Romans Historyczny
Dama i uwodziciel
KUP TERAZ

Dama i uwodziciel

Annie Burrows
brak opinii
TAKŻE JAKO E-book icon
Liczba stron: 272
Oprawa miękka
ISBN: 9788327629227
Premiera: 2017-06-22

Lady Sarah Latymor dowiaduje się, że jej ukochani bracia zaginęli w bitwie niedaleko Waterloo. Zmartwiona, udaje się na poszukiwania z najwierniejszymi żołnierzami z ich oddziału. Wkrótce potwierdzają się jej najgorsze przeczucia. Młodszy brat zginął, a starszy odniósł bardzo poważne rany i został odwieziony do szpitala.

 

W drodze powrotnej do domu lady Sarah ratuje ciężko rannego majora Bartletta. Wiedząc, że nie znajdzie mu miejsca w przepełnionych szpitalach, postanawia zająć się jego leczeniem i zaryzykować utratę reputacji. Major Bartlett uchodzi bowiem w towarzystwie za niepoprawnego uwodziciela…

Słyszała, jak ktoś wymawia słowo „kostnica”. Zesztywniała ze strachu, z sercem w gardle ściągnęła wodze Kastora i zmusiła, żeby się zatrzymał. Ben gwałtownie drapał drzwi szopy, aż w końcu ustąpiły, i wbiegł do środka.

            – Justin tam jest – zawołała z rozpaczliwą pewnością. – Wiem, że tam jest.

            – Zobaczymy – odpowiedziała spokojnie Mary, zsiadając z konia.

            Sarah także zsunęła się z siodła; nogi jej tak drżały, że musiała się przytrzymać rzemienia uprzęży.

            – Trzymaj. – Mary wcisnęła jej do ręki wodze swojego wierzchowca. – Zostań tu i… pilnuj koni, kiedy będę w środku. – Zaraz jednak dodała łagodniejszym tonem: – Może psu wcale nie chodzi o niego.

            Sarah jednak uważała inaczej. Ben musiał wyczuć coś szczególnego. Przecież po drodze mijał mnóstwo ciał i nie okazywał im żadnego zainteresowania. Nie szczekałby z takim ożywieniem bez powodu.

            Jej brat był w tej szopie. Tam, gdzie teraz wchodziła Mary – zdecydowanym krokiem, spokojna i dzielna.

            Myśl, że zaraz ma zobaczyć Justina, swojego silnego, władczego brata leżącego bez życia… Czarna rozpacz przygniatała jej piersi, dusiła w gardle… I uświadamiała jej z całą mocą, jak bardzo jest bezużyteczna. Mieli rację ci wszyscy, którzy opisywali ją jako słabą, bezmyślną pannę, z której nie ma żadnego pożytku. Przyjeżdżając w to miejsce, przysporzyła jedynie kłopotu innym. Gussie i Blanchards pewnie się o nią zamartwiali, a Mary zażądała obietnicy, że nie będzie przeszkadzać. Nabierała coraz większej pewności, że albo zaraz zemdleje, albo zwymiotuje.

            Nie mogła sobie na to pozwolić w obecności ludzi Justina. Tylko kilku z nich zostało z Mary w środku, reszta wyszła znów na zewnątrz, jak podejrzewała Sarah prawdopodobnie po to, by mieć na oku ich zaskakująco dorodne wierzchowce.

            Po lewej stronie miała na wpół rozwalony mur, gdzie mogła się schować, gdyby żołądek ostatecznie odmówił jej posłuszeństwa. Wówczas Mary również nie musiałaby być świadkiem jej słabości. Gdyby tylko zdołała dotrzeć do tego miejsca…

            Udało się w ostatniej chwili. Wychylenie się poza najniższą, najbardziej zniszczoną część muru okazało się zbyt dużym wyzwaniem zarówno dla nóg lady Sarah, jak i dla jej żołądka. Nie znalazła też pożądanego odosobnienia, ponieważ wśród gruzów krzątała się gromada wieśniaczek, które odkopywały częściowo zasypane ciała, żeby je okraść.

