Powieść obyczajowa
Eleanor Oliphant ma się całkiem dobrze
KUP TERAZ

Eleanor Oliphant ma się całkiem dobrze

Gail Honeyman
4 opinie
TAKŻE JAKO E-book icon
Liczba stron: 352
Oprawa miękka
ISBN: 9788327628695
Premiera: 2017-05-24
Tłumaczenie: Magdalena Słysz
Opracowanie graficzne okładki: Emotion Media

Eleanor Oliphant ma się całkiem dobrze. Skończyła trzydzieści lat, jest filologiem klasycznym, ale pracuje w księgowości, oszczędzając każdego pensa. Nosi niezniszczalny bezrękawnik, ma stały harmonogram posiłków i niechętnie rozmawia z kolegami z pracy. Uwielbia zakupy w Tesco i swoją jedyną roślinę doniczkową. 

Eleanor doskonale wie, jak przetrwać, ale nie wie, jak żyć. Nie brakuje jej niczego, z wyjątkiem… wszystkiego. Ludzie na ogół mają ją za wariatkę. Są jednak wyjątki – ci, którzy chcą jej pokazać, że życie może być lepsze, nie tylko „znośne”. 

Kiedy ktoś mnie pyta, czym się zajmuję – taksówkarze, asystentki dentystyczne – odpowiadam, że pracuję w biurze. Przez prawie dziewięć lat nikt nie chciał wiedzieć, w jakim biurze ani co tam robię. Nie wiem, czy powodem jest to, że idealnie odpowiadam wyobrażeniu pracownika biurowego, czy to, że kiedy ludzie słyszą określenie „praca w biurze”, sami dopowiadają sobie resztę – kobieta powielająca dokumenty, mężczyzna stukający w klawiaturę. Wcale się nie skarżę. Jestem zadowolona, że nie muszę wdawać się w fascynujące zawiłości księgowania faktur. Gdy mnie tam przyjęto, pytana o zatrudnienie, za każdym razem mówiłam, że pracuję w firmie graficznej, ale wtedy wszyscy zakładali, że jestem pracownikiem kreatywnym. Zaczął mnie nużyć widok ich obojętniejących twarzy, gdy wyjaśniałam, że pracuję na zapleczu, nie używam cienkopisów ani wyrafinowanych programów komputerowych.

            Zbliżam się do trzydziestki, a pracuję tam od dwudziestego pierwszego roku życia. Bob, właściciel, przyjął mnie niedługo po otwarciu firmy. Chyba było mu mnie żal. Miałam dyplom filologa klasycznego i żadnego doświadczenia zawodowego, o którym warto by wspomnieć. Przyszłam na rozmowę o pracę z podbitym okiem, kilkoma wybitymi zębami i złamaną ręką. Może wyczuł wtedy, że nie mogę liczyć na nic innego niż słabo płatna praca biurowa, że nie odejdę i oszczędzę mu trudu związanego z koniecznością szukania kogoś nowego. Może zorientował się także, że nie wezmę urlopu, aby wyjechać w podróż poślubną, ani nie pójdę na macierzyński. Sama nie wiem.

 

            W biurze zdecydowanie panuje system kastowy; kreatywni to gwiazdy filmowe, a reszta – aktorzy drugiego planu. Patrząc na nas, łatwo określić, do której kategorii się zaliczamy. Szczerze mówiąc, ma to po części związek z płacą. Pracownicy biurowi zarabiają żałosne pieniądze, więc nie stać ich na modne fryzury i dziwaczne okulary. Ciuchy, muzyka, gadżety – chociaż projektanci rozpaczliwie chcieliby uchodzić za niezależnych wolnomyślicieli, z uporem maniaka noszą mundurki. Grafika mnie nie interesuje. Jestem urzędniczką w księgowości. Mogłabym wystawiać faktury na cokolwiek: broń, flunitrazepam, orzechy kokosowe.

