Thriller / Sensacja / Kryminał
Martwe dusze
29,99 zł
38,99
KUP TERAZ

Martwe dusze

Daria Orlicz
brak opinii
Liczba stron: 288
ISBN: 9788327640451
Premiera: 2018-11-14

Po sezonie życie w nadmorskim miasteczku toczy się bardzo leniwie. Senną atmosferę zakłóca śmierć Aleksandry Fabianowicz, miejscowej pielęgniarki.
Dochodzenie prowadzi młodszy aspirant Krzysztof Bugaj, który szybko ustala, że kobieta została celowo potrącona przez samochód. Fabianowicz miała dużo wrogów, a na jej temat krążyło mnóstwo plotek. Wielu nie podobało się, że po rozstaniu z mężem zaczęła bez ograniczeń korzystać z życia i często wdawała się w przygodne romanse.
Bugaj pracowicie przesiewa uzyskane informacje i gromadzi dowody, jednak zanim uda mu się zawęzić krąg podejrzanych, w miasteczku zostaje zamordowana kolejna kobieta. Czy coś łączy te dwie sprawy? Może to tylko przypadek, a może dopiero początek czarnej serii.

 Pozwieszane z drewnianych belek starej stodoły oszklone latarenki z Ikei rozświetlały wnętrze ciepłym bursztynowym blaskiem. Ludzie schodzili się wolno – część zjawiała się samotnie, część przychodziła w towarzystwie sąsiadów czy przyjaciół. Ubrany w ciemne dżinsy i gruby czarny golf, były duchowny Filip Czaplicki wyjadał z plastikowego woreczka resztki pestek z dyni, uważnie przypatrując się wchodzącym. Większość podchodziła, żeby się z nim przywitać, ale byli też tacy, którzy bez słowa siadali w kącie i czekając na rozpoczęcie spotkania, w skupieniu trwali w milczeniu. Filip przeczesał palcami gęste, lekko kręcone ciemne włosy i potarł zmarznięte dłonie. Przez uchylone drewniane drzwi wpadło zimne, wieczorne powietrze; w środku zdawało się być chłodniej, niż zazwyczaj.

– Pochwalony! –Niewysoka śniada kobieta po pięćdziesiątce weszła do stodoły w towarzystwie swojego najmłodszego syna, otyłego jedenastolatka z zespołem Downa.

– Dalej tak wieje? – zagaił rozmowę gospodarz, jednocześnie przyglądając się młodej, wysokiej brunetce w jasnym płaszczu.

Dziewczyna zjawiła się we wspólnocie pierwszy raz i chyba czuła się niepewnie. Czaplicki miał ochotę wstać i zaprowadzić ją na miejsce, wiedział jednak, jak bardzo starsze kobiety potrafią być zazdrosne nawet o takie niewinne gesty. Siedział więc bez ruchu, zapatrzony w płomień migoczącej świecy.

– A wieje, wieje. Łeb urwać chce. – Wyraźnie zasapana pięćdziesięciolatka zdjęła kaptur z głowy milczącego dotąd chłopca i usiadła na jednej z drewnianych ław.

Towarzyszące jej dziecko wyglądało na zmarznięte i lekko zmęczone, ale się nie skarżyło, tylko siedziało cicho z głową opartą o ramię matki.

Kwadrans później słabo oświetlona stodoła mieściła już ponad czterdziestu miejscowych – głównie starsze kobiety i towarzyszące im dzieciaki. Było też kilka młodziutkich dziewczyn i trzech mieszkających w okolicy mężczyzn, których Filip znał przelotnie.

Wstając, posłał blady uśmiech jednej z najbliżej siedzących kobiet.

– Zanim zaczniemy, chciałbym podziękować za wszystkie wasze modlitwy. Wiecie już, że zaginęła moja przyjaciółka, i wierzę, że wspieracie ją modlitwą – zaczął Czaplicki przyjemnie niskim, dźwięcznym głosem.

W stodole od razu zawrzało. Starsze kobiety szeptem wymieniały uwagi, młodsze rozglądały się po ciemnych kątach, jakby tylko czekały na jakieś niecodziennie wydarzenie.

– Aleksandra jest jedną z nas. Pracując w szpitalu, zrobiła wiele dobrego dla bliźnich. Pamiętajmy o tym – dodał były ksiądz, a dwie siedzące w pierwszym rzędzie kobiety zaczęły głośno klaskać.

