Powieść obyczajowa
Serce jak głaz
29,99 zł
38,99
KUP TERAZ

Serce jak głaz

brak opinii
Liczba stron: 416
ISBN: 9788327641014
Premiera: 2019-02-20

Ren Colter należy do najbogatszych osób w okolicy, ale nie afiszuje się z majątkiem. Zamknięty w sobie i zdystansowany, leczy rany po nieudanym związku. Kiedy pod wpływem impulsu proponuje pomoc nękanej przez stalkera Meredith, w kolejnej sekundzie już żałuje tej decyzji. Ta drobna, śliczna blondynka budzi w nim instynkt opiekuńczy, a przecież po tym, jak porzuciła go narzeczona, Ren postanowił zamienić serce w kamień. Jakby zapomniał, że uczucia rządzą się swoimi prawami i czasami nie ma sensu z nimi walczyć.

Diana Palmer
Diana Palmer, a właściwie Susan Spaeth Kyle napisała pierwszą powieść w 1979 roku. Wcześniej przez szesnaście lat pracowała jako dziennikarka w dziennikach i tygodnikach. Wydała ponad dziewięćdziesiąt książek, które przetłumaczono na wiele języków. Zdobyła siedmiokrotnie nagrodę Waldenbooks National Sales, czterokrotnie B. Dalton National Sales Award, dwukrotnie BookRack National Sales Award i wiele innych (Lifetime Achievement Award, Affaire de Coeur, RWA). Jest członkinią wielu towarzystw i zrzeszeń – Native American Rights Fund, American Museum of Natural History, National Cattlemen’s Association, Archeological Institute of America, Planetary Society, Georgia Conservancy, Georgia Sheriff’s Association i wielu organizacji dobroczynnych. Od 1972 roku jest żoną Jamesa Kyle’a, z którym ma jednego syna. W wieku czterdziestu pięciu lat wróciła na uczelnię, by uzupełnić wykształcenie. Ukończyła historię, archeologię i filologię hiszpańską. Namówił ją do tego mąż, który porzucił karierę urzędnika, ukończył studia informatyczne i założył firmę komputerową. W 1998 roku porzucił ten zawód i poświecił się karierze sportowej. Zdobył liczne nagrody i medale na lokalnych, krajowych i międzynarodowych zawodach w strzelaniu do rzutków. W wolnym czasie Susan uprawia ogródek, czyta książki z dziedziny archeologii i antropologii, słucha muzyki. Uwielbia iguany.

Merrie stanęła bliżej Randalla, co jeszcze bardziej zirytowało Rena. Randall był wysokim blondynem z wesoło patrzącymi na świat niebieskimi oczami i twarzą gwiazdora filmowego. W niczym nie przypominał brata.

– To tylko na parę tygodni, Ren – powiedział spokojnie. – Ona jest… ona wiele przeszła. Właśnie straciła ojca i miała problem z… z tą osobą, o której ci wspominałem. – Nie patrzył na Merrie, ponieważ to, co właśnie przekazał Renowi, nie do końca było prawdą. – Masz najnowocześniejszy system alarmowy i mnóstwo ochroniarzy, więc pomyślałem, że tu będzie bezpieczna.

– Bezpieczna – powtórzył Ren niskim, aksamitnym głosem.

Przyglądał się Merrie, ściągając zmysłowe wargi, lecz wydawało się, że nie znajduje nic interesującego w kobiecie z długimi platynowymi włosami splecionymi w warkocz, który spływał po plecach. Jej jasnoniebieskie oczy celowały w niego jak światło reflektorów. Była dość ładna, ale Ren miał dość ładnych kobiet. Ubranie maskowało jej figurę, więc trudno było zgadnąć, co się pod nim kryje. Miała na sobie dżinsy i bluzę, jedno i drugie luźne i wyraźnie za duże. Na jej twarzy nie zauważył śladu makijażu. Dziwne, pomyślał, bo spodziewałby się, że kolejna kobieta Randalla pojawi się w obcisłej i tandetnej sukience, trzepocząc rzęsami, i będzie próbowała z nim flirtować. Kobiety Randalla były doświadczone i napastliwe, a Ren nie znosił, kiedy kręciły się w pobliżu.