            Nagłe pojawienie się Sarah sprawiło, że zastygły w bezruchu na moment, by zaraz powrócić do przerwanych czynności. Uznały, że wymiotująca gwałtownie dama nie stanowi dla nich żadnego zagrożenia, i zerkając na nią pogardliwie, dalej zdzierały ubrania ze zwłok wyciągniętych wcześniej z rumowiska.

            Nagle pozornie martwy człowiek, którego kobiety próbowały przetoczyć na bok, żeby łatwiej ściągnąć koszulę, wydał z siebie potężny ryk, aż zaskoczone ze strachem się rozpierzchły.

            Sarah z wrażenia otworzyła usta, kiedy w ślad za okrzykiem popłynął strumień najgorszych przekleństw. Zdumiała ją nie tyle plugawość słów, co fakt, że zostały wypowiedziane po angielsku. Kurtka, którą wieśniaczki zdarły mężczyźnie z pleców, miała niebieski kolor, więc Sarah zakładała, że jest Francuzem. Tymczasem nie dość, że musiał być Anglikiem, to jeszcze wykształconym, sądząc po modulacji głosu.

            Bez wątpienia miała przed sobą oficera.

            Próbował pozbierać się na nogi; twarz i ramiona miał dosłownie oblepione krwią.

            Sarah odruchowo także się podniosła, choć właściwie nie wiedziała, co powinna zrobić. Dopóki nie zobaczyła noża w dłoni jednej z wieśniaczek.

            – Nie! – Zacisnęła dłoń na kamieniu, stanowiącym kiedyś część skruszałego muru, i nie myśląc o ewentualnych konsekwencjach swego czynu, cisnęła nim w kobietę, która już zaczęła się zbliżać do rannego oficera. Nie mogła przecież tak po prostu stać i pozwolić, by szabrowniczki go dobiły!

            Nie mogła dopuścić do tego, by na jej oczach kogoś zabito.

            – Zostawcie go – krzyknęła, rzucają kolejnym kamieniem.

            Złość i obrzydzenie sceną, która się przed nią rozgrywała, zamieniła wypełniającą ją jeszcze przed chwilą bezbrzeżną rozpacz w gniew. Kobiety znieruchomiały i patrzyły na nią podejrzliwie. Ranny mężczyzna także odwrócił głowę w jej stronę, kiedy się odezwała.

            Wyciągnął do niej rękę.

            – Ratuj mnie – jęknął, po czym zachwiał się i zaczął wolno pochylać do przodu.

            O nie! Sarah wiedziała, że jeśli upadnie i wyląduje twarzą w błocie, skończy równie fatalnie, jak po ciosie nożem. Rzuciła się ku niemu z rozpostartymi ramionami, jakby chciała go złapać. Rzecz jasna, okazał się za ciężki, by mogło jej się to udać. Upadła na plecy, przygnieciona do rozmiękłego gruntu na wpół obnażonym rannym oficerem. Czuła, że nieszczęśnik nadal oddycha, choć nie miała pewności, jak długo to potrwa, bo pazerne wieśniaczki czaiły się w pobliżu, a ona nie mogła się ruszyć.

            Sytuacja wymagała szybkiego działania, na jakiekolwiek myślenie o dumie i przyzwoitości po prostu nie było czasu. Odchyliła głowę i zaczęła wołać o pomoc, ile tchu w płucach.

            Niemal natychmiast rozległo się znajome donośne szczekanie. Na widok Bena, który na przemian ujadał i szczerzył kły, kobiety uciekły w popłochu.

            Zadowolony z siebie pies polizał Sarah po twarzy, a potem zaczął z uwagą obwąchiwać leżącego na niej człowieka.

            Przed ucieczką szabrowniczki zdążyły ograbić rannego ze wszystkich części odzienia poza spodniami i jednym butem, więc Sarah zobaczyła, że całe plecy ma ciemne od siniaków. Przesiąknięte krwią włosy kleiły mu się do czaszki, a z paskudnego rozcięcia nad czołem nadal sączyła się cienka strużka. Nie miała pojęcia, jak w tym stanie zdołał przeżyć, ale z całą pewnością tliło się w nim życie.

            Ben okazywał wielkie ożywienie niespodziewanym odkryciem. Szturchał mężczyznę nosem, następnie odskakiwał od niego i głośno szczekał, po czym znów wracał i zaczynał go lizać, jakby dobrze go znał. Nagle do Sarah dotarło, że ludzie z oddziału Zabijaków Randalla mieli niebieskie mundury. A jej brat spoczywał kilka metrów dalej.

