Gorący Romans
Niczego nie żałuję
9,99 zł
9,99
KUP TERAZ

Niczego nie żałuję

Elizabeth Bevarly
brak opinii
TAKŻE JAKO E-book icon
Liczba stron: 160
Oprawa miękka
ISBN: 9788327634894
Premiera: 2018-02-09

„Zaczęła się wsłuchiwać w szum deszczu za oknem, poczuła kojący zapach sosnowego mydła, którym emanowało jego ciało, rozkoszowała się jak pieszczotą dotykiem jego palców. Te miarowe ruchy wprawiały ją niemal w trans, czuła ogarniającą ją błogość i jakiś pełen spokoju bezwład. To wyglądało jak gra wstępna...”.

Renny Twigg zaparkowała samochód i przez przednią szybę spojrzała na imponującą, przypominającą zamczysko rezydencję w stylu Tudorów. Trzykondygnacyjną, kamienną, której fasadę porastał bluszcz. Słońce późnego czerwcowego przedpołudnia odbijało się w witrażowych oknach z pionowymi szprosami, nad krytym płytką łupkową dachem niczym rzeźby wzniesione ręką renesansowego artysty górowały cztery wieżyczki.
Otaczający rezydencję malowniczy starannie utrzymany park był tak ogromny, że pomieściłby całe włoskie miasto-państwo.
Zdjęciami kwitnących tu wszystkimi kolorami tęczy krzewów mógłby się poszczycić każdy katalog ogrodniczy. Korony wysokich drzew i wypielęgnowane trawniki cieszyły oko soczystą zielenią.
Renny znakomicie wiedziała, czym jest dobrobyt. Pochodziła z szacownego rodu Twiggów, który należał do najstarszych w Ameryce, od pokoleń wydawał wybitnych prawników, finansistów oraz polityków i przez stulecia pomnażał swój majątek.
Chowała się w przestronnym zabytkowym domu w Greenwich w stanie Connecticut, uczyła w ekskluzywnych szkołach prywatnych, ukończyła prawo na Harvardzie i w diademie wysadzanym brylantami tańczyła przed jedenastoma laty na balu debiutantek.
Tak, Tate Hawthorne z całą pewnością jest krezusem, pomyślała, jeszcze raz rzucając okiem na imponującą bryłę jego domu. Następnie wzięła głęboki oddech i zerkając we wsteczne lusterko, poprawiła upięty na karku ciemny kok, pociągnęła usta szminką, po czym przygładziła dłonią żakiet garsonki z jasnobrązowego lnu.
Okej, uznała zadowolona, wyglądasz jak trzeba i możesz ruszać na spotkanie z człowiekiem, którego odnalazłaś na polecenie swojego pracodawcy.
Tak więc, Renny, do dzieła.
Rozejrzała się jeszcze raz, by się upewnić, czy w pobliskich zaroślach nie czatuje na nią smok, który ją porwie do wieży. Bo mimo błękitu nieba i różnobarwnych kwiatów w ogrodzie klimat tej rezydencji przywodził jej na myśl średniowieczne legendy.
Och, przestań się wygłupiać, zganiła się w duchu. Tate Hawthorne nie jest żadnym rycerzem ani księciem, tylko wyjątkowo zdolnym chicagowskim finansistą, który za dnia robi złote interesy, a nocą zmienia się w playboya.
Z jej informacji wynikało, że pasję bogacenia się łączył Hawthorne z upodobaniem do wydawania pieniędzy. Uwielbiał sportowe samochody i miał słabość do pięknych rudowłosych, długonogich dziewczyn. Renny w swych czółenkach na obcasie nie miała nawet metra sześćdziesięciu, przyjechała tutaj skromnym autem z wypożyczalni i nie była w typie kobiety, którą gospodarz zamczyska chciałby niecnie wykorzystać.
Otworzyła drzwi samochodu i wysiadła na brukowany podjazd. Choć był dopiero czerwiec, panował straszliwy upał, szybko więc ruszyła do drzwi, powtarzając sobie po raz ostatni słowa, w których taktownie przekaże właścicielowi domu przywiezione rewelacje.
Choćby nieznaną mu nowinę o jego prawdziwej tożsamości.
