Powieść Historyczna
Perypetie panny Prudence
KUP TERAZ

Perypetie panny Prudence

Julia London
brak opinii
TAKŻE JAKO E-book icon
Liczba stron: 384
Oprawa miękka
ISBN: 9788327625670
Premiera: 2017-05-05

Lady Prudence Cabot zawsze była najskromniejszą spośród wszystkich córek zmarłego hrabiego Backington. Dbała o dobre imię rodziny i opiekowała się niedomagającą matką. Jako jedyna wciąż nie znalazła męża, a skandale wywołane przez siostry jeszcze umniejszyły jej szanse na dobrą partię. Choć nie ma ochoty na wizyty towarzyskie, ulega prośbom rodziny i wyjeżdża do majątku ziemskiego przyjaciółki.

 

W podróży poznaje Amerykanina, który przybył do Anglii w poszukiwaniu siostry. Zaintrygowana Prudence po raz pierwszy w życiu postanawia zrobić coś nierozsądnego. Oferuje nieznajomemu pomoc i wsiada z nim do pocztowego dyliżansu…

W dniu wyjazdu zniesiono kufer i sakwojaż Prudence do powozu, który miał ją zawieźć do Ashton Down, gdzie o pierwszej umówiona była z Linfordami. Do torby podróżnej spakowała najpotrzebniejsze rzeczy: kilka wstążek do włosów, jedwabną koszulę nocną, którą Honor przywiozła jej od najmodniejszej krawcowej w Londynie, urocze pantofle i zmianę bielizny. Pożegnała się z niezwykle uradowanymi siostrami i wyruszyła w drogę za kwadrans dwunasta.

Nieoceniony stangret z Blackwood Hall dowiózł ją do Ashton Down już dziesięć minut po dwunastej.

– Nie czekaj ze mną, James – poprosiła go Prudence, już czując się znużona. – Linfordowie wkrótce zajadą.

James nie wyglądał na przekonanego.

– Lord Merryton nie pochwala tego, żeby damy pozostawały choć przez chwilę bez opieki, panienko.

Ta uwaga rozsierdziła Prudence.

– Powiedz mu, że nalegałam – odparła i odprawiła go ruchem ręki. – Tam połóż bagaże.

Uśmiechnęła się do Jamesa na pożegnanie, poprawiła czepek i przeszła kilka kroków do sklepiku z bakaliami, gdzie kupiła trochę suszonych owoców na drogę. Kiedy wyszła na ulicę, z ulgą zauważyła, że po powozie z Blackwood Hall nie było już śladu.

Wystawiła twarz na sierpniowe słońce. Dzień był jasny i ciepły, więc postanowiła zaczekać na Linfordów w cieniu drzew po drugiej stronie ulicy. Usadowiła się wygodnie na ławce, złożyła rękawiczki na paczuszce słodyczy i leniwie obejrzała kwiaty posadzone w rabacie. Zaczynały już więdnąć. Pomyślała, że to tak samo jak ona, i westchnęła głośno.

Turkot nadjeżdżającego powozu wyrwał ją z zadumy. Podniosła się, omiotła dłonią sukienkę i zawiesiła pakuneczek na ręce. Jednak to nie pojazd Linfordów się zbliżał, tylko jeden z prywatnych dyliżansów, które przejeżdżały codziennie przez Ashton Down – jeden w południe, a drugi pod wieczór. Prudence ponownie ciężko usiadła na ławce.

Dyliżans zatrzymał się po drugiej stronie ulicy i z tylnego siedzenia zeskoczyło dwóch stajennych. Jeden otworzył drzwiczki. Wysiadła młoda para, kobieta trzymała na rękach niemowlę. Za nimi pojawił się dżentelmen tak szeroki w ramionach, że musiał wysiąść bokiem. Zeskoczył na chodnik, wylądował na nogach pewnie i poprawił kapelusz. Wyglądał tak, jakby dopiero co przyjechał z wykopalisk. Był ubrany w spodnie z koźlej skóry, batystową koszulę i ciemny płaszcz do kolan. Kapelusz miał znoszony, chociaż dobrej jakości, a buty wyglądały, jakby nikt ich od stu lat nie czyścił. Kwadratową szczękę okrywał cień zarostu.

Obrócił się powoli dookoła, nie zwracając uwagi na młodzieńców, którzy wyprzęgali konie i układali bagaże na krawężniku. Zobaczył jednak coś, co sprawiło, że podszedł do woźnicy i zaczął się z nim energicznie spierać.