Oczywiście Randall zazwyczaj im towarzyszył, żeby je zabawiać. Tym razem przywiózł jakąś dziwaczkę i chciał ją tu zostawić na czas, kiedy sam będzie jeździł po świecie i zachwalał hodowane przez nich i często nagradzane bydło. Randall był urodzonym sprzedawcą, w przeciwieństwie do wycofanego, introwertycznego Rena, który nie przepadał za ludźmi. A już szczególnie nie znosił matki i nie utrzymywał z nią żadnych kontaktów. Za to kochał swojego brata.

Kobiet unikał jak zarazy od chwili, gdy jego narzeczona Angie została przyłapana nie z jednym, ale z dwoma mężczyznami w niedwuznacznej sytuacji. I to na dwa tygodnie przed wyznaczonym terminem ślubu. Ren odwołał ceremonię i zostawił na głowie byłej narzeczonej uporanie się z wszelkimi konsekwencjami tej decyzji. Angie była wcześniej dziewczyną Randalla. Trwała przy nim do momentu, gdy sobie uświadomiła, że Randall nie zamierza się żenić. Wtedy dla odmiany zastawiła sidła na Rena i przez trzy miesiące ich związku kokietowała go i uwodziła, aż niemal stracił rozum. Trzeba oddać sprawiedliwość Randallowi, że próbował ostrzec brata, ale Ren przeżywał swoją pierwszą prawdziwą miłość i nie zamierzał go słuchać.

Tymczasem Angie nie mogła się doczekać, kiedy wreszcie zacznie pławić się w luksusie. Ren był prezesem spółki wydobywczej, która według corocznego rankingu Fortune 500 należała do najbogatszych firm w Ameryce. Poza tym na czterystuhektarowym ranczu hodował bydło rasy black angus, które przynosiło znaczące zyski. A do tego buhaje czempiony, za które nabywcy z całego świata płacili w milionach. Kupowano zarówno młode byki, jak i profesjonalnie przechowywane nasienie. Rodowody tego bydła były bez zarzutu.

Najboleśniejszą konsekwencją zerwanych zaręczyn było to, co Ren przeczytał o sobie na Facebooku Angie. Musiał kupić nowego laptopa, bo tamten poleciał przez okno szerokim łukiem i roztrzaskał się na podwórzu. Ale cóż, Angie napisała między innymi, że Ren jest nudnym, niezdarnym i pozbawionym choćby krzty wyobraźni kochankiem, a jego ranczo na zadupiu to żałosna kpina – i takie były jej najłagodniejsze uwagi.

Kłamstwami, które Angie rozpowszechniła w internecie, zajęli się prawnicy, natomiast Ren zerwał z nią wszelkie osobiste kontakty. I miał szczerą nadzieję, że Angie już nigdy się do niego nie odezwie. On zaś poprzysiągł sobie, że już nigdy żadnej kobiety nie pozwoli tak bardzo zbliżyć się do siebie, w myśl ludowej mądrości, że kto raz się sparzy, ten dmucha na zimne.

A teraz znów miał zostać z jedną z kobiet Randalla. Nie skakał z tego powodu z radości. Natomiast dziewczyna nie znajdzie tu dla siebie nic ciekawego, tego akurat był pewien. Ale to jej problem. Natomiast on czuł się zmęczony tą nieustającą paradą kobiet brata.

– Nie sprawi ci kłopotu – oznajmił Randall.

Merrie w milczeniu potakująco skinęła głową. Wiedziała, że nie spodobała się wysokiemu ranczerowi, który nawet nie usiłował tego ukryć.

– Delsey! – zawołał Ren.

Z kuchni wyszła starsza kobieta o zmęczonym wyrazie twarzy. Była niska i pulchna, siwe włosy zebrała w kok na karku. Miała piękne ciemnobrązowe oczy. Spojrzała na Merrie z lekkim zdziwieniem, a potem się uśmiechnęła.

– To Merrie Grayling – przedstawił Randall, otaczając ramieniem Merrie, która zadrżała pod wpływem otwartej wrogości Rena. – Pochodzi z małego miasteczka w Teksasie.

Gosposia uścisnęła jej dłoń, mówiąc przy tym:

– Witaj, będzie ci tu dobrze, kochanie. – Rzuciła Renowi ostrzegawcze spojrzenie, potem uśmiechnęła się do Randalla. – Znów pan wyjeżdża?

– Tak, do Anglii, na rozmowę z pewnym baronem – dodał z uśmieszkiem. – Hoduje bydło rasy black angus. My mamy czempiony, które chętnie byśmy mu sprzedali. Jest zainteresowany, a osobisty kontakt bardzo ułatwia transakcję.

