Powieść obyczajowa
Prawdziwa Ginny Moon
KUP TERAZ

Prawdziwa Ginny Moon

Benjamin Ludwig
2 opinie
TAKŻE JAKO E-book icon
Liczba stron: 352
Oprawa miękka
ISBN: 9788327626165
Premiera: 2017-09-13
Tłumaczenie: Małgorzata Borkowska
Opracowanie graficzne okładki: Emotion Media

Nazywam się Ginny Moon. Podobno postrzegam świat inaczej niż większość z was. Mam poważny problem, który muszę jak najszybciej rozwiązać, ale nie mogę się skupić, bo elektroniczne plastikowe dziecko nie przestaje płakać.

Może przestanę je słyszeć, jeśli włożę je do walizki, przykryję kocem i wsunę  pod łóżko. Zupełnie jakbym odepchnęła ten hałas w głąb mózgu.

Bo mózg jest wewnątrz głowy. W takim bardzo ciemnym miejscu, gdzie nikt poza mną nic nie może zobaczyć.

Wkładam elektroniczne plastikowe dziecko do walizki i zaczynam zgarniać koce. Kładę je na buzi niemowlaka, potem jeszcze biorę poduszkę i kilka pluszaków. Domyślam się, że za kilka minut hałas ustanie.

Bo żeby płakać, trzeba oddychać.

Wzruszająca historia autystycznej czternastolatki, która szuka bliskości w kolejnej rodzinie zastępczej.

GODZ. 18:54

WTOREK, 7 WRZEŚNIA

 

Elektroniczne plastikowe dziecko nie przestaje płakać.

Na Zawsze Rodzice mówili, że będzie się zachowywać jak prawdziwe niemowlę, ale wcale tak nie jest. Nie mogę go uspokoić, nawet gdy je kołyszę, nawet gdy zmieniam pieluszkę czy podaję butelkę. Kiedy mówię:

- Ciii, ciii, ciii - i pozwalam ssać mój palec, patrzy na mnie tępo i krzyczy, i krzyczy, i krzyczy.

Jeszcze raz je przytulam i powtarzam sobie w myślach: Spokojnie. Delikatnie.

Później wypróbowuję wszystko, co robiła Gloria, gdy ja wpadałam w szał. A potem podkładam dłoń pod jego główkę i kołyszę się na stopach.

– Już dobrze, już dobrze – mówię głośniej i ciszej, melodyjnie jak w piosence. I dodaję: – Przepraszam.

Ono jednak nie przestaje.

Kładę je na łóżku, a kiedy krzyk robi się głośniejszy, zaczynam szukać mojej Lalki. Tej prawdziwej. Chociaż przecież wiem, że jej tu nie ma. Zostawiłam ją w mieszkaniu Glorii. Jednak płacz dzieci wywołuje u mnie naprawdę wielki niepokój, więc muszę jej szukać. To taki nakaz w mózgu. Zaglądam do szuflad. Patrzę w szafie. Sprawdzam we wszystkich miejscach, w których Lalka mogłaby leżeć.

Nawet w walizce. Walizka jest duża, czarna, w kształcie pudła. Wyciągam ją spod łóżka. Zamek otwiera się dokoła. Ale w środku nie ma Lalki.

Biorę głęboki oddech. Muszę jakoś powstrzymać ten płacz. Może przestanę go słyszeć, jeśli wsadzę niemowlę do walizki, włożę do niej dużo koców i pluszaków, a potem wsunę pod łóżko. Zupełnie jakbym odepchnęła ten hałas w głąb mózgu.

Bo mózg jest wewnątrz głowy. W takim bardzo ciemnym miejscu, gdzie nikt poza mną nic nie może zobaczyć.

No więc właśnie tak robię. Wkładam elektroniczne plastikowe dziecko do walizki i zaczynam zgarniać koce. Kładę je na buzi niemowlaka, potem jeszcze biorę poduszkę i kilka pluszaków. Domyślam się, że za kilka minut ten hałas ustanie.

Bo żeby płakać, trzeba oddychać.

 

GODZ. 19:33

WTOREK, 7 WRZEŚNIA

 

Zdążyłam wziąć prysznic, ale elektroniczne plastikowe dziecko wciąż płacze, choć przecież do tej pory powinno już ucichnąć.

