Thriller / Sensacja / Kryminał
Głęboki grób
38,99 zł
38,99
KUP TERAZ

Głęboki grób

Mick Finlay
brak opinii
TAKŻE JAKO E-book icon
Liczba stron: 416
Oprawa miękka
ISBN: 9788327637758
Premiera: 2019-03-13
Tłumaczenie: Leszek Stafiej
Opracowanie graficzne okładki: Emotion Media

Londyn 1896. Miasto żyje kolejnym sukcesem Sherlocka Holmesa. Znany detektyw jest ulubieńcem śmietanki towarzyskiej, na jego usługi mogą sobie pozwolić tylko najbogatsi. Jednak zbrodnia kwitnie też w mrocznych zaułkach południowego Londynu, gdzie zabójstwa zleca się równie łatwo, jak uszycie nowej koszuli. To pole działania Williama Arrowooda, który uważa się za najlepszego prywatnego detektywa w mieście, chociaż daleko mu do sławy i bogactwa Holmesa. Kiedy Arrowood dostaje nowe zlecenie, jest pewien, że to będzie jedna z najłatwiejszych spraw w jego karierze. Odnaleźć zaginioną dziewczynę? Nic prostszego. Tyle że śledztwo szybko zamienia się w pogoń za mordercą, a droga do prawdy jest równie bezpieczna, jak spacer nad przepaścią. Wystarczy jeden fałszywy krok, by Arrowood przegrał walkę z wszechobecnym złem. 


Kiedy nazajutrz po południu spotkaliśmy się U Pani Willows na kawie, czekał na nas telegram od Rosanny Ockwell. Pisała, że Birdie już wróciła, więc mogą spotkać się z nami jutro o czwartej. Szef poklepał mnie po plecach, zebrał gazety do czytania i usiadł ciężko na ławie pod oknem.
– Zjedzmy kawałek tego ciasta z ziarnami, Barnett! – zawołał znad Pall Mall Gazette. – Duży kawałek, Rena, jeśli można prosić!
Rena Willows spojrzała na mnie i uniosła oczy ku niebu. Jej lokal nie był może miejscem zbyt wykwintnym, ale przez całe lata załatwialiśmy tu mnóstwo interesów, czemu nigdy się nie sprzeciwiała. Czasem zastanawiałem się, czy przypadkiem nie czuje mięty do szefa. Trudno byłoby jednak w to uwierzyć, patrząc na tę jego wielką jak stara rzepa głowę i wypięte brzuszysko, które zwisało między nogami jak jakiś monstrualny pudding.
Pochłonął swoją porcję ciasta tak łapczywie, jakby nic nie jadł od tygodnia, a przecież na własne oczy widziałem, jak ledwie dwie godziny wcześniej wtrząchnął całą wielką michę ostryg. Dmuchając na kawę w kubku, strzepnął okruchy ciasta z gazety.
– Myśli pan, szefie, że przyjadą razem z Birdie? – zapytałem.
– Sądząc po wyglądzie tego gospodarstwa, nie śmierdzą groszem. Jeśli uwierzyli, że chodzi o spadek, to mogą ją przywieźć.
– A dlaczego potraktował ich pan wczoraj tak ostro?
– Bo nie wyglądało mi na to, żeby uprzejmość mogła zrobić na nich jakieś wrażenie. Takim ludziom imponuje władza. Skoro już wzięli mnie za prawnika, to postanowiłem potwierdzić ich przypuszczenia. Wolałem potwierdzić je swoim zachowaniem, zamiast wymyślać jakieś fałszywe informacje. Od razu kiedy Walter powiedział, że Birdie pojechała odwiedzić rodziców, wiedziałem, że to nieprawda, a ona jest w domu. To było oczywiste. Nie widziała rodziców od dnia ślubu i on z pewnością doskonale o tym wiedział. Po prostu Walter myśli zbyt wolno, żeby dobrze kłamać.
Wypił łyk kawy, siorbiąc głośno, po czym bez żadnego ostrzeżenia kichnął prosto na moją rękę.
– Pozostaje jednak pytanie, dlaczego nie pozwolili nam z nią porozmawiać.
– Może Walter zrobił jej jakąś krzywdę i nie chcą, żeby to wyszło na jaw – powiedziałem, wycierając rękę o spodnie.
– Jeśli dopisze nam szczęście, to zobaczymy ją jutro. Musimy też ściągnąć tu Barclayów i być może na tym sprawa się zakończy. Nawet Holmes nie umiałby zamknąć jej szybciej. A swoją drogą, dostałem dziś rano wiadomość od Crapesa. Może będzie miał dla nas jakąś nową robotę. W samą porę, bo na tym zleceniu raczej nie zarobimy zbyt wiele.
Crapes był prawnikiem, który czasem nas zatrudniał. Zazwyczaj chodziło o kilkudniowe śledzenie męża albo żony, żeby nakryć ich na romansowaniu. Nie przepadaliśmy za takimi zleceniami. Szefowi najbardziej zależało na sprawach, które mogły na tyle wzmocnić jego reputację, żeby słowa „detektyw William Arrowood” znalazły się w nagłówkach gazet, podobnie jak imię i nazwisko innego wielkiego detektywa w mieście.
Wrócił do lektury gazety rozłożonej na stole.
– Czy słyszałeś, Barnett, o tej obłąkanej kobiecie z Clapham? – zagadnął po chwili. – Nie uznawała instytucji małżeństwa, chciała mieszkać z kochankiem bez ślubu, więc rodzina postanowiła zamknąć ją w zakładzie psychiatrycznym. Powołano lekarza, który stwierdził, że kobieta cierpi na „monomanię”. – Szef podniósł na mnie wzrok. – Spowodowaną... Posłuchaj, Barnett, mówię do ciebie… Spowodowaną uczestnictwem w zgromadzeniach politycznych podczas menstruacji. Słyszałeś coś podobnego? – Gdy zaprzeczyłem ruchem głowy, mówił dalej: – Oczywiście, że nie słyszałeś, bo ten cymbał po prostu zmyślił tę diagnozę – podsumował, odwracając gwałtownie kolejną stronę gazety, po czym natychmiast zmarszczył czoło i mruknął ze złością.
Zerknąłem z ukosa, żeby sprawdzić, co go tak zirytowało, i przeczytałem:
LORD SALTIRE ZDROWY I CAŁY. SHERLOCK HOLMES ROZWIĄZUJE ZAGADKĘ.
TO NAJLEPSZY DETEKTYW NA ŚWIECIE – TWIERDZI KSIĄŻĘ HOLDERNESSE.
Relację zamieszczono na całej kolumnie gazety. Szef czytał, dysząc ciężko i kręcąc głową z kwaśną miną.
– Czego tym razem dokonał? – zapytałem.
– Zarobił sześć tysięcy funtów, Barnett! – odparował szef, wściekle zrzucając gazetę na podłogę. Wargi drgały mu tak, jakby tłumił łkanie. – Za dwa dni pracy – dodał szeptem.