– To prawda – zgodził się Ren. – Ja nie potrafię tak dobrze dogadywać się z ludźmi.

– Najchętniej dogadywałby się za pomocą bata do popędzania bydła – z błyskiem w oku wyjaśnił Randall, mrugając do Merrie.

– Bat to pomocne narzędzie w kontaktach z ludźmi – odparował Ren, też popatrując na Merrie. – Natomiast wobec zwierząt nigdy nie stosujemy przemocy. Moje bydło przywykło do dobrego traktowania. – Przerwał na moment. – Cóż, musze wyjawić, że lubię bydło.

– Ja też – oznajmiła cicho Merrie i zaczerwieniła się, czując na sobie wzrok Rena. – Ale najbardziej lubię konie. – Spojrzała mu w twarz. – Ma pan może konia… na którym mogłabym jeździć?

– Później o tym porozmawiamy. – Zerknął na zegarek. – Zaraz przyjedzie weterynarz, żeby zaszczepić jałówki. Muszę iść.

Randall chciał go uściskać, ale brat tylko na niego spojrzał lodowatym wzrokiem i wyciągnął rękę. Randall posłał mu cierpki uśmiech.

– Nie siedź za długo na dworze – poradził. – Zapowiadają opady śniegu.

– Jesteśmy w Wyomingu – odparł Ren. – Tu zawsze pada śnieg.

– Na pewno jest ładnie – powiedziała z wahaniem Merrie. – Tam, skąd pochodzę, prawie nie widujemy śniegu.

Ren nie odpowiedział jej, natomiast zerknął na Delsey i stwierdził:

– Spóźnię się. Zostaw mi zimne mięso w lodówce.

– Na pewno zostawię. A pan niech uważa z tym koniem – dodała z pełną czułości troską. – Wczoraj ugryzł Daveya.

– Który koń? – spytał Randall.

– Mieliśmy nowego kowboja. – Ren wyraźnie się zdenerwował. – Zaufałem mu, ponieważ Tubbs go zatrudnił i powiedział, że to dobry pomocnik. Był w chacie, mało go widzieliśmy. Kiedy do niego pojechałem, żeby spytać o ciężarne jałówki, leżał pijany w trupa, a koń, którego mu daliśmy, krwawił, miał głębokie rany, które ten drań zadał mu Bóg wie czym. Dałem mu ostry wycisk, a potem wezwałem policję. Zabrali go, jest oskarżony o okrutne traktowanie zwierząt, a ja już nie mogę się doczekać, kiedy złożę zeznanie – zakończył chłodno.

Merrie objęła się mocno ramionami i zadrżała. Słowa Rena przywołały bolesne wspomnienia związane z jej ojcem, z tym co musiała od niego znosić. Przez całe dzieciństwo bicie, chłosty… Miała dwadzieścia dwa lata i nigdy jeszcze nie była na randce, nikt dotąd jej nie pocałował, nie miała przyjaciół.

Ojciec był tak bogaty, że budził strach i respekt w okolicy, więc jego córki – Merrie i jej starsza siostra Sari – nigdy nikomu choćby słowem nie wspomniały, co się działo w pięknej rezydencji w Comanche Wells w stanie Teksas.

– Zimno? – spytał cicho Randall, gdy zauważył, że wstrząsają nią dreszcze.

Pokręciła głową.

– Mój ojciec… kiedyś też tak skrzywdził konia.

– Zgłosiła to pani na policję? – spytał szorstko Ren.

– Ludzie za bardzo się go bali. – Głośno przełknęła. – To by niczego nie zmieniło. Po prostu treser pilnował, żeby konie nie wychodziły na zewnątrz, kiedy ojciec szedł do stajni.

– Mieszka pani na ranczu?

– Tak… – Niepewnie skinęła głową. – Nie jest tak duże jak to. Mieliśmy tylko… mamy tylko… konie.

– Cóż, do tego niech pani nie podchodzi. Hurricane jest wyjątkowo niebezpieczny, najgroźniejszy na naszym ranczu. Dosłownie wyszarpał kawał mięsa z ręki jednego z naszych kowbojów, raniąc go paskudne, i o mały włos nie zabił drugiego, który chciał zdjąć mu uzdę. Nikomu nie pozwala się dotknąć.

– Nadal ma uzdę? – spytał Randall zmartwiony.