Anna Bugaj pchnęła ciężkie drewniane drzwi od stodoły, kiedy czuwanie dawno się rozpoczęło, ale czuła, że nikt z obecnych nie ma jej za złe spóźnienia. Sama nie wiem, po co tu przychodzę, pomyślała, siadając obok zajeżdżającej cebulą starszej kobiety w kwiecistej chustce na głowie. W Boga przestała przecież wierzyć już w dzieciństwie, czego więc szukała wśród tej rozmodlonej wspólnoty? A może wcale nie chodziło o modlitwę? Może po prostu wśród ciepła ludzkich ciał czuła się odrobinę mniej samotna? Rozpięła płaszcz, którego szorstki wełniany kołnierz nieprzyjemnie drapał ją w szyję. Po chwili wyjęła z torebki komórkę, którą zapomniała wyciszyć przed wejściem.

Zerkając na wyświetlacz, miała nadzieję, że odezwał się do niej Krzysztof, ale mąż milczał. Wkrótce będziemy pewnie po rozwodzie, przeszło jej przez myśl i nagle zachciało jej się płakać. Jak mógł odejść po tym wszystkim, z czego mu się niedawno zwierzyła?! Jak mógł ją porzucić, upokorzyć, zostawić na pastwę losu?! Tyle lat wybaczała mu wszystkie jego romanse, przymykała oko na zdrady, trwała przy nim na dobre i na złe, a on po prostu się spakował i rzucił ją dla tej zdzirowatej rozwódki… Skurwiel! – pomyślała, chowając do torebki wyciszony telefon.

Melodyjny, niemal radiowy głos Czaplickiego wyrwał Annę z ponurych myśli:

– Zastanówmy się przez chwilę, za co jesteśmy dziś wdzięczni. Za co chcielibyście podziękować, czym się z nami podzielić?

Anna zmrużyła oczy i przez dłuższą chwilę wpatrywała się w rozświetloną blaskiem latarenek pociągłą twarz byłego księdza. Kiedy przemawiał do nich w kompletnej ciszy, wyglądał niczym przepełniony duchową mocą dobry pasterz znękanej trzódki. Czuła jednak, że to tylko starannie wyćwiczona poza, spora dawka teatralnego talentu. Intuicyjnie wyczuwała w nim manipulanta, który świetnie wiedział, jak wykorzystać ludzką naiwność. Otaczali go ludzie samotni, schorowani, w podeszłym wieku, w ogóle tacy, którzy nikogo innego nie obchodzili, a on świetnie potrafił to wykorzystać. Starsze kobiety przynosiły mu jedzenie, piekły dla niego ciasta, gotowały zupy. Sama przecież widziała, ile słojów z sałatkami czy pojemników z domowym bigosem dostawał. Młodsze strzelały za nim oczyma, każda pełna nadziei, że to właśnie ją wybierze. Nie był już przecież księdzem, nie musiał żyć w celibacie. Był trzydziestokilkuletnim, przystojnym mężczyzną, który potrafił przyciągać zagubione dusze.

Co ja robię wśród tych wszystkich zdesperowanych ludzi? – pomyślała Anna, przyglądając się skupionym twarzom i złożonym jak do modlitwy rękom. Czemu od paru tygodni obiecuję sobie, że więcej tu nie wrócę, a później wsiadam w autobus i jadę w te pola, na to kompletne odludzie…

Zamknęła oczy. Od rana bolała ją głowa i drapało w gardle. Czuła się też dziwnie wyzuta z sił, może dlatego, że niemal nic tego dnia nie zjadła. Kawałek drożdżowego ciasta, połówka jabłka, czyli tyle co nic…

Ponownie z zamyślenia wyrwał ją ciepły głos Czaplickiego:

– Wyglądasz na zmartwioną. – Były duchowny usiadł obok niej na masywnej drewnianej ławie i położył rękę na kolanie Anny.

Pomyślała, że to dość osobliwy gest, ale nie odsunęła się. Filip był jedną z niewielu osób, których dotyk jej nie przeszkadzał.

– Masz jakieś problemy? – zapytał.

– Jak każdy. – Wzruszyła ramionami.