            Chodzę do pracy od poniedziałku do piątku, na wpół do dziewiątej rano. Przysługuje mi godzinna przerwa na lunch. Kiedyś przynosiłam własne kanapki, ale jedzenie w domu ciągle psuło mi się przed zużyciem, więc teraz kupuję coś na mieście. W piątki zawsze wyskakuję do Marks & Spencer, co przyjemnie wieńczy tydzień pracy. Siadam z kanapką w pomieszczeniu socjalnym, czytam gazetę od pierwszej do ostatniej strony, a potem rozwiązuję krzyżówki. Kupuję „Daily Telegraph”, nie dlatego, że szczególnie lubię tę gazetę, ale ponieważ ma najlepsze hasła kalamburowe. Nie rozmawiam z nikim – gdy już kupię „kanapkę dnia”, przeczytam gazetę i rozwiążę obie krzyżówki, godzina na lunch się kończy. Wracam za biurko i pracuję do piątej trzydzieści. Jazda do domu autobusem zajmuje mi pół godziny.

            Robię sobie kolację i jem ją, słuchając w radiu The Archers. Przeważnie przyrządzam makaron z pesto i sałatę – jeden rondel i jeden talerz. Jako dziecko czułam się jak na kulinarnym rollercoasterze, w tych latach karmiono mnie zarówno przegrzebkami z ręcznego połowu, jak i mrożonym filetem z dorsza. Po wnikliwym rozważeniu politycznych i socjologicznych aspektów żywienia doszłam do wniosku, że jedzenie zupełnie mnie nie interesuje. Lubię to, co jest tanie, łatwe do zdobycia i przetworzenia, a jednocześnie dostarcza potrzebnych do życia składników odżywczych.

            Po umyciu naczyń czytam książkę, a czasami oglądam telewizję, jeśli jest w niej coś, co poleca „Telegraph”. W środy zwykle (cóż, zawsze) mniej więcej przez piętnaście minut rozmawiam z mamą przez telefon. Około dziesiątej kładę się do łóżka, przez pół godziny czytam, a potem wyłączam światło. Przeważnie nie mam kłopotów z zasypianiem.

            W piątki po pracy nie idę od razu do autobusu; zamiast tego udaję się do Tesco Metro za rogiem i kupuję pizzę margaritę, chianti i dwie duże butelki wódki Glen’s. Po powrocie do domu jem pizzę i piję wino. Później strzelam sobie wódkę. W piątki niewiele mi potrzeba, tylko kilka głębszych. Zazwyczaj budzę się na kanapie około trzeciej nad ranem i wlokę się do łóżka. W ciągu weekendu wypijam resztę wódki; rozkładam to na dwa dni, żeby nie być ani pijana, ani trzeźwa. Do poniedziałku mam dużo czasu.

            Mój telefon dzwoni rzadko – kiedy już zadzwoni, aż podskakuję – i zwykle są to ludzie, którzy pytają, czy nie sprzedano mi jakiegoś trefnego ubezpieczenia. Syczę wtedy: „Wiem, gdzie mieszkasz”, a potem delikatnie, bardzo delikatnie się rozłączam. W moim mieszkaniu od roku nie było nikogo z wyjątkiem fachowców z administracji; nie wpuszczam za próg żadnych ludzkich istot, chyba że chodzi o odczyt stanu licznika. Pewnie pomyślicie, że tak się nie da żyć, prawda? A jednak się da. Przecież żyję, no nie? Chociaż często mam wrażenie, że mnie tu nie ma, że jestem wytworem własnej wyobraźni. Są takie dni, kiedy czuję się tak luźno związana z ziemią, że łączące nas więzy wydają się cienkie jak nitki babiego lata czy waty cukrowej. Mógłby je przerwać silniejszy powiew wiatru i odleciałabym jak puch z dmuchawca.