– Tak. – Jego brat się skrzywił. – Łeb ma już obtarty do krwi. Ten kowboj musiał szarpać go za uzdę. Spróbujemy jeszcze raz poprosić lekarkę, żeby go uśpiła. – Pokręcił głową. – Trudno go utrzymać nieruchomo na tyle długo, żeby wbić igłę. Ale powiedziała, że zna strażnika leśnego, który ma strzelbę ze środkiem uspokajającym, i spróbuje ją pożyczyć.

– Biedactwo – powiedziała cicho Merrie. – Człowiek, który tak traktuje konia, tak samo potraktuje ludzi – dodała cicho, w zadumie.

Ren popatrywał na nią zaintrygowany.

– Prawdę mówiąc, szeryfowi się zdaje, że był list gończy za tym człowiekiem, którego zatrudnił Tubbs. – Przeniósł wzrok na Randalla. – Następnym razem ja będę zatrudniał pracowników. – Lekko wykrzywił wargi. – Tubbs nie umie ocenić ludzi.

– Ona potrafi – stwierdził Randall, przytulając Merrie do swojego boku. – Maluje obrazy.

– Wiele osób maluje – odparł lekceważąco Ren i znów zerknął na zegarek. – Bezpiecznego lotu – powiedział do brata.

– Dzięki. – Randall uśmiechnął się. – Trzymaj się z dala od kłopotów.

– To nie moja wina – odparł Ren, wzruszając ramionami. – Ten gość obraził moje bydło.

– Policja w Billings ma cię po dziurki w nosie – stwierdził Randall.

– To prawda. – Roześmiał się. – Kazali mi pójść na krótki kurs radzenia sobie ze złością. Potem pojechałem na konferencję do Montany i kolejny gość obraził moje bydło. – Westchnął. – Cóż, będę się trzymał z dala od Billings, aż wreszcie policja zapomni, jak wyglądam.

Randall potrząsnął głową, a brat puścił do niego oko i wyszedł, nie mówiąc nic więcej do Merrie. Ostrogi dzwoniły przy każdym jego kroku. Dla niej brzmiały jak dzwonki. Uśmiechnęła się do Randalla.

– Nie przejmuj się nim – powiedział. – On już taki jest, że denerwuje się w obecności obcych ludzi. Prawda? – zwrócił się do Delsey.

Gosposia odetchnęła głęboko, po czym stwierdziła:

– To prawda, zachowuje się okropnie przy ludziach, których nie zna. Mam nadzieję, że masz twardy charakter, młoda damo – dorzuciła z uśmiechem. – Już on to sprawdzi.

– Mam za sobą ciężkie chwile. – Mimo takiego wyznania, Merrie też uśmiechnęła się ciepło, patrząc na Delsey. – Najlepiej będę go omijać z daleka.

– Niezły pomysł, zwłaszcza że idzie zima i zapowiadają opady śniegu. Bydło i kowboje mają ciężkie życie, jak sporo napada.

– Bardzo lubię śnieg.

– Na Południu łatwo za nim tęsknić, ale po spędzeniu choćby jednej zimy w Wyomingu zmienisz upodobania – zapewniła ją Delsey.

Merrie tylko się uśmiechnęła, natomiast Randall powiedział:

– Też już muszę lecieć. – Pocałował Merrie w policzek. – Uważaj na siebie. Trzymaj się z dala od stajni i nie daj się Renowi. – Zawahał się. – Gdyby naprawdę źle cię traktował, wyślij mi SMS-a, a zabiorę cię do domu, okej?

Kiedy powiedział te słowa, Merrie przeszedł dreszcz, mimo to uśmiechnęła odparła z uśmiechem:

– Okej. – Uściskała go. – Dziękuję, Randall.

– Jesteś moją przyjaciółką. Nie martw się, dasz sobie radę. Uważaj na siebie.

– Ty też – odparła…

– Niech pan jedzie powoli. – Delsey pogroziła mu palcem. – Dość już mandatów.

– Marzycielka. – Puścił do niej oko.

***

 

Delsey zaprowadziła Merrie do jej pokoju.

– Każę któremuś z chłopaków, żeby przyniósł ci twój bagaż. Został w holu, Randall go tam zostawił. – Urwała. – Nie daj się wyprowadzić z równowagi Renowi – dodała łagodnie. – On nie jest miły dla obcych, a zwłaszcza dla kobiet. Ma za sobą bolesne doświadczenie, przez co zrobił się taki oschły.

