczyna się rozwidniać, a drzewa i kwiaty rosnące przy Serpentine z trudem można rozróżnić. Przecież nie przyjechała tu, aby podziwiać uroki krajobrazu.
Wychyliła się do przodu i poklepała szyję klaczy.
– Cienista, pogalopujemy, dopóki nikt nam nie zabrania, dobrze?
Klacz zarżała i uderzyła kopytem o ziemię, jakby chciała pokazać, że ma ochotę na ruch na świeżym powietrzu, podobnie jak jej pani. Wystarczyło, że Harriet lekko trąciła ją obcasem w bok, a Cienista ruszyła.
Przez kilka wspaniałych minut galopowały po parku, upajając się pędem i swobodą. Klacz demonstrowała siłę i żywotność, a Harriet czuła się wolna. Wreszcie choć na krótko nieskrępowana konwenansami, które w sposób bezwzględny ograniczały wszelkie poczynania młodych dam.
Nieoczekiwanie w ten błogostan wdarł się dźwięk, który zjeżył włoski na karku Harriet i sprawił, że Cienista z galopu przeszła w półkłus. Było to rżenie innego konia, dobiegające zza pnia kasztanowca, a przy tym tak przenikliwe, że przechodziło niemal w jęk.
Harriet ściągnęła cugle klaczy i spróbowała ją uspokoić, bo wyraźnie przestraszona zastrzygła nerwowo uszami. W tym momencie spomiędzy drzew jak wystrzelony z armaty wypadł wielki czarny ogier. W pierwszej chwili Harriet pomyślała, że wierzchowiec komuś uciekł, lecz kiedy się zbliżył, dostrzegła ciemny kształt skulony na jego grzbiecie i ludzkie nogi dyndające mu po bokach.
– Co za idiota – mruknęła do siebie, w ten sposób oceniając jeźdźca.
Kurczowo trzymał się ogiera, ponieważ nie założył mu siodła. Może nie miał czasu, bo chciał ukraść to wspaniałe i bez wątpienia bardzo kosztowne zwierzę. Wyglądało na to, że koń niczego nie pragnie bardziej, niż pozbyć się intruza. Przegalopował między drzewami, a kiedy tylko wydostał się na otwartą przestrzeń, zaczął stawać dęba i wierzgać.
– Co za idiota – powtórzyła głośniej Harriet, widząc, że ogier kieruje się prosto do bramy. O tej porze nie było dużego ruchu, ale gdyby wydostał się na ulicę, stanowiłby poważne zagrożenie dla Bogu ducha winnych przechodniów.
– Ruszaj, Cienista – powiedziała, klepnąwszy klacz szpicrutą w bok. – Musimy odciąć tym dwóm drogę do wyjścia, zanim narobią kłopotów.
Klaczy nie trzeba było tego powtarzać, uwielbiała się ścigać. Tym razem jednak Harriet wolała zachować ostrożność. Nawet gdyby zdołała dogonić rozpędzonego ogiera, nie byłaby w stanie go zatrzymać. Była dumna ze swoich umiejętności jeździeckich. Zdawała sobie jednak sprawę, że siedząc w damskim siodle i próbując w biegu złapać za cugle obcego wierzchowca, prawie na pewno wylądowałaby na ziemi. Taka akcja wymagała nie lada akrobacji. Poza tym wiedziała, że żaden koń nie wpadnie na drugiego, o ile nie jest kompletnie oszalały ze strachu. Czarny ogier na takiego nie wyglądał, choć niewątpliwie był rozwścieczony.
Tak jak przypuszczała i zarazem żywiła nadzieję, już po kilku jardach dorodny ogier zauważył, że one się zbliżają i zboczył nieco na lewo. Na nieszczęście jeźdźca zrobił to na tyle gwałtownie, że ów, jak go Harriet nazwała „idiota”, któremu dotąd udawało się utrzymać na grzbiecie, wystrzelił do przodu ponad końskim łbem i z głuchym grzmotnięciem upadł na ziemię, gdzie leżał bez ruchu.
