Thriller / Sensacja / Kryminał
Martwe dziewczyny
29,99 zł
38,99
KUP TERAZ

Martwe dziewczyny

Graeme Cameron
1 opinia
Liczba stron: 304
ISBN: 9788327639806
Premiera: 2019-02-13

Detektyw Alisha Green zostaje poważnie ranna podczas policyjnej obławy na seryjnego mordercę. Po dwóch miesiącach wraca do służby. Jest zdeterminowana, by dopaść psychopatę, który zamierzał ją dołączyć do swojej kolekcji martwych kobiet. Skomplikowane śledztwo dodatkowo utrudnia fakt, że Ali nie odzyskała pełni zdrowia i ma kłopoty z pamięcią. Często nie wie, co wydarzyło się naprawdę, a co jest jedynie wytworem jej wyobraźni. Wydaje się, że nie ma szans w konfrontacji z mordercą, który umiejętnie zaciera ślady i już wybiera kolejną ofiarę. Napędza go przymus zabijania, ale równie silny impuls kieruje Ali. Ona chce nie tylko uratować czyjeś życie, ale też pomścić śmierć wszystkich bestialsko zamordowanych kobiet.

GRAEME CAMERON
DEAD GIRLS

Wciągnęłam w płuca haust powietrza zaprawionego pyłkami kwiatów i wonią krowich placków.

Geoff Green – żaden mój krewny – powitał mnie obojętnym skinieniem głowy, gdy przecisnęłam się między alfą a sąsiednim wozem patrolowym. Widywałam tego przysadzistego konstabla wystarczająco często, żeby wiedzieć, jak się nazywa, ale jego żmijowate spojrzenie i lekceważąca postawa zawsze skutecznie zniechęcały mnie do tego, by poznać go bliżej. Może był wiecznie niezadowolony, a może po prostu nie przepadał za mną, tak samo jak ja za nim. Nie potrafiłam stwierdzić z całą pewnością. Zresztą nieszczególnie mnie to obchodziło.

Geoffowi powierzono dodatkowe zabezpieczenie wewnętrznego fragmentu terenu. Ewidentnie działał w pośpiechu: biało-niebieska taśma ostrzegawcza dzieląca na pół pole piknikowe zwisała luźno między palikami wbitymi krzywo i w nieregularnych odstępach w piaszczysty grunt. Całe to przedsięwzięcie zdawało się też poniekąd zbędne, ponieważ droga dojazdowa była zablokowana przez radiowozy już u wlotu, niecały kilometr dalej, kolejni policjanci strzegli wjazdu na parking dodatkowo ogrodzonego taśmą, a czwarty kordon ludzi otaczał coś, co najwyraźniej stanowiło obiekt zbiorowej uwagi – spalony wrak samochodu porzucony na skraju polany.

Gdybym znała Geoffa lepiej, mogłabym mu zarzucić, że wzniósł tę barykadę tylko po to, by wyglądało, że robi coś ważnego. Jednak przez sześć lat nie odbyliśmy ani jednej towarzyskiej rozmowy i żadne z nas nie czuło potrzeby, żeby to zmieniać. Zachowałam więc swoje podejrzenia dla siebie i również skinęłam głową, przechodząc pod taśmą, którą uniósł tak, że pewnie nadziałabym się na nią szyją, gdybym się w porę nie schyliła.

Z kolei Kevin McManus, jakby dla zachowania równowagi we wszechświecie, i zupełnie przecząc ponuremu wrażeniu, jakie robił przez telefon, był chodzącym radosnym promyczkiem. Przedzierał się przez labirynt żółtych plastikowych znaczników i wydzielonych za pomocą palików poletek piachu, szeleszcząc sterylnym kombinezonem, błyskając w uśmiechu białymi zębami i rozkładając szeroko ręce, jakby chciał mnie przytulić.

– Wiesz, przez chwilę myślałem, że zostawisz mnie na lodzie – rzucił radośnie. Jego głos brzmiał głucho i niemal ginął w harmidrze skrzeku krótkofalówek, trajkotu techników kryminalistycznych oraz terkotu prądnicy.

– Daruj sobie. Trafiłeś dziś na szczyt mojej czarnej listy – ostrzegłam.