Moi Na Zawsze Rodzice siedzą na kanapie i oglądają film. Na Zawsze Mama trzyma nogi w misce z wodą. Ostatnio mówi, że jej puchną. Wchodzę do salonu, staję przed nią i czekam. Wybieram ją, bo jest kobietą. Przy kobietach czuję się o wiele swobodniej niż przy mężczyznach.

– Hej, Ginny – mówi Na Zawsze Mama, a Na Zawsze Tata wciska na pilocie pauzę. – Co się dzieje? Zdaje się, że chcesz coś powiedzieć.

– Ginny – odzywa się Na Zawsze Tata. – Masz zakrwawione ręce. Znowu je skubałaś?

Zadali dwa pytania, więc nic nie mówię.

I wtedy Na Zawsze Mama pyta:

– Coś się stało, Ginny?

– Nie chcę już tego elektronicznego plastikowego dziecka – odpowiadam.

Mama odgarnia włosy z czoła. Podobają mi się jej włosy. Tego lata pozwoliła mi zapleść warkoczyki.

– Prawie czterdzieści minut temu wzięłaś prysznic – mówi. – Próbowałaś je uspokoić? Proszę, weź to, zanim nakleimy plaster. – Podaje mi chusteczkę.

– Dałam mu butelkę i trzy razy zmieniłam pieluszkę – odpowiadam. – Kołysałam je, ale nie przestawało płakać, więc je... – przerywam.

– Teraz dźwięk wydaje się jakiś zmieniony – wtrąca Na Zawsze Tata. – Nie wiedziałem, że będzie takie głośne.

– Proszę, zrób coś, żeby przestało – zwracam się do Na Zawsze Mamy. I powtarzam: – Proszę.

– Wspaniale, że prosisz o pomoc – chwali mnie Mama. – Patrice będzie dumna.

W głębi korytarza znów słyszę płacz, więc zaczynam się rozglądać, gdzie mogłabym się ukryć. Ponieważ pamiętam, że Gloria zawsze wychodziła z sypialni, gdy nie potrafiłam uciszyć Lalki. Szczególnie wówczas, gdy był u niej któryś z jej przyjaciół. Czasami gdy Lalka płakała, a ja usłyszałam, że Gloria otwiera drzwi, zabierałam Lalkę i wychodziłam przez okno.

Chwytam mocno chusteczkę i zaciskam powieki.

– Jeśli je uciszysz, zawsze będę prosić o pomoc – obiecuję i otwieram oczy.

– Pójdę sprawdzić – mówi Na Zawsze Tata.

Podnosi się z kanapy, a gdy przechodzi obok mnie, odskakuję. Dopiero po chwili widzę, że to nie jest Gloria. Patrzy na mnie dziwnie i wychodzi na korytarz. Słyszę, jak otwiera drzwi do mojego pokoju. Płacz znów jest głośniejszy.

– Nie wiem, czy to dobry pomysł – odzywa się Na Zawsze Mama. – Chcieliśmy, żebyś zobaczyła, jak to jest mieć w domu prawdziwe dziecko, ale chyba wyszło inaczej, niż planowaliśmy.

Płacz, który dobiega z mojego pokoju, jest ogłuszający. Na Zawsze Tata wraca do salonu. Rękę trzyma we włosach.

– Włożyła je do walizki – mówi.

– Co?

– Z początku nigdzie go nie widziałem. Musiałem kierować się dźwiękiem. Wsadziła je do środka ze stosem koców i pluszaków, a potem wepchnęła pod łóżko.

– Ginny, dlaczego to zrobiłaś? – dziwi się Na Zawsze Mama.

– Nie chciało przestać płakać.

– No tak, ale...

– Dostaniemy szału, jeśli to się nie skończy – przerywa jej Na Zawsze Tata. – Próbowałem je uciszyć, ale też nie potrafiłem. Mam wrażenie, że nie da się go wyłączyć. Po prostu zadzwońmy do pani Winkleman.

Pani Winkleman jest nauczycielką higieny.

– Mówiła, że dziś rano dała Ginny kartkę z numerem kontaktowym – przypomina sobie Na Zawsze Mama. – Sprawdź w jej plecaku.

Na Zawsze Tata idzie do holu i znów otwiera drzwi do mojego pokoju. Zasłaniam uszy. Wraca z moim plecakiem. Na Zawsze Mama odnajduje kartkę i sięga po telefon.