Wróciliśmy do kawiarni U Pani Willows następnego dnia po południu. Przez cały dzień padał zimny deszcz, a o tej porze zrobiło się ciemno. Państwo Barclayowie już na nas czekali. Siedzieli w kapeluszach zawinięci w płaszcze, zupełnie jak w omnibusie. Pan Barclay wiercił się niespokojnie, a od zimnego wiatru twarz miał zaczerwienioną jeszcze bardziej niż zwykle. Pani Barclay spoglądała na pozostałych klientów lokalu z pewnym poczuciem wyższości. Na wypadek gdyby Birdie na widok rodziców próbowała ucieczki, szef zaproponował, by przesiedli się do małego stolika w głębi sali, tuż za grupką dorożkarzy, którzy wstąpili tu na chwilę, by odpocząć od okrutnych warunków panujących na dworze.
– Będą państwo mieli okazję zobaczyć, jak córka się miewa – wyjaśnił. – Proszę zachować spokój i nie robić niczego, co mogłoby rozdrażnić Waltera. W żadnym wypadku nie wolno go o nic oskarżać. A przede wszystkim córka ani przez moment nie może poczuć się czemukolwiek winna.
– Ależ oczywiście! – zapewnił pan Barclay, wodząc rozbieganym spojrzeniem po sali. Nerwowo przy tym poruszał nogą, że aż trząsł się cały stół.
– Ty zaczekaj na zewnątrz, Barnett. Kiedy się pojawią, przepuść ich przodem. A gdyby próbowali zawrócić na widok państwa Barclayów, przytrzymaj drzwi, żebym miał czas odwieść ich od tego zamiaru. – Zwracając się do naszych zleceniodawców, dodał: – Reszta zależy od państwa decyzji.
Wyszedłem na ulicę, podniosłem kołnierz i z rękami w kieszeniach czekałem w deszczu i zimnie. Przy krawężniku stały trzy wolne dorożki zaprzężone w konie z ponuro zwieszonymi łbami. Obok przeszły dwie dziewczyny w błazeńskim nastroju, pozdrawiając wszystkich mijanych przechodniów. Po przeciwnej stronie ulicy wymachiwał dzwonkiem i kroczył z tacą na głowie sprzedawca racuchów i zachwalał swój towar, udając, że nie wie, że nikt nie je racuchów w deszczu. Niebawem od strony Blackfriars Road pojawiła się Rosanna Ockwell w grubym brązowym płaszczu i owinięta szalem, w prostym, czarnym, zawiązanym pod szyją czepku na głowie.
– Dzień dobry, panie Barnett – przywitała mnie, skinąwszy głową. – Pan Arrowood jest w środku, tak?
– Tak. – Otworzyłem przed nią drzwi.
Weszła do środka i lustrowała zajęte stoliki, aż jej wzrok padł na Barclayów.
– Co to ma znaczyć? – zapytała ostro, odwracając się do mnie. – Co oni tu robią?
– Ta sprawa ich również dotyczy, madame – odparłem, blokując drzwi.
Przeszyła mnie gniewnym i przenikliwym spojrzeniem. Miałem wrażenie, że widzi każdą moją słabość i wszystkie niegodziwości, jakie mam na sumieniu.
– Panno Ockwell, czy jest z panią Birdie? – zapytał szef, podnosząc się za stołem.
– Czeka za rogiem – odparła, zwracając się do niego. Twarz miała bladą z wyjątkiem kilku mocnych czarnych włosków nad górną wargą. – Ale nie przyjdzie tu, dopóki nie wyjdą ci dwoje.
– Ale dlaczego?
– Dlatego, że nie chce mieć z nimi nic wspólnego. Nigdy nie obchodzili się z nią jak należy. I nigdy im na niej nie zależało.
– To podłe łgarstwo! Jak pani śmie?! – krzyknął pan Barclay, podrywając się na nogi. – To pani tak ją do nas nastawiła! Niech ją tu pani natychmiast przyprowadzi, bo będą kłopoty! Ostrzegam panią!
Dorożkarze zamilkli jak nożem uciął i odwrócili się w naszą stronę, żeby lepiej widzieć przedstawienie. Rena przerwała pracę i splotła ręce na wielkim brzuchu.
– Panno Ockwell, proszę spocząć – zwrócił się do niej szef łagodnym tonem. – Porozmawiajmy o tym bez emocji.
– Ona nie chce mieć z nimi nic do czynienia. Chce o nich zapomnieć.
– To nieprawda! – wrzasnął pan Barclay, uderzają dłonią w blat stołu. – Ty podła oszustko!
– Proszę zachować spokój, panie Barclay – warknął szef.
– Panie Arrowood, Birdie jest młodą damą, która potrzebuje, żeby ktoś stanął w jej obronie. I ja mam przyjemność właśnie to czynić – stanowczym, opanowanym tonem oświadczyła Rosanna. – Obiecałam jej, że będę trzymać ich od niej z dala, i zamierzam dotrzymać obietnicy.
– Tak, rozumiem, rozumiem – zapewnił szef. – Ale może da się przynajmniej uzgodnić pewne szczegóły?
– Nie dopuszczę do tego, żeby oni z nią rozmawiali. Jedyne, co potrafią, to zdenerwować to delikatne biedactwo.
Pan Barclay znowu podskoczył za stołem.
