Inne
Dlaczego mamusia pije. Pamiętnik wyczerpanej mamy
38,99 zł
38,99
KUP TERAZ

Dlaczego mamusia pije. Pamiętnik wyczerpanej mamy

Gill Sims
1 opinia
TAKŻE JAKO E-book icon
Liczba stron: 352
Oprawa miękka
ISBN: 9788327640109
Premiera: 2019-02-13

Przygotujcie miskę popcornu, usiądźcie wygodnie na kanapie i zapnijcie pasy - oto bowiem Gill Sims, naczelna propagatorka rodzicielstwa bez filtrów, wjeżdża na salony. Jeśli czasem tęsknicie za erą sprzed macierzyństwa, place zabaw uważacie za najnudniejsze miejsca na świecie i oddałybyście wiele, by wieczory ze Świnką Peppą zmienić na cykliczne spotkania z koleżankami przy winie - to pozycja dla Was.Lektura zabawnego i zarazem przerażająco autentycznego dziennika styranej matki, skrzyżowanego z roastem na parenting, to idealny pretekst, by na dobre porzucić myśli o dopłacie 500+". 

Wtorek, 8 września

Pierwszy dzień szkoły. W tym roku dam z siebie wszystko. Rozwalę system! I zostanę najlepszą matką na świecie!

06:00 rano. Wstaję, biorę prysznic, ubieram się w przygotowany wieczorem gustowny, elegancki zestaw ciuchów z minimalistycznej kapsułowej garderoby. Zgodnie z sugestiami z Pinteresta, nakładam lekki, ale stylowy makijaż zwieńczony wyprofilowaną klasyczną kreską. Kiedy kończę się szykować, mam jeszcze chwilę na ogarnięcie domu, więc po powrocie ze szkoły wejdziemy do spokojnego, przyjaznego miejsca.

07:00. Budzę moje kochane maleństwa i proponuję im zestaw domowej roboty smakołyków na śniadanie. Z radością przystaję na propozycję pomocy w przygotowaniu naleśników/gofrów/jajecznicy. Przepełniona miłością rodzicielską obserwuję ich promieniejące i pełne skupienia twarzyczki, kiedy wspólnie wcielają w życie swoje smakowite plany. W wolnej chwili wrzucam do wolnowaru coś pysznego na obiad.

07:45. Wysyłam swoje urocze dzieciaki do kąpieli i proszę je, żeby się ubrały. To oczywiście nic skomplikowanego, bo wczoraj wieczorem przygotowałam im ubrania na dzisiaj.
Kiedy dzieci się ubierają, wstawiam naczynia do zmywarki i wyjmuję z lodówki śniadaniówki z odżywczymi przekąskami, kanapkami w zabawnych kształtach i fikuśnie krojonymi świeżymi owocami i warzywami.

08:00. Rozczesuję włosy Jane i zaplatam je w warkocz dobierany czy coś podobnego. Czeszę Petera grzebieniem. Mamy jeszcze dziesięć minut na krótką lekturę czarującej bajki i pięć minut na to, żeby się wyszykować, założyć buty, kurtki i wyjść.

08:25. Wychodzimy do szkoły, śpiewając wesołe piosenki. Wybieramy dłuższą drogę przez park, żeby nasz pies mógł się wybiegać. Obserwuję moje słodkie aniołki hasające z rozkosznym czworonogiem wśród jesiennych liści. Jestem z siebie dumna. Wiem, że świeże powietrze i odrobina ruchu ożywi ich młode umysły. Będą idealnie przygotowane na to, żeby iść do szkoły i chłonąć nowe informacje jak gąbki.

08:50. Po serii czułych buziaków i uścisków wysyłam swoje urocze dzieciaki na plac zabaw. Żwawym krokiem wracamy z psem do domu. Pies usadawia się w koszyku, gdzie grzecznie czeka na petsitterkę , która wyjdzie z nim w porze lunchu. Wsiadam do świeżo wypucowanego samochodu i ruszam do pracy.

15:15. Odbieram maleństwa ze szkoły. Na placu zabaw rozmawiam z innymi mamami na neutralne tematy.

15:30. Serwuję dzieciakom pożywną przekąskę, na przykład granolę domowej roboty. Kiedy jedzą, przeglądam ich plecaki i odnotowuję wszystkie informacje o szkolnych wydarzeniach/wycieczkach/prośbach do rodziców. Może nawet mam specjalne kolorowe segregatory dla każdego z dzieci, w których przechowuję te informacje, żeby w razie potrzeby łatwo do nich wrócić. Sprawdzam, jaką dostały pracę domową i rozrysowuję im plan działania, żeby mogły wyrobić się ze wszystkimi zadaniami.