Prudence zamrugała zaskoczona. Jakież to było interesujące! Wyprostowała się, rozejrzała i spróbowała się domyślić, co mogło tak rozsierdzić nieznajomego. Wioska wydawała się całkiem zwyczajna, więc zupełnie niewinnie podniosła się i podeszła bliżej, udając, że interesuje się wyłącznie kwitnącymi różami.

– Ile razy mam powtarzać, że Wesleigh jest pół godziny piechotą stąd, nie więcej – bronił się woźnica.

– Mój dobry człowieku, nie całkiem mnie chyba rozumiesz – odezwał się nieznajomy dżentelmen z mało dźwięcznym akcentem. – Wesleigh to dom, a nie osada. Kazano mi wierzyć, że trafię do posiadłości. Posiadłości! To taki duży dom z przybudówkami, gdzie kręcą się najróżniejsi ludzie i zajmują tym, co wy tu w Anglii robicie, cokolwiek to jest!

Gestykulując, nakreślił obraz wyimaginowanej posiadłości w powietrzu przed oczami woźnicy, ten jednak tylko wzruszył ramionami.

– Jadę tam, gdzie mi każą, a nikt mi nie mówił, żebym jechał do Wesleigh. I nie ma tam żadnej posiadłości.

– To niesłychane! – zawołał nieznajomy. – Dobrze zapłaciłem za ten kurs!

Woźnica odwrócił wzrok, dżentelmen zaś zerwał z głowy kapelusz, ukazując grzywę gęstych, brązowych włosów, i cisnął go na ziemię. Kapelusz poszybował jednak z wiatrem i wylądował wprost pod nogami Prudence. Dżentelmen spojrzał za nim, dostrzegł Prudence na skraju zieleni i nagle ruszył energicznie w jej kierunku, wyciągając ściskany w ręce papier.

Prudence spanikowała. Rozejrzała się szybko za drogą ucieczki, ale nieznajomy wyczuł jej zamiary.

– Błagam, niech pani zaczeka – rzekł ponuro. – Ktoś musi przemówić temu człowiekowi do rozsądku i nakłonić go, żeby mnie zawiózł do Wesleigh.

– Wesleigh czy Weslay? – zapytała niepewnie.

Dżentelmen zamarł w pół kroku. Popatrzył na nią oczami koloru złocistego topazu i zaraz je zmrużył, jakby podejrzewał podstęp. Podszedł do niej z wahaniem .

– Czy będzie pani uprzejma? – zapytał przez zęby, niemal wtykając jej papier w twarz.

Prudence wzięła karteczkę w dwa palce i wyjęła z jego uścisku. Ktoś napisał na niej wielkimi, grubymi literami „West Lee, Penfors”.

– Hm – mruknęła. – Chodzi tu zapewne o wicehrabiego Penfors.

Zerknęła na nieznajomego, który wpatrywał się w nią posępnie.

– Lord Penfors rezyduje w Howston Hall pod Weslay.

– Przecież tak właśnie napisałem.

– Ale tu jest napisane West Lee.

– Sama pani widzi.

– Ależ nie, sir. Mówiłam: Weslay. I nigdy nie słyszałam o West Lee. – Prudence starała się jak najdobitniej podkreślić subtelne różnice w wymowie tych nazw. – Pan niestety przez pomyłkę trafił do Wesleigh.

Poczerwieniał do tego stopnia, że Prudence wyobraziła sobie, jak wybucha i jak śnieg opada w kawałeczkach na całą ulicę.

– Proszę o wybaczenie, ale panienka zdaje się mówić całkiem od rzeczy – wycedził. Sięgnął po karteczkę również dwoma palcami i wyszarpnął jej z ręki. – Trzy razy powtórzyła panienka „West Lee” i nie wiem doprawdy, czy to jakiś żart, czy może chodzi tu o coś całkiem innego.

– Wcale z pana nie żartuję – zaprotestowała, wstrząśnięta takim pomysłem.

– A więc musi chodzić o coś innego!

– Czyli o co? – Prudence nie mogła powstrzymać uśmiechu. – Zapewniam, że nie należę do żadnego spisku, który ma na celu nie dopuścić pana do Weslay, sir.

Zmarszczył srogo brwi.

– Wspaniale, że panienkę rozbawiłem. Ale gdyby była panienka tak miła i wskazała mi drogę do choć jednego z tych West Lee, a najlepiej tam, gdzie rezyduje ten jegomość Penfors, będę niezmiernie zobowiązany.

– Och! – zmartwiła się Prudence.

– Och? – powtórzył i pochylił się nad nią. – Co oznacza „och”? I dlaczego patrzy panienka na mnie tak, jakby zgubiła mi psa?

