Dla młodzieży
Raz na zawsze
37,99 zł
37,99
KUP TERAZ

Raz na zawsze

2 opinie
Liczba stron: 336
Oprawa miękka
ISBN: 9788327631770
Premiera: 2017-11-22
Tłumaczenie: Katarzyna Makaruk
Opracowanie graficzne okładki: Emotion Media

Powieść smakowita niczym weselny tort!

 

Louna, córka wziętej konsultantki ślubnej Natalie Barrett, widziała już ceremonie w każdych dekoracjach: na plaży, w zabytkowych rezydencjach, w wykwintnych hotelach i ogrodach. Być może dlatego ma tak sceptyczny stosunek do happy endów, wszystkich tych „żyli długo i szczęśliwie” – zwłaszcza że jej własna historia miłosna zakończyła się tragicznie. Gdy Louna na jednym z wesel poznaje uroczego i beztroskiego podrywacza Ambrose'a, trzyma go na dystans. On jednak nie zamierza się poddać, nareszcie bowiem spotkał dziewczynę, na której naprawdę mu zależy.

Kolejna pasjonująca książka Sarah Dessen, w której nie zabraknie humoru i miłosnych dylematów.

Sarah Dessen

Sarah Dessen to jedna z najpopularniejszych pisarek powieści dla młodzieży. Jest bestsellerową autorką według listy New York Timesa, sprzedała ponad milion egzemplarzy swoich książek. W Polsce znana jest z tytułów „Bezsenność we dwoje”, „Zamek i klucz”, „Kołysanka” czy „Teraz albo nigdy”.

– Uwielbiam, kiedy ludzie biorą ślub po raz trzeci – powiedział radośnie William, gdy staliśmy przy basenie w country clubie, patrząc, jak goście zajmują miejsca. – Nikt się nie denerwuje, wszyscy są tacy rozluźnieni. Może powinniśmy się w tym wyspecjalizować, zagospodarować niszę na rynku?

– Za mała – odparła matka, zawsze realistka. – Poza tym brakowałoby ci nerwicy panien młodych. Zmarnowałbyś talent.

– Masz rację – zgodził się William, podążając wzrokiem za starszym mężczyzną w przyciasnym garniturze, który zamierzał usiąść z przodu, w jednym z rzędów przeznaczonych dla rodziny.

William należał do najbardziej spostrzegawczych osób, jakie znałam, miał zmysły wyostrzone niczym zawsze gotowy do skoku kot. Kiedy żona chwyciła starszego pana za łokieć i pociągnęła go do dalszych rzędów, złapałam się na tym, że wstrzymałam oddech.

– A skoro mowa o pannach młodych, rozmawiałem z Bee i potwierdziła spotkanie na temat wstępnych ustaleń w poniedziałek rano.

Matka westchnęła.

– Wiesz, że nie znoszę pośpiechu.

– Ślub jest w sierpniu, teraz mamy kwiecień.

– Koniec kwietnia – poprawiła go matka. – Co nie byłoby problemem, gdyby chodziło o trzeci ślub, ale tak nie jest. To lepsze towarzystwo, więc impreza będzie wymagała lepszej organizacji. A to oznacza, że powinniśmy zacząć ją planować rok temu.

– Zapominasz, że oznacza też lepsze pieniądze – zauważył William.

– Pieniądze to nie wszystko. – Przez ułamek sekundy czekałam na dobrze znany ciąg dalszy. Który nastąpił: – Zdrowie psychiczne jest bezcenne.

– Ale gdyby miało cenę, oni by ją zapłacili.

Milczeli, kiedy następny gość podszedł do pierwszych rzędów. Po chwili William wyciągnął kartoniki z napisem REZERWACJA (wypisanym jego niemal kaligraficznym charakterem pisma, oficjalną czcionką firmy Ślub z Natalie Barrett), i postawił na siedzeniach. Zwykle starał się tego nie robić, bo wolał unikać wszystkiego, co mogłoby wprowadzać dodatkowe zamieszanie, nawet jeśli miały to być eleganckie karty. Nigdy jednak nie należy lekceważyć „czynnika idiotyzmu”. Kolejna złota myśl mojej matki.

– Dwadzieścia minut – powiedziała, obracając rękę, żeby spojrzeć na zegarek. – Postaw jeszcze kilka, żebyśmy nie musieli tu stać i pilnować. Louna, pozycja TRP?

Kiwnęłam głową i wyciągnęłam telefon, żeby jeszcze raz sprawdzić, czy na pewno jest wyciszony. Często zajmowałam miejsce w Tylnym Rzędzie po Prawej, szczególnie na imprezach takich jak ta, obejmujących „czynnik chodzenia”. To była pewna odmiana naszego trójpodziału obowiązków: mama wypuszczała kolejne pary z orszaku ślubnego, ja miałam na oku przemieszczających się gości, a William zajmował miejsce gdzieś z przodu. W ten sposób w każdej chwili mógł wkroczyć, jeśli ktoś zemdlał, upuszczono obrączki (lub ich zapomniano) albo jeśli podczas ceremonii w dzieci wstąpił diabeł (co zdarzało się całkiem często, choć tylko w jednym przypadku wszystkie te plagi wystąpiły naraz, w trakcie ślubu, który później nazywaliśmy po prostu Katastrofą).