15:45. Proszę dzieci, żeby się przebrały, zanim pójdą na pozaszkolne ogólnorozwojowe zajęcia, na które chodzą dzieci wszystkich przedstawicieli klasy średniej.

16:00. Zawożę pociechy na basen/muzykę/tenisa/dżiu-dżitsu – niewłaściwe skreślić. Jeśli tylko jedno z dzieci ma tego dnia zajęcia dodatkowe, wykorzystuję ten czas na pogłębianie rodzicielskiej więzi z drugim. Rozmawiamy o jego dniu/ nadziejach/planach/ambicjach. Jeśli oboje są na zajęciach, czytam mejle, jak przystało na prawdziwą kobietę sukcesu w XXI wieku.

17:00. Kierując się przygotowanym wcześniej planem działania, nadzoruję odrabianie prac domowych.

17:30. Wszystkim domownikom cieknie ślinka na widok obiadu domowej roboty, który przygotowałam oczywiście bez większego wysiłku w wolnowarze. Przez kilka sekund rozpiera mnie duma, że jestem taką wspaniałą matką i robi mi się żal wszystkich tych, którym brakuje moich dopracowanych do perfekcji zdolności organizacyjnych i niezrównanego instynktu macierzyńskiego.

18:00. Nadzoruję ćwiczenia gry na pianinie, a potem powtarzam z dziećmi tabliczkę mnożenia i ćwiczenia z literowania wyrazów.

18:45. Wyrażam zgodę na pół godziny oglądania telewizji.

19:15. Czas na kąpiel!

19:45. Pora spać! Do snu czytam dzieciom książeczkę edukacyjną, którą same wybrały.

20:00. Produktywnie spędzony dzień wynagradzam sobie kubkiem zielonej herbaty.

Ten rok z całą pewnością nie będzie powtórką ubiegłego, kiedy większość moich dni wyglądała następująco:

05:00 rano. Budzi mnie tupanie schodzącego na dół dziecka. Ruszam za nim. Znajduję dziecko rozwalone na kanapie z iPadem. Posyłam małą rozpieczoną bestię z powrotem do łóżka. Kipiąc gniewem, wracam pod kołdrę. Udaje mi się zasnąć na kilka minut przed tym, jak zadzwoni budzik.

06:00. Włączam drzemkę.

06:10. Jeszcze raz włączam drzemkę.

07:10. Spanikowana zrywam się z łóżka. Biegnę pod prysznic. Zakładam pierwsze lepsze ciuchy, jakie wpadną mi w ręce. Przeżywam ekspresowe załamanie nerwowe, kiedy okazuje się, że jestem już tak gruba, że gacie, które próbuję włożyć, utykają na poziomie kolan. Po chwili uzmysławiam sobie, że do mojej szafy, nie wiedzieć czemu, trafiły majtki Jane, a ja uparcie próbuję się w nie wcisnąć. Z ulgą ronię łezkę na myśl o tym, że choć może nie mam najmniejszego i najbardziej jędrnego tyłeczka na świecie, to jako dorosła kobieta nie mam obowiązku mieścić się w majtki ośmiolatki. Suszę włosy. Z przerażeniem dokonuję oględzin powstałej na mojej głowie szopy i związuję włosy gumką z Hello Kitty. Próbuję udawać, że gumka jest wyrazem mojego indywidualizmu i ekscentrycznej osobowości. Ponoszę porażkę.

07:30. Schodzę na dół. Krzyczę na kochane maleństwa, żeby natychmiast przestały wściubiać nosy w te przeklęte iPody i zjadły śniadanie.

07:37. Wyrywam dzieciom „przeklęte iPody”, wrzeszcząc przy tym, że konfiskuję je na zawsze, po czym kolejny raz zaganiam Jane i Petera do śniadania. Zaskoczone dzieci podnoszą wzrok, bo zajęte iPadami nie zauważyły, że od siedmiu cholernych minut wydziera się na nie jakaś poczochrana strzyga.