– Jakim prawem wygaduje pani takie bzdury! Kim pani jest, do licha, żeby zabraniać nam rozmowy z naszym dzieckiem? – krzyczał. – To pani zraziła ją do nas! Pani i ten pani cholerny braciszek. Proszę natychmiast zaprowadzić nas do Birdie, bo w przeciwnym razie zaręczam, że będzie pani miała poważne kłopoty.
– Proszę usiąść, sir! – powtórzył szef z naciskiem, a zwracając się do panny Ockwell, wziął ją delikatnie pod ramię i zaprowadził w stronę kontuaru, by Barclayowie nie słyszeli, o czym mówią. – Proszę się z nimi nie spierać – poprosił półgłosem. – W ten sposób nigdy nie zdołamy załatwić tej sprawy. A Birdie jest nam naprawdę potrzebna. Może jednak pójdzie pani po nią i ją tutaj przyprowadzi? Co pani na to, panno Ockwell? A ja poskromię pana Barclaya.
W tym czasie pani Barclay wstała od stołu i wymijając mnie, ruszyła do drzwi. Otworzyła je i przytrzymała, spoglądając wymownie na pannę Ockwell spod ronda eleganckiego kapelusza. Trzy czarne znamiona na jej pociągłej, smutnej twarzy wyglądały w mroku jak spływające z oka czarne łzy.
– Co ty wyprawiasz? – zaniepokoił się pan Barclay. – Przecież jeszcze nie skończyliśmy!
– Będziemy na panią czekać, panno Ockwell – zapewnił szef.
Panna Ockwell ruszyła do wyjścia. Jednak tuż przed drzwiami pani Barclay, znacznie przewyższająca ją wzrostem, zastąpiła jej drogę. Doszło do krótkiego zamieszania, kiedy panna Ockwell usiłowała ją wyminąć najpierw z jednej, potem z drugiej strony. Aż zupełnie nagle zamieszanie ustało i panna Ockwell wyszła na ulicę.
– Po co, u licha, to zrobiłaś, Martho? – zapytał pan Barclay.
– Ponieważ ty, Dunbar, jedynie pogarszałeś sytuację – odparła.
– Idź za nią, Burnett – polecił szef. – I przypilnuj, żeby tu wróciła.
Nim skończył, byłem już za drzwiami i zobaczyłem niewysoką sylwetkę Rosanny Ockwell w pewnej odległości przed sobą. Szła szybkim krokiem w kierunku placu St George’s Circus. Przyśpieszyłem kroku, przedzierając się przez gęstniejący tłum przechodniów. Na skrzyżowaniu skręciła w Charlotte Street. Dotarłem tam w samą porę, bo zdążyłem zobaczyć, jak znika na rogu w drzwiach tawerny Pod Gruszą. Odczekałem chwilę po przeciwnej stronie ulicy, ponieważ jednak nie znam tego lokalu, zaniepokoiłem się, że może mieć drugie wejście od tyłu. Ruszyłem przez ulicę, żeby wejść do środka, a wtedy w bocznej uliczce pojawiła się dwukółka i zatrzymała się, żeby przepuścić straganiarza z wózkiem wyładowanym rzepą. Ulica nie była zbyt dobrze oświetlona, więc dopiero kiedy bryczka ruszyła, minęła mnie i zaczęła się oddalać, zauważyłem, że siedzą w niej trzy osoby. Byli tam Rosanna i Walter, patrzący oboje w milczeniu prosto przed siebie, oraz jakaś kobieta siedząca po przeciwnej stronie, w głębi kabiny, z twarzą zwróconą do okna. Wiedziałem, że jest to Birdie.
Domyśliłem się, że jadą na dworzec London Bridge, więc wskoczyłem do przejeżdżającej obok pustej dwukółki. Na dworcu popędziłem po schodach na górę i zobaczyłem, jak uciekinierzy wchodzą na peron. Walter górował wzrostem nad kobietami. Chociaż Rosanna nie mierzyła więcej niż metr pięćdziesiąt, Birdie była jeszcze niższa.
Pociąg stał już na peronie.
– Hej! – krzyknąłem do nich.
Obejrzeli się wszyscy troje. Birdie otworzyła szeroko małe usta w szczupłej twarzy. Miała na sobie stary płaszcz i opadający na oczy filcowy kapelusz, które z pewnością należały do osoby znacznie pełniejszych kształtów. Wyglądała jak ptaszek, jak mała zięba z zakrzywionym dzióbkiem i okrągłymi, niewinnymi oczkami.
– Czy pan nas śledził?! – oburzyła się panna Ockwell.
– Madame, obiecała pani wrócić.
– Ale ona nie chciała tam iść. Prawda, Birdie?
Birdie patrzyła na mnie z ciekawością brązowymi oczami. Spojrzenie miała głębokie, jak jej matka. Jedną dłoń owinęła poplamioną szmatą, w drugiej trzymała szare gołębie piórko. Milczała.
– Jestem Norman, madame – przedstawiłem się. – Jestem znajomym pani rodziców.
– Dzień dobry, Norman – odpowiedziała zaskakująco niskim głosem i uśmiechnęła się w taki sam sposób jak jej matka.
– Bardzo ładne piórko – zagadnąłem.
Wyciągnęła rękę, żebym przyjrzał mu się z bliska. Jej uśmiech rozjaśnił cały ponury dworzec London Bridge. Ja też uśmiechnąłem się do niej.
– Rodzice bardzo za tobą tęsknią, Birdie – powiedziałem. – Są tutaj niedaleko. Czy chciałaby pani zobaczyć się z nimi?