Rozdzieliliśmy się i każde z nas zajęło swoją pozycję. Tę imprezę, ślub Eve Little, przygotowywaliśmy przez ostatnich dziewięć miesięcy i William miał rację, to była łatwizna. Panna młoda miała po pięćdziesiątce, pan młody po siedemdziesiątce, a poza tym oboje należeli do ludzi zamożnych i nie zgłaszali żadnych szczególnych życzeń poza tym, żeby ceremonia odbyła się w Lakeview Country Clubie, bo właśnie tu, na korcie, się poznali. Country club zapewniał jedzenie, zatrudniono didżeja, którego lubiliśmy, i cała impreza miała się skończyć punktualnie o dziesiątej.

Tylko jedna chmurka rysowała się na tym pogodnym niebie: Beatrice, córka panny młodej. Kiedy kilka tygodni temu się zaręczyła, postanowiła, że też weźmie ślub z Natalie Barrett. Niestety, sprawę komplikował fakt, że miała wyjść za mąż w połowie sierpnia, bo pod koniec lata przeprowadzała się na drugi koniec kraju, gdzie jej wybranek rozpoczynał pracę jako lekarz rezydent. Dlatego wszystko trzeba było zorganizować najszybciej, jak się dało. W normalnych okolicznościach – ze względu na listę oczekujących i obsesję mojej matki na punkcie organizacji – nawet przez myśl by nam nie przeszło, by zgodzić się na coś, co aż tak przypominało ślub urządzany w ostatniej chwili. Ale ponieważ impreza Eve Little okazała się prosta i para młoda wydała na nią mnóstwo pieniędzy, William w końcu skapitulował. Co, prawdę mówiąc, oznaczało, że sprawa była już w czterdziestu procentach wygrana.

Pomaszerowałam na tyły, do ostatniego rzędu krzeseł, które kilka godzin wcześniej pomagałam ustawić, i zajęłam miejsce przy przejściu. Jak zwykle siedziało tam kilka osób zbitych w kupkę – ku irytacji Williama, który lubił, żeby goście byli rozmieszczeni równomiernie. „Co oni sobie myślą? Przecież nikt ich nie będzie specjalnie zapraszał”, zżymał się na ten widok. Zdarzało mi się nawet widzieć, jak w wyjątkowych sytuacjach wykorzystywał swoją pozycję, by przesadzić weselników, choć tylko wtedy, kiedy był szczególnie wkurzony.

Mnie to aż tak nie przeszkadzało, dlatego tylko skinęłam głową parze siedzącej kilka krzeseł dalej, i wyciągnęłam telefon, żeby sprawdzić, która godzina. Do ceremonii zostało jeszcze piętnaście minut, gdy nadszedł pierwszy esemes od mamy.

Pływacy idą na basen.

W mgnieniu oka zza ozdobionego światełkami bukszpanu wyłonił się William. Gładko przechwycił kobietę z dzieckiem, oboje w kostiumach kąpielowych, i skierował za znak obwieszczający: ZAKAZ WSTĘPU. TEREN WYŁĄCZONY Z UŻYTKOWANIA NA CZAS UROCZYSTOŚCI.

Dźwięki organów rozległy się tak nagle, że nie tyko ja podskoczyłam na krześle. Zanim mama zdążyła wystukać nieuniknione: Co jest???, wstałam i pośpieszyłam na tył patia przy basenie, gdzie Monty, didżej, na mój widok uniósł ręce w geście przeprosin. Wszystko pod kontrolą.

Dwanaście minut. Odwróciłam się i spojrzałam w stronę wejścia na patio, gdzie moja mama pochylała się właśnie nad świńskim blondynkiem, który miał nieść obrączki. Podczas ślubu mogło się posypać absolutnie wszystko, mama jednak szczególnie nie lubiła „czynnika chaosu” związanego z dziećmi i psami, dlatego w obu wypadkach podejmowała stosowne działania prewencyjne. Jeśli chodzi o psy, w torebce strunowej ukrytej w rękawie miała spory zapas porcjowanych kiełbasek. Jeśli zaś chodzi o dzieci, zwykle sprawdzała się łapówka w postaci słodyczy plus surowy ton głosu, choć z tym ostatnim nie należało przesadzać. Emocji było dość bez łkających malców na początku ceremonii.

Gdy wróciłam na miejsce, do rozpoczęcia zostało siedem minut. Patrzyłam, jak William lustruje zebranych, kiedy ostatni goście zajmowali krzesła. Za każdym razem, kiedy jego wzrok napotykał puste miejsca między czwartym a ostatnim rzędem, krzywił się, choć byłam pewna, że tylko on widzi w tym problem.

