Thriller / Sensacja / Kryminał
Głód zabijania
29,99 zł
38,99
KUP TERAZ

Głód zabijania

Alice Blanchard
brak opinii
Liczba stron: 400
ISBN: 9788327639646
Premiera: 2018-11-14

Kiedy już raz wejdziesz w mrok, mrok wejdzie w ciebie
Samobójstwo pacjenta to dla każdego psychoterapeuty zawodowa klęska. Dla doktor Kate Wolf tym boleśniejsza, że przywołuje wspomnienia, od których od dawna próbuje się uwolnić. Mimo upływu szesnastu lat wciąż wini się za śmierć młodszej siostry, zamordowanej z wyjątkowym okrucieństwem. Teraz straciła pacjentkę, chociaż była pewna, że terapia miała na Nikki zbawienny wpływ.
Rozmowa z detektywem badającym śmierć Nikki McCormack rzuca nowe światło na sprawę. Dodając dwa do dwóch Kate zaczyna wątpić, czy jej siostrę zabił człowiek skazany za morderstwo i czy Nikki naprawdę popełniła samobójstwo. Jeżeli jej podejrzenia są słuszne, morderca uderzy po raz kolejny, bo napędza go głód zabijania, a ukojenie przynoszą mu jedynie cierpienie i śmierć wybranych ofiar.

Nikki McCormack znaleziono wiszącą na belce nośnej salonu jej rodziców. Pod nią leżało przewrócone krzesło. Powiesiła się na starym sznurze od bielizny znalezionym w garażu, choć nikt nie miał pojęcia, jakim cudem zdołała umocować go tak wysoko. Rodzice znaleźli ciało po powrocie z przyjęcia charytatywnego w Isabella Stewart Gardner Museum. Ojczym chwycił Nikki w pasie, podczas gdy matka zadzwoniła na 911. Umieścili ciało na podłodze. Dziesięć minut później ratownicy medyczni stwierdzili, że Nikki nie żyje. Była ubrana w paradny strój gotycki. Jej szyja i twarz były spuchnięte, oczy czarne i lśniące jak oliwki.

Spotkanie z rodziną – ich smutkiem, zagubieniem – oraz jej własny szok i żal trwające przez całą noc i ranek wywołały w Kate tak potworny ból głowy, że żadna ilość tylenolu nie potrafiła go złagodzić. Policjanci byli uprzejmi, ale drobiazgowi. Rozmowa z nimi trwała na szczęście krótko. Reszta personelu szpitalnego była przygnębiona, lecz wszyscy mieli zbyt wiele zajęć, by długo się tym zajmować. Osiem miesięcy temu Nikki została przyjęta na oddział stanów ostrych, więc niektórzy ją pamiętali i dobrze wspominali, ale na tym koniec. Samobójstwa zdarzały się tu co jakiś czas, ale Kate jeszcze nie miała z czymś takim do czynienia.

Przez cały ranek odbywała spotkania z różnymi osobami z personelu, a o dziesiątej trzydzieści Ira Lippencott znalazł ją w pokoju wypoczynkowym. Kate trzęsła się tak bardzo, że nie potrafiła utrzymać w ręce dzbanka z kawą.

– Uhh. Wyglądasz upiornie – stwierdził Ira. – Gdzie jest James?

– Mocuje się z własnym problemem. Agatha zupełnie się rozsypała.

Ira kiwnął głową. Wszyscy w szpitalu słyszeli o najtrudniejszym przypadku na oddziale Jamesa.

– Chodź. – Poprowadził ją do swojego gabinetu, kazał usiąść, a potem podał jej filiżankę kawy ze swego ekspresu marki Breville. Gabinet Iry składał się z mebli modułowych w stonowanych barwach. Rośliny już dawno wyrosły ze szklanych donic i napierały liśćmi o ściany, jakby domagały się wolności.

Ira był kiedyś lekarzem prowadzącym Kate i znał wszystkie tragedie, jakie ukształtowały jej życie. Podczas studiów licencjackich przeszła u niego psychoanalizę. To był warunek wstępny.

– Powinnaś wiedzieć, co to znaczy siedzieć na krześle naprzeciwko, zanim zajmiesz moje miejsce – tłumaczył.

Ten człowiek znał ją bardzo dobrze.