– Pojechał pan nie w tym kierunku.

– Tak przypuszczałem – odparł sarkastycznie.

– Wesleigh jest kawałeczek drogi stąd, to pięć chałup na krzyż. Weslay za to jest na północy. – Pokazała kierunek, skąd przyjechał dyliżans.

Dżentelmen popatrzył w tamtą stronę.

– Jak daleko? – warknął niebezpiecznie niskim głosem.

– Nie mam całkowitej pewności, ale przypuszczam, że… dwa dni drogi?

Zacisnął zęby. Był tak potężny, że Prudence spodziewała się, że od jego gniewu zadrży ziemia.

– Ale właśnie tam znajdzie pan tego jegomościa, Penforsa – dodała pospiesznie i powstrzymała uśmiech. Absurdalnie było mówić tak o wicehrabim.

– Na północ? – Rozłożył ręce w geście rozpaczy.

Prudence cofnęła się ostrożnie o krok i skinęła głową.

Dżentelmen oparł ręce na biodrach i popatrzył na nią, po czym odwrócił się. Prudence była przekonana, że odejdzie, ale on obracał się dalej, aż zrobił cały obrót i popatrzył na nią znowu, zaciskając zęby jeszcze mocniej.

– Czy mogłaby mi panienka zasugerować, jak mam dotrzeć do tego właściwego West Lee, co jest o dwa dni drogi stąd?

– To nie jest West… – pokręciła głową zrezygnowana. – Może pan pojechać północnym dyliżansem. Przejeżdża przez Ashton Down dwa razy dziennie. Najbliższy powinien nadjechać lada moment.

– Rozumiem – odparł, choć było jasne, że niczego nie rozumie.

– Może też pan wykupić przejazd kurierem poczty królewskiej, chociaż to trochę kosztowniejsze od przejazdów pasażerskich. Kurier przejeżdża tylko raz dziennie.

Popatrzył na nią nieufnie.

– Tak czy inaczej będą to dwa dni?

Skinęła głową i uśmiechnęła się współczująco. Sama też nie chciałaby się gnieść przez dwa dni w dyliżansie.

– Obawiam się, że tak.

Przeczesał ciemnobrązowe włosy palcami i mruknął pod nosem coś niewyraźnie. Prudence miała przeczucie, że wolałaby nie wiedzieć, co to było.

– Gdzie mogę opłacić przejazd?

Zerknęła, a raczej wychyliła się na bok, żeby popatrzeć za jego szerokimi plecami na gospodę.

– Pokażę panu, jeśli pan sobie tego życzy.

– Będę zobowiązany – odparł stanowczo.

Schylił się po kapelusz, otrzepał go z kurzu o kolano i włożył na głowę. Omiótł ją jeszcze spojrzeniem i ustąpił jej drogi, dając do zrozumienia, że chce, by go poprowadziła.

Prudence przeszła przez ulicę i zatrzymała się, kiedy dżentelmen instruował woźnicę, żeby wystawiono jego bagaż. Popatrzył jeszcze tęsknie za powozem odjeżdżającym na południe i ruszył za Prudence na podwórzec gospody. Weszli do głównego pomieszczenia, a stamtąd do niewielkiego biura o tak niskim stropie, że nawet Prudence musiała pochylić głowę. Wewnątrz panował wilgotny zaduch końskiego nawozu, dochodzący z przylegających do placówki stajni.

Dżentelmen, którego tu zaprowadziła, był wysokim mężczyzną i musiał się schylić. Tarł głową o sufit i opędzał się od pajęczyn, mrucząc pod nosem przekleństwa.

– Słucham. – Za niską ladą zjawił się urzędnik.

Nieznajomy podszedł bliżej.

– Chciałbym wykupić przejazd do West Lee.

– Weslay – mruknęła Prudence.

Westchnął ciężko.

– Tak, jak ona mówi.

– Trzy funty.

Dżentelmen wyjął z kieszeni portmonetkę. Przyglądał się uważnie każdej monecie z osobna, aż Prudence wskazała trzy z nich.

– Ach! – Podał urzędnikowi wybrane monety, a ten przekazał mu bilet.

– Woźnica otrzymuje koronę, a strażnik pół.

– Co takiego? Przecież właśnie dałem trzy funty.

Urzędnik schował pieniądze w kieszeni fartucha.

– To za przejazd. Woźnica i strażnik są opłacani przez pasażerów.

– To mi wygląda na jakieś szalbierstwo.

Urzędnik wzruszył ramionami.

– Chce się pan dostać do Weslay?