Punktualnie o szóstej powinny się rozlec pierwsze takty muzyki. Zamiast tego znów zawibrowała moja komórka. Przeczytałam wiadomość dwa razy i mimo to nic nie zrozumiałam.

Nb spm poprowadzi pm.

William też dostał wiadomość. Spojrzał na mnie, unosząc brwi.

Co takiego? – wystukałam.

Mężczyzna siedzący dwa krzesła dalej zerknął na zegarek.

Chodź tu szybko – brzmiała odpowiedź. Nie doczytując jej do końca, zerwałam się z krzesła i pośpiesznie ruszyłam w stronę patia.

Tylko nie biegnij, napominałam się w duchu, próbując poruszać się jak najprędzej i nie sprawiać przy tym wrażenia spanikowanej. Gdy dotarłam do holu, orszak ślubny stał już w szeregu, z chłopcem niosącym obrączki – który wyglądał, jakby się miał zaraz rozpłakać – na przedzie. Za blondynkiem i ustawionymi w parach drużbami dostrzegłam Eve Little – w jasnożółtej sukni z tulipanowymi rękawami cała aż promieniała; ja też uwielbiałam, kiedy ludzie biorą ślub po raz trzeci! – jej córkę Bee i moją matkę. Mówiły wszystkie naraz.

– …dokładną kolejność, żeby dobrze się wywiązać ze swojego zadania – usłyszałam głos mamy. – Zmiany wprowadzane w ostatniej chwili bardzo nam to utrudniają, jeśli wręcz nie uniemożliwiają.

– Rozumiem – odparła Eve, podczas gdy Bee, z telefonem przy uchu, rozglądała się po holu. – Ale przed chwilą tu był!

– Cały on – stwierdziła Bee, zwracając się do mnie, jakbym wiedziała, o kim mowa. – Może trzeba sprawdzić na dworze?

Spojrzałam na mamę.

– Słyszałaś? Idź go poszukać na dworze! – powiedziała.

– Ale kogo? – spytałam. – Wszyscy tu są.

Wiedziałam, bo do moich obowiązków należało przygotowanie ściągawki. W wieczór przed ceremonią spisywałam na kartce listę osób wchodzących w skład orszaku ślubnego i członków rodziny, dane kontaktowe naszych kontrahentów (katering, didżej, kwiaciarnia), a także ostateczny harmonogram ceremonii – od chwili przybycia gości do momentu naszego odjazdu. Teraz, zaledwie kilka minut po godzinie zero, cały ten misterny plan runął.

– Ambrose’a – odparła Eve.

Słysząc to, moja matka zrobiła minę, jakby próbowała (albo wręcz przeciwnie) ukryć rozdrażnienie.

– Kogo?

– Mojego brata – powiedziała Bee, przekładając bukiet białych róż i lilii do drugiej ręki. Córka Eve Little, zachwycająca blondynka o kremowej cerze i niebieskich oczach, była tak śliczna, że gdyby nie jej sympatyczny charakter, budziłaby irytację. – Miało go nie być, ale się pojawił. Wysoki, jasne włosy, takie jak moje, najpewniej gada z jakąś dziewczyną. Trzaśnij go, jeśli będziesz musiała.

A więc „spm” oznaczało: syn panny młodej. Niezły dupek, skoro w pojedynkę udało mu się zastopować całą uroczystość.

– Zajmę się tym! – zawołałam do mamy, kierując się w stronę wyjścia.

Zanim jednak pchnęłam drzwi, odwróciłam się i zobaczyłam Williama idącego głównym przejściem z telefonem przy uchu. Skoro rozmawiał z mamą przez komórkę, sytuacja była gorsza, niż przypuszczałam.

Szybko zlustrowałam parking. Obok audi z kijami wystającymi z bagażnika stało dwóch golfistów pogrążonych w rozmowie. Facet w bieli, wyglądający na kucharza, ustawiał skrzynki z warzywami przy kuchennych drzwiach. Poza nimi nikogo nie było widać. Tak w każdym razie myślałam, dopóki nie usłyszałam melodyjnych dźwięków, które w każdym wszechświecie mogły oznaczać tylko jedno: śmiech ładnej dziewczyny.

Dochodziły zza samochodu dostawczego stojącego kilka miejsc dalej. Po chwili dołączył do nich wyraźnie męski rechot. Ruszyłam w tamtą stronę, zastanawiając się, dlaczego nie wybrałam pracy w kawiarni, księgarni albo jakimś innym miłym miejscu, gdzie nie musiałabym zajmować się zaganianiem opornych owieczek do zagrody. Okrążyłam vana i odchrząknęłam.

Gdy po raz pierwszy zobaczyłam Ambrose’a Little, przemknęły mi przez głowę dwie myśli, całkowicie odmienne, które zdecydowały o moim późniejszym stosunku do niego. Choć oczywiście wtedy jeszcze tego nie wiedziałam. Zarejestrowałam tylko, że jest niewiarygodnie przystojny, ale sam jego widok – z daleka i z profilu – niewytłumaczalnie mnie irytuje.