            Te więzy wzmacniają się nieco od poniedziałku do piątku. Ludzie dzwonią do biura w sprawie linii kredytowych, przysyłają e-maile dotyczące umów i wycen. Koledzy, z którymi siedzę w pokoju – Janey, Loretta, Bernadette i Billy – zauważyliby, gdybym się nie zjawiła. Po kilku dniach (często się zastanawiam ilu) zaczęliby się niepokoić, że nie powiadomiłam ich o chorobie – to do mnie takie niepodobne – i wydobyliby z teczki personalnej mój adres. W końcu chyba zadzwoniliby na policję, prawda? Czy policjanci wyważyliby drzwi do mieszkania? Znalazłszy mnie, zasłoniliby twarze, powstrzymując mdłości od smrodu? Koledzy w biurze mieliby o czym gadać. Nie lubią mnie, ale przecież nie życzą mi śmierci. Tak mi się w każdym razie wydaje.

 

            Wczoraj poszłam do przychodni. Mam wrażenie, że nie byłam tam od wieków. Tym razem trafiłam na młodego lekarza, bladego faceta o rudych włosach. Byłam z tego zadowolona. Im są młodsi, tym lepiej wykształceni, a to korzystne. Nie znoszę, gdy w rejestracji kierują mnie do starej doktor Wilson; ma około sześćdziesiątki i nie wyobrażam sobie, żeby wiedziała zbyt wiele o najnowszych lekach i najświeższych odkryciach medycznych. Ledwie umie obsługiwać komputer.

            Ten młody lekarz, podobnie jak większość z nich, mówił, nie patrząc na pacjenta; czytał moją kartę na ekranie i przewijając ją, uderzał w klawisz z coraz większą zaciętością.

            – Co tym razem pani dolega, pani Oliphant?

            – Ból w plecach, panie doktorze – odpowiedziałam. – To męka.

Wciąż na mnie nie spojrzał.

            – Jak długo to trwa? – zapytał.

            – Od paru tygodni – odparłam.

            Skinął głową.

            – Chyba wiem, co go powoduje – podjęłam – ale chciałam zasięgnąć pańskiej opinii.

            Przestał czytać i wreszcie na mnie popatrzył.

            – A co go według pani powoduje?

            – Chyba piersi, panie doktorze.

            – Piersi?

            – Tak – potwierdziłam. – Zważyłam je. Ważą prawie trzy kilo... to znaczy, razem, nie każda osobno! – Zaśmiałam się. Patrzył na mnie poważnie, bez wesołości. – To duży ciężar do dźwigania, nie sądzi pan? – zagadnęłam. – Gdybym przywiązała panu do piersi trzy kilogramy żywego ciała i kazała z nimi chodzić przez cały dzień, rozbolałyby pana plecy, no nie?

            Przyjrzał mi się, a potem odchrząknął.

            – Jak... jak je pani...?

            – Na wadze kuchennej – wyjaśniłam, kiwając głową. – Umieściłam na niej jedną. Nie ważyłam obu, założyłam, że każda ma mniej więcej taki sam ciężar. Nie jest to może naukowe podejście, ale...

            – Przepiszę pani kolejne leki przeciwbólowe – powiedział, pisząc na komputerze.

            – Tylko tym razem silniejsze – rzuciłam stanowczo – i większą ilość. – Próbowali mnie zbyć aspiryną w małych dawkach. Potrzebowałam skuteczniejszych medykamentów. – Czy może pan także przepisać mi tamten środek na egzemę? W okresach stresu czy ekscytacji wyraźnie mi się pogarsza.

            Nie zaszczycił mojej uprzejmej prośby odpowiedzią, tylko kiwnął głową. Żadne z nas nie odzywało się do czasu, gdy drukarka wypluła recepty, które mi wręczył. Ponownie spojrzał na ekran komputera i wrócił do pisania. Zapadła niezręczna cisza. Jego talenty towarzyskie pozostawiały wiele do życzenia, zwłaszcza że w swoim zawodzie miał kontakt z ludźmi.