– Pani Winkleman? – słyszę, jak mówi. – Tak, mama Ginny. Przepraszam za telefon o tak późnej porze, ale obawiam się, że mamy problem z niemowlakiem.

– Nie martw się, Na Zawsze Dziewczynko – zwraca się do mnie mój Na Zawsze Tata. – Za kilka minut to się skończy i będziesz mogła iść spać. Przykro mi, że się tak zdenerwowałaś. Naprawdę sądziliśmy...

Na Zawsze Mama odkłada telefon.

– Powiedziała mi, że z tyłu na szyi jest dziurka. Trzeba tam wsunąć spinacz, żeby nacisnąć wyłącznik.

Na Zawsze Tata wychodzi do gabinetu, po chwili wraca i idzie do mojego pokoju. Zaczynam liczyć. Kiedy dochodzę do dwunastu, płacz ustaje.

Teraz znów mogę oddychać.

 

GODZ. 14:27

ŚRODA, 8 WRZEŚNIA

 

Podczas czwartej lekcji, kiedy mieliśmy naukę o społeczeństwie, do klasy weszła pani Lomos. Jest szkolnym psychologiem. W uszach nosi duże koła, a na twarzy ma grubą warstwę makijażu.

– Twoi rodzice przyjdą do szkoły na rozmowę – powiedziała. – Potem razem wrócicie do domu. Chcą, żebyś wzięła udział w spotkaniu, więc po popołudniowych ogłoszeniach i dzwonku zostań w sali numer pięć z panią Daną. Możesz zacząć odrabiać lekcje. W odpowiedniej chwili cię zawołają.

A więc teraz jestem w sali numer pięć, gdzie zwykle przychodzę na naukę czytania i pisania z innymi dziećmi specjalnej troski. Bo ja mam autyzm i zaburzenia rozwoju. Nikt mi wczoraj nie mówił, że dziś ma się odbyć jakieś spotkanie. Domyślam się, że chodzi o elektroniczne plastikowe dziecko.

Pani Dana ma dyżur przy autobusach. Widzę ją przez okno. W pomarańczowej kamizelce stoi przy autobusie numer siedemdziesiąt cztery. To właśnie mój autobus. Tuż za nim i przed nim stoją inne autobusy. Wsiadają do nich uczniowie, którzy czekają w długich rzędach. Natomiast wszystkie dzieci, które uprawiają sport, przygotowują się na korytarzu do treningu. Alison Hill i Kayla Zadambidge już sobie poszły. Też razem ze mną i Larrym chodzą do sali numer pięć.

Autobusy zazwyczaj odjeżdżają o drugiej trzydzieści, ale trzy minuty to za krótko, żebym zdążyła wejść do internetu. Przez długi czas próbowałam to robić sama, ale nie wolno mi korzystać z internetu bez nauczyciela. Pewnego razu, gdy mieszkałam z Carlą i Mikiem, wsadziłam laptop Carli pod sweter i zabrałam go do szafy. Właśnie wpisywałam w Google’u „Gloria LeBla”, kiedy drzwi się otwarły i Carla mnie znalazła. Zabrała laptop, a gdy się podniosłam, napadła na mnie i zaczęła się wydzierać.

Potwornie się wtedy przestraszyłam. Naprawdę potwornie.

Innym razem, kiedy pisałam w szkole pracę o dzikich kotach, spróbowałam wpisać w Google’u „Gloria przeważnie sprzedaje koty rasy maine coon”, ponieważ tak właśnie zarabia pieniądze. Niestety nauczycielka mnie na tym przyłapała, więc kiedy przyszłam do tej nowej szkoły przy Niebieskim Domu, moi nowi Na Zawsze Rodzice powiedzieli, że już nie będę mogła korzystać z internetu, bo chcą mnie chronić. Potem Maura dodała, że oboje z Brianem mnie kochają, a internet jest niebezpieczny. W rzeczywistości chciała powiedzieć:

- Nie jest bezpieczny, ponieważ szukasz tam Glorii - chociaż tej ostatniej części zdania nie dodała.