– Pogadajmy, tak na spokojnie, tylko we dwoje. Kiedy masz czas, żeby się spotkać? Możemy coś zjeść w miasteczku albo wybrać się na spacer – zaproponował.

Dotarło do niej, że szepcze, jakby nie chciał, żeby siedzące przed nimi starsze kobiety usłyszały, o czym rozmawiają.

– To jak? Dasz się namówić? – Gdy nachylił się bliżej, poczuła lekką nutkę jego wody kolońskiej.

Nagle zdała sobie sprawę, że chciałaby go dotknąć. Wsunąć palce w jego gęste ciemne włosy, pogłaskać świeżo ogolony policzek.

Opanuj się, dziewczyno, pomyślała, ale zdradziecki rumieniec zdążył już zakwitnąć na jej twarzy.

– Masz mój numer, prawda? Zadzwoń, umówimy się – dodał.

– Jeśli znajdę trochę czasu…

– Po prostu zadzwoń – szepnął.

Wyszła ze stodoły kilka minut później, ponieważ spotkanie i tak miało się ku końcowi, a ona zdążyła już zmarznąć. Była mniej więcej w połowie drogi na przystanek, kiedy za plecami usłyszała cichy odgłos silnika. Obróciła się gwałtownie, zdając sobie sprawę, że samotnie wędruje przez pustą i otoczoną drzewami szosę. Szybko jednak poznała furgonetkę Filipa Czaplickiego, bo w otaczających ją aksamitnych ciemnościach samochód wydawał charakterystyczny warkot.

Przystanęła.

– Wsiadaj, podrzucę cię do miasteczka! – Czaplicki zjechał na pobocze i zachęcająco otworzył drzwi od strony pasażera.

– Nie musisz się fatygować, zaraz mam autobus – broniła się słabo.

– Wsiadaj, żaden kłopot! – rzucił lekkim tonem.

Podchodząc do auta, zauważyła, że nie ma przedniego światła.

– Tak, wiem. Kilka dni temu potrąciłem sarnę – mruknął Czaplicki, kiedy wróciła mu na to uwagę.

Zatrzasnęła drzwiczki i zapięła pasy.

– Przyglądałem ci się dzisiaj.

– I?

– I myślę, że jesteś jedną z tych osób, które duszą w sobie emocje, dopóki niespodziewanie nie wybuchną.

Bardzo głęboka myśl, zgryźliwie pomyślała Anna, powstrzymała się jednak od komentarza.

– Przeżywasz to wszystko, prawda? Rozwód, odejście męża…

– Skąd wiesz, że…

– Żartujesz? – Roześmiał się. – To miasteczko wielkości pudełka od butów i wszyscy wiedzą wszystko.

– Skąd znałeś tę zaginioną kobietę? – zapytała cicho Anna.

– Aleksandrę? Przyjaźniliśmy się. Dobrze nam się rozmawiało, czasem grywaliśmy w bilard.

Używa czasu przeszłego, pomyślała Anna i zacisnęła palce na klamce. Będąc żoną gliniarza, nasłuchała się tylu mrożących krew w żyłach historii, że chyba wpadła w paranoję…

– Nigdy nie widziałam, żebyś wybrał się do miasteczka, zanim wyjdą ostatni goście.

– Dzisiaj się spieszę, przyjaciel mnie potrzebuje. Stodołę zamknie Jędrek, da sobie radę.

– Jak na kogoś, kto mieszka tu dopiero od kilku miesięcy, znasz sporo ludzi – zauważyła Anna tonem, który nawet jej samej wydał się nieco cierpki.

– Lubię ludzi, a oni to czują – odparł ogólnikowo.

Przez resztę drogi milczeli, w końcu Czaplicki wysadził ją przed jej furtką i powiedział, że będzie czekał na telefon. Wysiadając z jego samochodu, Anna pomyślała, że w tym człowieku jest coś dziwnego, a mianowicie im bardziej starał się być miły, tym bardziej wydał jej się… podejrzany.