            – To do widzenia, panie doktorze – powiedziałam w końcu. – Bardzo dziękuję, że poświęcił mi pan czas. – Ale on zupełnie nie zwrócił uwagi na mój ton. Wciąż był zajęty pisaniem. To jedyna wada tych młodych lekarzy; nie mają podejścia do pacjenta.

 

            To było wczoraj rano, w innym życiu. Dzisiaj, później, gdy jechałam do pracy, autobus przemieszczał się sprawnie. Padało i wszyscy wyglądali żałośnie, skuleni w płaszczach, zaparowując szyby porannymi kwaśnymi oddechami. Codzienność przezierała przez krople deszczu na oknie, jej zapach sączył się wśród woni wilgotnych ubrań i przemoczonych butów.

            Zawsze szczyciłam się tym, że umiem funkcjonować sama. Jestem jedynym ocalałym rozbitkiem – nazywam się Eleanor Oliphant. Nie potrzebuję nikogo – w moim życiu nie ma wielkiej pustki; w puzzlach, jakie ono stanowi, nie brakuje żadnego elementu. Tak przynajmniej zawsze sobie powtarzam. Ale minionego wieczoru znalazłam miłość swojego życia. Kiedy zobaczyłam go wchodzącego na scenę, po prostu wiedziałam. Miał na głowie stylowy kapelusz, ale nie to do mnie przemówiło. Nie – taka płytka nie jestem. Był ubrany w trzyczęściowy garnitur, z odpiętym ostatnim guzikiem przy kamizelce. Prawdziwy dżentelmen zostawia ostatni guzik niezapięty, tak zawsze mówiła mama – to jedna z oznak, których należy szukać, charakteryzująca wyrafinowanego, eleganckiego mężczyznę z odpowiedniej klasy, o odpowiedniej pozycji towarzyskiej. Ta jego piękna twarz, głos... wreszcie ktoś, po tak długim czasie, kogo można ze sporą dozą pewności uznać za „materiał na męża”.

            Mama będzie zachwycona – pomyślałam.

 Gail Honeyman udało się stworzyć bohaterkę z krwi i kości, która nie zawsze budzi sympatię, ale z pewnością nie pozostaje się na jej losy obojętnym. „Eleanor Oliphant ma się całkiem dobrze” to zaskakująco udany debiut brytyjskiej pisarki, który wzrusza, bawi i wzbudza wiele ciepłych uczuć, niosąc za sobą pozytywne przesłanie i zachęcając do refleksji. Dawno nie miałam okazji zapoznać się z tak wyjątkową i angażującą emocjonalnie powieścią, zwłaszcza biorąc pod uwagę fakt, że wyszła ona spod pióra początkującej pisarki. Gail Honeyman zrobiła na mnie wrażenie i z niecierpliwością będę czekać na jej kolejne książki. Serdecznie zachęcam do sięgnięcia po tę pozycję, zarówno entuzjastów powieści obyczajowych, jak i wszystkich innych czytelników, bo naprawdę warto!

Eleanor Oliphant ma się całkiem dobrze to książka dająca nadzieję, pokazująca, że nawet z największych traum można wyjść mając przy sobie ludzi, dla których jesteśmy ważni i odnajdując w sobie pokłady determinacji d tego, by odmienić swoje życie. To ważna książka.

Narracja, choć pierwszoosobowa – najmniej ulubiona przeze mnie forma narracji – jest bardzo dokładna. Spokojna i niezbyt emocjonująca. A to trochę dziwne. Nie mniej jednak dobrze skonstruowana i przede wszystkim da się zrozumieć bohaterkę. Jest introwertyczną kobietą po przejściach, która nie potrafi szybko zaufać komukolwiek, z jakiegoś powodu – nie potrafi zaufać przedstawicielom płci przeciwnej – choć nadzieję na miłość ma nadal. (...) Powinniście sięgnąć po ten przyjemny, ciepły i pozytywny debiut Gail Moneyman. To bardziej niż pewne, że przeczytacie to w kilka godzin. A potem będziecie żałować, że poszło tak szybko.