– Nie będę mu przeszkadzać – obiecała Merrie. – Przywiozłam szkicowniki i robótki, mam czym się zająć.

– To dobrze. Gdybyś czegoś potrzebowała, zwykle jestem w kuchni albo gdzieś w domu. W niektóre dni przychodzi ktoś do pomocy, bo nie radzę już sobie z cięższymi pracami. Lata dają mi się trochę we znaki, ale Ren lubi moją kuchnię – zakończyła z uśmiechem.

Merrie nabrała głęboko powietrza.

– Nasza gospodyni, Mandy, nauczyła mnie gotować. Nawet umiem kroić i patroszyć kurczaka. – Zaśmiała się cicho. –Też lubię krzątać się w kuchni.

– Jak trochę tu pobędziesz, może z tego skorzystam. – Delsey wpatrywała się w Merrie mądrymi ciemnymi oczami. – Jakiś mężczyzna cię prześladuje, tak? Randall mi powiedział.

– Nie chcę… – zaczęło cicho, z wahaniem – narazić kogoś na niebezpieczeństwo…

– Ren chroni to miejsce jak Fort Knox – oznajmiła Delsey. – Nikt się tu nie dostanie, jak ochrona go nie wpuści. Zauważyłaś kamery przy głównej bramie, kiedy tu przyjechaliście? – Gdy Merrie potaknęła, mówiła dalej: – Mamy nawet specjalny program do rozpoznawania twarzy. Może wyśledzić przestępcę.

– No, no – mruknęła Merrie.

– Niestety nie zadziałał w przypadku tego kowboja, który znęcał się nad naszym biednym koniem. – Skrzywiła się. – Hurricane był najsłodszym wałachem. Serce mnie boli, kiedy widzę, co ten człowiek mu zrobił. – Odetchnęła głęboko. – Jeśli w dalszym ciągu będzie się tak zachowywał, będą musieli go uśpić. – Przygryzła wargę, a potem zmusiła się do uśmiechu. – Cóż, zostawię cię, rozpakuj się spokojnie. – Wyjrzała za drzwi i wychyliła się przez balustradę. – Brady! – zawołała. – Możesz przynieść bagaże?

– Jasna sprawa, panno Delsey – zawołał kowboj, przeciągając głoski, po czym szybko wniósł bagaże po schodach i zaniósł do pokoju.

– Dziękuję – powiedziała Merrie uprzejmie.

Brady uchylił kapelusza. Był w podobnym wieku co Delsey, budowę miał mocną, wręcz atletyczną, po prostu emanował siłą.

– Pani jest tą przyjaciółką pana Randalla, która będzie tu mieszkać jakiś czas? – spytał przyjaznym tonem.

– Tak, jestem Merrie. Miło mi pana poznać, Brady.

– Mnie też miło cię poznać, panienko. – Zwrócił się do Delsey. – Willis chce wiedzieć, czy upieczesz chłopakom ciasto.

– Upiekę – odparła Delsey. – Jakie się wam zamarzyło tym razem?

– Czekoladowe z tym twoim białym lukrem.

– Zaraz biorę się do roboty. – Odwróciła się do Merrie. – Jadłaś lunch?

– Tak, dziękuję. Randall kupił mi cheeseburgera i frytki po drodze.

– To dobrze. Kolacja jest o siódmej. Ren pracuje do późna. Czasami nie przychodzi nawet na kolację, jak choćby dzisiaj. Prosił, żebym mu zostawiła zimne mięso w lodówce, czyli wróci dopiero na noc.

– Prowadzenie rancza to nie jest robota, którą można sobie zaplanować co do minuty – skwitował z uśmiechem Brady. – Zwłaszcza dotyczy to szefa. Musi wszędzie zajrzeć, zanim pogoda się popsuje.

– Aha, Brady, dzwoniłam do tego wykonawcy – powiedziała Delsey. – Jak zobaczysz Rena, powiedz, że ten człowiek zjawi się jutro rano, żeby zobaczyć, co jest do roboty.

– Przekażę. – Uchylił kapelusza. – Do zobaczenia później, dziewczęta.

Odpowiedziały mu uśmiechami, a gdy zostały same, Merrie powiedziała:

– Sympatyczny.

– Większość z nich to dobre chłopaki, ale mamy tu kilku ochroniarzy – dodała z powagą. – Jeden z nich jest niebezpieczny. Przyjechał do nas z Iraku, gdzie szkolił policjantów. Niewiele o nim wiemy. Zwykle stroni od innych, kiedy nie pilnuje stada.