Renny pracowała w kancelarii prawnej Tarrant, Fiver & Twigg, w której jednym ze wspólników był jej ojciec i która między innymi zajmowała się notarialnym uwierzytelnianiem testamentów oraz sprawami spadkowymi. W przypadkach, gdy zmarły nie pozostawił ostatniej woli albo jego uprawnieni do dziedziczenia krewni byli nieznani bądź nieznane było miejsce ich pobytu, stan Nowy Jork powierzał jej firmie odnajdywanie tych osób.
Renny przyjechała do Highland Park, ekskluzywnego, zamieszkałego przez bogaczy przedmieścia Chicago właśnie w takiej sprawie. Otóż na zlecenie swego przełożonego, Bennetta Tarranta, zdołała zidentyfikować mieszkającego tutaj człowieka uprawnionego do przejęcia spadku po kliencie ich kancelarii, a firma powierzyła jej to zadanie, bo w dziedzinie poszukiwań spadkobierców, poza jednym przypadkiem niepowodzenia, z powodu którego ominął ją awans, zawsze odnosiła sukcesy.
Namierzenie Hawthorne’a było wyjątkowo trudne i chociaż Tarrant nie powiedział jej tego wprost, Renny przypuszczała, że zlecając jej tę sprawę, stwarzał jej szansę zrehabilitowania się po tamtej porażce. Ponieważ tym razem się powiodło, czuła nie tylko ogromną satysfakcję, ale mogła też oczekiwać, że w nagrodę otrzyma w firmie wyższe stanowisko, a ojciec wreszcie przestanie na nią patrzeć z wyrzutem.
Była z siebie dumna, bo ustalenie obecnej tożsamości człowieka, który przed niemal trzydziestoma laty został wraz z rodzicami objęty federalnym programem ochrony świadków, wymagało od niej nie lada trudu.
W poszukiwaniach tego człowieka skorzystała z pomocy Phoebe, swojej wieloletniej przyjaciółki, która dzięki swym niezwykłym zdolnościom hackerskim umiała dotrzeć w sieci do tajnych informacji. Dla Phoebe nie było człowieka, którego tożsamości nie umiałaby ustalić.
Krótko więc mówiąc, sukces w sprawie Hawthorne’a miał zapewnić Renny awans w firmie oraz sprawić, że jej tatuś w końcu zapomni o tym jedynym przypadku, kiedy powinęła jej się noga.
Zadzwoniła do drzwi rezydencji, wachlując się aktówką. W tym gigantycznym domiszczu mogą upłynąć wieki, zanim ktoś przyjdzie, żeby jej otworzyć, przemknęło jej przez myśl, lecz ku jej zdumieniu nie musiała czekać ani sekundy.
W progu na szczęście nie zjawił się sam Tate Hawthorne, tylko sędziwy kamerdyner w liberii, który z wyglądu przypominał Thomasa Jeffersona.
− Witam panią – powiedział. –Jak się domyślam, będę miał zaszczyt zapowiedzieć pannę Twigg?
Skinęła głową. Na początku tego tygodnia skontaktowała się z Aurorą, asystentką Hawthorne’a, która okazała się niezmiernie uczynna, aranżując jej spotkanie ze swoim pracodawcą podczas jedynego wolnego kwadransa, jakim szef dysponował w tym miesiącu.
A zdoła on sobie ten kwadrans wykroić w sobotę, napomknęła Aurora, tylko dlatego, że zgodził się odrobinę skrócić przygotowania do czekającego go meczu polo.
− Dzień dobry – odparła Renny. – Przepraszam, że zjawiam się trochę przed czasem. Mam jednak nadzieję, że pan Hawthorne zechce mnie przyjąć o parę minut wcześniej, jako że musimy…
Zawiesiła głos z wahaniem, czy wspomnieć o konieczności omówienia z nim pewnych spraw, które odmienią jego życie, ale dochodząc do wniosku, że taki wstęp zabrzmiałby zbyt melodramatycznie, dodała jedynie:
− Omówić ważne sprawy.
− Pan Hawthorne poświęca swój czas wyłącznie istotnym zagadnieniom – odparł wyniośle kamerdyner.
− Rozumiem… − zaczęła, przerwała jednak, słysząc w tle donośny baryton.
− Nie ma problemu, Madisonie.
Zza pleców kamerdynera wyszedł pryncypał, we własnej osobie. Nie miała wątpliwości, że to on, błyskawicznie rozpoznając w nim bogatego gospodarza tych włości.