– Dobrze już, dobrze.

Dżentelmen popatrzył na bilet i westchnął znowu. Przepuścił Prudence w drzwiach, przecisnął się przez nie i wyszedł za nią na podwórze. Tam przystanęli. Dżentelmen po raz pierwszy uśmiechnął się przy Prudence. Poczuła lekkie ukłucie pożądania. Miał olśniewający uśmiech, przekorny i szczery. Nie było w nim cienia sztuczności.

– Jestem pani wdzięczny za pomoc, panno…?

– Cabot – przedstawiła się. – Prudence Cabot.

– Panno Cabot – powtórzył i ukłonił się. – Nazywam się Roan Matheson.

Wyciągnął do niej dłoń. Prudence spojrzała na nią niepewnie. Matheson również.

– Czy coś jest nie tak? Mam brudną rękawiczkę? To prawda, proszę o wybaczenie, przebyłem długą drogę…

– Nie w tym rzecz – odparła i pokręciła głową.

– Ach, rozumiem. – Zdjął rękawiczkę i wyciągnął rękę ponownie. Miał potężną dłoń o mocnych i długich palcach oraz blizny na kłykciach. Widać było, że nie obawiał się pracy.

– Ręce mam czyste – dodał niecierpliwie.

– Słucham? Och, nie, ale to niezwykłe.

– Coś nie tak z moją dłonią? – zdziwił się i podniósł rękę, żeby się jej lepiej przyjrzeć.

– Ależ nie! – uspokoiła go szybko Prudence.

Zrozumiała, że zachowuje się niegrzecznie. Popatrzyła w jego oczy w kolorze topazów i spojrzała na ciemnobrązowe włosy z jaśniejszymi pasemkami. Nosił dłuższe włosy, niż nakazywałaby najnowsza moda, i zakładał je sobie niedbale za uszy. Był ujmująco nietutejszy i bardzo męski. Sprawiał wrażenie, jakby dla zabawy mógłby przenosić góry. Serce Prudence zabiło mocniej.

– To niezwykłe, że wyciągnął pan do mnie rękę, żebym ją… uścisnęła? – zapytała niepewnie.

– Ach, tak! W jakim innym celu miałbym ją wyciągać, panno Cabot? To forma podziękowania albo gest powitalny…

Prudence szybko podała mu rękę, która wydała się jej niezwykle mała w jego dłoni.

Przechylił głowę na bok.

– Czy pani się mnie obawia?

– Co takiego? W żadnym razie! – zaprzeczyła żywo, chociaż musiała w duchu przyznać, że trochę się go lęka. A raczej tego, co w niej budził, gdy się jej przyglądał.

Zacisnęła palce, a on uścisnął ją mocniej.

– Och! – szepnęła.

– Za mocno? – zapytał.

– Nie, ani trochę – odparła szybko. Spodobało się jej, że trzyma ją za rękę, i ulotnie przebiegła przez jej głowę myśl, że mógłby położyć dłoń w innych miejscach jej ciała. – Proszę mi wybaczyć, ale nie jestem do tego przyzwyczajona. Tutaj mężczyźni podają ręce innym mężczyznom, ale nie kobietom.

Matheson z ociąganiem cofnął rękę, ale spoglądał na nią niepewnie.

– Jak więc powinienem się zachować wobec kobiety?

– Należy się ukłonić – wyjaśniła i zaprezentowała. – A dama w odpowiedzi dyga.

Jęknął ponuro i założył rękawiczkę.

– Czy mogę być brutalnie szczery, panno Cabot?

– Bardzo proszę.

– Przyjechałem z Ameryki w pilnej sprawie. Mam stąd odebrać siostrę, ale w tym kraju spotykają mnie ciągłe nieporozumienia.

W tym momencie jego uwagę odwrócił nadjeżdżający powóz. Był to właśnie północny dyliżans, który zatrzymał się przed podwórzem gospody. Z dachu zeskoczyło dwóch młodych ludzi, dwóch zsiadło z tylnego siedzenia, jeden posługacz łapał na chodniku rzucane pakunki.

Powóz wyglądał na wypełniony po brzegi i Prudence zrobiło się żal pana Mathesona. Nie wyobrażała sobie, jak taki potężny mężczyzna będzie się poruszał w zatłoczonej budzie.

– Chyba już czas – rzekł i począł się kierować do dyliżansu, ale po kilku krokach zatrzymał się i popatrzył przez ramię.

– Nie jedzie pani?