– Oho, ktoś tu wstał lewą nogą. – Wbrew ograniczeniom anatomicznym i zapewne przypuszczając, że żartuję, uśmiechnął się tak szeroko, że jego oczy niemal zniknęły z twarzy. – Słuchaj, nie zabijaj posłańca, okej? Wiesz, że nie wykopałbym cię z łóżka, gdyby...

Zakrztusiłam się własną śliną.

– To znaczy... No wiesz, nie wyciągałbym cię z...

– Gdzie on jest?

– Kto?

Na Boga, Kevin.

– No pomyśl, okej? Nie ma pośpiechu, mam cały dzień.

– John – oświadczył wreszcie bez śladu zażenowania, jakiego można by się spodziewać po kimś, kto palnął głupotę. Zwyczajnie przeczesał dłonią swoją ciemną, szorstką czuprynę i podrapał się po łysym placku na szczycie głowy, pamiątce po niedawnym uderzeniu kolbą rewolweru.

– On, yyy... jest w wozie – odparł. – Tak sądzę.

– Tak sądzisz?

– Cóż, to... – Spojrzał przez ramię na szczątki auta i jakby westchnął.

– A co z konstablem Keithem? Coś wiadomo? – John Fairey nie był sam, kiedy pozornie rozpłynął się w powietrzu; po świeżo upieczonym detektywie, którego wziął ze sobą do pomocy, także zaginął wszelki ślad.

Kevin wzruszył tylko ramionami i obdarzył mnie pełnym współczucia uśmiechem.

– Przyniosę ci kombinezon – oświadczył.

***

– Gdzie Mal?

– Gdzie co? – Kevin rzucił mi pod nogi parę niezwykle seksownych białych gumowców, a następnie wręczył papierowy kombinezon, który wydobył ze stojącej nieopodal furgonetki ekipy techników. Chwilę wcześniej próbował flirtować z Sandrą, dyżurną patolog, ale akurat rozmawiała przez telefon i przegoniła go poirytowanym spojrzeniem. Uśmiech, który dotychczas nie schodził mu z ust, zniknął w jednej sekundzie.

– Mal – powtórzyłam. – Mal Lowry. Powinien tu być.

Kevin zmrużył oczy i skinął głową, posyłając mi spojrzenie, które zdawało się mówić: „Bez jaj, Sherlocku”.

– Tak, wiem – skwitował. – Wszyscy mamy jakieś problemy osobiste, prawda?

Nie miałam pojęcia, o co mu chodzi; wiedziałam tylko, że jego odpowiedź nie wyjaśniała, gdzie teraz podziewa się główny inspektor. Rozłożyłam kombinezon płasko na ziemi i wsunęłam stopy w otwory nogawek.

– Wiesz, czego jeszcze nie widzę? – Podciągnęłam strój do pasa i nagle zdałam sobie sprawę, że jest tyłem do przodu.

– Czego?

– Zwłok. Nie ma ich w samochodzie. Gdzie są? – Przekręciłam go tylko raz czy dwa razy? Teraz miałam wrażenie, że jest do góry nogami.

– Właśnie do tego zmierzałem. – Kevin przyglądał się z zaciekawieniem, jak zmagam się z kombinezonem, daremnie próbując przełożyć go za plecami bez odwracania.

– Pomóc ci?

– Mógłbyś? – Trudno zliczyć, ile już razy w mojej dotychczasowej karierze musiałam wciskać się w te cholerstwa, ale tak się składa, że jest to jedna z tych czynności – dziwne, że zwykle związanych z czymś do ubrania – w których pomimo niewątpliwej praktyki nigdy nie nabiorę wprawy. Nigdy nie dam rady zawiązać sobie z tyłu fartucha i nigdy nie zdołam się ubrać w jednoczęściowy ochronny kombinezon bez pomocy drugiej osoby. Taka prawda.

– Nie przejmuj się Lowrym – powiedział, co było dziwne, bo nawet nie zamierzałam. – Po prostu ciesz się ciszą i spokojem, dopóki możesz. – Złapał mnie za ramiona i odwrócił tyłem do siebie, po czym zrolował kombinezon i przykucnął za mną, klepiąc mnie na zmianę w nogi, żebym je podniosła i opuściła. – Wybacz obmacywanie.