– Jak nie chce, to nie musi – przerwał Walter obojętnym tonem. Miał na sobie koszulę, krawat i ciemny garnitur. W meloniku, spod którego wystawały rzadkie jasne włosy, wyglądał w tym dużym mieście jakoś nie na miejscu.
– Może chociaż na chwilkę, co, Birdie? – nalegałem. – Tylko żeby się z nimi przywitać?
Birdie nadal uśmiechała się w milczeniu, ale spuściła wzrok.
– Wsiadać proszę! – krzyknął konduktor i dał gwizdkiem sygnał do odjazdu.
– Chodźmy już – ponagliła Rosanna, chwytając szwagierkę za rękę i ciągnąc ją w stronę pociągu. Musiała ścisnąć ją mocno, bo Birdie aż syknęła z bólu.
– Możecie pojechać następnym pociągiem. Chodź, Birdie. Oni na ciebie czekają.
– Nie słuchaj go – powiedział Walter. – On nie ma prawa ci rozkazywać.
Tuż przed wejściem do wagonu Birdie potknęła się, upadła i krzyknęła, uderzając głową o mokre kamienie. Zaraz jednak, podpierając się ręką, podniosła się na kolana i szybko chwyciła kapelusz, który spadł jej z głowy. Miałem wrażenie, że jest przyzwyczajona do takich upadków.
– Wstawaj! – rozkazała Rosanna, szarpiąc ją za rękę i stawiając na nogi.
Birdie znowu jęknęła z bólu.
– Przecież to ją boli! Dlaczego ją pani ciągnie? – oburzyłem się.
– Nie ciągnę, tylko pomagam jej wstać – syknęła panna Ockwell.
Uśmiech zniknął z twarzy Birdie, oczy zaszły jej łzami. Zanim założyła kapelusz, z tyłu jej głowy dostrzegłem pod włosami ranę wielkości dużego jaja, całkiem świeżą, mokrą i lśniącą, jaskrawo czerwoną i siną po brzegach. Włosy wokół niej sklejone były żółtą ropą. Wyglądało to tak, jakby oderwano jej z czaszki płat skóry.
– Co ci się stało w głowę, Birdie? – zapytałem.
– Wkręciła sobie włosy w maglownicę – wyjaśniła Rosanna, wyrywając jej kapelusz z ręki i wciskając na głowę, żeby zakryć bliznę. – Niegrzeczna dziewczynka nie związała włosów jak należy, prawda, Birdie?
Birdie spojrzała najpierw na mnie, potem bardzo szybko na Rosannę, i znowu na mnie.
– Bolało, Norman. Bardzo bolało – powiedziała cichutko.
– Kto ci to zrobił? – zapytałem.
– Ja nie… – odparła.
– Mówiłam przecież, że maglownica – rzuciła Rosanna. – No chodź już. Wsiadamy, bo nam pociąg ucieknie.
– Twoja mama bardzo za tobą tęskni – powtórzyłem, przepuszczając w drzwiach grupę mężczyzn w czarnych płaszczach. – Może jednak pójdziesz się z nią przywitać? To zajmie tyko chwilę.
Birdie już otwierała usta, żeby coś powiedzieć, kiedy Walter nie wytrzymał i z dzikim grymasem na twarzy uderzył pięścią w ścianę wagonu.
– Przestań gadać o jej matce! – wrzasnął. – Ona nie chce już o nich słyszeć.
Stanął przede mną i chwycił za kołnierz płaszcza. Zrobił to jednak zbyt wolno i zanim wzmocnił uchwyt, wyrwałem się i podbiłem mu ręce do góry. Przez chwilę wyglądał na zdziwionego. Zaraz jednak złość wróciła i rzucił się na mnie ponownie.
– Uspokój się, Walter – poleciła siostra stanowczym tonem, chwyciła go za rękę i odciągnęła do tyłu. – Wsiadaj do pociągu.
Popchnęła go w stronę drzwi. Zrobił, jak kazała, zupełnie jakby złagodniał pod wpływem jej dotyku. Kiedy wchodził po schodkach do wagonu, przykrótkie spodnie podwinęły się do połowy łydki, ukazując szare od brudu i zawiązane na kostkach kalesony.
– Panie Barnett, ona nie chce ich widzieć – powtórzyła Rosanna Ockwell, podsadzając Birdie na schodki do wagonu. – Dał jej pan szansę i gdyby chciała, na pewno by to powiedziała. Proszę przekazać panu Arrowoodowi, żeby wszelkie dokumenty i ewentualne pytania skierował do naszego prawnika, mecenasa Outhwaite’a z Rushey Green numer czterdzieści dwa. Dopilnujemy, żeby Birdie podpisała, co trzeba.
Wspięła się do wagonu i zatrzasnęła drzwi. Widziałem przez okno, jak zajmują miejsca w przedziale.
W pociągu nie było światła, ale widziałem też, że Birdie siadła na ławce między nimi i położyła ręce na kolanach. Usta miała otwarte, wzrok wbity w podłogę. Wydawała się bardzo samotna. Walter siedział przy oknie od strony peronu, rondo kapelusza zasłaniało mu oczy. Konduktor gwizdnął dwa razy i pociąg powoli poruszył kołami, ze świstem wypuszczając spod siebie kłęby pary. Zanim odjechał na dobre, Birdie zdążyła posłać mi ostatnie spojrzenie. Już się nie uśmiechała. Zmarszczyła brwi i zacisnęła usta. Był to najsmutniejszy wyraz twarzy, jaki w życiu widziałem.