Prudence nie posiadała się ze zdumienia. Naraz pojęła, że Matheson spodziewał się, że i ona czekała na dyliżans. Otworzyła usta, żeby wyjaśnić nieporozumienie i poinformować, że będzie jechała prywatnym powozem, ale nie mogła wykrztusić słowa. Poczuła dziwne mrowienie, niebezpieczne, podniecające…

Przecież nie mogłaby tego zrobić. Ale dlaczego? – pomyślała zaraz. Perspektywa podróży z Linfordami i rozmowy o pogodzie sprawiały, że jazda dyliżansem nie wydała się już taka przerażająca. Towarzystwo Mathesona było kuszącą odmianą, a od bardzo dawna nikt jej szczerze nie zaciekawił. Na samą myśl o wspólnej podróży jej serce biło szybciej.

Rzuciła okiem na gospodę za plecami. To było czyste szaleństwo – wsiąść z nim do dyliżansu – ale zarazem o ileż bardziej interesujące od jazdy z Linfordami! Miała przy sobie potrzebne rzeczy, pieniądze i wiedziała, jak trafić do Cassandry Bulworth. Powstrzymywała ją tylko przyzwoitość, która doprowadziła ją do tak opłakanej sytuacji życiowej.

Spojrzała na Mathesona. Był bardzo pociągający, na swój amerykański sposób. Nigdy wcześniej nawet nie spotkała Amerykanina, ale dokładnie tak ich sobie wyobrażała: wiecznie zbuntowanych, a przy tym na tyle silnych, że byli w stanie opierać się konwenansom.

Ten mężczyzna był niezwykły, wyjątkowo przystojny i, na jej szczęście, całkiem zagubiony! Może nawet byłaby w stanie przekonać siebie, że wyświadcza mu zwyczajną przysługę, opiekując się nim po drodze.

Matheson źle zrozumiał jej ociąganie i speszył się nieco.

– Proszę o wybaczenie, nie miałem zamiaru pani pospieszać.

Prudence uśmiechnęła się szeroko na myśl, że jego zdaniem chodziło jej o grzeczność, ale ów uśmiech jeszcze bardziej go zdeprymował.

– Do zobaczenia w dyliżansie – dodał.

– Tak, na pewno się zobaczymy! – odparła z całym przekonaniem, jakie umiała z siebie wykrzesać.

Popatrzył na nią dziwnie, ale ukłonił się i poszedł do dyliżansu, po drodze tylko schylił się i rzucił chłopakowi na dachu jedną z toreb podróżnych.

Prudence nie miała czasu do stracenia; wróciła do biura z mocno bijącym sercem. Kiedy weszła, zadzwonił dzwoneczek.

Urzędnik odwrócił się niechętnie.

– Tak, panienko?

– Poproszę bilet do Himple – odrzekła i otworzyła torebkę.

– Do Himple? – powtórzył z powątpiewaniem i popatrzył na nią, zaciekawiony.

– Tak. Czy ma pan może kartkę? Chciałabym zostawić wiadomość.

– Dwa funty – oznajmił i rozejrzał się po biurze. Znalazł kawałek papieru welinowego i wręczył jej razem z ołówkiem.

Prudence nakreśliła pospieszny list do doktora Linforda. Po uprzejmościach i życzeniach zdrowia dla jego matki wyjaśniła zmianę planów podróży.

 

Proszę mi wybaczyć wszelkie niedogodności, na jakie Państwa naraziłam, ale postanowiłam skorzystać z wolnego miejsca w powozie przyjaciółki, która również wybiera się do Himple. Żałuję, że nie mogłam Państwa uprzedzić wcześniej, ale ta okazja pojawiła się w ostatniej chwili. Bardzo dziękuję za propozycję zaopiekowania się mną w drodze, ale zapewniam, że teraz też jestem w dobrych rękach.

Proszę przyjąć życzenia przyjemnej podróży i raz jeszcze dobrego zdrowia dla Pana matki.

P.C.

 

Złożyła liścik i uśmiechnęła się do patrzącego na nią wilkiem urzędnika.

– Dziękuję – pożegnała się i opuściła biuro. Serce biło jej jak szalone. Nie mogła wprost uwierzyć, że zdecydowała się na coś tak śmiałego, tak ryzykownego! To było do niej niepodobne. Ale przy tym po raz pierwszy od wielu miesięcy, a może nawet lat, Prudence czuła, że przydarzy się jej coś niezwykłego. Nieważne, czy będzie to dobre, czy nie, cieszyła się na myśl, że nadchodziła zmiana i aż drżała z niecierpliwości.

Napisz swoją opinię i oceń książkę

Przedstaw się



Twoja ocena


WYŚLIJ