Włosy w odcieniu piaskowym miał krótko obcięte, jego lekka opalenizna była w kolorze brzoskwini, a szare oczy lśniły jak platyna. Nosił strój do gry w polo – szkoda, że konnej, a nie wodnej, przemknęło jej przez głowę – bo takie ciacho jak on każdego gościa mogło przyprawić o palpitacje. Począwszy od markowej koszulki, przez beżowe bryczesy, po długie, zapinane z przodu na suwak buty z ochraniaczami na kolana – cały jego ubiór był w tonacji brązowej – a atletyczny tors Hawthorne’a, jego smukłe uda, częściowo odsłonięte bicepsy i szerokie bary wyglądały tak harmonijnie jak u greckiego herosa.
Renny na próżno usiłowała nie okazywać po sobie, że zrobił na niej piorunujące wrażenie. I chyba dlatego najpierw wyrwało jej się spontaniczne „cześć”, lecz poprawiła się już po sekundzie, mówiąc:
− Dzień dobry, panie Hawthorne.
− Witam panią, pani… − zawiesił głos. – Strasznie mi przykro – dorzucił. – Aurora rzecz jasna podała mi pani nazwisko, ale proszę wybaczyć, od rana jestem w wirze pracy i pani nazwisko niestety mi umknęło. Poza tym, no cóż, przychodzi pani trochę przed czasem.
Renny poczuła się ujęta jego lekkim zmieszaniem. Doceniła, że chciał być wobec niej uprzejmy, choć wiedziała, że ma dla niej mało czasu. Jednak jego zmieszanie zdziwiło ją zwłaszcza dlatego, że jej doświadczenia nie wskazywały, by ważni biznesmeni okazywali zakłopotanie takim drobiazgiem, jaki stanowiło niepamiętanie nazwiska jakiejś młodej prawniczki, z którą mają do czynienia.
− Nazywam się Renata Twigg – odparła, sięgając po wizytówkę i wręczając ją gospodarzowi. – Reprezentuję kancelarię Tarrant, Fiver & Twigg – dodała, nie mając pojęcia, dlaczego matka dała jej na imię Renata, ani dlaczego ojciec zawsze pilnował, by tego imienia używała w życiu zawodowym.
Tak czy owak, brzmiało ono poważniej niż Renny i bardziej mogło się kojarzyć niż zdrobnienie z długonogą rudowłosą laską.
Na wręczoną mu wizytówkę nawet nie zerknął, ale za to spojrzał na nią tak, że musiała przełknąć ślinę, by zapanować nad nagłym przypływem feromonów.
− Renata – powtórzył aksamitnym głosem, a ona z jakiegoś powodu poczuła nagle, że choć zawsze wolała być nazywana Renny, to w tym momencie nie miała żadnych obiekcji przeciwko Renacie.
− Jestem bardzo wdzięczna, że znalazł pan dla mnie chwilę − powiedziała, rozglądając się szybko po przestronnym holu, w którym parę drzwi prowadziło na prawo, parę na lewo, a pośrodku widniały paradne schody na górę. – Czy możemy porozmawiać?
− Tak – odparł. – Zapraszam do gabinetu – dodał z ujmującym uśmiechem, pokazując jej drogę na piętro, gdzie minąwszy osiem czy dziewięć pokoi, zaprowadził ją na miejsce.
Pomieszczenie, do którego w końcu dotarli, od podłogi do sufitu obudowane półkami pełnymi książek, bardziej niż gabinet przypominało bibliotekę. W rogu, naprzeciwko okna z pięknym widokiem na park, stało biurko z komputerem i równo ułożonymi stertami akt i papierów oraz leżącym z boku kaskiem jeździeckim.
A więc przed dzisiejszą rozgrywką w polo Tate Hawthorne chciał jeszcze wykroić sobie chwilę na pracę, stwierdziła. Ten facet równie poważnie traktuje biznes, jak przyjemności, przemknęło jej przez myśl.
− Bardzo proszę. – Wskazał jej fotel obity skórą, którego cena przekraczała pewnie roczny przychód niejednego państwa, po czym usiadł na wyściełanym skórą krześle za biurkiem.
− Panie Hawthorne – zaczęła, próbując nie okazywać po sobie, jakie wrażenie wywiera na niej jego tors – chciałabym poprosić pana o przejrzenie tych dokumentów – powiedziała, kładąc na biurku otwartą teczkę.
− Proszę mi mówić po imieniu, nazywam się Tate. Nazwiska używam w sytuacjach czysto oficjalnych.