Świetnie dopracowana fabuła, duet śledczych dobrany niczym w „korcu maku”, do tego poruszenie ważnej kwestii społecznej a mianowicie wykluczenia oraz traktowania osób upośledzonych (tu z zespołem Downa).
Ironiczny (momentami absurdalny humor) dopełnia całości.

Świetny kryminał wiktoriański, który dla mnie jest czymś więcej niż zwykłym kryminałem. Polecam. 

„Głęboki grób” to naprawdę bardzo fajny, ciekawy i co najważniejsze dopracowany kryminał. Fabuła książki jest przemyślana i choć może sprawa, którą zajmuje się detektyw, nie jest zbyt trudna, a czytelnik dość szybko orientuje się kto za wszystkim stoi, to mimo wszystko z przejęciem i zaciekawieniem czyta się kolejne strony. Dużym atutem książki jest humor, który sprawia, że lektura tej powieści jest lekka i czyta się ją z ogromną przyjemnością. Mimo tego, że jest to kryminał, to momentami śmiałam się do łez z poczciwego detektywa. Autor przedstawił go w bardzo ludzki sposób. Arrowood to facet z krwi i kości, niezwykle dumny i nad wyraz pamiętliwy. Mężczyzna lubi zaglądać do kieliszka, pociąga go także laudanum i się tego w ogóle nie wstydzi. Naprawdę uwierzcie mi na słowo, iż mimo tego, że to książka, która w stu procentach ukazuje biedę, smród i ubóstwo XIX wiecznego Londynu, w którym morderstwa były na początku dziennym, to także dostarcza niekontrolowanych wybuchów śmiechu, a wszystko za sprawą świetnego detektywa, jakim jest Wiliam i jego pomagiera i przyjaciela Normana, który zawsze nawet w najgorszych chwilach służy mu pomocną dłonią.