Jeśli chodzi o wygląd, Bee miała rację – mieli ten sam koloryt i podobne rysy twarzy. Ale Ambrose, w smokingu i białej koszuli, był wysoki, niemal tyczkowaty, miał długie ręce i nogi, wyraźnie zarysowane kości policzkowe i długą blond grzywkę potarganą tak, że musiał poświęcić jej sporo czasu. Przypominał odwrócony do góry nogami wykrzyknik na początku hiszpańskiego zdania, sama jego obecność zapowiadała komplikacje.

Jeśli zaś chodzi o czynnik irytacji, trudniej go było określić. Może po prostu Ambrose był zbyt przystojny – przypominał ożywioną lalkę surfera z rzeźbionymi rysami i płaską klatką piersiową, którą bawiłam się w dzieciństwie. Tak czy owak nigdy wcześniej nie zdarzyła mi się podobnie instynktowna niechęć na czyjś widok. Kiepsko się z tym czułam, jakbym była strasznie powierzchowna w sposób, który mi się nie podobał.

W tej chwili jednak Ambrose był zbyt zajęty, żeby mnie zauważyć – pochylał się nad indiańską dziewczyną o krągłych kształtach, w szortach koloru khaki i koszulce polo z emblematem country clubu. Ona z kolei opierała się o toyotę, wymachując pękiem kluczyków. Wyglądali, jakby byli ze sobą spleceni, mimo że wcale się nie dotykali, i choć ostrzegawczo chrząknęłam, żadne z nich mnie nie zauważyło.

– Ambrose – powiedziałam surowo. Tym razem obejrzał się, przerzucając kręconą blond grzywkę na drugą stronę. Na samym środku czoła pozostał lok tak idealny i dziewiczy, że trudno się było powstrzymać, żeby go nie dotknąć. Ta myśl zirytowała mnie jeszcze bardziej. – Ślub się zaczyna. Jesteś potrzebny na miejscu.

Uśmiechnął się leniwie, w sposób charakterystyczny dla bogatych chłopaków, błyskając zębami i pewnością siebie.

– Hej, witaj. Kim jesteś?

Dziewczyna zmarszczyła brwi, najwyraźniej niezadowolona z rozwoju sytuacji.

– Pracuję dla Natalie Barrett, organizatorki ślubów – powiedziałam. – Musisz iść ze mną. I to już.

Roześmiał się i zasalutował, muskając lok pośrodku czoła.

– Tak jest, pani kapitan! Jeszcze tylko sekundka. – Mówiąc to, odwrócił się do swojej przyjaciółki, która odzyskawszy jego zainteresowanie, znów uniosła w górę głowę.

Niektórzy ludzie w trudnych chwilach pytają: co w takiej sytuacji zrobiłby Jezus? Jeśli o mnie chodzi, to przynajmniej w odniesieniu do pracy istniał tylko jeden wzór godny naśladowania – wiedziałam, że na moim miejscu mama zrobiłaby wszystko, żeby uroczystość odbyła się zgodnie z planem. W przyszłe lato, obiecałam sobie, zatrudnię się w księgarni albo kawiarni. Teraz podeszłam do Ambrose’a, złapałam go za nadgarstek i ruszyłam w stronę wejścia, ciągnąc go za sobą.

– Co ty wyprawiasz?! – zawołała dziewczyna, mrużąc oczy. – Nie możesz tak po prostu...

Ależ mogłam. A ponieważ spodziewałam się oporu, chwyciłam Ambrose’a mocno. Stracił równowagę, potknął się i młócąc rękami w poszukiwaniu czegoś, czego mógłby się uchwyć, natrafił na moją lewą pierś. Nie dość więc, że musiałam go za sobą ciągnąć, to jeszcze teraz zostałam obmacana, a wszystko to na oczach golfistów. Cudownie.

– Normalnie lubię przebojowe dziewczyny – powiedział Ambrose, odzyskując równowagę, gdy tymczasem ja strząsnęłam z siebie jego rękę – ale ty naprawdę ostro zabierasz się do roboty.

Zignorowałam tę uwagę, bojąc się, co mogłabym odpowiedzieć. Dotarliśmy już niemal do wejścia – po przekroczeniu progu budynku Ambrose stanie się problemem mojej matki, a ja będę mogła wrócić na swoje miejsce.

– Mam wrażenie, że nie zostaliśmy sobie odpowiednio przedstawieni – ciągnął, kiedy wolną ręką złapałam za klamkę i szarpnięciem otworzyłam szklane drzwi. – Jestem Ambrose, a ty?

– Nareszcie – wysyczała matka, gdy tylko przekroczyliśmy próg.

Spojrzałam na zegar: szósta piętnaście. Mama ogromnie chlubiła się swoją punktualnością, dlatego każda minuta opóźnienia powodowała u niej wzrost irytacji. Ambrose o tym nie wiedział, ale gdyby guzdrał się jeszcze bardziej, nie tylko jego nadgarstek mógłby na tym ucierpieć. Na jego czarujący, pewny siebie uśmiech matka odpowiedziała spojrzeniem tak lodowatym, że prawie zrobiło mi się go żal. Prawie.