Uznała, że pewnie niewiele mogłaby dla niego zrobić. Natomiast była w stanie powstrzymać ogiera, żeby nie zrobił krzywdy sobie albo komuś innemu, gdyby udało mu się dotrzeć do bramy i wydostać poza park. Powtórzyła więc manewr, jakby chciała przeciąć ogierowi drogę, a on znów zrobił unik. Poza tym nie miał już potrzeby galopować ze wszystkich sił, ponieważ pozbył się niechcianego jeźdźca. Za pomocą umiejętnych manewrów Harriet zmusiła ogiera do zataczania coraz mniejszych kręgów, aż w końcu wrócili razem tam, gdzie jeździec nadal leżał nieruchomo. Koń zdążył przejść w wolnego kłusa, wykonał piękną kurbetę, mijając jeźdźca, jakby odtańczył taniec zwycięstwa, po czym wzdrygnął się tak, jak gdyby zaatakowało go stado much, i wreszcie stanął, wydychając kłęby pary.
Harriet zsiadła z Cienistej, zarzuciła cugle na najbliższy krzak i powoli zbliżyła się do zziajanego, drżącego i prychającego ogiera, przemawiając do niego pieszczotliwie, żeby go uspokoić. Koń szarpnął głową, jakby w ostatnim porywie buntu, po czym pozwolił jej ująć za kantar.
– No już, no już – mówiła, przywiązując go do tego samego krzaka, przy którym stała Cienista. – Teraz jesteś bezpieczny.
Upewniwszy się, że ogier jest już na tyle spokojny, że nie będzie starał się wyrwać, spojrzała uważniej na nieszczęsnego jeźdźca.
Wciąż leżał nieruchomo.
Goniąc i próbując złapać rozpędzonego konia, Harriet nie czuła się tak zaniepokojona jak teraz, gdy przyglądała się nieznanemu mężczyźnie. Z końmi umiała postępować, w stajniach spędzała więcej czasu niż gdziekolwiek indziej. Co innego z ludźmi, a szczególnie rannymi. To całkiem odmienna sytuacja. Nie mogła jednak zostawić nieznajomego na łasce losu. Zebrała się więc w sobie i ze szpicrutą w dłoni podeszła do leżącego. Nawet nie drgnął.
Jak pomóc komuś, kto spadł z konia? Kto nawet mógł skręcić sobie kark?
Przyszły jej do głowy dwie, całkiem różne odpowiedzi. Pierwsza na pewno padłaby z ust jej ciotki, lady Susan Tarbrook, która autorytatywnym tonem nakazałaby sprowadzić pomoc, uważając, że damy nie klękają, ot tak, na mokrej trawie, i nie dotykają osób, którym nie zostały przedstawione.
Harriet żachnęła się w duchu. Z pewnością zdaniem ciotki w ogóle nie powinna się tu znaleźć. Odkąd przybyła do Londynu, zdążyła się dowiedzieć, że są setki, jeśli nie tysiące sytuacji, w których nie powinna się znaleźć. Musiałaby spędzać czas wyłącznie na siedzeniu na kanapie i haftowaniu lub przeglądaniu żurnali, aby w pełni zadowolić wymagającą krewną.
Innych odpowiedzi na postawione przez Harriet pytania udzieliłaby jej matka, która doradziłaby uważnie przyjrzeć się mężczyźnie i zorientować, jakie odniósł obrażenia, co wydawało się dość sensownym rozwiązaniem. W dalszej kolejności można by sprowadzić pomoc, gdyby okazało się to konieczne.
Przyklękła i obrzuciła leżącego bacznym spojrzeniem. Wydawało się, że żadna z jego kończyn nie uległa złamaniu. Nie dostrzegła też śladów krwi. Gdyby nie widziała, jak spadał, mogłaby pomyśleć, że postanowił uciąć sobie drzemkę.