Polecam Wam tę powieść z czystym sumieniem, bo choć może nie jest to książka, która czymś szczególnym Was zaskoczy, to na pewno świetnie spędzicie z nią czas.

Jeśli macie ochotę się nieco pośmiać, odprężyć się przy lekkiej lekturze, zdecydowanie zachęcam, powieść jest napisana niezwykle prostym językiem, więc trafi do każdego. Autor w swojej książce nie szokuje, natomiast nie czuję się rozczarowana. Jedynie nie sugerujecie się całkowicie opisem książki, który nadaje zupełnie inny klimat. 

,,Głęboki grób" to powieść, która okazała się ciekawa, z pewnością nie mogę nazwać jej złą. Miała pewne wady, ale zalet pojawiło się zdecydowanie więcej, a wiec moja ocena musi być adekwatna do stanu faktycznego. Cieszę się, że trafiłam na książkę, która zerwała ze schematami i pokazała mi trochę inny świat, bo to zdecydowanie wywarło na mnie największe wrażenie. Jeśli jeszcze nie znacie, to polecam!

Jeśli lubicie powieści detektywistyczne w stylu "Alienisty" Caleba Carra, to zdecydowanie polecam wam "Głęboki grób" oraz poprzednią część cyklu o detektywie Arrowoodzie. Znajdziecie tutaj napięcie i niebezpieczeństwo, momenty komediowe i te dające nadzieję, oraz dynamiczną narrację.  Mick Finlay napisał genialną, wciągająca i nastrojową książkę, która zachwyci każdego wielbiciela fikcyjnych powieści historycznych. Skrupulatność oraz dbałość o szczegóły, która charakteryzuje prozę autora sprawia, że czytelnik ma wrażenie bycia przeniesionym z wygodnego fotela wprost do mrocznego świata Arrowooda, pełnego spisków i kłamstw. Polecam. 