– Tędy – warknęła, gdy wypuściłam jego rękę i odsunęłam się z ulgą. Ruszył za nią bez słowa i bez ociągania. Nawet on szybko się zorientował, kto tutaj dowodzi.

Moja komórka zawibrowała. William. Jak sytuacja?

Opanowana, odpisałam. Wracam na miejsce.

Minęłam Ambrose’a, mamę i resztę orszaku ślubnego, który czekał już tak długo, że wyraźnie dawało się wyczuć nerwowość. Gdy przechodziłam obok druhen, czyjaś dłoń dotknęła mojego ramienia. Odwróciłam się i zobaczyłam Bee, która uśmiechała się z wdzięcznością.

– Dzięki, że przywlokłaś mojego przygłupiego brata.

Pokiwałam głową, jasno dając do zrozumienia, że nie zamierzam się z nią sprzeczać.

– Nie ma sprawy.

W tylnym rzędzie wyraźnie było słychać szmer głosów spekulujących na temat przyczyny opóźnienia. Niewprawnemu uchu wszystkie pomruki oczekiwania mogły się wydawać takie same, dla mnie jednak różnica była czytelna, podobnie zresztą jak dla Williama, który twierdził, że kiepski początek potrafi położyć całą imprezę. Dlatego nie zdziwiło mnie wcale, kiedy spostrzegłam go za filarem z ustami zaciśniętymi w wąską kreskę – na nic bardziej zbliżonego do skrzywienia nie pozwalał sobie w czasie pracy.

Wreszcie o 18.23 rozległy się pierwsze takty marsza weselnego. Obróciłam się i spojrzałam przez ramię na chłopca niosącego obrączki i dziewczynkę rozrzucającą kwiatki, którzy mozoląc się, szli przodem. Gdy William skierował ich na miejsce, przejściem między rzędami gości ruszył orszak drużbów – szli para za parą niczym zwierzęta zmierzające do arki. Mijając mnie, Bee znów się uśmiechnęła, a ja pomyślałam, że pewnie przywykła przepraszać za brata. W przeciwieństwie do niej, kiedy Ambrose z Eve pojawili się jako następni, wywołując wśród zebranych mnóstwo ochów i achów – ona w swej żółtej sukni, on taki przystojny w smokingu – Ambrose nawet na mnie nie spojrzał.

Ślub to ciąg niezwykłych chwil, które układają się jedna za drugą niczym korale. Owszem, każda z osobna jest cudowna, ale dopiero razem tworzą prawdziwe dzieło sztuki. Jeśli dobrze wywiązaliśmy się ze swojego zadania, o tym, że na początku coś szwankowało, weselnicy zapominali zaraz po pierwszym tańcu, toastach i krojeniu tortu. Tylko że w przypadku ślubu idealnego – tak samo jak idealnego świata – wszystko powinno iść jak po maśle już od pierwszych chwil. Jeśli zacznie się od czystej nuty, nieważne, jaka dalej popłynie piosenka, po prostu jest większa szansa, że to, co się usłyszy, będzie prawdziwą muzyką dla uszu.

 

 

Mimo że zgodnie z planem wesele miało się skończyć punkt dziesiąta, o 21.47 na parkiecie wciąż było tłoczno. Fakt, że miałam rację, ostrzegając Jilly, nie stanowił żadnej pociechy. Dzień okazał się nieoczekiwanie ciepły jak na koniec kwietnia, a połączenie stresu, słońca i zmęczenia dało mi się we znaki. Nie miałam ochoty iść do Bendo ani tym bardziej męczyć się w towarzystwie dwóch chłopaków, których nawet nie znałam. A już z pewnością nie zamierzałam tańczyć. Dlatego kiedy Ambrose Little wyłonił się zza szeregu gości dość nieudolnie wykonujących makarenę, dostrzegł mnie i gestem zaprosił na parkiet, pokręciłam głową.

To była oczywista reakcja, choć nie miała nic wspólnego z Ambrose’em. Złota zasada firmy Ślub z Natalie Barrett brzmiała: znaj swojej miejsce. Nieraz zdarzało się, że nasi klienci, z którymi przecież spotykaliśmy się przez wiele miesięcy, popadali w swego rodzaju uzależnienie. Wielkie wydarzenia życiowe, wiążące się z silnymi emocjami, często prowadzą do tego typu przeniesień. Ale „Nikt nie chce oglądać na swoich zdjęciach ślubnych organizatorów zachowujących się jak goście”, przypominała moja mama pracownikom tymczasowym, których zatrudnialiśmy przy większych imprezach. „Jeśli nie uda się nam pozostać poza kadrem, to znaczy, że daliśmy ciała”.

Dlatego nie byłam zdziwiona, kiedy Ambrose poprosił mnie do tańca. To się zdarzało, zwłaszcza podczas wesel ze szwedzkim stołem. Nie spodziewałam się jednak, że na moje „nie” odpowie, kręcąc głową. Podszedł do mnie i wyciągnął rękę.