Na Zawsze Mama ma rację, bo Gloria wróciła do mieszkania, a tam jest moja Lalka. Nie wiem tylko, w jakim mieście jest to mieszkanie. Muszę jednak wiedzieć, czy znalazła Lalkę, czy może już było za późno. Jeśli się nie spóźniłam, muszę ją szybko wyjąć z walizki i znowu się nią dobrze zająć, bo Gloria czasem wyjeżdża na bardzo, bardzo długo. A w dodatku przychodzi do niej wielu mężczyzn. Poza tym wścieka się i bije. No i jeszcze jest Donald, kiedy akurat przebywa w mieście.

- Naprawdę żałuję, że nie mogę przychodzić tu częściej - powtarzała Crystal przez C, gdy jej opowiadałam, co robi Gloria. - Staraj się jak najlepiej dbać o Lalkę, tak jak prosi cię mama. Lalka zawsze będzie twoim dzidziusiem bez względu na to, co się stanie.

Opuszczam swój mózg i zaczynam skubać palce.

Do sali wchodzi Larry. Kładzie plecak na ławce, opiera kule o ścianę i siada. Kule Larry’ego są przymocowywane do ciała i dlatego wygląda w nich jak konik polny. Larry ma brązowe włosy i piwne oczy. Moje oczy są zielone. On bez przerwy podśpiewuje i nie lubi matematyki tak bardzo jak ja.

– Cześć, dziecinko – mówi.

– Larry, ja nie jestem dzieckiem – prostuję. – Mam trzynaście lat. Naprawdę tego nie pamiętasz? To takie nużące.

Nużące znaczy, że powtarzasz coś ciągle i ludzie zaczynają się denerwować. Zupełnie jak wtedy, gdy Patrice mówiła, że gdy mieszkałam z Glorią, sama byłam trochę jak Lalka. Powtarzała to zawsze, kiedy usiłowałam jej wytłumaczyć, że muszę pójść sprawdzić, co się dzieje z Lalką, a ona w ogóle nie rozumiała.

Larry rozkłada ramiona i ziewa.

– Ludzie, ale jestem zmęczony. To był bardzo ciężki dzień – mówi. – Muszę czekać, aż przyjdzie po mnie mama. Idziemy do mojej siostry na trening siatkówki.

– Czekając na nią, powinieneś odrabiać lekcje – informuję go, bo tak mi powiedziała pani Lomos. Wyjmuję książkę do nauki czytania i otwieram na stronie pięćdziesiątej siódmej, gdzie jest wiersz Edgara Allana Poe.

– Nie – odpowiada Larry. – Zajrzę do Facebooka. Wczoraj założyłem konto.

Podnosi się, wsuwa ręce w uchwyty kul i idzie do komputera. Odprowadzam go wzrokiem.

– Masz Facebooka? – pyta, kiedy dociera do komputera. Nie odwraca się do mnie, tylko zaczyna pisać.

Spuszczam wzrok na dłonie.

– Nie.

– W takim razie, dziecinko, musisz sobie założyć konto. – Spogląda na mnie. – Chodź, pokażę ci. Każdy spoko dzieciak tam jest, czaisz? – Larry ciągle mówi „czaisz?”. Myślę, że to po prostu takie wyrażenie.

– Nie wolno mi korzystać z internetu bez dorosłych – wyjaśniam.

– Fakt. Pamiętam – odpowiada. – Dlaczego rodzice ci nie pozwalają?

– Bo w internecie jest Gloria.

– A kim jest Gloria?

– Gloria to moja rodzona mama. Kiedyś z nią mieszkałam.

I więcej już nic nie mówię.

– Łatwo ją znaleźć? – dopytuje Larry.

– Nie. - Kręcę głową. - Próbowałam ją odnaleźć trzy razy, kiedy byłam w różnych rodzinach zastępczych, ale ciągle ktoś mi przerywał.

– Możesz powtórzyć, jak się nazywa?

– Gloria. – Zaczynam się podnosić. Jestem podekscytowana, bo czuję, że Larry chce mi pomóc.

– Gloria i co dalej?

Pochylam się do przodu i patrzę na niego ponad okularami. Odgarniam włosy, ale zaraz z powrotem opadają mi na twarz. Żałuję, że nie mam frotki.