– Siadaj – powiedział, podając jej filiżankę espresso. – No i mów.

Kate tak drżały ręce, że omal nie rozlała kawy na kolana, toteż wypiła łyk i odstawiła filiżankę.

– O czym tu mówić – odparła bezbarwnym głosem. – Zawiodłam ją.

– Zrobiłaś wszystko, co mogłaś, Kate. Zdajesz sobie z tego sprawę, prawda?

– Jestem jej psychiatrą i nie zauważyłam, że coś się dzieje. A więc... zawiodłam ją.

– Nie pora użalać się nad sobą.

– Użalać się nad...? – powtórzyła.

– Rozczulanie się nad sobą do ciebie nie pasuje. – Jej mentor nie tolerował czczej gadaniny. – Posłuchaj mnie, Kate. Nie jesteś z tym wszystkim sama. Ja codziennie rano budzę się z kilkoma nowymi siwymi włosami.

– Wiem, ale...

– Ale nic.

To załatwiło sprawę. Przez cały długi poranek usiłowała się trzymać, teraz jednak poczuła się przytłoczona samobójstwem Nikki. Z pudełka w kwiatki wyjęła chusteczkę, przyłożyła ją do oczu i się rozpłakała.

– Wiem, wiem – powiedział Ira kojącym tonem. – To się zdarza. Każdy z nas miał pacjenta, który popełnił samobójstwo. To jest druzgocące. Uwierz mi jednak, że nauczysz się z tym żyć.

Kiwnęła głową i wzięła się w garść.

– Dobra. Zastanówmy się, co mogłaś zrobić nie tak – zasugerował. – Powiedz mi, jak szła terapia Nikki.

– Robiłyśmy postępy. Reagowała dobrze na nowe leki.

– Jak wyglądały sesje rodzinne?

– Jej rodzice zaczęli dopuszczać do siebie myśl, że mogli przyczynić się do niektórych problemów Nikki.

– A co z jej uzależnieniami?

– O ile wiem, przestała pić i brać narkotyki. Powoli zaczęła kierować swoim życiem.

– Wspaniale. A więc? Co jeszcze mogłaś zrobić? Zrezygnować z urlopu? Nieszczęścia się zdarzają, Kate. To część naszego zawodu.

– No cóż, teraz muszę zrezygnować z urlopu. – W nocy męczyły ją okropne sny. Potwory ścigały małe dziewczynki, które z trzaskiem łamały się na pół jak gałązki. – Elizabeth McCormack chce, żebym przyszła na pogrzeb.

– Dobrze. Zalecamy utrzymywanie bliskiego kontaktu z rodziną, przynajmniej do czasu pogrzebu, a już na pewno do chwili otrzymania wyników sekcji.

Sekcja. To chłodne słowo ją otrzeźwiło.

– Łamałam sobie głowę, próbując wyobrazić sobie, jak to się stało.

– Kate, proszę. – Ira westchnął i potarł grzbiet nosa. – Przecież doskonale wiesz. Nie było w tym twojej winy. Czasami mrok zwycięża.

Obrzuciła go sceptycznym spojrzeniem. Znali się już dosyć długo.

– Serio? Czasami mrok zwycięża? I to ma mnie uspokoić?

– Nie należy do moich zadań uspokajanie kogokolwiek.

– Oczywiście. Naszym zadaniem nie jest uspokajanie ani pocieszanie pacjentów, my mamy skierować ich na drogę samouzdrowienia... bla, bla, bla.

– Właśnie.

– To była ironia.

– Wiem.

Poczuła, jak wracają do niej dawne wyrzuty sumienia. Były niczym cicha zapowiedź nadchodzącej burzy z piorunami. Wydarzenia, które ukształtowały jej życie, nigdy nie pójdą w zapomnienie, ale przynajmniej przez jakiś czas udawało jej się trzymać je w ukryciu... schować do pudełka, psychicznie zamknąć wieko i umieścić pudełko w zamkniętej garderobie. Ale śmierć Nikki McCormack przypominała wybuch, który wyrwał z zawiasów drzwi do tej garderoby.