            Czy to był jeden z jego żołnierzy?

            Dobry Boże…! Justin nie chciał jej przedstawić żadnego ze swoich podwładnych, kiedy okazywała siostrzane zainteresowanie jego brygadą, tamtego dnia, podczas przeglądu wojsk sprzymierzonych gromadzących się wokół Brukseli. Oznajmił jej, że nie są dżentelmenami i nie życzy sobie, by miała z nimi cokolwiek wspólnego. Dowódca Gideona, pułkownik Bennington Ffog, posunął się nawet do tego, że nazwał ich wyrzutkami społecznymi. Obaj zapewne byliby wstrząśnięci, widząc ją rozciągniętą na ziemi pod jednym z nich.

            Ledwie ta myśl powstała jej w głowie, usłyszała odgłos kroków i zaraz potem ujrzała, jak dwaj żołnierze z oddziału Zabijaków, którzy towarzyszyli jej i Mary, przeciskają się przez otwór w najniższej części muru.

            Pierwszy z nich przyklęknął obok Sarah, której udało się podnieść do pozycji siedzącej, i bezceremonialnie, nawet jednym słowem nie pytając jej o zdanie, odwrócił rannego twarzą do góry, żeby mu się przyjrzeć.

            – A niech mnie, jeśli to nie major – odezwał się, potwierdzając jej przypuszczenia.

            – Skądże on się tu wziął? – wyraził zdumienie drugi.

            – Skąd mam wiedzieć? Ostatni raz jak o nim słyszałem, odzyskał przytomność i wybierał się do szpitala polowego.

            – No i poszedł w złą stronę – westchnął ponuro jego towarzysz. – Wygląda, że miał drugi raz do czynienia z Francuzami, bo inaczej skąd by się wziął pod tym murem?

            – Szczęście, że pani tu podeszła, panienko. – Rozmawiali ze sobą, jakby jej tam w ogóle nie było, dopiero w tym momencie spojrzeli na nią z wyraźną wdzięcznością. – Nigdy byśmy się nie domyślili, że on tu jest.

            – Nie. – Pokręciła głową. – Nie, ja naprawdę… – Przecież znalazła go tylko dlatego, że chciała ukryć swą słabość. Nie zasługiwała na żadne podziękowania.

            – A jakże! to panienka odpędziła te hieny, które chciały dobić majora – włączył się drugi żołnierz, przykucając obok.

            – To zasługa Bena – upierała się Sarah. Jej wieśniaczki w ogóle się nie bały.

            – Ale to panienka go zawołała, nie?

            No tak. Rzeczywiście, udało jej się zrobić tego dnia jedną dobrą rzecz.

            – Poza tym uratowała go panienka przed utonięciem w tym błocie.

            To też była prawda. Sarah poczuła się trochę lepiej. Dopóki sobie nie przypomniała, że zabrakło jej siły, by utrzymać rannego, i sama także wylądowała w błocie.

            – Jak by na to nie patrzeć, uratowała panienka życie majorowi Bartlettowi – podsumował żołnierz z naciskiem.

            – Majorowi Bartlettowi? – Opuściła wzrok na głowę oficera, którą przytrzymywała oburącz. To nieszczęsne, poranione i posiniaczone ciało należało do majora Bartletta? Przecież był taki przystojny…

Przypomniała sobie, jak stał oparty o drzewo, z kurtką munduru przerzuconą przez ramię i przyglądał jej się, kiedy przejeżdżała konno w towarzystwie Gideona, tamtego dnia, kiedy poznała jego nazwisko. Nie mogła się wówczas powstrzymać i zerkała na niego ukradkiem, zaciekawiona ostrzeżeniem, które wygłosił na jego temat Justin.

            Zastanawiała się wówczas, co też ów przystojny oficer mógł zrobić na tyle nagannego, że Justin zabronił jej nawet z nim rozmawiać. A major Bartlett, jakby wyczuwając jej skrywane zainteresowanie, uśmiechnął się do niej promiennie. I mrugnął porozumiewawczo.