07:40. Faszeruję dzieci czekoladowymi płatkami śniadaniowymi. Przerywam kłótnię o głupią zabawkę, którą dodali do płatków. Odpowiadam na milion pytań w stylu: „Kto ma większe szanse w pojedynku: kistkowiec frędzlouchy czy jaguarundi amerykański?” albo: „Czy można jeść guźce?”. Krzyczę: „Nie wiem, nie mam pojęcia, później sprawdzę w Internecie, a teraz czy możesz zacząć jeść, zamiast bawić się jedzeniem? Raz-dwa, pośpiesz się, to tylko miska płatków, jak długo można to jeść?! Nie rób tak, proszę, bo narozlewasz. No pięknie, brawo! Mówiłam ci, żebyś tak nie robił, bo narozlewasz! ZOSTAW TO JUŻ, później posprzątam, biegiem, ŚPIESZYMY SIĘ!”.

08:00. Zaganiam dzieciaki do mycia i ubierania. Mimo że wczoraj wieczorem przygotowałam im mundurki, upierają się, że nie mogą ich znaleźć. Idę na górę tylko po to, żeby pokazać im, że mundurki wiszą na oparciach krzeseł, czyli tam, gdzie wieszam je codziennie. Jednocześnie próbuję zapakować dzieciom śniadaniówki i wrzucić do wolnowaru coś, co rzeczywiście zjedzą, na przykład spaghetti. Karmię psa. Patrzę, jak połyka jedzenie, po czym krztusi się i wymiotuje. Sprzątam wymiociny.

08:20. Próbuję rozplątać węzeł gordyjski, czyli włosy Jane. Kolejny raz tłumaczę jej, że NIE POTRAFIĘ ROBIĆ WARKOCZY DOBIERANYCH, i związuję jej włosy w dwa kucyki. Wysłuchuję tyrady o tym, że jestem beznadziejną matką, bo wszystkie inne mamy potrafią robić warkocz dobierany. Potrafi to nawet tata Tilly Barker. Pokornie znoszę perorę o zrujnowanym życiu Jane i jałowości jej egzystencji w związku z faktem, że nie ma w nim miejsca na warkocze dobierane. Jednocześnie ganiam po domu za Peterem, usiłując ujarzmić loczki, które przez noc wyrosły mu na głowie. Syn piszczy i ucieka przede mną, jakbym co najmniej wbijała w niego pinezki.

08:35. Ponaglam dzieci, żeby założyły buty, kurtki i plecaki, raz, raz, raz, RAZ! Piana ciśnie mi się na usta, kiedy odpowiadają mi puste spojrzenia, które oznaczają jedno: nie mają pojęcia, gdzie są buty, kurtki i plecaki. Jedno z dzieci oświadcza, że dziś jest ostatni dzień na oddanie pisemnej zgody rodziców na udział w czymś tam. Rozgorączkowana przerzucam stertę papierów i w końcu znajduję druczek, który mam podpisać. Oprócz niego dziecko ma przynieść też pięć funtów. W portfelu mam tylko banknot dwudziestofuntowy, więc zaglądam za poduszki na sofie. A nuż?

08:47. W końcu udaje nam się wyjść z domu. Nie przestaję pośpieszać dzieci. Jednocześnie ciągnę za sobą psa, który zatrzymuje się na siku przy każdej mijanej latarni.

08:57. Wchodzimy na plac zabaw. W bramie jak co dnia stoi bezduszna dyrektorka, która pod przykrywką kurtuazyjnego powitania punktuje rodziców. Posyłam jej niemrawy uśmiech. Powstrzymuję psa, który podnosi nogę, żeby oznaczyć imitujące opaleniznę rajstopy dyrektorki. Truchtem pędzę do domu, pod nosem przepraszając psa za to, że nie zabrałam go na porządny spacer.

09:07. Zostawiam petsitterce liścik z prośbą, żeby zabrała psa na trochę dłuższy spacer niż zwykle, po czym biegnę do samochodu. Przez całą drogę próbuję zlokalizować źródło panującego w nim odorku. Jednocześnie nakładam makijaż i przekonuję samą siebie, że malowanie ust w trakcie jazdy wcale nie jest niebezpieczne ani niezgodne z prawem. Staram się nie myśleć o pobojowisku, jakie zostawiłam w domu.

15:15. Odbieram dzieci. Wchodzę w niezbyt żarliwe konwersacje z rodzicami, byleby tylko nie natknąć się na Sabat Perfekcyjnych Mamusiek, któremu przewodzi Jej Idealność, czyli Perfekcyjna Mama Perfekcyjnej Lucy Atkinson. Próbuję nie popełnić żadnego faux pas, na przykład nie wygłosić opinii, że ulubiony prezenter telewizji dziecięcej wygląda jak stary zboczeniec.