– Gloria LeBlanc. – Minęło sporo czasu od chwili, gdy ostatni raz wymawiałam to nazwisko. Ponieważ tak się kiedyś nazywałam. To trochę tak, jakbym zostawiła gdzieś prawdziwą Ginny w chwili, gdy zamieszkałam z Na Zawsze Rodzicami. To znaczy z Brianem i Maurą Moonami. Teraz nazywam się Ginny Moon, ale wciąż są we mnie elementy tamtej autentycznej Ginny. Jednak w zasadzie jest tak, jakbym stała się prawdziwą Ginny Moon.

– Przeliteruj – prosi Larry, więc robię to, czego żąda. Larry zaczyna pisać, a potem się odsuwa i wskazuje mi krzesło. Siadam.

I widzę Glorię.

Tę samą, która mnie biła, a potem z płaczem przytulała. Glorię, która wciąż zostawiała mnie samą w mieszkaniu, ale dawała mi pyszne napoje, kiedy siadałyśmy razem na kanapie, żeby oglądać filmy o potworach. Glorię, która powtarzała, że niech mówią, co chcą, ale na pewno jest spryciarą, bo śpiewająco zdała maturę. Kiedy to mówiła, wyobrażałam sobie dziewczęta paradujące w pięknych spódniczkach, wznoszące okrzyki i podrzucające ozdobione wstążkami pałeczki.

Glorię, jedną z dwóch najbardziej przerażających osób, jakie znam.

Glorię, moją rodzoną mamę.

Jej bluza i włosy wyglądają inaczej, ale na całej stronie widać zdjęcia maine coonów. Nadal nosi okulary i jest naprawdę bardzo, ale to bardzo chuda. Zupełnie jak ja. Nie widziałam jej ani z nią nie rozmawiałam od czasu, gdy miałam dziewięć lat. To było wtedy, gdy przyszła policja, a ona powiedziała:

– Przepraszam, Ginny! Tak bardzo cię przepraszam!

Teraz mam trzynaście lat, ale osiemnastego września skończę czternaście, czyli licząc od jutra za dziewięć dni, ponieważ:

 

18 września – 9 września = 9

 

Poza tym miałam dziewięć lat, kiedy trafiłam do mojego pierwszego Stanu Na Zawsze. Dwa miesiące właściwie się nie liczą.

– Dziecinko? – odzywa się Larry.

To do mnie mówi. Szybko opuszczam swój mózg.

– Co? – pytam.

– Chcesz sprawdzić, czy jest dostępna, żeby z nią poczatować?

Ożywiam się. Bo czatować to znaczy rozmawiać.

Larry pokazuje mi miejsce na ekranie.

– O tu – mówi. – Po prostu kliknij.

Klikam i widzę okienko, w którym można coś napisać.

– Napisz to, co chcesz jej powiedzieć – radzi Larry. – Powiedz „cześć”, a potem zadaj pytanie.

Wcale nie chcę pisać „cześć”. Zamiast tego od razu piszę pytanie, które bez przerwy wszystkim zadaję, ale którego nikt nigdy, ale to nigdy nie rozumie:

 

Czy znalazłaś moją Lalkę?

 

Potem czekam.

– Musisz kliknąć „wyślij” – podpowiada mi Larry.

Ale prawie go nie słyszę, bo w moim mózgu obrazy policji, Glorii i kuchni przesuwają się tak szybko, że nic poza tym nie mogę dostrzec. Znowu zapadam się w swoim wnętrzu. Widzę Glorię z twarzą wciśniętą w ścianę i policjanta, który ją trzyma. Widzę wyłamane drzwi, światło, które wpada do środka z zewnątrz, i dwa uciekające koty. Nie pamiętam tylko, które to były.

– Tutaj – słyszę głos Larry’ego. – Kliknę za ciebie.

Widzę strzałkę, która przesuwa się po ekranie. Kiedy dociera do przycisku „wyślij”, zaczynam liczyć. Zawsze liczę, kiedy coś ma się wydarzyć, bo chcę wiedzieć, do jakiej liczby dojdę, gdy to się stanie. Szczególnie gdy chodzi o odpowiedź, na którą czekam całe cztery lata.

Mija sześć sekund. I na ekranie pod moim pytaniem pojawiają się słowa:

 

Czy to ty, Ginny?

 

To nie jest odpowiedź na moje pytanie. Mam ochotę skubać palce, ale nie mogę tego robić, bo przecież teraz jest moja kolej. Więc piszę:

 

Tak, to Ginny. Nie odpowiedziałaś na moje pytanie.