– Popatrz, Kate, umiesz sobie z tym poradzić. Przeżyłaś więcej ciężkich chwil niż większość ludzi w ciągu całego życia. – Ira położył ręce na biurku. – Ale tak to wygląda. Śmierć Nikki obciąża także mnie. Kładzie się cieniem na całym oddziale. Wiem, o czym myślisz, dlatego proszę, żebyś uświadomiła sobie, że to, co się stało wczoraj wieczorem, nie ma nic wspólnego z twoją siostrą. Czy przyjmujesz to do wiadomości?

– Do wiadomości tak.

– Okej, ale musisz przyjąć to także tutaj. – Ira poklepał się po piersi. – Całkowicie.

Savannah Wolfe, dziewczynka o falujących złotych włosach, o delikatnych szmaragdowych oczach i zaraźliwym śmiechu, była tak szczęśliwą i ufną dwunastolatką, że każdy gad z sąsiedztwa mógł ją wykorzystać. Była jednym z tych przedsiębiorczych dzieci, które ratują mrówki z podjazdu i pielęgnują pisklęta o złamanych skrzydełkach. Wzruszały ją nawet najsłodsze reklamy psiej karmy. Była gotowa pospieszyć z pomocą każdemu – przyjaciołom, sąsiadom, obcym – a nawet dorosłemu facetowi o przekrwionych oczach. Wystarczyło poprosić: „Cześć, miła panienko, mogłabyś poświęcić mi sekundkę?”. Kate poczuła bolesny ból za oczami.

– Słuchaj, rozumiem, że te dawne uczucia związane z moją siostrą nie mają z tym nic wspólnego, ale...

– Odsuń uczucia na bok. – Złożył ramiona. – Masz się z tym zmierzyć jak profesjonalistka.

– Oczywiście, dam sobie radę – odparła defensywnym tonem.

– Jedyną liczącą się rzeczą jest to, czy zastosowałaś standardową procedurę odpowiednią dla jej symptomów. To właśnie szpital zechce wiedzieć. Zastosowałaś standardową procedurę?

Dopiero po chwili dotarł do niej sens tych słów.

– Standardową procedurę?

– Z prawnego punku widzenia to wszystko, czym szpital się zainteresuje. Czy użyłaś właściwych kwantyfikatorów do postawienia dokładnej diagnozy?

Mechanicznie pokiwała głową.

– Władz szpitala nie interesuje, co mogłaś zrobić inaczej, Kate. Musisz przestać sobie coś zarzucać. To nikomu nie pomoże. Jesteś znakomitym psychiatrą, masz bardzo dobre kwalifikacje, świetne referencje. Leczyłaś u Nikki chorobę dwubiegunową. Nadzorowałaś stosowanie przez nią leków, a podczas sesji terapeutycznych próbowałaś zmienić jej zachowania. Pacjentka sprawiała wrażenie ustabilizowanej, dokumentowałaś poprawę jej stanu zdrowia. Cała reszta jest bez znaczenia. A więc – powiedział, pochylając się do przodu – poradzisz sobie z tym?

– Tak – odparła bez przekonania. Po raz pierwszy straciła pacjenta. Była to dla niej zupełnie nowa sytuacja. A Ira nie był sobą. Nigdy go takim nie widziała. Zachowywał się, jakby bronił swojego tyłka.

– Kiedy będziesz rozmawiała z Działem Zarządzania Ryzykiem, masz im podać swoje kliniczne obserwacje, kropka. Zapomnij o emocjach. Czy potrzebujesz adwokata?

– Adwokata? – zapytała, czując galopujące bicie serca. Pozew o błąd w sztuce to najgorszy koszmar każdego lekarza.

– Dla szpitala obrona własnych interesów to sprawa podstawowa. Robi się to tak na wszelki wypadek, gdyby doszło do sprawy o odszkodowanie. To jest normalna procedura. Musisz o siebie zadbać.

Sąd? Sprawa o odszkodowanie?

– Proszę, to nazwisko mojego adwokata. Bardzo go polecam. – Otworzył szufladę biurka i wręczył jej wizytówkę. – Powiedz mu, że cię do niego skierowałem.

– Dzięki.

– I nie martw się. Będzie dobrze. Wszyscy mieliśmy już z czymś takim do czynienia. A teraz wybacz, ale mam za sobą ciężką noc i całą górę roboty papierkowej. Przepraszam, że tak jęczę. Muszę uzupełnić karty choroby i wracać do domu. Tobie radziłbym to samo.