15:30. Karmię dzieci chipsami i próbuję uporać się z panującym w domu chaosem.

15:45. Zaganiam dzieci, by się przygotowały do pozaszkolnych ogólnorozwojowych zajęć, na które chodzą dzieci wszystkich przedstawicieli klasy średniej. Tłumaczę im, dlaczego muszą iść na basen/muzykę/tenisa/taniec/ dżiu-dżitsu i dlaczego te zajęcia nie są kompletną stratą czasu. Po raz kolejny wysłuchuję uwag o tym, że jestem głupią matką, która rujnuje im życie. Informuję dzieci, że jeśli jeszcze raz usłyszę: „To niesprawiedliwe!”, to przestanę odpowiadać za swoje czyny. Mówię Peterowi, że nie wejdę na górę powąchać bąka, którego właśnie puścił. Idę na górę kolejny raz szukać ubrań, które rzekomo rozpłynęły się w powietrzu. Idę to toalety. Z muszli wygląda na mnie wielka kupa. Tłumaczę dzieciom, że duchy, które robią kupę, nie istnieją, podczas gdy Peter i Jane paradują po domu w samych majtkach. Krzyczę, że wychodzimy ZA PIĘĆ MINUT! – przez około dziesięć minut. Dowiaduję się, że jestem niesprawiedliwa. Odgryzam się, że życie jest niesprawiedliwe. Zaczynam marzyć o kieliszku wina.

16:05. Zawożę dzieci na te durne i bezsensowne zajęcia dla dzieci przedstawicieli klasy średniej, na które wcale nie chcą chodzić, bo łudzę się, że dzięki nim wyrosną na wartościowych członków społeczeństwa. Jeśli tylko jedno z dzieci ma zajęcia, pozwalam drugiemu wlepiać nos w urządzenia elektroniczne, puszczając w niepamięć poranne obietnice dożywotniej konfiskaty. Loguję się na Facebooka, żeby zobaczyć, że inni mają lepiej. A jeśli komplet moich dzieci ma zajęcia, otwieram pocztę służbową, przez chwilę patrzę na nieprzeczytane mejle, powstrzymuję odruch wymiotny, po czym loguję się na Facebooka, żeby zobaczyć, że inni mają lepiej.

17:00. Ulegam dzieciom i pozwalam im na więcej czasu z tabletami i iPadami.

17:30. Dociera do mnie, że zapomniałam rano włączyć ten przeklęty wolnowar. Na szybko pichcę dzieciom makaron z sosem serowym. Wmuszam w nie po owocu w ramach postanowienia o wprowadzaniu do ich diety chociaż cienia wartości odżywczych. Wyszukuję w Internecie zdjęcia szkorbutu. Obojętna na protesty, zmuszam dzieci do ich obejrzenia. W odpowiedzi słyszę, że mają szkorbut w nosie.

18:00. Pytam dzieci, czy mają coś zadane. Zdecydowanie zaprzeczają. Zgadzam się na pięć minut więcej na tabletach. Otwieram wino. Próbuję doprowadzić do porządku mój – obecnie zamieniony w pobojowisko, a niegdyś gustownie urządzony i elegancki – dom.

18:30. Każę dzieciom wyłączyć tablety i usiąść do pianina/tabliczki mnożenia/ćwiczeń z literowania wyrazów. Odkurzam i ładuję do pralki sto milionów ton ubrań.

18:45. Orientuję się, że dzieci są podejrzanie cicho. Nie słyszę ani dźwięków pianina, ani żadnych innych oznak życia. Odkrywam, że pozamieniały jedne urządzenia elektroniczne na inne. Podobno kazałam im odłożyć iPady, o tabletach i innych nic nie mówiłam.

19:00. Wołam dzieci do kąpieli. Dzieci oświadczają, że mają bardzo ważne zadanie domowe, które muszą oddać najpóźniej jutro. Pod nosem mamroczę wszystkie przekleństwa, jakie przychodzę mi do głowy. Odrabiam z dziećmi zadania. Próbuję powstrzymać się od spytania, czy naprawdę są tak głupie, że nie wiedzą, jaka liczba następuje po trzech albo że słowo „kot” literują, jakby to był „koń”.