Więcej tam nie pójdę, obiecała sobie, zarazem jednak świetnie wiedziała, że tej obietnicy nie zdoła dotrzymać. Spędzi kilka wieczorów w domu, może spotka się z którąś z koleżanek albo samotnie wyskoczy do kina, aż w końcu upiecze orzechowe ciasteczka i pojedzie na kolejne czuwanie. Najśmieszniejsze było to, że właściwie niewiele tam robili. Czasem śpiewali, czasem zwierzali się sobie nawzajem z drobnych codziennych problemów, czasem coś zjedli, bo ciasta i warzywnych sałatek zawsze było pod dostatkiem. Zdarzały się ogniska, czasem wspólne spacery po lesie, czyli nic nadzwyczajnego, a jednak czuła się zaskakująco dobrze w towarzystwie tych ludzi, wiedziała, że dziwnie do nich pasuje…

W uliczce ktoś zatrąbił. Anna wzdrygnęła się i zerknęła przez ramię.

Szukała w torebce kluczy, kiedy przed dom zajechało audi Krzysztofa. Na widok męża poczuła nie tylko wściekłość, ale i dziwną bolesną tęsknotę jednocześnie.

– Czego tutaj chcesz?! Arek śpi u kolegi, a ja nie mam ochoty z tobą rozmawiać! – syknęła, kiedy podszedł do frontowych drzwi.

Powiedział, że wpadł tylko po sweter, który gdzieś się zawieruszył.

– Co to za koleś cię podrzucił? – zapytał, kiedy otwierała drzwi.

– Czaplicki – powiedziała, z uśmiechem wyższości wchodząc do domu.

– Ten klecha? – prychnął Bugaj.

– Już nie jest księdzem. I wybacz, ale to akurat nie twoja sprawa.

– Zdajesz sobie sprawę, że to śliski typek? Przystojniaczek dający się dokarmiać tutejszym starowinkom. Wiesz, że on żyje z zasiłku, prawda? I z tego, co łaskawie przyśle mu z Hamburga wuj, który notabene jest właścicielem zarówno domu, jak i tej waszej słynnej stodoły.

– Widzę, że bardzo cię to interesuje…

– Mówię, co wiem.

– Oceniasz ludzi po pozorach. Zawsze to robiłeś! – niemal wykrzyczała.

– Nie zaczynajmy, okay? Nie przyszedłem się kłócić.

– Tak, tak, to jasne. Musisz zachować energię dla tej swojej nowej…

– Anka, przymknij się! Wiesz, że Iwona niedawno poroniła, prawda?

– I co? Mam się rozpłakać?! A może powinieneś wrócić do domu? W końcu odszedłeś dlatego, że w drodze było dziecko. Teraz dziecka nie ma, a ty…

– Powiedziałem, przymknij się! – krzyknął Bugaj.

– Oddaj mi klucze!

– To również mój dom.

– Już nie! W dniu, w którym zostawiłeś mnie dla tej wywłoki, zatrzasnąłeś za sobą drzwi na dobre!

– Kurwa, jakie to patetyczne! I co? Może jeszcze potniesz nożyczkami moje bety, jak ta twoja pochrzaniona koleżaneczka?!

– Może i potnę. Więc lepiej spakuj klamoty, których jeszcze nie zabrałeś, i zejdź mi z oczu! – krzyknęła Anna.

– Myślałem, że rozstaniemy się z klasą, wiesz? Że nie będzie między nami tych żenujących scen, skakania sobie do gardeł, obrzucania się wyzwiskami…

– Jasne, tak byłoby dla ciebie najwygodniej, ale wiesz co?! Nie zamierzam więcej iść ci na rękę! A teraz bądź tak miły, znajdź ten pieprzony sweter i wypierdalaj stąd! – Anna z malującą się na twarzy wściekłością rzuciła w kąt swój stary wełniany płaszcz i zamknęła się w łazience.

Krzysztof przez chwilę stał przed zamkniętymi drzwiami, jakby się bał, że wkrótce już była żona może sobie zrobić krzywdę. W końcu jednak zdecydował, że to raczej mało prawdopodobne, i przeskakując po dwa stopnie, wbiegł na górę. Niestety swetra nie znalazł i zaczął żałować, że w ogóle zjawił się w domu. Zanim zszedł na parter, pchnął drzwi od pokoju syna i przez chwilę przyglądał się porozrzucanym ubraniom jedynaka, jakby sam ich widok mógł nieco ukoić tęsknotę. Wiedział, że Arek wciąż obwinia go za odejście od Anny, miał jednak nadzieję, że z czasem syn mu wybaczy. Wolał się nie zastanawiać, co będzie, jeśli tego nie zrobi…

 

Prokurator Nina Morawska, usiłując nie ześlizgnąć się z błotnistej skarpy, schodziła z pobocza w stronę otaczających miasteczko pól rzepaku, a idący obok niej młody policjant, którego znała jedynie z widzenia, stwierdził:

– Musiała zostać potrącona z dużą prędkością, skoro siła uderzenia odrzuciła ją aż tam.