Kate zauważyła, że jego spojrzenie zobojętniało.

– Ira, czy to ty zostawiłeś orzeszki w moim gabinecie?

Popatrzył na nią z lekkim zdziwieniem.

– Jakie orzeszki?

– Na regale ktoś zostawił słoik Planters Peanuts.

– Ja nie. Może James?

– Już go pytałam. Nie zrobił tego.

– No cóż, nie przykładałbym do tego zbyt wielkiej wagi. Zapewne ktoś sobie zażartował. Tak czy owak, pogadajmy o tym jutro rano, dobrze?

Wstała i uściskała jego rękę.

– Dziękuję, Ira.

– Nie martw się. Poradzisz sobie. Potraktuj to jak rytuał przejścia.

Szybkim krokiem pokonała korytarz, wpadła do swojego gabinetu, złapała płaszcz, owinęła się szalikiem i włożyła ciepłe rękawiczki. Zjechała windą na dół, przecięła zatłoczone lobby szpitala i pchnęła szklane drzwi, jakby były gigantycznymi poduszkami. Wyszła na dwór i wycyganiła papierosa od jednego z rezydentów. Wciągnęła nikotynę głęboko w płuca i przypomniała sobie ostatnie słowa siostry.

 

– Ile muszę czekać?

– Tylko kilka minut. Zaraz wrócę – obiecała Kate.

– Gdzie idziesz?

– Tam. Widzisz te drzewa? Nie bój się.

– Nie boję się.

– Wiem, jesteś moim malutkim dzielnym kwiatuszkiem.

– Niczego się nie boję, Katie.

 

Stłumiła łkanie, lecz i tak kilka osób odwróciło się w jej stronę. Odkaszlnęła kilka razy, ukrywając ból, palacze zaś dyskretnie odwrócili głowy. Stała przez chwilę, kaszląc i jednocześnie paląc, oraz obserwując swój skraplający się w mroźnym powietrzu oddech.

 

***

 

Nie chciała wracać do domu, zwłaszcza że miała jeszcze sporo pracy. Pojechała windą do izby przyjęć, by z pielęgniarką Yvette Rosales porozmawiać o stanie psychicznym Nikki McCormack, bo to właśnie Yvette ją przyjmowała. Personel oddziału psychiatrycznego zawsze był zajęty, nieustannie dzwoniły telefony. Praca personelu nigdy się nie kończyła.

W drodze do stanowiska pielęgniarek, czegoś w rodzaju biurokratycznego portu pośród mózgowo-chemicznej burzy, mijała sanitariuszy i dyplomowane pielęgniarki w kolorowych mundurkach. Tamara Johnson była korpulentną kobietą w średnim wieku, która znała nawet najskrytsze tajemnice. Była szefową pielęgniarek i człowiekiem do wszystkiego.

– Dzień dobry, Tamaro. Widziałaś gdzieś Yvette?

Tamara pokręciła głową.

– Zaraz powinna tu być. Pewnie chciała po drodze kupić pączka i znowu spóźniła się na autobus. Jak Boga kocham, ciągle tłumaczy te swoje spóźnienia tym autobusem. Jak się pani trzyma, pani doktor?

– Tak sobie.

– Oj, wiem. Pamiętam, jak przyjmowałyśmy Nikki. Takie mizerne maleństwo. Za to jaka odważna. Obejrzała sobie to miejsce i oświadczyła, że tutaj wszyscy są chorzy. – Tamara się zaśmiała. – Ona nie. Tylko wszystkie te pieprzone ciule w tym pokoju.

– Cała Nikki – odparła Kate z bolesnym uśmiechem.

– Napije się pani kawy? Właśnie zaparzyłam.

– Nie, dziękuję. Poczekam tam.

Przyniosła z sobą notatki, znalazła wolne miejsce w poczekalni i usiadła. Pokój przyjęć można by nazwać odą do przeciętności: sztruksowe kanapy, fotele pokryte imitacją skóry, reprodukcje akwareli na nagich ścianach z cegieł. Na stolikach leżały błyszczące broszury.