– Taniec to zdrowie – zachęcił, otwierając dłoń, gdy muzyka ucichła i didżej puścił nowy kawałek. – Uleczy wszystkie rany.

– Nie, dziękuję – odparłam.

Zaczął szaleńczo poruszać palcami, jakby sądził, że naśladując ukwiała, skłoni mnie do zmiany zdania.

– Dziękuję, ale nie – powiedziałam, zmieniając kolejność trzech dozwolonych w tej sytuacji słów.

– Ambrose! – zawołała z parkietu dziewczyna w krótkiej różowej sukience, ze śladami po paskach sandałków na bosych stopach. – Chodź tutaj! Potrzebujemy cię do congi!

– Słyszysz? – spytał. – Conga! Musisz dołączyć. – A gdy znów pokręciłam głową, westchnął głośno i zgiął się wpół, opierając ręce na kolanach, jakby moja odpowiedź była ciosem, który pozbawił go tchu. Po chwili jednak uniósł głowę, wyciągnął rękę i znów wykonał taniec ukwiału. – Conga. Zdrowie. Chodź.

– Nie, dziękuję – odparłam.

Ludzie zaczęli formować węża, potykając się przy tym, zaśmiewając i czerwieniejąc na twarzy. Jeśli istniał jakiś wzorzec początku i końca imprezy, było nim właśnie to. Ambrose obejrzał się, uśmiechnął szeroko, a następnie odwrócił do mnie.

– Nie martw się – powiedział. – Wcale nie muszę cię mocno ściskać.

– W ogóle nie będziesz mnie musiał ściskać – odparłam – bo odpowiedź wciąż brzmi: nie.

– Czy ty przypadkiem nie jesteś w pracy?

– Jestem.

– No to powinnaś tańczyć.

– To tak nie działa.

– Dlaczego?

Ostatnią rzeczą, na jaką miałam ochotę, było wchodzenie w szczegóły mojej pracy w obliczu niezdarnego i rozchwianego węża, który właśnie nadciągał.

– Nie jestem tu gościem, tylko pracownicą. Pracownice nie tańczą, tylko pracują.

Zastanawiał się nad tym przez chwilę.

– W porządku, w takim razie zapraszam cię na randkę. W ten sposób nie będziesz pracownicą.

– Tak też nie działa – odparłam.

– O rany, ale z ciebie twardzielka!

Pokręcił głową, potrząsając przy tym lokiem, który – nic nie mogłam na to poradzić – wciąż przyciągał mój wzrok. Wąż okrążał właśnie pobliskie krzesło prowadzony przez poczerwieniałego na twarzy mężczyznę z cygarem w zębach.

– Czyli bez względu na to, jak bardzo bym cię prosił i błagał, nie zatańczysz ze mną nawet congi?

– Zgadza się – potwierdziłam.

– Naprawdę? – Skrzywił się. – A niech to. Nie znoszę, kiedy nie mogę dostać tego, czego chcę.

To stwierdzenie było tak nieoczekiwane – a przy tym bezczelne i szczere – że po raz pierwszy nie miałam w zanadrzu żadnej odpowiedzi. Gdy jednak wąż znalazł się za jego plecami, a dziewczyna w różowej sukience wydała głośny okrzyk, łapiąc Ambrose’a za pasek, pożałowałam, że w tej właśnie chwili nie zabrzmiał ostatni takt piosenki, żeby nadać odpowiednią oprawę myśli, która mnie samej przychodziła do głowy częściej, niż chciałam to przyznać.

Nie znoszę, kiedy nie mogę dostać tego, czego chcę.

– Tak jak my wszyscy – powiedziałam cicho, gdy wąż przemknął obok, wijąc się między stołami.

I nagle poczułam, że wszystko wokół jest zbyt kolorowe, pełne życia i śmiechu, i jedyne, co mogę zrobić, to odwrócić się i odejść.

Podsumowując, Raz na zawsze jeśli się zastanowić to książka, która nie uczy nas wielu rzeczy i nie jest wyjątkową powieścią. Jednak jest tak ciepła i uczuciowa, że czytelnik może się wzruszyć i naprawdę wczuć w historię bohaterów. A wątek miłosny jest tak dobrze napisany, że z chęcią zobaczyłabym ekranizację tej powieści.

To przyjemna, ciepła i krótka powieść na jeden wieczór przy ciepłym napoju. Pomimo, że jest to historia, która nie zostaje na długo w pamięci to i tak warto spędzić z nią czas.

Tak jak we wcześniejszej powieści Dessen, którą czytałam, tak i tutaj historia napisana jest przystępnym językiem. Jest tu wszystko czego młodzi ludzie mogą szukać w takich powieściach. Jestem przekonana, że sięgnę po inne tytuły tej Autorki. Polecam.