20:30. Dzieci wreszcie są wykąpane i leżą w łóżkach. Padam na kanapę i popijam z kieliszka, który nalałam sobie o szóstej po południu, ale nawet nie miałam czasu go podnieść. Mruczę pod nosem:
– Kurwa mać!
Czuję, jak coś we mnie umiera.

Ten rok będzie inny! Będę o wiele lepiej zorganizowana. Co prawda nie zdążyłam kupić praktycznych śniadaniówek, przerobić swojej garderoby na kapsułową, nie polubiłam zielonej herbaty (to jest niemożliwe), nie udało mi się opanować sztuki robienia kresek eyelinerem i zaplatania warkoczy dobieranych, ale jestem pewna, że to tylko detale, które nie zrujnują mojego doskonałego planu.

Piątek, 11 września

Kurwa mać!
Dziś kończę trzydzieści dziewięć lat. Nie chcę mieć trzydziestu dziewięciu lat! Jak to się stało? I kiedy? Miałam nigdy nie przekroczyć dwudziestu ośmiu lat – a nawet to wydawało mi się kiedyś odległe jak średniowiecze – a teraz w perspektywie mam czterdziestkę i przyszłość, która najprawdopodobniej będzie się składała z wzorzystych spódnic z katalogów wysyłkowych, a także „ekstrawaganckiego szalika, który wyrazi mój charakter”, kiedy znajdę się w nastroju na małe szaleństwo.
Przyszłość, w której moje życie towarzyskie zapewne ograniczy się do osób, które proponują wspólne wyjście na zajęcia z jogi dla zaawansowanych albo, w celu łyknięcia wyższej kultury, do klubu książki, którego członkowie noszą przewiązane przez golfy „ekstrawaganckie szaliki”. Po jednym kieliszku taniego pinot grigio będą twierdzić, że są „wstawieni”, a kiedy zobaczą, że sięgam po drugi, skomentują: „Odważna jesteś!”, podczas gdy ja będę się powstrzymywać, żeby nie warknąć, że nie, wcale nie jestem odważna. Odważna osoba byłaby w stanie przetrwać tę niedorzeczną paplaninę bez pomocy środków odurzających, a mówiąc to, wcale nie mam na myśli kolejnego kieliszka wina, tylko całą butelkę wódki i może jeszcze trochę cracku. I dlaczego, na miłość boską, WSZYSCY JESTEŚCIE TACY NUDNI?
Może, jeśli uda mi się powstrzymać od wykrzyczenia im tego prosto w twarz, zaproszą mnie na nieco ciekawsze przyjęcia z pokazami ręcznie robionej biżuterii? Tam alkohol leje się strumieniami, bo wszyscy chcą jak najwięcej sprzedać. Minusem jest to, że następnego dnia obudzę się ze świadomością, że wydałam sto pięćdziesiąt funtów na tandetę, której wcale nie chciałam.
Do tej pory byłam przekonana, że kiedy osiągnę czterdziestkę, będę elegancką i światową kobietą, która płynnie mówi po francusku, prowadzi lukratywny, a przy tym humanitarny biznes, jest oczytana i orientuje się w sztuce oraz polityce. Ujmując to w skrócie: będę jedną z tych osób, których ludzie szukają wzrokiem na przyjęciach dla przeintelektualizowanych bufonów, żeby dowiedzieć się, jak wygląda sytuacja na Bliskim Wschodzie. Prowadziłabym z nimi żywe i pełne cennych informacji dyskusje, podczas których oczywiście wychodziłoby na jaw, że jestem dużo mądrzejsza od nich wszystkich.
Niestety prawda jest taka, że jeśli ludzie szukają mnie wzrokiem na przyjęciach, to znaczy, że ktoś im doniósł, że mam fajki. I dalsza część prawdy o mnie: mam arcynudną pracę na część etatu w dziale IT, bo mogę ją połączyć z opieką nad dziećmi i przyoszczędzić na opiekunce. Moja długa i kosztowna edukacja oczywiście ma się do tego nijak. Kiedy miałam dwadzieścia lat, w kryzysowych momentach marzyłam, żeby być starsza i bardziej dojrzała. Ale byłam głupia!
Z dzisiejszej perspektywy „dorosłość” jest dla mnie synonimem piekła. Nie chcę po cichu przeistoczyć się w jedną z tych kobiet, które noszą staranne fryzury, „poświęciły się dla dzieci”, a na placu zabaw przekrzykują się sprawozdaniami o osiągnięciach ich nieszczęsnych podrostków w ogólnorozwojowych zajęciach dodatkowych, rywalizują ze sobą w konkurencji, który z ich mężów ma lepszą posadę, i prześcigają w przechwałkach o egzotycznych wakacjach, z których właśnie wróciły.
Natomiast ja, ubrana w nieadekwatną do mojego wieku spódniczkę, chcę przesadzać z whisky w zadymionych klubach jazzowych i słuchać, jak niegrzeczni mężczyźni szepczą mi do ucha czułe słówka.
Chcę pokonać wiele szczebli interesującej kariery, dzięki której będę mogła wykorzystywać swój intelekt i poczucie humoru (jestem pewna, że wciąż jeszcze drzemie we mnie potencjał…).
Chcę czuć ekscytację, niebezpieczeństwo i romantyczną miłość.
Chcę uciec do Paryża i kochać się na poddaszu (oczywiście wyłączając z tego scenariusza to wszystko, co dotyczy biedy i głodowania).
Podejrzewam, że Simon i dzieci mogliby doszukać się kilku skaz na tym misternym planie. Począwszy od tego, że nienawidzę jazzu.

