Powieść historyczna
Tudorowie. Narodziny dynastii
KUP TERAZ

Tudorowie. Narodziny dynastii

Joanna Hickson
brak opinii
Liczba stron: 480
ISBN: 9788327630698
Premiera: 2017-04-26

Anglia 1451 rok

Jasper i Edmund Tudorowie, przyrodni bracia Henryka VI Lancastera, wychowali się z dala od pałacu i dworskich intryg. Król sprowadza ich do Londynu, uznaje za prawowitych braci i obsypuje zaszczytami. Edmund żeni się z najbogatszą angielską arystokratką Małgorzatą Beaufort, a Jasper zarządza rodowymi włościami w Walii.

Anglia coraz bardziej pogrąża się w chaosie. Ród Yorków rości sobie pretensje do tronu i wybucha wojna dwóch róż. Edmund, znany z bezwzględnej lojalności wobec Lancasterów, zostaje pojmany przez Edwarda Yorka i umiera w więzieniu.

Jasper przejmuje opiekę nad jedynym synem Edmunda, Henrykiem. Teraz na nim spoczywa odpowiedzialność za losy rodu Tudorów. Trwa wojna, szala zwycięstwa przechyla się na stronę Yorków. Jeden fałszywy krok może prowadzić do zguby, dawni przyjaciele zmieniają strony i okazują się śmiertelnymi wrogami.

Odwaga i determinacja Jaspera sprawiają, że po kilkunastu latach jego bratanek zasiądzie na tronie jako Henryk VII, dając początek dynastii Tudorów.