– Tylko się nie zapędzaj – powiedziałam ze śmiechem. – Geoff patrzy.

Konstabl odwrócił wzrok jak gdyby nigdy nic, a Kevin podciągnął mi kombinezon na biodra.

– Chyba na ciebie leci – stwierdził.

Stłumiłam chichot.

– Wiesz, ilekroć się widzimy, aż go świerzbi, by pociągnąć mnie za warkoczyki.

– Chłopcy zawsze dokuczają dziewczynkom, które im się podobają – przyznał, po czym wstał, przekładając moje ręce przez odpowiednie otwory i narzucając mi na ramiona górną część kombinezonu. – Poradzisz sobie sama z zamkiem czy też ci pomóc?

Posłałam mu karcące spojrzenie i odparłam:

– Ha, ha, bardzo śmieszne – siłując się jednocześnie z suwakiem. Kevin udawał, że nie widzi, jak drżą mi palce. – Kto nas zawiadomił?

– Tradycyjnie. Jakiś facet na spacerze. – Podał mi maskę ochronną zakrywającą całą twarz. – Podobno jego pies wciąż ujadał, więc poszedł sprawdzić. Ogląda dużo seriali kryminalnych.

– Facet czy pies?

– Nie jestem pewien.

– O której to było?

– Piąta trzydzieści pięć.

– Gdzie jest teraz?

– Odesłałem go do domu. Jeśli będzie nam potrzebny, ściągniemy go po południu.

– Rozmawiałeś z nim osobiście?

– Tak.

– Jakie sprawiał wrażenie?

– Uczciwego.

Pokiwałam głową i włożyłam maskę na twarz, a Kevin zrobił to samo.

– Ogej – wymamrotałam, machając do Sandry, a ona pokazała mi uniesione kciuki. – Łudźmy na do ogiem.

***

Nie miałam wątpliwości, że jest to mondeo mojego byłego partnera. Spędziłam w nim wiele godzin, wbijając wzrok w szybę albo trzymając się kurczowo siedzenia, bądź też odruchowo naciskając prawą stopą nieistniejący pedał gazu. Siedziałam w środku, kiedy zawadził o pachołek, wyginając nadkole, i stałam tak jak teraz, gdy w przypływie złości wywołanej jakimś upokorzeniem wgniótł przedni błotnik kopniakiem. Mojego fotela już nie było, pozostał jedynie odkształcony metalowy stelaż. Nie było też wytartego dywanika – w zasadzie nie było niczego poza wypatroszoną karoserią. Ale te wgniecenia były jak odciski palców.

Wóz nie był już niebieski. Raczej pomarańczowo-czarno-brunatny, sama rdza, sadza i śmierć. Siedział smutno na ramie zagłębionej w piachu, jedne z tylnych drzwi zwisały smętnie na wykrzywionych zawiasach. Cały dach był zapadnięty, a tył tak zwichrowany, że klapa bagażnika stała niemal na sztorc, otwarta na oścież niczym rozdziawione z przerażenia usta. Mogłam tylko przypuszczać, że wewnątrz znajdują się szczątki moich dwóch byłych kolegów.

 

Kość to kość, właściwie trudno ją z czymś pomylić. Pewnie mogłabym sobie wmówić, że to kawałki koralowca albo – na upartego – kamyki, ale nawet nie próbowałam. To były drobne fragmenty zwęglonych kości oblepione posklejanym w bryłki popiołem. Na moje oko – oko kompletnego laika – mogły należeć zarówno do człowieka, jak i do zwierzęcia. Owszem, czytam książki i znam wszystkie fachowe terminy. Szwy czaszkowe. Spojenie łonowe. Wyrostek sutkowaty,który zawsze przywodzi mi na myśl nie to, co trzeba. Mogłabym nawet wyjaśnić, co każdy z nich znaczy, i opowiedzieć, jak na podstawie szkieletu ustalić czyjś wzrost albo wyczytać płeć i rasę z czaszki. Ale nie jestem ekspertem, więc moja opinia nie jest warta trudu jej sformułowania i nie miałabym bladego pojęcia, jak się zabrać za te puzzle, które miałam przed sobą. Dlatego czując gdzieś w głębi, że patrzę na miejsce ostatniego spoczynku inspektora Johna Faireya i konstabla Juliana Keitha, zwalczyłam pokusę, żeby zanurzyć rękę w prochach, wyłowić z nich jakiś szary, zwapniony odłamek i krzyknąć „aha!”, i oddaliłam się od wozu.