– Kto to jest? – zaciekawiła się Merrie.

– Nazywają go J.C. Nikt nie wie, co się kryje za tymi inicjałami.

– Postaram się nie wchodzić mu w drogę.

Merrie przeciągnęła się, a złoty łańcuszek, który nosiła na szyi, lekko otarł się o skórę jej dekoltu. Wyciągnęła na wierzch bluzy ładny maleńki złoty krzyżyk.

Delsey skrzywiła się. Powinna ją ostrzec, ale nie chciała jej jeszcze bardziej denerwować. Renowi nie spodoba się ten krzyżyk. Będzie go drażnił jak czerwona płachta byka. Ale może go nie zauważy.

Uśmiechnęła się do Merrie i zostawiła ją samą, żeby się rozgościła.

***

 

Zeszła na kolację, mając cichą nadzieję, że nie zastanie Rena przy stole. Nie chciała jeszcze bardziej go do siebie zrażać, a wiedziała doskonale, że nie cieszy go fakt, że przebywała pod jego dachem.

– To duży dom – zauważyła, jedząc wyśmienitą pieczeń wołową i domowe bułeczki, które upiekła Delsey.

– Bardzo duży. O wiele za duży, żebym sobie sama poradziła, dlatego zatrudniamy panie na zlecenia – wyjaśniła. – Większość z tych kobiet to żony mężczyzn, którzy dla nas pracują, i dzięki temu trochę zwiększają rodzinne dochody. Generalne porządki, okazjonalne prace, a niektóre z pan zajmują się drobiem i sprzedażą jajek. Inne pracują w ogrodzie i sprzedają w lecie nadmiar naszych zbiorów. Dobrze nam się tu żyje.

– Dom jest bardzo piękny – szczerze stwierdziła Merrie.

– Hm… – Delsey lekko ściągnęła brwi. – Jesteś pierwszą ze sprowadzonych tu przez Randalla kobiet, która to powiedziała.

– Bo jest piękny.

– Cóż, to wiejski dom, prawda? – Delsey wzruszyła ramionami, po czym spojrzała w stronę salonu z dużymi fotelami i długą kanapą z bordowej skóry, zarzuconą poduszkami o indiańskich wzorach. Dywaniki na podłodze też wyglądały na dzieło rąk rdzennych mieszkańców Ameryki. Nad kominkiem wisiały skrzyżowane szable, a na stojaku stała stara zabytkowa strzelba.

– Pasuje do niego – w zadumie skomentowała Merrie. – Solidnie, cicho, wygodnie.

Delsey zabrakło słów. Wiedziała, że dziewczyna mówi o Renie, ale była zaskoczona jej przenikliwością. „Solidnie, cicho, wygodnie”. Miała tylko nadzieję, że Merrie nie czeka przykra niespodzianka, kiedy panu tego domu nie spodoba się coś, co jego gość powie czy zrobi.

***

 

Wrócił bardzo późno, a ona akurat schodziła na dół, wciąż w dżinsach i bluzie, żeby poprosić Delsey o dodatkowy koc. W domu było zimno, a ona dotąd żyła w teksaskim klimacie.

Kiedy Ren ją dojrzał, zatrzymała się na schodach. Jego rysy jeszcze stwardniały. Patrzył znacząco na przód jej bluzy. Przez moment zastanawiała się, czy ma na sobie bluzę z jakimś napisem. Potem sobie uświadomiła, że jest szara i gładka. Zdenerwowała się. Na pewno nie patrzył w ten sposób na jej piersi!

– Czemu, do diabła, nosi pani coś takiego? – spytał.

Jego kąśliwy ton kompletnie zbił ją z tropu.

– Ja… lubię bluzy – zaczęła.

– Nie chodzi mi o bluzę, ale o to. – Wskazał jej krzyżyk.

Przypomniała sobie, jak Randall wspominał o poglądach Rena na religię. Wtedy puściła to mimo uszu, jednak problem okazał się poważny. W obronnym geście położyła dłoń na krzyżyku i oznajmiła cicho:

– Jestem osobą wierzącą.

– Wiara! – Jego oczy rozbłysły. – Dla chorego ciemnego świata wiara to jak laska dla inwalidy, nie leczy, pozwala tylko pełzać – zadrwił. – Zabobon, trucizna dla wolnego rozumu. Bezużyteczny przesąd!