JASPER

Londyn i zamek Pembroke

   Stałem w tłumie ustrojonych w purpurowe szaty parów przed stopniami wiodącymi do ołtarza w kościele Świętego Pawła, gdzie na pozłacanym tronie siedział król Henryk. Król Henryk w złotej koronie zagubiony w purpurowych fałdach królewskiego płaszcza obszytego gronostajami. W olbrzymim, zimnym prezbiterium płonęło pięćset świec, ale i tak atmosfera była ciężka, a moi towarzysze sprężeni jak struny w giternie. Obok króla stali arcybiskup Canterbury i biskup Durham oparci na pastorałach, a złote nici błyszczały na bogato haftowanych kapach i mitrach. W kłębach dymu z kadzielnic rozkołysanych przez nadgorliwych ministrantów każdy z nas, jeden po drugim, książęta, hrabiowie i baronowie, szczerze albo i z obowiązku, składał przed Bogiem i królem przysięgę pokoju.
   Dwa miesiące po zwołaniu przez króla Henryka najznamienitszych przedstawicieli arystokracji na posiedzenie Wielkiej Rady w Westminsterze, miasto stało się siedliskiem niezgody. Przewidując konflikt, wielu lordów przybyło z prywatnym wojskiem, a antagonizm między dwoma głównymi rodami zaogniał się szybko i tak gwałtownie, że wydano w końcu edykt nakazujący stronnikom Yorków ulokowanie się w obrębie miejskich murów, a stronnikom Lancasterów pozostanie za murami. Bram strzegli uzbrojeni strażnicy królewscy, którzy pilnowali, by obie strony pozostały rozdzielone.
   Lancasterowie oskarżali Yorków o zamordowanie prominentnych parów z ich rodu podczas starcia pod St Albans przed trzema laty. Mijały tygodnie. Spór przeciągał się, ale w końcu arcybiskupowi Canterbury udało się doprowadzić do porozumienia, na mocy którego yorkiści zostali zobowiązani do zapłacenia ogromnej sumy rozgoryczonym Lancasterom za śmierć ich krewniaków. Nikt jednak tak naprawdę się nie łudził, że nawet jeśli istotnie pieniądze te zostaną przekazane, powściągnie to gniew i żądzę zemsty młodego księcia Somerseta, hrabiego Northumberlanda i bardzo porywczego sojusznika, lorda Clifforda, którzy pod St Albans stracili ojców. Oprócz króla nikt też nie wierzył, że nabożeństwo pojednania w kościele Świętego Pawła położy kres wzajemnym animozjom i stanie się początkiem nowej ery, w której obie strony wykażą się dobrą wolą.
   Przywódcy zwaśnionych stronnictw po złożeniu przysięgi mieli przejść ulicami miasta, trzymając się za ręce, by utwierdzić naród w przekonaniu, że możnowładcy królestwa zawarli pokój.
Nie zdradzając się ze swoimi wątpliwościami, cały ten niełatwy ranek spędziłem z królem i królową, kiedy wspólnymi siłami próbowaliśmy ustalić, jak ma wyglądać to przejście przez miasto.
   - Wasza Królewska Mość i królowa będą iść na czele – zaproponowałem.
Jednak królowej Małgorzacie ten pomysł nie spodobał się.
   - Uważam, że jako pierwszy powinien iść tylko król, sam król, bo to Jego Królewskiej Mości udało się przekonać lordów do pojednania – powiedziała, kładąc rękę na ramieniu męża i popatrując na niego z podziwem. – Nie pojmuję, jak udało się Waszej Wysokości dopiąć tego porozumienia, a przede wszystkim przekonać księcia Yorku.
Henryk był bardzo zadowolony z pochwały.
- Modliłem się żarliwie i Wszechmogący mnie wysłuchał. Poza tym przyczynił się do tego w dużym stopniu arcybiskup. A jeśli chodzi o to przejście miastem... Dobrze wiesz, moja droga, że nie lubię chodzić sam. Chcę mieć u swego boku królową.
Królowa, choć okazała zrozumienie, była nieugięta.
   - Mój najdroższy mężu, wiem, że lubisz mieć mnie przy sobie, ale w tym przypadku proszę, wykaż się odwagą. Jeśli będziesz szedł sam na czele procesji, dla ludzi stanie się oczywiste, że władca rozumie ich pragnienie pokoju i panuje nad baronami. A wdzięczność ludu jest nie do pogardzenia, mój drogi. A jeśli chodzi o mnie, to dla mnie będzie pokuta, gdy będę szła, trzymając za rękę Ryszarda, księcia Yorku, którego uważam za nikczemnego zdrajcę zagrażającego twojemu tronowi.
   - Czy to znaczy, że każdy będzie szedł ze swoim wrogiem? – spytałem zaskoczony. - Czy to rozsądne? Czy to w ogóle jest możliwe? Książę Somerset miałby iść ramię w ramię z hrabią Warwickiem, który zabił jego ojca pod St Albans? Książe nigdy się na to nie zgodzi.
Królowa Małgorzata wyprostowała się, unosząc głowę wyżej.