− Okej – odparła trochę zbita z tropu, bo przecież przyjechała tutaj służbowo, ale jego miły uśmiech wskazywał, że to spotkanie traktuje jednak raczej jako przyjemność. – Czy nazwisko Joseph Bacco brzmi dla pana znajomo?
− Chyba tak – odparł z jakimś błyskiem zrozumienia w oczach. – Niewykluczone, że jakiś czas temu obiło mi się o uszy. Chyba słyszałem je w telewizji, ale nie pamiętam, w jakim kontekście.
Renny wiedziała, że Joseph Bacco był barwną postacią, że w swoim czasie przysporzył sobie rozgłosu zarówno w prasie, jak i w telewizyjnych programach kryminalnych i że jego śmierć odbiła się echem w całym kraju.
− Może, Tate – przemogła się, by zwrócić się do niego po imieniu – zapamiętałeś jego przezwiska, na przykład Joe Nożownik albo Kuloodporny Bacco?
− Nie sądzę, pani Twigg…
− Renny – poprawiła go i dopiero po sekundzie tego pożałowała, bo dotychczas nigdy nie pozwalała, by klienci zwracali się do niej tym zdrobnieniem.
W pracy poza ojcem tak ją nazywał tylko Bennett Tarrant, który przecież znał ją od urodzenia.
− Myślałem, że masz na imię Renata.
− Owszem, ale dla znajomych jestem Renny – wyjaśniła, z trudem przełykając ślinę.
Tak, to prawda, w życiu prywatnym wszyscy ją tak nazywali. Ale dlaczego coś takiego wyrwało się jej w tym gabinecie? Przecież przyjechała tu służbowo, więc czemu?
− Renny chyba jakoś do ciebie nie pasuje – zauważył, a ona poczuła, jak miękną jej kolana.
Nie, nie powinna mu pozwalać na poufałości. Zwłaszcza po tym niedawnym blamażu pozostanie profesjonalistką w każdym calu. Ale ten Hawthorne chyba wyczuł, że wzbudza w niej pożądanie…
− Uważam, że Renata jest dla ciebie bardziej odpowiednia – dodał.
Dla niej to była nowość, bo nikt tak nie sądził. Nawet rodzice nazywali ją Renny od chwili, gdy pożegnała się na zawsze ze swoją różową spódniczką do baletu, oświadczając, że tak samo jak jej bracia będzie grać w futbol. Renata odeszła więc w niepamięć dziesiątki lat temu, razem z jej strojem baletowym.
− Wracając do tematu… − próbowała odzyskać pewność siebie.
− Kuloodporny Bacco? – powtórzył. – Z ludźmi tego pokroju raczej nie miałem przyjemności się stykać w chicagowskiej izbie handlowej.
− Więc może przezwisko Żelazny Padre wyda ci się znajome? – chwyciła się ostatniej deski ratunku i wtedy jego oczy wyraźnie się rozświetliły.
− Ależ oczywiście – odparł. – To ksywka tego sławnego mafijnego bossa.
− Domniemanego bossa – poprawiła go, bo Josephowi Bacco nigdy nie udowodniono powiązań mafijnych.
− O ile pamiętam, z mafii nowojorskiej – dodał Tate. – Ze dwa miesiące temu było dosyć głośno w mediach o jego śmierci, bo Żelazny Padre był jedynym bossem z mafii, który dożył tak sędziwego wieku i zmarł ze starości.
− Domniemanym bossem – znów poprawiła go Renny. – Tak, chodzi mi właśnie o niego.
− Rozumiem – odparł Tate, zerkając na zegarek. – Ale nie bardzo pojmuję, dlaczego o nim rozmawiamy?
− To jest odpis twojego świadectwa urodzenia, Tate – powiedziała, podając mu dokument wystawiony w stanie New Jersey, różniący się od tego sporządzonego w Indianie, którym posługiwał się od piątej klasy podstawówki, kiedy został adoptowany przez ojczyma i po nim otrzymał nazwisko Hawthorne.
O tym rzecz jasna wiedział, tyle że podsunięte mu świadectwo nie zostało wystawione dla Tate’a Carsona, a tak nazywał się przecież przed adopcją.
− Joseph Anthony Bacco III? – przeczytał.
− Tak. To jest świadectwo urodzenia wnuka Josepha Anthony’ego Bacco seniora, znanego także jako Joe Nożownik, Kuloodporny Bacco albo Żelazny Padre.