 

I klikam „wyślij”, tak jak mi to pokazał Larry.

I wtedy na ekranie zaczyna migać jedno słowo. Jest napisane dużymi literami i wydaje się krzyczeć.

 

TAK!

 

A chwilę później:

 

Tak, znaleźliśmy twoją Lalkę. Gdzie ty jesteś, do cholery?!

Muszę powiedzieć Wam, że historia Ginny okropnie mnie poruszyła. Pokazuje życie osób niepełnosprawnych, można choć odrobinę wczuć się w ich sytuację. Z jednej strony- rodzina zastępcza walczy o to by Ginny pozostawiła za sobą przeszłość, zapomniała o trudnych chwilach, z drugiej zaś izoluje od nowego i własnego dziecka. Serce aż mnie ściskało gdy czytałam jak to robią. Wiem, że obawiali się o bezpieczeństwo malutkiej dziewczynki, ale dla mnie, dla czytelnika ich zachowanie było niepojęte i trudne do zrozumienia. Taka izolacja moim zdaniem nie przynosi dobrych efektów, może za to wywoływać zazdrość.
Książki wydawane przez Wydawnictwo HarperCollins wyróżniają się okładkami- które tak bardzo pasują do treści.
Tę pozycję na pewno będę polecać.

„Prawdziwa Ginny Moon” to spojrzenie autystycznego dziecka na otaczający je świat i chociażby z tego jednego powodu chciałabym ją polecić każdemu, kto choć trochę zastanawiał się jak wygląda świadomość takiej osoby. Nie maja łatwo, zdrowi ludzie też im tego nie ułatwiają. Ale próbują, dają radę i to jest w tym wszystkim naprawdę wspaniałe.

Lektura tej książki zrobiła na mnie ogromne wrażenie. Wypłakałam wiele łez, ale i zastanowiłam się dlaczego świat bywa taki okrutny wobec dzieci, wobec osób, które nic nie zawiniły, a cierpią. Spojrzałam nieco innymi oczami na to, co wokół mnie. I zadawałam sobie wielokrotnie pytanie, dlaczego czasem ludzkie sumienie śpi i nie budzi się na krzywdę wobec słabszych, którzy nie są w stanie obronić się przez złem. Minęło już kilka dni odkąd skończyłam czytać opowieść o Ginnie, ale nie potrafię się z niej wyłączyć i wrócić do tego co tu i teraz. Wiele razy dziennie moje myśli szybują do treści tej lektury. To pozycja jedyna w swoim rodzaju, którą polecam.

Jak pisałam wcześniej opowieść o autystycznej dziewczynce jest debiutem brytyjskiego pisarza, mocnym, dramatycznym i bardzo udanym. To świetnie skonstruowana powieść obyczajowa, więc jest dla miłośników tego gatunku literackiego. Prawdziwa Ginny Moon mogłaby być dedykowana dla osób, które na co dzień mają kontakt z osobami autystycznymi. Powieść Ludwiga zmusza do zatrzymania się, do refleksji i na pewno nie da o sobie szybko zapomnieć. Zdecydowanie polecam.

Benjamin Ludwig pisząc swoją powieść „Prawdziwa Ginny Moon” zdecydował się na pierwszoosobową narrację, co było dość ryzykowne, bo wdrożenie się w umysł osoby dotkniętej autyzmem jest sporym wyzwaniem. Trudno mi oceniać, czy udało mu się uchwycić istotę tej choroby, niemniej postać, którą wykreował, dla mnie jest autentyczna. Wpływ na to miał z pewnością fakt, że autor sam zdecydował się na adopcję dziewczynki z takimi zaburzeniami. Natomiast nieco mniej autentyczne wydały mi się poszczególne sytuacje, których uczestnikami stają się członkowie rodziny Moon. Oczywiście nie wpływa to niekorzystnie na całość, w końcu Ginny jest nieprzewidywalna, a co za tym idzie, każdy dzień Na Zawsze Rodziców również. „Prawdziwa Ginny Moon”, choć opowiedziana w nieskomplikowany sposób, traktuje o sprawach, które niekoniecznie mają proste rozwiązania. Przemoc domowa, adopcja, autyzm czy aspołeczność to problemy, na które autor zwraca uwagę czytelnika, skłaniając do refleksji.