            Och, tamtego dnia wyglądał jak młody lew, skąpany w słońcu, z grzywą złotych loków opadających na szerokie czoło. Był taki…. żywy.

            Podobnie jak jej brat bliźniak Gideon, kiedy go ostatni raz widziała. Wypinał pierś przed lustrem i ze śmiechem opowiadał, jak to pięknie będzie się prezentował na polu bitwy. Przekonywał Sarah, że nie powinna się martwić, bo Francuzi, zamiast do niego strzelać, będą podjeżdżać i pytać, gdzie sobie obstalował tak świetnie uszyty mundur.

            Bliska płaczu zastanawiała się, czy ktoś podtrzymywał głowę umierającemu Gideonowi, czy padł twarzą w błoto, bo jedyna kobieta znajdująca się w pobliżu za bardzo się martwiła o swoją reputację, żeby mu przyjść z pomocą…

            Oczy zaszły jej łzami.

            Żołnierz z ich eskorty odchrząknął, wyraźnie zakłopotany.

            – Nie ma co płakać, panienko. Dobrze się panienka spisała, prowadząc nas tutaj.

            – A jużci, uratowała panienka jego i swojego brata – dodał szybko ten drugi, równie przestraszony perspektywą oglądania kobiecych łez.

            – Uratowałam? Mojego brata? – Zamrugała gwałtownie. Nie mogli mówić o Gideonie, bo go nie znali. Musieli więc mieć na myśli Justina. – Wasz pułkownik… czy on…?

            – Dostał kulę, ale panna Mary mówi, że zna kogoś, kto może go wyleczyć.

            – Och, dzięki Bogu. I dzięki Bogu, że Mary mu pomoże.

            – A jużci, dobrze się zajmuje jego lordowską mością. – Ruchem głowy wskazał na szopę. – Bez dwóch zdań.

            – Może panienka tu zostać i mieć majora na oku, a my poszukamy jakiegoś sposobu, żeby zabrać jego i pułkownika do Brukseli?

            Dobre sobie, niby gdzie miałaby pójść, skoro nie mogła się ruszyć, przygwożdżona do ziemi bezwładnym ciałem nieprzytomnego mężczyzny?

            Musiała jednak udzielić odpowiedzi, bo wciąż przykucnięci patrzyli na nią wyczekująco. Czyżby naprawdę sądzili, że spróbuje się wydostać spod majora i zostawi go leżącego w kałuży błota?

            Nagle sobie uświadomiła, że właśnie tego by się po niej spodziewała większość ludzi, którzy ją znali. I tego by od niej żądał Justin.

            A przecież nie zostawiłaby w takim położeniu nawet psa. W istocie nie zostawiła. Poprzedniego dnia, widząc Bena, którego rozpoznała jako ulubieńca całego regimentu, uwięzionego pod przewróconym wozem, bez wahania wczołgała się pod spód, żeby go odwiązać od złamanej osi. Najpierw uspokoiwszy przestraszone zwierzę kawałkami kiełbasy. Żołnierze Randalla nigdy nie porzucali w potrzebie swoich towarzyszy broni. Nie przynależała do nich poza tym, że była siostrą lorda Randalla, ale skoro nie odwróciła się plecami do psa, tym bardziej nie porzuciłaby jednego z jego oficerów. Zresztą to drugie zadanie wydawało jej się łatwiejsze, ponieważ oficer był nieprzytomny i w żaden sposób jej nie zagrażał, natomiast oszalały ze strachu pies mógł ją pogryźć.

            – Oczywiście, że z nim zostanę – zwróciła się do żołnierzy. – Poradzę sobie – dodała buńczucznie, choć czuła, jak strój do konnej jazdy, który miała na sobie, nasiąka wilgocią i plecy drętwieją jej z zimna. W końcu cóż jej się mogło stać od spędzenia kilku następnych minut w błocie? Miała końskie zdrowie. A swoją elegancką aksamitną amazonkę po wcześniejszych przygodach, jakie w niej przeżyła, i tak już spisała na straty.

            Przynajmniej chroniła tego zmaltretowanego biedaka przed kolejną niewygodą. Żołnierze wymienili spojrzenia i równocześnie się podnieśli.

            – Pies zostanie na straży – powiedział jeden z nich, po czym wydał czworonogowi stosowną komendę.