Morawska przypomniała sobie wyczytaną gdzieś informację dotyczącą wypadków drogowych. Otóż uderzony z prędkością sześćdziesięciu kilometrów na godzinę pieszy ma jedynie piętnaście procent szans na przeżycie. Zerknęła w stronę leżącej na rozmokłej ziemi sylwetki, w której tylko z trudem rozpoznała ludzkie kształty. Ciało leżało w polu, było wygięte pod dziwnym kątem, nieruchome i bezdyskusyjnie martwe. Morawska przełknęła ślinę, starając się nie okazywać emocji. Nie mieli jeszcze pewności, ale były spore szanse, że patrzyła właśnie na zwłoki zaginionej pielęgniarki, której tak rozpaczliwie szukał nastoletni syn.

– Szła od strony parku, więc sprawca musiał ją uderzyć, kiedy była mało widoczna na tym odcinku. – Młody gliniarz machnął ręką, wskazując pobocze, i dodał, że podejrzewa celowe działanie: – Brak śladów hamowania, nic, zero reakcji. Albo kierowca zauważył pieszą na jezdni dosłownie w ostatnich sekundach, albo potrącił ją z premedytacją. Pytanie tylko, skąd w tych egipskich ciemnościach mógł wiedzieć, że poboczem idzie właśnie ona? Chyba że wcześniej ją śledził… – Chłopak mówił już bardziej do siebie, niż do stojącej obok prokurator Morawskiej.

Dopiero kiedy zobaczył idącego w ich stronę aspiranta Adama Szewczyka, przymknął się, spuścił głowę i udawał, że przygląda się butom martwej kobiety.

Nie zwracając uwagi na zbliżającego się kolegę, za którym nie przepadała, Nina pochyliła się nad zwłokami i starając się nie patrzeć na zastygłą w pośmiertnym grymasie twarz ofiary, przyjrzała się jej wierzchniemu okryciu.

– Puchówka, nieco zbyt obszerna. Syn Aleksandry Fabianowicz mówił, że wymknęła się z mieszkania w jego kurtce – mruknęła do siebie.

– Moim zdaniem identyfikacja będzie już tylko formalnością. Jakie są szanse, że znaleźliśmy tutaj kogoś innego? – Młody gliniarz lekko wzruszył ramionami, zerknął w stronę szosy i dodał: – Jest pan doktor.

Nina odwróciła się, zerkając w stronę pobocza, którym szedł jej dobry przyjaciel Marcin Stefańczyk, po którego zadzwonili grubo przed przyjazdem lekarza sądowego. Oficjalnie patomorfologa z pobliskiego szpitala nie powinno tu w ogóle być, ale mieli nadzieję, że coś im podpowie, zanim zjawi się lekarz medycyny sądowej. W końcu w miasteczkach takich jak to bardziej liczyły się sąsiedzkie układy niż protokoły i formalności.

– Cześć. – Stefańczyk pocałował Ninę w policzek i zerknął na ciało. – Biedna kobieta…

Czekali na fotografa, kiedy zaczęło mżyć.

– Kurewska pogoda – mruknął aspirant Szewczyk, sięgając po papierosy.

– Słyszałem, że właśnie zostałeś ojcem. – Stefańczyk klepnął go w ramię i przez chwilę obaj mężczyźni rozmawiali o pobycie na porodówce.

Wieczorem, już po tym, jak były mąż ofiary zidentyfikował zwłoki, potwierdzając tym samym, że znaleźli ciało zaginionej pielęgniarki, powtórnie przeszukali mieszkanie. Ze wszystkich swoich obowiązków Nina chyba najbardziej właśnie tego nie lubiła. Czuła się nieswojo, gdy musiała buszować po należących do tragicznie zmarłych osób rzeczach.

Napisz swoją opinię i oceń książkę

Przedstaw się



Twoja ocena


WYŚLIJ