Odchrząknęła, a kiedy się nie poruszył, wyciągnęła rękę i delikatnie potrząsnęła jego ramieniem, co wywołało pomruk protestu. Zachęcona, potrząsnęła nim jeszcze raz, ale trochę mocniej. Otworzył oczy, które okazały się zadziwiająco niebieskie. Głębokie bruzdy biegnące od zewnętrznych kącików oczu mogły oznaczać, że często się śmiał albo mrużył oczy przed słońcem. Za tym ostatnim przypuszczeniem przemawiałby fakt, że był opalony, w odróżnieniu od większości mężczyzn, których jej ostatnio przedstawiano. W rozumieniu salonowym nie był przystojny. Miał twarz nieco zbyt kanciastą i za mocną szczękę, by odpowiadała kanonowi męskiej urody, przyjętemu i uznawanemu w wyższych sferach, a mimo to bardzo pociągającą.
Nieoczekiwanie uśmiechnął się do Harriet, jakby ją rozpoznał i ucieszył się na jej widok. Zaskoczyło ją to. Podobnie jak fakt, że odczuła przyśpieszone bicie serca.
– Umarłem i już jestem w niebie – powiedział, owiewając ją przy tym słodką wonią, która musiała mieć swoje źródło w butelce brandy.
Odsunęła się, ale nie dość szybko, bo nieznajomy zdołał ją objąć i pociągnąć ku sobie, tak że na niego upadła. Kiedy przerażona z trudem łapała oddech, ujął jej głowę w dłonie i wykonał manewr, który sprawił, że leżeli twarzą w twarz. Zaraz po tym ją pocałował.
Chociaż Harriet nigdy dotąd nie całowała się z mężczyzną i była wstrząśnięta, że akurat ten opój pierwszy się na to poważył, to przyszło jej do głowy, że ma on w tej materii spore doświadczenie. Ku swemu zaskoczeniu, wcale nie odczuła wstrętu, przeciwnie, nieznane jej wcześniej doznania zelektryzowały jej ciało, co na pewno nie było właściwe.
– Rozchyl wargi, kochanie – powiedział nieznajomy i czar prysł.
Z całej siły zacisnęła usta i się szarpnęła, uświadamiając sobie, że powinna walczyć. Wtedy on się roześmiał, po czym spróbował się przeturlać, jakby chciał nad nią górować, a to wszystko zmieniało. Na krótką chwilę Harriet pozwoliła, żeby zwyciężyła w niej ciekawość, lecz nie mogła dopuścić, by mężczyzna przygniótł ją do ziemi i uczynił całkiem bezbronną.
Zrobiła więc to, co od razu należało uczynić. Na tyle, na ile mogła, oswobodziła prawą rękę i świsnęła go szpicrutą. Trzymał ją bardzo blisko siebie i nie miała jak się zamachnąć, więc nic mu się nie stało. Zdołała go jednak zaskoczyć.
– Puść mnie, ty bydlaku! – wypaliła, starając się, żeby zabrzmiało to jak najbardziej obraźliwie, po czym zaczęła się wyrywać.
Puścił ją od razu, chociaż wyglądał na zaskoczonego tym żądaniem. Jednak uwolnić się od niego wcale nie było łatwo, bo spódnica amazonki owinęła się wokół kolan Harriet, odsłaniając łydki.
– Ooooch… – westchnął z lubością nieznajomy – jak przyjemnie.
Przymknął oczy i kołysał się lekko, okazując niedwuznacznie, że jej wściekłe wysiłki, żeby się uwolnić, tylko go podniecają.
– Ty… ty bydlaku – rzuciła i jeszcze raz zamachnęła się szpicrutą.
Skrzywił się i potarł ramię, w które go uderzyła, tym razem skutecznie. Niestety, straciła równowagę i znów na niego upadła.