Reasumując chciałabym Wam bardzo mocno polecić tę powieść. Jeśli macie wolny wieczór lub dwa - sięgnijcie po nią. Może nie każdemu przypaść do gustu bo wiem, że Dessen ma swoich antyfanów, ale Ci, którzy wiedzą, że pisarka potrafi dać z siebie wszystko, to warto jej zaufać. Czytałam jej dwie powieści, ale teraz wiem, że jest najlepszą powieścią z jej dorobku i wątpię, że jakaś inna będzie w stanie ją pobić. Dała mi całą paletę odczuć, przypomniała o wartościach, o których nie wolno zapominać w życiu. O tym, że czytanie książki to nie tylko przelecenie wzrokiem linijka po linijce, ale również czytanie między wierszami. Dostrzeganie tego, co jest ukryte, a przecież widoczne. 
Nie wiem, co mogłabym o niej jeszcze napisać... Jest wyśmienita i to, co dostałam zaspokoiło moje czytelnicze potrzeby, a nawet dało w bonusie kaca, którego nie potrafię przebić książką, którą zaczęłam czytać po niej. 
Mam nadzieję, że dacie jej szanse i pokochacie historie Louny tak bardzo jak ja. :) 

Podsumowując, Raz na zawsze to bardzo przyjemna i wciągająca historia miłosna z motywem ślubów w tle. Nie zabrakło humoru, sercowych dylematów i zmagania się z demonami przeszłości. Muszę przyznać, że jestem mile zaskoczona, bo spodobała mi się bardziej, niż przypuszczałam. Może nie jest to nic wybitnego, ale czyta się naprawdę szybko i pozwala się odprężyć. To książka idealna na dwa wieczory: zabawna, lekka i intrygująca. Polecam w szczególności fanom powieści młodzieżowych!

Tak jak pierwsza historia, to opowieść rodem z bajki, która nie miała prawa się wydarzyć w prawdziwym życiu, tak druga jest całkiem zwyczajna - naszpikowana prozaicznymi wydarzeniami, wolno rozgrywająca się, spowalniana obawami nastolatki, która już raz przeżyła miłość bez happy endu. I choć prawie do samego końca nie jesteśmy pewni, czy autorka połączy wreszcie swoich bohaterów, kibicujemy im z całego serca. Pomimo ich wad i niedociągnięć dają się polubić, a nawet pokochać.

"Raz na zawsze", oraz "Teraz albo nigdy" to moje ulubione książki Dessen. Polecam obie bardzo serdecznie

Raz na zawsze pochłonęłam w dwa wieczory i okazało się, że czas spędzony z tą książką był bardzo przyjemny. Autorka sprawiła, że losy bohaterów stały mi się bardzo bliskie i im kibicowałam. Ponadto to powieść, która wielokrotnie poruszyła moje serce, rozbawiła, a także skłoniła do przemyśleń dotyczących poruszonych tematów. Sarah Dessen bez wątpienia potrafi wczuć się w położenie nastolatków, przekazać co czuje i myśli, jak odbiera konkretne sytuacje i zachodzące w nich zmiany.

Sarah Dessen pisze lekko, momentami zabawnie, niby głównie dla młodzieży, ale niejeden dorosły spędzi z tym tytułem kilkanaście fajnych chwil. Raz na zawsze to opowieść o miłości, tej utraconej i tej, która może nadejść. O strachu przed pójściem naprzód i kolejną stratą.

Prawdziwa, zabawna, zaskakująca i trzymająca w napięciu, historia warta uwagi. Raz na zawsze to nie tylko praca w organizacji i walka z przeszłością, ale i lek na serce, odnajdywanie siebie, nadzieja i silne uczucie, które sprawi, że wszystko co złe, chociaż na chwilę przycichnie. To piękan powieść, którą koniecznie musicie poznać.

Po raz kolejny Sarah Dessen udowodniła, że jest jedną z lepszych autorek powieści dla młodzieży. Fabuła jej najnowszej książki nie zalewa mnie słodko-gorzkim obrazem miłości dwójki nastolatków. "Raz na zawsze" to dojrzały i wiarygodny obraz prawdziwego życia, który motywuje do działania, intryguje i pozostaje w głowie na dłużej niż spodziewał się sam czytelnik. Jestem zadowolona z lektury i nie żałuję ani jednego przeczytanego słowa. Polecam!

Tak jak wspominałam Wam powyżej, nie jest to książka gdzie przeczytamy jakąś piękną historię miłosną. Chociaż w sumie to może i taką przeczytamy, ale jest to raczej tylko wspomnienie zranionej dziewczyny. Ta książka to opowieść o wielkiej stracie, o pierwszej miłości, o oczekiwaniach, planach i nadziejach, które wyparowały w trakcie kilku chwil. Jest to też opowieść o ślubach widzianych od kuchni, o rozhisteryzowanych pannach młodych i czepialskich teściowych, o pesymistycznym i optymistycznym spostrzeganiu świata, o powolutku kiełkującym uczuciu, o przyjaźni, o nowym początku, o zmianach... Mogłabym pewnie jeszcze tak wymieniać i wymieniać, ale sądzę, że wiecie już o co chodzi. Historia ta jest taka słodko-gorzka, momentami smutna, momentami pełna nadziei, a momentami zabawna. Czyta się ją bardzo dobrze, jest ciekawa, wciągająca... Pomimo tego, że może nie dzieje się tutaj zbyt wiele, nie ma jakieś wartkiej akcji to i tak nie sposób się przy niej nudzić. Także pozostaje mi napisać, że ją Wam polecam :)

Jeśli marzy wam się historia z wątkiem romantycznym, którą można by było przenieść na ekrany komedii romantycznej, to jest to książka dla was. Polecam ją bardziej nastolatkom ze względu na zbliżenie wiekiem z główną bohaterką, ale każdy komu się zamarzy historia smakowita niczym weselny tort (zacytowane z okładki) powinien po nią sięgnąć.