Gail Honeyman tworząc książkę, wykonała kawał dobrej roboty. To opowieść poruszająca temat trudnego dzieciństwa, ale także odnosząca się do sfery emocjonalnej człowieka w tym samotności, która w XXI wieku staje się coraz bardziej popularnym zjawiskiem, dotykającym ludzi w każdym wieku. Ale nie tylko o samotności opowiada Honeyman. O czym jeszcze? Musicie przekonać się sami. Nie chce zdradzać Wam więcej szczegółów, aby nie popsuć przyjemności z czytania. Gorąco polecam "Eleanor Oliphant ma się całkiem dobrze"! To niesamowita książka z bardzo dobrym zakończeniem, która uświadamia, że życie może być lepsze, jeśli nie popadniemy w rutynę.

Największym zdumieniem okazało się zakończenie. Tajemnice, które gdzieś w tle oplatają tę nietypową osóbkę, powoli wychodzą na światło dzienne. Autorce udało się mnie jednocześnie zaskoczyć, rozczarować i chwycić mocno za serce. Choć spodziewałam się dużo większych fajerwerków, to z drugiej strony cieszę się ogromnie, że tego nie ma i jej historia potoczyła się tak a nie inaczej. To właśnie dodaje tego cudownego, wspaniale stonowanego ciepła i spokoju. Za jakiś czas chętnie przeczytam tę książkę po raz kolejny. A tymczasem gorąco polecam!

Gail Honeyman ma lekkie pióro, nie szczędzi szczegółów, ale skupia głównie na akcji. Jeśli nie przepadacie za rozległymi opisami dywanu, to będziecie w pełni usatysfakcjonowani. W trakcie czytania trudno się nudzić, poszczególne sytuacje są wyważone, Powieść nieźle skonstruowana. (...) Gail Honeyman stworzyła książkę ciepłą, idealną na prezent dla bliskich, którzy zmagają się z kłopotami, większymi i mniejszymi. Postać Oliphant pokazuje, iż my, ludzie, nie jesteśmy samotnymi wysepkami, potrzebujemy wsparcia, uśmiechu, słowa otuchy. To naprawdę dużo, aby móc odmienić czyjąś przyszłość, bo na to mamy wpływ — zawsze.

Książka niezwykła, ciekawa, a jednocześnie prosta i zaskakująca. Eleanor Oliphant  jest bez dwóch zdań jedną z moich najbardziej ulubionych postaci literackich. Za tę nijakość, za zwyczajność, za walkę jaką toczy zwłaszcza z samą sobą i za oryginalność, bezkompromisowość, której nie można jej odmówić, o nie… pokochałam ją szczerze.

(...) zachęcam wszystkie szare myszki, ale też kobiety przebojowe, do sięgnięcia po powieść o Eleanor Oliphant. "Dziwni" ludzie to z natury przesympatyczne osoby, które nie rozumieją, dlaczego są nielubiane. Dzięki tej książce outsiderzy zrozumieją siebie i otaczających ich ludzi. Polecam!

Eleanor Oliphant ma się całkiem dobrze, to historia pełna ciepła i radości, chociaż przepleciona jest wzruszeniami. Autorka wykreowała niesamowitą bohaterkę, o której jeszcze długo nie zapomnę. I pokuszę się o stwierdzenie, że film na podstawie tej opowieści może okazać się strzałem w dziesiątkę. Warto już teraz poznać historię Eleanor! Serdecznie polecam!

Powieść Gail Honayman to jedna z tych książek, które łatwo mogą nas zniechęcić już na początku, jednak zdecydowanie warto dać jej szansę. Eleanor Oliphant jest specyficzną postacią i przez długi czas nie mogłam się z nią polubić, ale kiedy autorka zaczęła odkrywać przed nami, czemu kobieta jest tak odrealniona od współczesnego świata, kompletnie zmieniłam zdanie na jej temat. Jestem zachwycona tą powieścią a kończyłam ją z morzem emocji – od współczucia do podziwu. Polecam!