– Takie zabawy wcale mi się nie podobają – zaprotestował nieznajomy. – Wolałbym, żebyśmy się jeszcze trochę pocałowali, a potem…
– A potem nic – odparła, podnosząc się znowu i próbując odkręcić zrolowaną spódnicę. – Pan najwyraźniej nic sobie nie zrobił przy upadku z konia, chociaż zasłużył… by skręcić kark.
Harriet wreszcie zdołała oswobodzić nogi.
– To chyba zbyt surowo – zauważył leniwie.
– Wcale nie. Jest pan pijany i próbował jechać na koniu, nad którym nawet na trzeźwo trudno byłoby zapanować. Co pan sobie wyobrażał? Mógł mu pan zrobić krzywdę!
– Na pewno nie. Umiem jeździć na każdym koniu, czy jestem trzeźwy, czy pijany…
– Chyba jednak pan nie umie, inaczej nie zrzuciłby pana i teraz pan by tu nie leżał.
– Lucyfer by mnie nie zrzucił, gdyby pani nagle nie zajechała nam drogi i go nie przestraszyła.
– Za to poniósłby pana na ulicę, gdzie stratowałby jakąś Bogu ducha winną przekupkę, a pan bez wątpienia skręciłby kark, gdyby zrzucił pana na bruk.
– Mogłem się domyślić, że to jest zbyt piękne, aby było prawdziwe – zauważył nieznajomy i znowu westchnął. – Może pani wygląda jak anioł, całuje jak syrena, ma piękną parę nóżek, lecz przy tym wszystkim jest uosobieniem harpii.
Dech jej zaparło. Nie tyle z powodu obrazy, co uwagi o nogach, które niestety o wiele za bardzo się odsłoniły.
– Cóż, jest pan gburem, i to pijanym!
W końcu udało się Harriet wstać, co było o tyle szczęśliwe, że w tym momencie w jej polu widzenia pojawiło się trzech zataczających się mężczyzn.
– O mój Boże, tylko na to popatrzcie! – zawołał jeden z nich, ten, który pierwszy do nich podszedł.
Był to szczupły, dobrze ubrany mężczyzna o zimnych szarych oczach i zaciętych ustach.
– Ulises potrafi uprzyjemnić sobie czas nawet wtedy, gdy leży rozciągnięty na ziemi, na jakimś pustkowiu.
Harriet poczuła, że przechodzi ją lodowaty dreszcz, bo mężczyzna o zaciętych ustach patrzył na nią tak, jakby chciał sobie z nią uprzyjemnić czas.
– Nie mam najmniejszego zamiaru dostarczać nikomu rozrywki – oświadczyła dobitnie, choć miała duszę na ramieniu, i zaczęła zmierzać w stronę Cienistej, chociaż nie wiedziała, jak zdoła się na nią wspiąć. – Podeszłam tylko po to, aby sprawdzić, czy nie trzeba pomóc.
– Z pewnością może pani pomóc rozsądzić zakład – rzekł mężczyzna, który podszedł jako drugi. Miał długą grzywkę, którą bezskutecznie usiłował odgarnąć sobie z oczu. - Czy on zdążył dojechać do Cumberland Gate, zanim Lucyfer go zrzucił?
– To był zakład? – Harriet zwróciła się do błękitnookiego Ulisesa, który wpółleżał na trawie i podparty na łokciu, przysłuchiwał się rozmowie. – Dla zakładu ryzykował pan, że to wspaniale zwierzę zrobi sobie krzywdę?
– Ryzykował tylko własnym karkiem – odparł mężczyzna o zimnych oczach. – Lucyfer potrafi o siebie zadbać – dorzucił, podchodząc do ogiera, żeby z dumą poklepać go po szyi.
Zachowanie konia wskazywało wyraźnie, że jest to jego pan.