– Panie Colter… – Nerwowo wciągnęła powietrze.

– Niech pani zabierze mi sprzed z oczu tę przeklętą błyskotkę, niech pani ją gdzieś schowa. Nie chcę jej więcej widzieć w moim domu. Zrozumiała pani?

Był taki sam jak jej ojciec. Kiedy mówił, to jakby rozlegały się grzmoty. Przestraszył ją. Drżącą ręką wsunęła krzyżyk pod bluzę.

– A jeśli szuka pani czegoś do jedzenia, to informuje, że po kolacji nie mamy jedzenia à la carte. Je pani z nami przy stole albo nie je wcale. Czy wyraziłem się jasno?

– Tak, proszę pana – odparła, a jej głos drżał tak samo jak nogi.

Książka, na temat której będzie dziś kilka słów - "Serce jak głaz" - Diana Palmer od harpercollinspolska jest obyczajówką z garścią romansu

Książka zdecydowanie mi przypadła do gustu. Ciekawa, wciągająca historia, w której znajdziemy trochę zagadek i sporo miłości.

Bohaterowie ciekawi, życiowi. Śmiało, można się z nimi utożsamiać.

Bardzo spodobało mi się to, że książka jest napisana zamiennie oczami Meredith i Rena. Takie rozwiązanie pozwala nam poznać punt widzenia, myśli, uczucia obojga bohaterów.

Książkę pt.: „Serce jak głaz” przeczytałam w jeden wieczór, a w sumie noc. Wciągnęła mnie do tego stopnia, że nie było mowy o czytaniu na raty. Zdecydowanie polecam.

Powieść jest klimatyczna, trochę wyidealizowana i oczywiście zakończona szczęśliwym zakończeniem. Jej fabuła jest prosta i trochę nawet przewidywalna, ale lubię styl autorki i takie romantyczne historie zawsze przyciągały mnie do lektury. Ciekawe jest to, że  Diana Palmer w swojej opowieści poruszyła wiele tematów. Dużo miejsca poświęciła przemocy domowej. Ojciec Merrie wychowywał ją i jej siostrę bardzo surowo, często stosował kary cielesne. Poruszyła też w odniesieniu do tego temat znęcania się nad zwierzętami, a idąc za ciosem pokazała niezwykły dar Merrie, która kochała zwierzęta, które z kolei ufały jej bezgranicznie i stawały się w jej towarzystwie potulne jak baranki. Dziewczyna jest artystką - malarką, jest więc niebywale wrażliwa i delikatna. Tłem do opisywanych wydarzeń są natomiast porachunki gangsterskie. W tej powieści znaleźć można więc wszystko, ale przede wszystkim historię rodzącej się miłości dwojga skrzywdzonych przez los ludzi, którzy spotkali się przypadkiem i zakochali trochę jakby na przekór całemu światu. Zdecydowanie polecam ;)

Serce jak głaz to lektura, którą czyta się za jednym razem. Wystarczyło mi kilka godzin, by się z nią zapoznać i jestem całkowicie usatysfakcjonowana czasem spędzonym z bohaterami. Od pierwszych stron wciągnęłam się w fabułę, zżyłam z bohaterami i z zainteresowaniem poznawałam ich przeszłość oraz obserwowałam kolejne poczynania. Muszę jednak przyznać, że trochę przeszkadzało mi wielokrotne opisywanie tego samego, jakby czytelnikowi trzeba było przypominać co chwilę, bo może zapomniał. Oprócz tego minusa nie mam nic do zarzucenia powieści i jestem pewna, że chętnie do niej wrócę. Taką Dianę Palmer lubię najbardziej.

Wiem, że to nie jest książką dla każdego, ale jeśli tylko lubicie pióro Palmer lub szukacie czegoś lekkiego na leniwe popołudnie lub wieczór, to Serce jak głaz sprawdzi się idealnie. Życiowa, lekka i wciągająca. Polecam z czystym sumieniem.

Tak jak wspomniałam Dianę znam i czasami czytuję, choć prawdziwą jej miłośniczką jest moja mama. Ja traktuję jej książki jako rozrywkę, a nie coś, co czytałabym nałogowo. I najczęściej wiem dlaczego. "Serce jak głaz" to typowy romans z porachunkami przestępczymi w tle. I pewnie wszystko byłoby dobrze, gdyby nie fakt, że powieść jest po prostu bajkowa. Jedna z tych okropnie naiwnych, choć na plus przyznam, że nie zbyt słodkich. Nie ocieka lukrem jak niektóre. Wiem, że znów minie trochę czasu aż znów do niej sięgnę, ale zrobię to na pewno nadaje się do relaksu. Polecam miłośniczkom typowych kobiecych pozycji. Zdecydowanie będą zadowolone.