 

– Okej, zacznijmy od rzeczy najbardziej oczywistych – powiedziałam, gdy zdjęłam maskę i wreszcie mogłam normalnie oddychać. Wskazałam placyk u mych stóp pokryty kępkami sczerniałej trawy, jeden z kilkunastu, które zauważyłam, pozostałych po beztroskim wakacyjnym grillowaniu. – Wygląda to tak, jakby wypalone ślady były wszędzie, tylko nie pod samochodem. Kto szuka miejsca zbrodni?

Kevin przeniósł wzrok na samochód i z powrotem na mnie, po czym podrapał się z tyłu głowy.

– Jeszcze się tym nie zająłem – oświadczył, co jak musiałam przyznać, było trafną, choć niewyczerpującą odpowiedzią. – Byłem sam i miałem ręce pełne roboty. Nawet nie wypiłem porannej herbaty.

Miałam zwolnienie do poniedziałku. Nawet nie zamierzałam czynić sobie wyrzutów, że zjadłam śniadanie.

– Świetnie się spisałeś – pochwaliłam go, chociaż wiedziałam, że Sandra pewnie zjawiła się przed nim i wzięła sprawy w swoje ręce. – Nie mamy tu całego samochodu. Brakuje zderzaków, opon, wszystkich plastikowych i gumowych elementów, które się stopiły. Wokół wraku nie ma odłamków. Nie widać też śladów wleczenia, mamy za to ślady błota i oleju ciągnące się przynajmniej do końca drogi. Widzisz? – Wskazałam palcem grube grudki piachu i gliny z odciśniętymi śladami szerokich opon, które prowadziły do i od forda mondeo, a potem zawijały na asfalcie przy wjeździe na teren piknikowy. – Najpewniej ktoś go tu przetransportował ciągnikiem. Ładowarką, dźwigiem czy jak go tam zwą.

Kevin przytaknął.

– Co było miłe ze strony tego kogoś.

– Ha! Pytanie brzmi: kto to zrobił i dlaczego teraz? Minęły dwa miesiące.

Zastanawiał się przez chwilę i wreszcie, podrapawszy się po głowie, spytał:

– Czy ta data jest z jakiegoś powodu szczególna?

– Nie wydaje mi się.

Od razu wiedziałam, dokąd zmierza.

– Wiesz, gdyby to był film, to powiedziałbym, że „klient wysyła nam wiadomość”, ale... to nie jest film, prawda?

– Dla ciebie może jest – stwierdziłam. – Ale nie dla tego, kto podrzucił tu ten wrak. Mamy wygodny ślad z okruszków, tylko że to po prostu ślady ubłoconych opon, a tych nie upozorujesz. Jeśli prowadzą do miejsca, w którym auto spłonęło, to nie stało się tak celowo. Przy okazji, nigdy więcej nie mów „klient”. To brzmi idiotycznie.

– W porządku.

– Trochę słaba ta teoria, prawda?

– Trochę.

– To może pojadę sprawdzić ten trop i pozwolę ci się pouganiać za Sandrą?

– Och, daj spokój!

 

***

 

Nie, to ty daj spokój. Byłam zmęczona, skacowana, spragniona i naprawdę skołowana, a przecież nawet nie powinno mnie być w pracy – ani dziś, ani w ogóle w tym tygodniu. Pomyślałam więc, że miła, spokojna przejażdżka po okolicy dobrze mi zrobi. Szczerze mówiąc, uważałam to za stratę czasu; ilość błota, jaką można wepchać w bieżnik, jest skończona, więc zakładałam, że trop szybko się urwie, a wtedy będę mogła wyskoczyć do pobliskiej wioski i kupić sobie trochę słodzonych napojów, i może nawet – w przypływie wielkoduszności – coś dla Kevina.