Serce Harriet zabiło niespokojnie. Tego, którego nazywali Ulisesem, nie bała się nawet wtedy, kiedy próbował przycisnąć ją do ziemi. W jego sympatycznej kanciastej twarzy było coś, co wzbudzało zaufanie, a może sprawiał to błysk w niebieskich oczach – tego nie potrafiła rozstrzygnąć. Natomiast mężczyzna o zimnych oczach i wąskich wargach miał w sobie coś mrocznego. Zdaniem Harriet przypominał drapieżnika. Nawet to, że lubił swojego konia, a ogier najwyraźniej odwzajemniał to uczucie, nie czyniło zeń życzliwej, przyjacielskiej osoby. Zresztą, potwierdził jej podejrzenia, zwracając się do niej z kpiącym uśmiechem.
– To niezbyt ładnie z pani strony nagradzać Ulisesa całusem, skoro to ja wygrałem zakład – orzekł i zbliżył się do niej o krok.
Zamierzyła się szpicrutą i pewnie zdzieliłaby go w policzek, gdyby nie zdążył się uchylić, co zrobił tak błyskawicznie i sprawnie, że jednocześnie zdumiało ją to i przeraziło. Nawet w stanie upojenia alkoholowego ten mężczyzna stanowił zagrożenie dla samotnej kobiety.
Nie spuszczając z niego wzroku, Harriet postąpiła trochę w bok, w stronę, gdzie przywiązała Cienistą, i niespodziewanie wpadła na coś, co sprawiało wrażenie ściany z cegieł.
– Oooch! – rozległ się jęk.
Okazało się, że ma za plecami olbrzyma, trzeciego z kompanów Ulisesa.
– To nic takiego – zauważył typ o zimnych oczach, podczas gdy olbrzym z żałosną miną rozcierał sobie brzuch. – Mnie zaatakowała z premedytacją.
– Na pewno dlatego, że ją przestraszyłeś – odpowiedział olbrzym. – Widać, że to nie żadna latawica.
– W takim razie co robi sama w parku, w dodatku o nietypowej porze? Na dodatek całuje przygodnych mężczyzn, poniewierających się na trawie? – Mężczyzna o zimnych oczach rzucił Harriet spojrzenie pełne pogardy, pod wpływem którego ogarnął ją wstyd.
– Nie mogła mi się oprzeć – oświadczył Ulises, mrugając do niej porozumiewawczo.
– Ciebie to chyba nie lubi, Zeus – wtrącił ten z przetłuszczoną grzywką, spoglądając na Zimnookiego.
Tymczasem Harriet doszła do Cienistej i sięgała po lejce. Nie miała pojęcia, jak zdoła na nią wsiąść. Nie było tu podnóżka, na którym mogłaby stanąć, ani stajennego, który podałby jej strzemię.
Właśnie miała się poddać i pomaszerować do domu na piechotę, prowadząc konia za uzdę, kiedy poczuła, że para potężnych rąk obejmuje ją w talii. Niewiele myśląc, smagnęła szpicrutą i trafiła nieproszonego pomocnika w czubek głowy.
– Ooooch – jęknął znów olbrzym, ale podniósł Harriet i posadził w siodle. – Nie było takiej potrzeby – mruknął i wycofał się dość speszony.
Rzeczywiście, nie było takiej potrzeby. Skąd jednak miała wiedzieć, że olbrzym nie żywi złych zamiarów?
– W takim razie bardzo pana przepraszam – powiedziała, szukając stopą strzemienia. – A co do reszty z was – dodała, usadowiwszy się wygodnie na grzbiecie Cienistej – powinniście… wszyscy… wstydzić się za siebie.
Zrobiła dumną minę, zadarła brodę i powoli ruszyła z miejsca, chociaż serce trzepotało jej w piersi jak schwytany i umieszczony w klatce ptak. Nie mogła pozwolić, by ci mężczyźni pomyśleli, że ucieka. Nie chciała dać im tej satysfakcji.

Napisz swoją opinię i oceń książkę

Przedstaw się



Twoja ocena


WYŚLIJ