Sobota, 12 września

W moje urodziny zamiast do zadymionego klubu jazzowego, na paryskie poddasze lub w tłum niegrzecznych mężczyzn, Simon zabrał mnie do tapas baru. Wypiłam trochę więcej, niż planowałam, ale przynajmniej zrealizowałam plan z minispódniczką i whisky. Niestety ta ostatnia była tylko jednym ze składników drinka, które podaje się w pozerskich hipsterskich barach. Obawiam się, że hipsterskie bary stały się współczesnym odpowiednikiem zadymionych klubów jazzowych, szczególnie że wprowadzono zakaz palenia.
Mam też nieco zamglone i niezbyt przyjemne wspomnienie, jak krzyczałam POZERSKA HIPSTERKA trochę głośniej, niż zamierzałam, kiedy Simon wyprowadzał mnie do mniej pretensjonalnego miejsca. Takiego, w którym napoje podają w zwykłych szklankach, a nie w słoikach po dżemie. W telefonie mam niezbity dowód na to, że właśnie tam skończyły nam się tematy do rozmów, bo zaczęłam robić selfie i zdjęcia swoich drinków. Oczywiście wszystkie wrzuciłam na Facebooka i okrasiłam niewiele mówiącymi opisami. W końcu wybiła 23:30 – pora, o której Simon musi wracać do domu się położyć, bo inaczej zamienia się w dynię, jak karoca w bajce o Kopciuszku. Dobrze, że nie upadliśmy tak nisko, żeby wstawić na Instagram zdjęcia naszej kolacji.
Kiedy się obudziłam, czułam się zaskakująco dobrze. Byłam z siebie dumna, że zamiast mieszać drinki i barwić zęby czerwonym winem, wytrwałam przy mocniejszych alkoholach. Co to, to nie! Tym razem trzymałam fason. Popijałam drinki jak prawdziwa dama.
Niestety kiedy tylko podniosłam się z łóżka, musiałam schować dumę do kieszeni. Ból głowy rósł bezlitośnie i stało się jasne, że wcale nie byłam taka sprytna i nie uniknę kaca giganta. Czasami kac atakuje z opóźnieniem. Najpierw wydaje wam się, że czujecie się dobrze i przed wami dzień jak co dzień, ale wtedy dopada was tępy ból, jakbyście dostali po głowie od złowrogiego goryla i chcecie już tylko umrzeć. Czułam się, jakbym zjadła kupę borsuka.
Potem zaczęłam sobie przypominać. Po pozerskich drinkach z whisky przerzuciłam się na drinki z dżinem. Upiłam się na smutno i w drodze do domu płakałam rzewnymi łzami, próbując wymusić na taksówkarzu wyznanie, czy wyglądam, jakbym za rok miała skończyć czterdziestkę. Powiedział, że nie, ale podejrzewam, że kierował się nie tyle umiłowaniem prawdy, co strachem.

Uważam, że jest to pozycja napisana z dużym poczuciem humoru i dystansu do rzeczywistości. Polecam tę książkę, gdyż każda z kobiet może odnaleźć w niej cząstkę siebie i odstresować się przy niej po ciężkim dniu.