Właściwie Kevin za bardzo nie oponował. Najwyraźniej podobało mu się to, że był jedynym i zarazem najstarszym rangą detektywem na miejscu, i obnosił się z tym jak paw z ogonem. Miał jeszcze może godzinę, żeby się tym delektować, więc chętnie sprawiłam mu tę przyjemność. Ewidentnie sprawiłam ją także Geoffowi, bo tym razem, gdy chciałam przejść, uniósł taśmę wysoko nad moją głową.

Ślad był banalnie łatwy do tropienia: grudki ziemi, piachu i gliny, kępki chwastów wyrwane z pobocza przez koła pojazdu, który wyraźnie nie mieścił się na jednopasmowej drodze. I w dodatku miał wyciek. Nie wiedziałam, czy to olej, czy płyn hydrauliczny, w każdym razie plamy – każda wielkości mojej pięści – pięknie połyskiwały w słońcu i pojawiały się mniej więcej co dziesięć metrów.

Nie śpieszyło mi się. Nawet nie dotykałam pedału gazu, po prostu wrzuciłam dwójkę, zwolniłam sprzęgło i pozwoliłam, by auto toczyło się swoim tempem. Taki to właśnie był poranek. Policjanci blokujący drogę zjechali leniwie na bok, żeby mnie przepuścić. Gdy ich mijałam, pomachaliśmy sobie, wymieniając się uśmiechami, i wreszcie byłam wolna. Skręciłam w prawo w wąski boczny trakt prowadzący do wioski, i już wiedziałam, że mogę zapomnieć o wycieczce na zakupy, bo ślady błota i oleju ciągnęły się także po drugiej stronie szosy. Podążałam ich tropem jeszcze przez kilka kilometrów, aż wreszcie zawinęły się po łuku w lewo, znikając za metalową bramą blokującą wjazd na szeroką betonową drogę.

Zatrzymałam się i westchnęłam, zastanawiając się, co teraz. Wiedziałam dokładnie, co powinnam zrobić, ale w ustach czułam suchość i potworny niesmak, a skronie zaczęły mi niebezpiecznie pulsować. Zresztą i tak straciłam zasięg w telefonie, a do najbliższej miejscowości miałam tylko półtora kilometra, więc pomyślałam „pieprzyć to”, i tak właśnie zrobiłam.

Dzięki Bogu, w wiosce znalazłam kiosk z gazetami, który był otwarty, choć nie wyglądał zachęcająco. Tęgi jegomość o rumianych policzkach, wciśnięty w tweedową marynarkę, otaksował mnie wzrokiem zza lady. Czułam, jak jego spojrzenie przewierca mi czaszkę, gdy sięgnęłam do lodówki, pewnie starszej ode mnie, i wyjęłam z niej trzy puszki chłodnawej coli. Zmusiłam się, żeby na niego nie patrzeć, przeglądając zawartość zakurzonych półek zawalonych konserwami i zabawkami sprzed dekady w poszukiwaniu czegoś, co mogłabym wrzucić na ząb o tej porze, i ku mojemu zadowoleniu znalazłam opakowanie nurofenu, który – o dziwo – nie był przeterminowany. To powinno wystarczyć, ale na wszelki wypadek wzięłam też garść batoników Twix i loda Magnum o smaku miętowym, i rzuciwszy to wszystko na ladę, wreszcie obdarzyłam faceta uśmiechem.

– Dzień dobry – powiedziałam.

Skinął nieznacznie głową i rejestrując sprzedaż w kasie, rzucił kurtuazyjnie:

– Jak się pani miewa, pani władzo?

Włosy zjeżyły mi się na karku, a oddech uwiązł w gardle. Instynktownie obejrzałam się przez ramię, omiatając wzrokiem pusty sklep. Znałam go skądś? Powinnam kojarzyć jego twarz? Może on kojarzył moją?

– Słucham?

Milczał przez chwilę, po czym uderzył w klawisz na kasie, wywołując tym łoskot przypominający huk pioruna. Kwota zamigotała na zielono na małym zewnętrznym wyświetlaczu.

– Jak się pani miewa? – powtórzył.

Wpatrywałam się w niego, może trochę za długo. Jego lewa powieka w końcu zaczęła drgać.

– Dobrze – odparłam. – Dziękuję. Przepraszam, czy my się znamy?