            Ben natychmiast przyjął pozycję waruj, z głową opartą na wyciągniętych przednich łapach.

            – Znajdziemy jakiś środek transportu, proszę się nie martwić – obiecali żołnierze i zniknęli za murem.

            Sarah bynajmniej nie martwiła się tym, w jaki sposób sama wróci do Brukseli. Pomocy potrzebował przede wszystkim ranny oficer. I jej brat Justin…

            Dobry Boże, chybaby się wściekł, pomyślała, widząc ją w tym momencie. Nawet Gideon ją ostrzegał, żeby się trzymała z dala od majora Bartletta. A Gideon, jak to Gideon, przynajmniej wyjaśnił swoje stanowisko.

            – Chociaż raz zgadzam się z Justinem – stwierdził poważnie, zauważywszy uwodzicielskie mrugnięcie majora skierowane do Sarah. – Jest takim niepoprawnym kobieciarzem, że przezywają go Kocurem. Znalazł się tak wcześnie rano na Allée Verte, bo zapewne wymykał się z łóżka swojej najnowszej zdobyczy.

            Usłyszawszy, że Bartlett ma opinię rozpustnika, od razu wyrzuciła go z pamięci. Nie znosiła rozpustników. I nie zamierzała z własnej woli się do niego zbliżać.

Westchnęła ciężko. I proszę, oto siedziała na ziemi, trzymając na kolanach jego głowę, i porównywała go ze swoim ukochanym bratem Gideonem.

            Serce jej się ścisnęło. Biedak musiał być w fatalnym stanie, skoro sądził, że ona może mu pomóc. Pewnie postradał zmysły…

            – Wszystko w porządku, panienko?

            Żołnierze wrócili, sprawiali wrażenie bardzo z siebie zadowolonych.

            – Zdobyliśmy jeden z tych francuskich wozów do przewożenia rannych – oznajmił pierwszy. Drugi tylko ściągnął brwi i szturchnął swego kompana w bok.

            Wielkie nieba! Bez wątpienia ukradli ambulans. Cóż, w końcu czego miałaby się spodziewać, skoro zdaniem Gideona ludzie Justina nie stronili od rabunku i rozboju?

            – Nie można go zwyczajnie przerzucić przez siodło, panienko. Człowiek z raną w głowie jak nic by nie przeżył takiego wstrząsu. – Ten bardziej rozmowny poczuł się zobowiązany do wyjaśnień.

            – Tak, oczywiście. Rozumiem – odparła z łagodnym uśmiechem, który pozwalał jej wybrnąć z wielu niezręcznych sytuacji. Zadziałał i tym razem. Żołnierze nie próbowali jej wtajemniczać w żadne dalsze szczegóły.

            Ściągnęli majora Bartletta z jej nóg i przenieśli na wóz czekający po drugiej stronie muru. Zrobili to o wiele delikatniej, niż można by oczekiwać od ludzi, którzy nie przebierali w słowach, a do tego zapewne nie wahali się przed aktem przemocy, byle zdobyć odpowiedni pojazd do przewiezienia swoich oficerów do Brukseli.

            Sarah była przekonana, że zwrócą się do Mary, by doglądała rannych w czasie podróży, a następnie zapewniła im opiekę, mogła więc uznać, że major Bartlett zostanie na dobre zabrany z jej rąk.

            Opuściła wzrok na swoje dłonie i aż się wzdrygnęła. Przypomniała sobie, że niedaleko szopy, za kępą sitowia, płynie mały strumyk, gdzie mogłaby je umyć. Udała się tam i zanurzyła ręce w zimnej wodzie. Zmywając plamy krwi, zastanawiała się, co należy zrobić. Zakładała, że Gideon nie żyje, choć nadal nie mogła się z tym pogodzić. Justin jej nie potrzebował, mogła mieć pewność, że Mary zajmie się nim znacznie lepiej. Poza tym, kiedy już dojdzie do siebie, widok siostry tak go rozzłości, że natychmiast znów mu się pogorszy. Nie chciał, żeby przyjeżdżała do Brukseli, kazał jej wyjechać, natychmiast i bez dyskusji.

Napisz swoją opinię i oceń książkę

Przedstaw się



Twoja ocena


WYŚLIJ