Kate otworzyła szarą teczkę i zaczęła przeglądać notatki. W czerwcu, gdy została tu przyjęta, Nikki bywała w domu nie do opanowania. Prowadziła nieustanne boje z rodzicami, brała narkotyki oraz piła. Jej ojczym był zwolennikiem ostrej dyscypliny, a zbuntowana nastolatka tęskniła za swym ojcem. Rozwód rodziców był dla niej wyjątkowo bolesny.

Nagle ktoś zawołał:

– Zabieraj ze mnie te łapy, ty śmierdzący skurwysynu!

Kate uniosła głowę. Na przyjęcie czekało kilkanaście osób. Większość z nich już znała, bo miała za sobą epizod terapeutyczny na oddziale dla dorosłych. Sądząc ze sposobu, w jaki dwaj mężczyźni, których nie poznawała, ukrywali przed kamerą twarz za daszkami czapek bejsbolowych, podejrzewała, że udają będących na głodzie narkomanów, by dostać zastrzyk demerolu. Były tam także dwie osoby z zaburzeniami afektywnymi, anorektyczka, młoda matka z depresją poporodową, starszy pan, który nieustannie czyścił ręce wacikami do dezynfekcji, i nieznana jej około dwunastoletnia dziewczynka, która siedziała wyprostowana w pewnej odległości od pozostałych.

Kate skupiła uwagę na głównym konflikcie: wychudzony schizofrenik, który wyrwał się sanitariuszom, wydzierał się na starszą kobietę cierpiącą na depresję, obrzucał ją wyzwiskami i wymachiwał przed jej twarzą chudymi rękami. Kobieta siedziała skulona, w jej załzawionych oczach malowała się niepewność, a sterczący nad nią mężczyzna dominował – jeśli patyk może w ogóle nad kimś dominować.

Nagle do miejsca kłótni szybkim krokiem podszedł sanitariusz z kluczami przypiętymi do paska. Był to Clive Block, który słynął z umiejętności negocjacyjnych. Prędko uspokoił i rozdzielił uczestników sporu. Z Clive’em nikt nie zadzierał. Pielęgniarki nawet nie pomyślały o wezwaniu ochrony. Na oddziale psychiatrycznym kajdanki były na porządku dziennym – o różnych porach dnia i nocy słychać było trzaskanie drzwiami i uniesione gniewnie głosy.

Teraz Kate zwróciła uwagę na siedzącą w kącie dwunastolatkę. Jasne włosy dziewczynki były związane w koński ogon, miała senne zielone oczy, sprawiała wrażenie odprężonej. Kate natychmiast przypomniała się Savannah. Podobieństwo było uderzające. Dziewczynka miała na sobie wyprasowane niebieskie dżinsy i różową bluzkę zapiętą pod samą szyję. Kurtka z gęsiego puchu była złożona na pół i ułożona na miejscu obok. W dziewczynce była jakby skromność, pełna rezerwy sztywność. Kate odniosła wrażenie, że jest tu sama. Gdzie są jej rodzice?

Kate nie „widziała w niej wariatki”, jak niedelikatnie mówili niektórzy z jej znajomych, dopóki nie dostrzegła biżuterii. Na szyi dziewczynki wisiały dziesiątki srebrnych krzyżyków na cienkich srebrnych łańcuszkach, nadgarstki zdobiły różańce z koralików. W wyobraźni Kate ujrzała dziecko odcięte od świata. Dostrzegła w niej też uderzający smutek, przytłaczającą samotność. Młodzi pacjenci Kate na ogół siedzieli przygarbieni, opierali się o ściany lub pochylali ciała do przodu, jakby zastygli podczas wzruszania ramionami. To dziecko jednak siedziało z wyuczoną wytwornością. Wydawało się, że drobne ciało dziewczynki wyraża doskonałą samotność. Demonstrowała także elegancką samodyscyplinę, coś niezwykłego w przypadku dziecka w takim wieku. Ale znów – gdzie są rodzice? Może matka poszła do łazienki?

Kate właśnie miała zamiar to sprawdzić, gdy na odział wpadła zdyszana Yvette Rosales. Od progu głośno usprawiedliwiała swoje spóźnienie:

– Przepraszam! Przepraszam! Ten mój głupi autobus znów się spóźnił.

Tamara oparła ręce o biodra.

– Autobus się spóźnił? Czy ty się spóźniłaś?