Zmrużył oczy w przebłysku jakiejś nieodgadnionej myśli i odparł:

– Nie wydaje mi się. Sześć osiemdziesiąt pięć.

Co znaczy sześć osiemdziesiąt pięć?

Moje myśli zaczęły błądzić, ogarnęła mnie panika. Tego się nie spodziewałam.

– Sześć osiem... – Nagle dostrzegłam kwotę na ekranie: sześć funtów i osiemdziesiąt pięć pensów. Ciąg cyferek ułożonych równo w linii i świecących na zielono. Racja.

– Racja. – Pokiwałam głową i otrząsnąwszy się z roztargnienia, sięgnęłam po portfel. Dopiero wtedy uświadomiłam sobie, że wciąż mam na szyi smyczkę. Wybuchnęłam śmiechem tak gwałtownym, że pewnie wyszłam na jeszcze większą dziwaczkę. – Racja powtórzyłam, podnosząc z pokorą odznakę, kiedy wręczałam sprzedawcy dziesięciofuntowy banknot. – Boże, przez chwilę myślałam, że gdzieś się spotkaliśmy. Przepraszam, jeszcze nie do końca się obudziłam. – Uśmiechnęłam się, próbując zamaskować fakt, że jestem o krok od załamania nerwowego.

Sklepikarz wyraźnie się rozluźnił, ale nie odwzajemnił mojego uśmiechu.

– To najlepsza pora dnia – skomentował, wydając resztę.

Podjęłam temat:

– Muszę przyznać, że jest tu bardzo spokojnie. Podejrzewam, że nieczęsto zdarza się wam wzywać policję?

Przyglądał mi się z ciekawością, jego przekrwione oczy mignęły błękitem. Jestem pewna, że wiedział równie dobrze jak ja, że znam odpowiedź. Mimo to sprawił mi tę przyjemność i odparł:

– Właściwie to tak. Rzadko dochodzi do nieporozumień, których nie jesteśmy w stanie sami rozwiązać. Podobno nocą dzieją się tu jakieś dziwne rzeczy, ale o dwudziestej trzeciej gasną latarnie, więc niczego nie widać.

Starałam się ukryć dreszcz, który przebiegł mi po plecach, i spytałam:

– A jak jest za dnia?

Wzruszył tylko ramionami. Wiedziałam, że nie powie mi nic konkretnego, uznałam jednak, że jeśli pociągnę go jeszcze za język, to może przynajmniej oszczędzi mi trochę czasu.

– Może będzie mi pan w stanie pomóc – zaczęłam, niezrażona jego pustym wyrazem twarzy. – Mniej więcej półtora kilometra stąd w prawo odbija betonowa droga zagrodzona bramą. Wie pan, co się za nią kryje?

Zamyślił się na chwilę. Pewnie doszedł do wniosku, że nie ma tam nic, czego nie znalazłabym na mapie, więc odparł:

– Dawne lotnisko.

– Już nim nie jest?

– Od zakończenia wojny. Kiedyś była tam baza bombowców.

– Więc co jest tam teraz?

– Pole pszenicy i jęczmienia.

– Wie pan, do kogo należy?

– Do Gilesa.

Czekałam, aż się uśmiechnie, ale jego twarz pozostała nieprzenikniona.

– Giles jest farmerem?

– Zgadza się.

– Farmer Giles.

Pokiwał wolno głową.

– Nikt go tak jeszcze nie nazywał. Zabawne – powiedział, lecz nadal się nie uśmiechnął.

Uznałam, że to dobry moment, żeby się pożegnać.

Dzięki ciekawie nakreślonej fabule i zrozumiałemu językowi książki, jako czytelniczka miałam wrażenie jakbym była uczestnikiem śledztwa. Pomimo fikcji literackiej, fakty zostały przedstawione w sposób bardzo realny i obrazowy. Jest to zdecydowany plus książki.

Coraz bardziej wgłębiając się w to, co zostało  zawarte w książce coraz bardziej kibicowałam Alishii.

Podsumowując, '' Martwe dziewczyny'' to bardzo dobrze napisany thriller psychologiczny pokazujący osobowość sprawcy i ofiary. Kto wygra walkę z czasem? Przekonajcie się Państwo sami. Książkę zdecydowanie polecam każdemu miłośnikowi policyjnych akcji i nie tylko.