Finlay chciał stworzyć bohatera podobnego do Sherlocka a jednak od niego całkiem innego. Myślę, że w pewnym stopniu udało mu się to osiągnąć. Nasz główny bohater jest przerysowanym, specyficznym człowiekiem z własnymi dziwactwami. Zdecydowanie jest to barwna postać, której poświęcono 99% uwagi w książce. No zupełnie jak Holmes... ;) 
 
Jeśli macie ochotę się pośmiać i odprężyć się przy lekkiej lekturze to jest to pozycja warta polecenia. Nie szukajcie w Głębokim grobie smutku, mroku i odrazy. Tu dostaniecie prosty język, dobry humor i lekkość. Nie czytałam pierwszej części, ale po tej pozycji zdecydowanie po nią sięgnę!

Głęboki grób” to świetna książka dla każdego. Jest mega prawdziwa, intrygująca i dobrze napisana. Chętnie podarowałabym ją komuś na prezent, a także poleciła, jako coś dobrego do czytania. Naprawdę wciąga, nie mydli oczu zbędnymi opisami, pobudza szare komórki do myślenia, a często i zaskakuje, gdy detektyw wpada na jakiś trop – a czytelnik uderza się w czoło, bo jak mógł przeoczyć coś tak oczywistego?! Mam nadzieję, że autor zdecyduje się wydać coś jeszcze z tego cyklu, bo pisze naprawdę świetne kryminały. Życzyłabym sobie więcej takich. Gorąco polecam!

Spotkanie z najnowszą powieścią Darii Orlicz, gwarantuje nam moc emocji, wrażeń i przeżyć, które pozostają na długo w naszej pamięci. To bardzo ciekawy, sprawnie skonstruowany i zaskakujący swoją formą kryminał, po który to mogą śmiało sięgnąć zarówno zagorzali miłośnicy tego literackiego gatunku, jak i też ci czytelnicy, którym bliżej do obyczajowych historii. Obie te grupy znajdą tu dla siebie coś intrygującego, co nie pozwoli oderwać się od lektury tej pozycji choćby na krótki moment. Ze swej strony polecam z jak największym przekonaniem sięgnięcie po powieść "Drapieżcy", jak i też wyczekuję z wielką niecierpliwością kolejnej odsłony tego cyklu!

Głęboki grób” to drugi tom cyklu, ale mam nadzieję, że nie ostatni. Przy obydwu bawiłam się świetnie i warto też wspomnieć, że nie trzeba czytać pierwszej części, żeby sięgnąć po drugą! Choć pewne wątki dotyczące prywatnego życia głównych bohaterów mogą wprowadzić wówczas nieco chaosu. Ale sprawy czysto detektywistyczne są odrębne, więc śmiało można sięgnąć po drugą, a następnie pierwszą część. Nic się nie stanie. Ale polecam czytać po kolei. Aby wszystko miało ręce i nogi.

I właśnie ta strona historyczna jest jego mocną stroną, bo autor, choć jest wykładowcą na Wydziale Psychologii, bardziej przyłożył się do tego aspektu, niż własnej dziedziny. Nie twierdzę, że tematów poświęconych temu, co dzieje się w ludzkiej głowie jest tu mało, bo akurat Finlay zagłębia się w różne jego aspekty, ale jednocześnie nie pogłębia psychologii swoich postaci, czyniąc je bohaterami typowymi dla literatury stricte rozrywkowej. Jednocześnie w ciekawy sposób eksploruje wątek upośledzenia umysłowego na tle dziewiętnastowiecznego podejścia, a to już należy docenić, bo całość wypada interesująco. Podobnie, jak solidne zaplecze historyczne, które wypada naprawdę dobrze i w odróżnieniu od przygód Holmesa, odsłania przed nami najgorsze oblicze Londynu końca dziewiętnastego stulecia.
 
 
A wszystko to napisane w sposób prosty, lekki i szybki w odbiorze. Miłośnicy prozy Doyle’a, jak i fani thrillerów nie będą zawiedzeni. Nie jest to wielka książka, ale jako ciekawostka, warta jest poznania.
Mick Finlay świetnie oddał realia miejskie 1896 roku. Dziewiętnastowieczny Londyn to istna anatomia nędzy. Naprawdę nie da się opisać co działo się na ulicach i w jak skrajnej biedzie żyli obywatele. Źródła historyczne podają, iż na przełomie XIX i XX wieku aż jedna trzecia mieszkańców stolicy imperium żyła w skrajnym niedostatku. Cała powieść przesiąknięta jest tym klimatem i jest to naprawdę niezaprzeczalny opis dziejowy.
 
Autor prezentuje także inne spojrzenie na choroby umysłowe, m.in. Zespół Downa, które w tamtych czasach nie były jeszcze sklasyfikowane tak jak obecnie.
 