Doskonale prowadzona akcja, kolejne dni odmierzające czas, porządkujące rzeczywistość osoby z autyzmem, doskonale wykreowane postacie i emocje, które przebijają z każdej strony – to właśnie znajdziemy w książce autorstwa Benjamina Ludwiga. Powieści, której lektura pozostanie niezapomniana, która może otworzyć wrota do lepszego zrozumienia osób z autyzmem, a co najważniejsze – dla lepszego ich funkcjonowania w świecie.

Ta książka jest brutalnie prawdziwa, bo pokazuje jak bardzo matka może kochać i nienawidzić, jak wiele jesteśmy w stanie zrobić na swojego dziecka i jak cierpią na tym dzieci adoptowane, które nagle są spychane na drugi plan. Szczególnie, jeśli są upośledzone i nie mogą znaleźć swojego miejsca w świecie. Ginny jest właśnie takim dzieckiem. Książka porusza ciężki temat, bardzo kontrowersyjny i chwytający za serce i… Wychodzi z tego rewelacyjna historia. Czy polecam? Tak. Prawdziwa Ginny Moon to świetna książka, mam po niej masę przemyśleń. Ludzie potrzebują bliskości i miłości. Każdy z nas, nawet jeśli tego nie pokazuje.

„Prawdziwa Ginny Moon” to niezwykła powieść, którą polecam każdemu, bez wyjątku. Myślę, że tak mądrą, subtelną i zmuszającą do przemyśleń książkę powinni przeczytać wszyscy, by uwrażliwić się, dokształcić i wzruszyć. Polecam!

„Prawdziwa Ginny Moon” - to powieść, która na długo zostanie we mnie. Podczas czytania emocje szaleją, umysł pracuje, a serce łomocze. Najważniejszą rzeczą jest fakt, że kluczem do zrozumienia autyzmu są zmysły. A sam autyzm to jeszcze nie wyrok, nie zamyka szans na normalne funkcjonowanie w społeczeństwie. Cudowna książka! Polecam!

Jest coś wybitnie przejmującego w książkach, których narratorem są dzieci.
Nie są one lekkie i proste; wymagają od czytelnika zaangażowania oraz pewnego rodzaju empatii. Nie unikają trudnych tematów i mówią o nich bez ogródek, nie owijając w bawełnę i nie bawiąc się w półśrodki.
Często są przez to brutalne i kontrowersyjne, a tematy, które poruszają, baaardzo niewygodne.
Przede wszystkim są jednak pełne mądrości (zwykle tej najprostszej i najmniej docenianej) i do granic wzruszające. Jeśli tylko nie boicie się sięgać po sprawdzające Wasz poziom człowieczeństwa książki - gorąco polecam. "Prawdziwa Ginny Moon" to naprawdę niebanalna, godna uwagi (i przeczytania!) historia.

„Prawdziwa Ginny Moon” to świetna książka, która dostarczy Wa ogromu wiedzy na temat autyzmu, ale także rodzin, które mają styczność z autystycznymi dziećmi. To powieść mądra, pouczająca, dająca do myślenia, a przede wszystkim wzruszająca i wciągająca. Polecam! 

Napisz swoją opinię i oceń książkę

Przedstaw się



Twoja ocena


WYŚLIJ

Adrianna
2017-11-13

O autyzmie wciąż wiem mało, a z pewnych względów temat ten jest mi bliski i bardzo mnie ciekawi, dlatego też niemalże po każdą nową pozycję o tejże tematyce sięgam od razu po jej premierze (lub wtedy kiedy się o niej dowiem). W październiku trafiła do mnie kolejna książka o tematyce autyzmu, opowiadająca losy czternastoletniej Ginny Moon, o której postaram się napisać poniżej słów kilka....
Justyna Gul
2017-10-08

Sama w swojej głowie Słowo autyzm pochodzi z języka greckiego „autos” i oznacza „sam”. Termin ten wprowadziło psychiatrii szwajcarski lekarz, dla określenia jednego z podstawowych objawów schizofrenii, polegającego na zamykaniu się w sobie i braku reakcji na płynące z zewnątrz bodźce. Współcześnie, autyzm uznawany jest za rozlegle zaburzenie neurorozowojowe, a treść tego pojęcia jest wci...