„Serce jak głaz” to powieść, przy której się zrelaksujecie i zapomnicie o otaczającej Was rzeczywistości. To powieść, która ma swoje zalety i wady, ale na pewno miło spędzicie z nią czas.

Na ranczu jak i poza nim dzieją się ciekawe przygody. Zakończenia wam nie zdradzę, ale powiem tylko jedno, że jest pozytywne. Tak naprawdę czytam dopiero drugą książkę Diany Palmer i powiem szczerze, że fajnie się ją czytało. Lekko i przyjemnie. Lekko trzymająca w napięciu. Cała historia bardzo mi się spodobała i z chęcią polecę tę powieść dalej.

Ciekawa jestem waszych opinii na temat książek Diany Palmer. Możecie polecić coś innego tej autorki? Z chęcią poczytam coś jeszcze Diany :)

Na wasze komentarze czekam niecierpliwie :)

Łagodność dziewczyny, w połączeniu z siłą, którą w sobie znajduje, jej podejście do zwierząt, gospodarność, skromność – wszystko to sprawia, że Ren jest coraz bardziej zafascynowany swoim gościem. Czy jednak będzie w stanie zapomnieć o przeszłości? Czy pozwoli sobie na uczucie wobec Meredith? Czy zapewni dziewczynie bezpieczeństwo, które jest jej tak potrzebne? Przekonamy się o tym dzięki lekturze powieści Diany Palmer pt. „Serce jak głaz”. Opublikowana nakładem Wydawnictwa HarperCollins książka, mimo swojej lekkości i schematyczności, kryje w sobie wiele warstw i smaków, które warto odkryć. Lekko naiwna opowieść z nieco przerysowanymi bohaterami, jest jednak wciągającą lekturą, po którą sięgnąć mogą zarówno osoby gustujące w romansach, jak i takie, które lubią wątki kryminalne, zaszyte w fabule. Bez wątpienia miłośnicy autorki czekali na te pozycję i czekać będą na kolejne, których akcja rozgrywa się w pobudzającym wyobraźnie Wyoming. 

Czytanie książki było błyskawiczne. Fabuła mocno wciągnęła mnie do swojego świata. Polubiłam bohaterów, choć czasem mnie irytowali, przymknęłam oko na rzeczy, które w życiu nie mają szans zaistnieć, ale w fikcji literackiej są możliwe.
Odczuwam żal, niedosyt, że przygoda z bohaterami już się zakończyła.

Komu mogę polecić powieść Serce jak głaz? Fanom takich autorów jak Nicholas Spark czy Richarda Paula Evansa, gdyż klimatycznie jest bardzo podobna książek owych pisarzy. 
Jeśli chodzi o moje indywidualne odczucia - powieść bardzo mi się podobała, zrelaksowałam się w trakcie czytania, odpoczęłam psychicznie i mam w planie poznać wcześniejsze książki autorki.

„Serce jak głaz” należy polecić przede wszystkim miłośnikom twórczości Diany Palmer, z pewnością czekali na polskie wydanie tej pozycji. Z doświadczenia mogę też podpowiedzieć, że książka przypadnie do gustu osobom lubiącym niezobowiązujące fabuły, wyciskacze łez, przepadający za melodramatycznymi sytuacjami. Doskonale rozumiem, iż tego typu literatura posiada swoich fanów, to absolutnie nic złego. Sama, dla spokoju ducha, chciałabym sięgnąć po jakąś wczesną powieść Diany, gdyż słyszałam o nich sporo dobrego. I przyznajmy — pisarka jest niekwestionowaną królową romansów, od lat utrzymuje tron.

"Serce jak głaz" to lekka, romantyczna historia miłosna dwójki ludzi po dramatycznych przejściach ze szczyptą niebezpieczeństwa w tle. Pozwoli nam uwierzyć, że miłość potrafi uleczyć nawet najbardziej stwardniałe serce, a w życiu nigdy nie jest za późno, aby coś zmienić.  
Szczerze ją polecam, zwłaszcza osobom o duszach romantyka. 

Napisz swoją opinię i oceń książkę

Przedstaw się



Twoja ocena


WYŚLIJ