"Raz na zawsze" to świetna książka na rozpoczęcie przygody z twórczością Sarah Dessen. Śmiało mogę ją określić jako przyjemną młodzieżówkę, niebanalną, pełną nadziei i miłości. Lektura mija bardzo szybko, a książka stanowi idealną ogrzewającą serce pozycję na zimowy wieczór.

Raz na zawsze to historia lekka, prosta i przyjemna. Pośród białych tiuli i płatków róż, znajdziesz opowieść dziewczyny, która na co dzień ma do czynienia z dużym stężeniem miłości w powietrzu, ale za sprawą własnego, złamanego serca, jest odporna na jej działanie. Możesz przyjrzeć się bliżej organizacji wesel i poczuć ślubną gorączkę, bez wychodzenia z domu.
Mimo całej tej otoczki miłości i obrączek w tle, książka nie jest przesłodzona, a wręcz ma w sobie przyjemną gorycz. Mamy tu trochę dramatu, a trochę bajki, wszystko w odpowiednich proporcjach. To moje pierwsze spotkanie z twórczością tej autorki, więc nie mam porównania, ale zdecydowanie jestem gotowa dać jej szansę i sięgnąć po jej kolejną książkę.
 
 
 
Raz na zawsze to dobra historia na czytelniczy zastój. Z humorem, z mądrymi, życiowymi cytatami i sympatycznymi bohaterami. Nie grzeszy szczególnie oryginalnością, ale wciąga i doskonale odpręża. Jeśli masz ochotę poczuć weselny klimat i przyjemne zauroczenie, toRaz na zawsze będzie w sam raz!  Może nawet zabalujesz z nią do rana?

Podsumowując - "Raz na zawsze" nie jest szczególnie rozbudowaną i ambitną powieścią, ale muszę przyznać, że bardzo miło spędziłam z nią czas. Jeśli obserwujecie mojego bloga i recenzje, które się na nim pojawiają, na pewno wiecie, że często sięgam po takie niewymagające i lekkie książki. W literaturze szukam przede wszystkim rozrywki, a twórczość tej autorki z pewnością mi jej dostarczyła.

Książki Sarah Dessen polecam tym z Was, którzy mają kilkanaście (albo prawie "-dzieścia") lat i którym nieco przejadły się się już momentami zbyt wulgarne New Adult, a dla których powieści w stylu Quicka czy Greena są zbyt absorbujące.
Jeśli szukacie sympatycznej, lekkiej i słodkiej niczym kawałek weselnego tortu historii, to każda książka Sarah Dessen będzie dla Was w sam raz.
A już "Raz na zawsze" na pewno.

Początkowo książka nie zrobiła na mnie wielkiego wrażenia. Potem wywołała u mnie taki ogrom emocji, że aż nie mogłam. Przetoczyła się przeze mnie jak tornado pozostawiając w mojej głowie chaos. Wywołała na mojej twarzy wiele uśmiechu, ale także i łzy wzruszenia. Autorka tak obrazowo przedstawiła wątek romantyczny, że z pewnością można by go przenieść na ekrany. Oczywiście mógłby być bardziej rozwinięty, a bohaterowie mogliby być o kilka lat starsi.

Napisz swoją opinię i oceń książkę

Przedstaw się



Twoja ocena


WYŚLIJ

Mojpowodbyoddychac
2018-01-27

Ślub jak z bajki to marzenie, każdej dziewczynki. Książę na białym koniu, ogromna, biała suknia i bajkowa atmosfera. Czy to nie za dużo? Nie dla każdego bo przecież ten dzień ma być najcudowniejszy na świecie, jeden z piękniejszych w życiu. Co jednak w sytuacji, gdy ma się po dziurki tej bajkowej atmosfery i żyje się przekonaniem, że nic dobrego nie spotka nas w życiu? Bohater...
Śnieżynka (www.piorkonabiurko.pl)
2017-12-28

Tak naprawdę mogłabym napisać dwie osobne opinie na temat tej książki i obie byłyby prawdziwe w kwestii moich odczuć. Bo z jednej strony przeczytałam tę książkę z prawdziwą przyjemnością. Z drugiej, okazała się nie do końca takim gatunkiem, jakiego od niej oczekiwałam, totalnie zabrakło mi pewnego aspektu, więc rzecz jasna pojawiło się rozczarowanie. Zacznę od tego minusa. Opis na okła...