– Czekałam, czekałam i czekałam.

– Ach tak, jasne. Ale widzę, że znalazłaś czas, żeby kupić sobie pączka.

– Żarty sobie stroisz? Nie potrafię zacząć dnia bez kawy i pączka.

– Kawę mamy tutaj.

– To świństwo? Nie będę tego piła. – Yvette miała ciemnoróżowe spierzchnięte wargi. W jej ustach zawsze tkwił ołówek lub papieros, a podczas przerw wybiegała na dwór, aby go zapalić. – A kim ty nagle jesteś? Moją matką?

– To prawda – odparła Tamara sarkastycznie. – Ja cię szpieguję.

– Tak mi się wydaje, ktoś rzeczywiście mnie obserwuje. Jakby ściany oddychały.

– Czy właśnie powiedziałaś, że ściany cię podglądają?

– A potrafisz udowodnić, że nie?

Tamara wybuchnęła śmiechem. Wszystko zostało wybaczone.

– Mniejsza z tym. Czeka na ciebie pani doktor.

– Kto? – Yvette obróciła się dokoła. – Witam, pani doktor. O mój Boże, Nikki McCormack. Niech Bóg pobłogosławi jej duszę.

– Ciągle jestem w szoku – przyznała Kate, podchodząc do niej.

– To bardzo smutny dzień.

– Możemy chwilkę porozmawiać? Mam kilka pytań dotyczących jej przyjęcia.

– Oczywiście. Tylko zdejmę płaszcz i już do pani wracam.

Kate czekała oparta o główne biurko, podczas gdy Yvette rozbierała się i wieszała swoje rzeczy.

– Kim jest ta dziewczynka w kącie?

Yvette obejrzała się.

– Nie wiem. Tamara?

– Co? Aha. Matka ją przywiozła. – Tamara wzruszyła ramionami. – Była tu minutę temu.

– Siedzę tu z dziesięć minut i nikogo nie widziałam.

– Może któraś z pielęgniarek coś wie. Pójdę i zapytam. – Tamara zniknęła w pokoju pielęgniarek.

Rozległ się dzwonek windy, drzwi się rozsunęły i do środka wkroczył James. Był bardzo oficjalny. Gestem przywołał Kate do siebie.

– Pojedziemy porozmawiać z tym prawnikiem, którego Ira nam polecił – oznajmił. – Umówiłem nas na jedenastą trzydzieści. Chodźmy.

– Poczekaj – odparła Kate zdumiona. – Nie ma potrzeby przesadzać.

– Ja nie przesadzam. Po prostu chcę być pewny, że nikt nie wciągnie cię w tarapaty.

– Nikt tego nie zrobi – odrzekła z jękiem.

– Ja po prostu cię pilnuję, kochanie. Chodźmy. Nie chcę się spóźnić.

 

***

 

Podczas jazdy do Bostonu Kate usiłowała stłumić ataki panicznego płytkiego oddechu, które mogły przerodzić się w coś gorszego. Otulone śniegiem miasto rozmazywało się przed przednią szybą niczym podniszczony czarno-biały film. Zrobiła, co mogła, by tego ranka zachować się jak profesjonalistka – przetłuszczone włosy upięła w kok, starannie się umalowała – ale nerwy miała w strzępach. Czuła się wypalona i wyczerpana.

Do kancelarii prawnej jechali trasą wyznaczoną przez GPS-a. Mieściła się ona na ostatnim piętrze monolitycznego wieżowca w sercu Bostonu. Wjechali do podziemnego garażu i zostawili samochód boyowi, by go zaparkował. Kate nie mogła powstrzymać drżenia, gdy czekali na windę.

– Dobrze się czujesz? – James ścisnął jej rękę.

– A mam wybór?

– Pomogę ci przez to przejść, krok po kroku – zapewnił ją.

Wjechali windą na dwudzieste czwarte piętro. Hol wejściowy kancelarii był fortecą z różowego marmuru. Ściany pokryto drogim muralem, który odzwierciedlał logo firmy. Recepcjonistka była ubrana w kostium marki Dolce & Gabbana.

– Dzień dobry. W czym mogę pomóc?

Napisz swoją opinię i oceń książkę

Przedstaw się



Twoja ocena


WYŚLIJ