Strona po stronie autorka odkrywa przed nami duszę Eleanor, a co więcej, odsłania ją również przed samą Eleanor. Ta zaczyna powoli wychodzić ze swej skorupy, przekonując się, że kontakty towarzyskie mogą być naprawdę miłe, podobnie jak dotyk drugiej osoby. Gail Honeyman, kreując postać głównej bohaterki, pokazała całe spektrum swoich umiejętności i wielkość talentu który sprawia, że jeszcze nie raz o niej usłyszymy. Książka zaś jest lekturą, która już na zawsze pozostawia po sobie ślad, a także skłania do tego, by rozejrzeć się wokół siebie.

Ta historia bardzo mnie poruszyła. W pewien sposób, choć niedosłowny, wyczuwałam podobieństwo Eleanor, do mnie samej z przeszłości. Zdarzyło mi się nawet otrzeć łzę, a mało która książka potrafi doprowadzić mnie do tego stanu. Nie jest to jakiś specjalnie ciężki dramat, powieść tę czyta się szybko, stanowczo za szybko, to za sprawą lekkiego pióra i luźnego stylu autorki. Pomyślałam o Gail Honeyman jako o poczytnej pisarce, tymczasem z zaskoczeniem odkryłam, że jest ona debiutantką. Z niecierpliwością czekam na kolejne działa autorki, tymczasem tę dodaję do listy swoich ulubionych pozycji. (...) Ta pozycja jest książką wartą uwagi, dlatego też polecam ją Wam wszystkim.

Bezdyskusyjnie jest to niebanalna książka, która rozczaruje wszystkich, którzy mają ochotę na płytką komedię romantyczną. Ta książka jest słodko-gorzka, w stylu Moyes. Opowiada o sekretach z przeszłości, które nas okaleczają i chociaż z czasem stają się odległym wspomnieniem, osnutym mgłą niepamięci, to jednak ciernie tkwią pod skórą i są jątrzącą się raną. Wpływają na nas i ograniczają bardziej niż widoczne pamiątki takie jak blizny. (...) Nie jest to powieść oparta na schemacie, brzydka dziewczyna z problemami znajduje pięknego księcia i oto wszystko co było w jej życiu pokrzywione, nagle się prostuje i nabiera blasku. O nie, to byłoby banalne i słabe. Ta powieść opowiada o odnajdywaniu nadziei, co nie jest proste, wymaga wysiłku i zapłaty w łzach.

„Eleanor Oliphant ma się całkiem dobrze” jest powieścią, którą odebrałam bardzo pozytywnie. Z zaangażowaniem śledziłam rozwój fabuły i strona po stronie odkrywamy kolejne warstwy wykreowanej przez Gail Honeyman bohaterki – jej erudycję, trudną przeszłość i głęboko ukryte pragnienie zostania zauważoną i zaakceptowaną przez innych. Śledziła momentami zabawną a momentami trudną i bolesną drogę Eleanor do otwarcia się na ludzi, dostrzegając niesamowity uniwersalizm historii o kobiecie, która była samotna i niewidzialna, mimo że przebywała w tłumie. Gorąco polecam! Odnalazłam Eleanor drobne cząstki samej siebie i pokochałam ją całym moim introwertycznym, czytelniczym sercem. 

(...) książka nie porusza wszystkich wątków, do przemyślenia których skłania czytelników, ale to też jej zaleta. Poza tym autorka posługuje się stylem lekkim, nieskomplikowanym, jednak ciekawym i przyjemnym w odbiorze. Nie prostym, nie prostackim, ale też i nie ciężkim, ani tym bardziej nie nużącym. Chcecie lekkiej, ale skłaniającej do zastanowienia lektury na lato? Dobrej, obyczajowej opowieści na kilka wieczorów? Będziecie usatysfakcjonowani.