Podsumowując, '' Dlaczego mamusia pije'' jest bardzo dobrze napisaną książką, która  pokazuje, że każda kobieta, pomimo bycia matką potrzebuje także tego aby być troszeczkę odciążoną  od codziennych obowiązków i mieć chwilę dla siebie. Udowadnia także, że brak odpoczynku prowadzić może tak jak w przypadku naszej tytułowej bohaterki do frustracji i poszukiwania ucieczek. Tylko w co? I czy Alkohol to dobre rozwiązanie na przyszłość? 

Ze względu na głęboki przekaz i pobudzenie do refleksji, książkę polecam nie tylko matkom :) i kobietom planującym zostanie nimi, ale każdej kobiecie niezależnie od jej poglądów. 
Książka wiele wyjaśnia i wielu z nas może pomóc.

Ponieważ tę książkę można odebrać dwojako - jako portret psychologiczny wyczerpanej kobiety i matki oraz jako komedię lepszą niż ta o Bridget Jones - nie tylko osoby mające dzieci powinny po nią sięgnąć. Gwarantuję dobrą zabawę, dużo emocji oraz śmierć ze śmiechu. Ellen to kobieta, którą każda z nas powinna być. Od teraz wiodę życie zgodnie z jej filozofią. Nie wiem tylko, czy Maciuś przeżyje mój romans z winem - chociaż nie byłby to alkoholizm -  i marzenia o małej willi gdzieś we Francji.

Książka jest w większości lekka, łatwa i przyjemna, aczkolwiek w niektórych momentach ogromnie współczułyśmy naszym Mamom, które trudy wychowawcze mają już za sobą (na szczęście! :D).
 
Mimo tytułu pamiętnik nie jest skierowany tylko do mam. My mimo naszego młodego wieku i braku jakiegokolwiek kontaktu z macierzyństwem (chyba, że zaliczamy w tą kategorię zwierzęta hahaha...) bawiłyśmy się przy niej świetnie. Jest to książka, którą może jest trochę przerysowana, ale wciąga tak, że czyta się ją “na raz”. Bez wątpienia warto poświęcić na nią kilka wieczorów i lampek wina (tylko osoby dorosłe!)! ;)

Opowieść  zawiera dużą dawkę humoru i przede wszystkim należy ją traktować z ogromnym dystansem. Ciągłe picie Ellen przeszkadzało mi tylko na początku, dopóki nie zdałam sobie sprawy, że jest to obraz bardzo przerysowany i karykaturalny. Każde dziecko jest inne i nie należy wszystkich wrzucać do jednego worka.

Jeżeli ktoś potrzebuje chwilowego, wieczornego relaksu, przy książce życiowej, ale mimo to przepełnionej humorem, to serdecznie polecam tę pozycję.

Powieść została napisana formie pamiętnika, w którym narratorem jest oczywiście główna bohaterka. Akcja toczy się przez rok, w którego czasie poznajemy nie tylko wydarzenia mające miejsce wokół rodziny Russellów, ale także myśli Ellen. Z czasem zapoznajemy się z jej dylematami, szalonymi pomysłami, smutkami oraz całą paletą uczuć. Kobieta czasami zachowuje się jak próżna, rozpieszczona panienka, woda sodowa uderza jej do głowy, ale tak naprawdę, to dobra osoba.

Powieść czytało mi się lekko i bardzo przyjemnie. „Dlaczego mamusia pije?” to typowo babska powieść, idealna na spokojny wieczór (o ironio!) przy lampce wina. Nie sposób się przy niej nudzić. Jeśli tak jak ja lubicie książki pisane w formie pamiętnika, której główna postać nieco przypomina Bridget Jones, to koniecznie ją przeczytajcie!

Napisz swoją opinię i oceń książkę

Przedstaw się



Twoja ocena


WYŚLIJ

Zaczytane z Mazur
2019-03-28

marca 21, 2019 DLACZEGO MAMUSIA PIJE. PAMIĘTNIK WYCZERPANEJ MAMY - GILL SIMS Tytuł: Dlaczego mamusia pije. Pamiętnik wyczerpanej mamy Autor: Gill Sims Tłumaczenie: Marta Żbikowska Wydawnictwo: HarperCollins Cena: 38,99 zł Ilość stron: 396 Data premiery: 13-02-2019 Przygotujcie miskę popcornu, usiądźcie wygodnie na kanapie i zapnijcie pasy - oto bowiem Gill Sims, naczelna propagatork...