Podsumowując "Głęboki grób" to świetna kontynuacja pierwszego tomu. Powieść detektywistyczna, która uświadamia nam, że pozornie najlepszy przyjaciel może okazać się katem i oprawcą.

Jeśli mówimy o bohaterach- Arrowood jest dość specyficznym człowiekiem. Oprócz jedzenia, nie gardzi również drobnymi używkami. Niektóre rzeczy ciężko do niego docierają i powoli łączy fakty, ale, ale! To tylko mało sławny detektyw.
Podobał mi się styl tekstu i sposób prowadzenia narracji. Są żarty, są zagadki i przerażające momenty. Na duży plus, że autor wykreował ten świat bez dodatkowych technologii. Pokazuje najprostszą i najgenialniejsze rozwikłanie sprawy- drogą dedukcji i łączenia faktów! Podobnie jak pierwowzór Arrowooda, czyli Holmes, ten wspomaga się swoim pomocnikiem. I tak jak w przypadku Watsona- to Barnett zbiera cęgi,. kiedy szef znika z miejsca bójki. Sherlock w podobny sposób unikał konfliktów. I przyznam, ma to swój urok.


Polecam tą książkę wszystkim, którzy chcą się odprężyć przy czytaniu. W końcu czytanie ma być przyjemnością, a Głęboki grób świetnie się przy tym sprawdzi. Jedynie mogę się przyczepić do tego, że opis okładkowy nie do końca oddaje klimat.

Nie wiem czy w planach są kolejne tomy przygód Arrowooda i Barnetta, ale jeśli tak, to się piszę! Mimo kilku niepotrzebnych jak dla mnie wątków historia mnie porwała i z przyjemnością wróciłam do bohaterów poznanych w pierwszym tomie.

Drugi tom o detektywie Arrowoodzie jest, w moim odczuciu, bardziej dopracowany. Bohaterowie stali się dla mnie bardziej wiarygodni, a obraz XIX- wiecznego Londynu zyskał na intensywności. Muszę jednak przyznać, że momentami warstwa stylistyczna opowieści nieco „szwankuje”, a zagadka kryminalna nie jest zbyt skomplikowana. Mimo to, powieść potrafi zaabsorbować czytelnika.
„Głęboki grób” propozycja dla miłośników lekkich kryminałów i ekscentrycznych detektywów, którzy potrafią zaskoczyć niejednego czytelnika.

Trzeba powiedzieć, że warto było dać zarówno autorowi, jaki i bohaterom tej serii drugą szansę. Jak już wspominałam na początku, podeszłam do lektury „Głębokiego grobu” z pewnym wahaniem. Obawiałam się przede wszystkim powrotu tych wszystkich „niedoskonałości”, które tak obficie występowały w części pierwszej. Na szczęście autorowi udało się uniknąć poprzednich błędów i stworzyć swoją własną opowieść. Tym razem nie opartą na krytykowaniu innych. Choć Sherlock Holmes wciąż pojawia się tu i tam jako nemezis głównego bohatera. Niemniej jednak zdarza się to zdecydowanie rzadziej, niż poprzednio. Tym, co mi się bardzo spodobało był rozwój postaci Normana. Jako narrator wtrąca on od czasu do czasu swoje przemyślenia, uczucia i strzępki niełatwej przecież przeszłości. Sprawia to, że z każdą przeczytaną stroną staje się bardziej prawdziwy i bliski czytelnikowi. Myślę, że jeśli pojawi się kolejna część przygód tej dość dziwacznej dwójki sięgnę po nią z ciekawością, by przekonać się czym tym razem zaskoczy mnie autor.

Odpowiadają mi tego typu przygody czytelnicze, przesycone mroczną kryminalną intrygą i szpecącą odsłoną wiktoriańskiej epoki. Lubię, kiedy dużo się dzieje, co chwilę odsłaniają się ciemne strony ludzkiej natury, czytelnika przeszywa dreszcz zatrważających tajemnic, a jednak wszystko poznaje się w spokojnych rytmach. Przemawia nie tylko umiejętnie wytworzony klimat, ale również dbałość o szczegóły w opisach zdarzeń i postaci, na tyle sugestywnych, aby dać wyobraźni materiał do poszybowania, ale nie na tyle, by przytłaczać zbędnymi detalami. Wszystko spowija więcej niż szczypta ironicznego humoru, prowadzonego ze smakiem i wyczuciem, wzbogaconego zabawnymi porównaniami i trafnymi spostrzeżeniami.

Napisz swoją opinię i oceń książkę

Przedstaw się



Twoja ocena


WYŚLIJ