„Eleanor Oliphant ma się całkiem dobrze” to wstrząsająca powieść o samotności i traumach z dzieciństwa. Pomimo tego książka jest pełna nadziei na lepsze jutro pokazująca, że jeśli tylko się chce i trafi się na odpowiednie osoby, można dojść do siebie po najgorszych przeżyciach i zacząć żyć normalnie. Polecam! 

Książka o Eleanorze Oliphant to niezwykle poruszająca, pełna emocji historia. Kobieta, która była upokarzana, która przeżyła nieszczęśliwą miłość, którą uważano za dziwną, zastanawia się nad sensem istnienia. Główną bohaterkę polubiłam od pierwszych stron i wszystko przeżywałam razem z nią. Książka wywołuje w czytelniku wiele sprzecznych emocji, zależnych od tego, co dzieje się z Eleanor. Przygotujcie się na prawdziwą mieszankę uczuć. (...) Książkę czyta się przyjemnie za sprawą lekkiego pióra autorki. Akcja rozwija się stopniowo i mogę się założyć, że zakończenie będzie dla wszystkich czytelników ogromnym zakończeniem. Polecam ten tytuł wszystkim, jest to pozycja warta Waszej uwagi.

To, jak doskonale autorka wykreowała tak pozornie typową postać, jaką jest Eleanor, zasługuje na ogromne brawa. Jest ona bohaterką określoną od A do Z, stworzoną z niezwykłą dbałością o szczegóły. (...) Ta książka przerosła moje oczekiwania - całkowicie niebanalna bohaterka, zmagająca się ze śladami trudnej przeszłości, proces dojrzewania w czasie trwania powieści i w końcu poruszająca, zapadająca w pamięć końcówka. Jestem pewna, że powrócę do historii Eleanor Oliphant jeszcze nieraz, bo jest to opowieść, która pozwala czytelnikowi odczuć miliony emocji - radość, rozbawienie do łez, wzruszenie, niepokój i nadzieję. Gorąco polecam Wam tę książkę - powinna to być obowiązkowa pozycja na Waszej liście książek na lato! 

Napisz swoją opinię i oceń książkę

Przedstaw się



Twoja ocena


WYŚLIJ

Amanda
2017-06-09

Tekst pochodzi z bloga: http://amandaasays.blogspot.com/ POZNAJ ELEANOR OLIPHANT Oto Eleanor Oliphant. Niebanalna trzydziestolatka o niemodnym ubiorze, z bezrękawnikiem na czele i funkcjonalnymi butami na rzepy, która tak niewiele wie o życiu, chociaż tak wiele przeżyła. Wyobcowana, dziwna, staromodna, ze specyficznymi nawykami. Tej kobiety nie dałoby się na ulicy pomylić z nikim innym....
Śnieżynka
2017-06-07

Eleanor to trzydziestoletnia, samotna księgowa. Skończyła filologię klasyczną, dostała umeblowane mieszkanie od opieki społecznej i tak sobie w nim żyje. Uwielbia rozwiązywać krzyżówki, robić zakupy w Tesco i podchodzić do wszystkiego niezwykle ekonomicznie. Bo po co wymieniać meble, jeśli wciąż są użyteczne? Po co przepłacać, jeśli z kartą jest taniej? Jaki sens w kupowaniu normalnego ...
Ewa
2017-05-26

To jedna z tych opowieści, które zaczynamy czytać przypadkiem i wciagają nas coraz bardziej, choc z pozoru niewiele się w nich dzieje. Przeczytałam w ciągu kilku godzin. Bardzo mi się podobała.
singwithme
2017-05-24

„Eleanor Oliphant ma się całkiem dobrze” to debiutancka powieść Gail Honeyman. To historia trzydziestoletniej kobiety, która szuka swojego miejsca w świecie. To świetnie napisana i wciągająca powieść obyczajowa, która spodoba się miłośnikom „Projektu Rosie”, ale nie tylko. To historia dla wszystkich tych, którzy choć przez chwilę czuli się samotni, dla wszystkich, którzy choć raz czuli s...