„Martwe dziewczyny" to dobry kryminał, który czyta się błyskawicznie. Myślę, że będzie odpowiednią lekturą na zajęcie jednego wieczoru. Niestety, nie jest to świetny kryminał, gdyż zabrakło mi rozwinięcia niektórych spraw. Bardzo ciekawiło mnie, jak problemy z pamięcią wpłyną na pracę głównej bohaterki. Miałam kilka teorii i w sumie żadna się nie sprawdziła, a to co dostałam to było dla mnie za mało. Bardzo liczyłam na rozwinięcie tego wątku i chyba dlatego odczułam takie rozczarowanie, gdy tego nie dostałam. Jednak to nie zmienia faktu, że książkę czytało się naprawdę przyjemnie. 

Początek był tak zakręcony, że ja nie mogłam się połapać co i jak. Już myślałam, że muszę się czegoś napić, bo inaczej nie zakumam

Wbrew pozorom całą powieść czyta się niezwykle szybko. Nie jest to bardzo wyczerpująca, ani też nad wyraz wciągająca lektura. Może służyć jako stosunkowo lekki przerywnik między innymi, bardziej wymagającymi publikacjami. Autorka ma lekkie piór, dzięki czemu nie odczuwa się nudy. Trochę żałuję, że nie zapoznałam się wcześniej z pierwszym tomem, jednak zawsze można to nadrobić.

Kryminałów, thrillerów i powieści grozy jest na rynku naprawdę całe mnóstwo. Wydaje mi się jednak, że Graeme Cameron ma szansę się przebić. Było to dopiero moje pierwsze spotkanie z jej twórczością, jednak w przyszłości pewnie sięgnę po inną jej powieść, jeśli jakaś jeszcze ukaże się w Polsce.

Martwe dziewczyny to dobrze napisany thriller, który wciąga od pierwszych stron. Nie jest to może mistrzostwo gatunku, jednak wydaje mi się, że propozycja jest godna uwagi. Poruszany jest temat, o którym czasami się zapomina. Amnezja po wypadku nie musi być trwała, choć w społeczeństwie cały czas tkwi przekonanie, że nigdy dokładnie pamięć o tym, co się wydarzyło nie wróci. Mózg jest najmniej przez nas poznaną częścią organizmu i dalej nas czymś potrafi zaskoczyć, dlatego cieszę się, że autorka poruszyła ciekawy temat.
 
Polecam Wam lekturę tej książki. Jest to z pewnością idealna propozycja na wiosenne dni na powietrzu.

"martwe dziewczyny" to powieść utrzymana w stonowanym klimacie niebezpieczeństwa. Sama akcja nie gna na złamanie karku, ale jest na tyle wciągająca, że warto dać jej szansę, nawet jeśli stawiacie na cięższe klimaty. Tutaj liczy się osobowość mordercy i poszukującego, swoista zabawa w kotka i myszkę, charakterystyka postaci tak skrajnie od siebie różnych. W klimacie tajemnicy i niedomówień rozpoczyna się pościg za psychopatycznym mordercą. Kto jest o krok przed wygraną - ścigany czy ścigająca?

"Martwe dziewczyny" to książka przy której można się odprężyć, zagłębić w wartkiej akcji, mrocznym, dusznym klimacie śledztwa prowadzonym przez policjantkę na codzień zmagającą się z własnymi ograniczeniami, ale za wszelką cenę pragnącą pomścić wszystkie martwe dziewczyny. 

Napisz swoją opinię i oceń książkę

Przedstaw się



Twoja ocena


WYŚLIJ

Kusterkowa
2019-04-05

Dawno tak nie zawiodłam się na książce, serio. Po opisie spodziewałam się wciągającej lektury i wartkiej akcji. Ciekawie opisanych bohaterów i rysu psychologicznego psychopaty. Uwielbiam czytać o psychopatach i seryjnych modercach. Zresztą już podczs studiów mnie fascynowali :D A skończyłam psychologię! Tymczasem otrzymałam bardzo, ale to bardzo specyficzną narrację, która nie pozwalała ...