− Wciąż jednak nie rozumiem, dlaczego mi pokazujesz świadectwo urodzenia wnuka tego mafioza, twierdząc, że to moje świadectwo? Wnuka tego rzekomego mafioza – sam się poprawił.
Bez słowa wręczyła mu fotografię z lat osiemdziesiątych ubiegłego wieku, jedną z wielu, jakie zdołała zdobyć. Przedstawiała ona mężczyznę po sześćdziesiątce siedzącego w salonie obok mężczyzny przed trzydziestką, trzymającego na kolanach małego chłopca. Gdy Tate, lekko mrużąc oczy, spojrzał po chwili na Renny, wyczuła, że powoli zaczyna się domyślać.
− To zdjęcie zostało zrobione w domu Josepha seniora, który siedzi obok…
− Mojego ojca – Tate wszedł jej w słowo. – Ojciec umarł, jak miałem cztery lata, więc prawie go nie pamiętam. Ale zostało mi po nim kilka fotografii, więc umiem go rozpoznać. A ten berbeć to pewnie ja.
− Zgadza się.
− Czyli ojciec znał się z Żelaznym Padre.
− Twój ojciec to Joseph Bacco junior, syn Żelaznego Padre.
− Wykluczone. – Tate stanowczo potrząsnął głową. – Mój ojciec nazywał się James Carson. Prowadził sklep z materiałami metalowymi w Terre Haute w Indianie, który spłonął, kiedy miałem cztery lata, a mój ojciec zginął w tym pożarze.
− Kiedy miałeś dwa lata, twoi rodzice otrzymali fałszywą tożsamość, bo zostali objęci federalnym programem ochrony świadków. James Carson to przybrane imię i nazwisko twojego ojca – wyjaśniła Renny, wydobywając z teczki kolejne dwa dokumenty. – Twój ojciec był świadkiem koronnym w procesie o morderstwo przeciwko jednemu z mafiozów pracujących dla Josepha Bacco. Ten człowiek nazywał się Carmine Tomasi. Twój ojciec obciążył też swymi zeznaniami kilku innych mafijnych gangsterów, którzy dostali wyroki skazujące za udział w organizacji przestępczej.
Twoja matka stała się Natalie Carson, a ty zostałeś Tate’em Carsonem − ciągnęła, zerkając do akt. − Cała wasza trójka otrzymała nowe numery ubezpieczenia społecznego oraz zmienione daty urodzin. Agenci federalni przenieśli was z Passaic w New Jersey do Terre Haute w Indianie, gdzie twoim rodzicom załatwiono pracę. Ojcu w sklepie żelaznym, matce w miejscowej agencji ubezpieczeniowej.
Podała mu dokumenty.
Dostała je kilka dni temu poleconą przesyłką pocztową od Phoebe, swojej wieloletniej przyjaciółki, tej genialnej hackerki. Renny dobrze wiedziała, że nie powinna wejść w ich posiadanie i że nie wolno jej zdradzić źródła ich pochodzenia. Ale zapewniła przyjaciółkę, że pod żadnym pozorem nigdy jej nie wkopie, przypominając przy okazji, że Phoebe ma wobec niej dług wdzięczności, bo przecież do dziś milczy jak grób, że trzynaście lat temu ich wspólny kumpel Kyle przecież wcale nie nocował u siebie, lecz do rana siedział…
Tate przeczytał papiery z nieskrywanym poruszeniem, by po chwili spojrzeć na Renny.
− Chcesz mi powiedzieć…? – spytał, ale nie pozwoliła mu dokończyć zdania, uznawszy, że najpierw szybko i precyzyjnie przekaże mu nowiny, a dodatkowych wyjaśnień udzieli później.
− Tak, jesteś wnukiem Joego Nożownika i jego spadkobiercą. Mimo że twój ojciec swoimi zeznaniami pogrążył kilka osób, twój dziadek postanowił przekazać tobie, jako najstarszemu synowi swego pierworodnego syna, cały swój majątek. Taką zasadę dziedziczenia nakazuje tradycja, w rodzinie Bacco obowiązująca od stuleci. Co więcej, Joe na łożu śmierci wyraził wolę, żebyś to ty po jego odejściu przejął obowiązki głowy tej rodziny i wszystkie interesy twojego dziadka. Krótko mówiąc, Joseph Anthony Bacco senior namaścił cię jako nowego Żelaznego Padre.

Napisz swoją opinię i oceń książkę

Przedstaw się



Twoja ocena


WYŚLIJ