   - Dlaczego młody Somerset miałby nie iść z Warwickiem, skoro ja będę szła z Yorkiem, który stał na czele wojska nacierającego na króla? A ja będę z nim szła, trzymając go za rękę na znak, że przebaczam mu zdradę, to najcięższe przestępstwo. A Somerset ma tylko do przebaczenia to, co stało się w ferworze walki.
- Małgorzata ma rację – oświadczył król. – Naszemu ludowi musimy pokazać, że stanowimy jedność. Bo jak napisał święty Mateusz w swojej Ewangelii, każde królestwo wewnętrznie skłócone pustoszeje*.
   - Czyli hierarchia ważności nie będzie obowiązywać? – spytałem. – Bo jeśli hrabia Warwick będzie szedł w parze z księciem Somersetem, to znajdzie się przed książętami, czyli przed Buckinghamem, Exeterem i Norfolkiem.
Król i królowa wymienili spojrzenia, po czym jednocześnie pokiwali głową.
   - Nie będzie obowiązywać – powiedziała królowa. – Pokój jest ważniejszy niż hierarchia ważności.
Czyli ta kwestia była już przesądzona.
   - Skoro tak ma być, to tak się stanie – powiedziałem. – Ale wolałbym nie być tym, kto ma przekazać to książętom.
Po twarzy królowej przemknął uśmiech, czy też raczej złośliwy uśmieszek.
   - Wielka szkoda, Jasperze, ponieważ moim zdaniem zrobiłbyś to najlepiej, skoro ty sam podczas tej procesji zrezygnujesz ze swej wyższej pozycji wśród hrabiów na rzecz Warwicka. Dla ciebie to cios? Jeśli tak, to żeby nie był tak bolesny, dodam, że ma być to tylko ten jeden jedyny raz podczas tego szczególnego wydarzenia.
Rozkaz władcy jest najwyższym prawem, ale nie królowej, a królowa Małgorzata ostatnio rozkazywała bardzo często, nie powołując się przy tym na Jego Królewską Mość.
Spojrzałem na Henryka, czekając, że potwierdzi to, co usłyszałem z ust królowej, jednak król tego mojego spojrzenia jakby nie zauważył, za to poruszył inną kwestię:
   - Jutro jest święto Zwiastowania Najświętszej Marii Panny. – Zrobił znak krzyża. – Święto wiary, nadziei i miłości. Nasze pojednanie też moglibyśmy nazwać dniem miłości.
Niezależnie od tego, co tam sobie umyślił Jego Królewska Mość, skwaszeni dworzanie emanowali zaledwie znikomą porcją miłości, kiedy podążaliśmy za królem nawą w kościele Świętego Pawła. Król, owszem, był rozpromieniony, prowadząc tę swoją procesję miłości, ale wymuszone uśmiechy baronów raczej nie świadczyły o nagłym wybuchu braterskiej miłości.
Kiedy potem wyszliśmy na mroczny dziedziniec kościelny na końcu ulicy Ludgate Hill i spojrzałem w niebo przesłonięte ciemnymi chmurami, raptem oczyma wyobraźni zobaczyłem inne niebo, błękitne i bez jednej chmurki. Niebo nad zamkiem Pembroke. Zobaczyłem też Jane Hywel podążającą, jak to Jane, szybkim i zdecydowanym krokiem przez zewnętrzny dziedziniec. Szła do ogrodu ziołowego. Zamrugałem i obraz znikł, a ja nagle bardzo zapragnąłem być właśnie tam, w Pembroke, razem z zawsze tak miłą i życzliwą Jane, a nie tutaj, i ruszać ku bramie Temple Bar, udając, że jestem bardzo zadowolony, gdy tak podążam w korowodzie szlachetnie urodzonych, którzy zapewne tak samo jak ja woleliby być gdzie indziej. Bardzo słabe okrzyki ludzi, którzy nam się przyglądali, świadczyły, że oni również odnoszą się sceptycznie do przesłania tego dnia miłości.
Król i królowa już następnego dnia wyjechali z Londynu. Byłem bardzo zadowolony, że mogłem wymówić się od towarzyszenia im do zamku Berkhamsted. Kiedy żegnałem królewską parę, od królowej Małgorzaty usłyszałem, co następuje:
   - Nie zawiedź naszego zaufania, Jasperze. Bardzo martwię się o zdrowie króla. Jest o krok od kolejnego załamania, wiem przecież, jakie są tego oznaki, dlatego chcę jak najszybciej zabrać go z powrotem do Kenilworth.
Kiedy pochylałem głowę nad jej upierścieniowaną dłonią, pomyślałem, że królowa wprawdzie wygląda wspaniale, ale zarazem jest pełna obaw. Chciałem ją ostrzec, żeby była ostrożna i starała się nie zrażać do siebie księcia Yorku, pomyślałem jednak, że nie. Nie będę jej niczego mówić, bo na to już za późno. Wiedziała tak samo jak ja, że na Ryszardzie Yorku ten dzień miłości i pojednania nie zrobił żadnego wrażenia. Wraz ze swoją świtą liczącą sześciuset ludzi wrócił do Ludlow, by dalej karmić się urazą i żalami. I dalej paktować ze swoimi stronnikami. To samo w imieniu króla będzie robiła królowa Małgorzata w Kenilworth. A to, co powiedziała teraz, tylko utwierdziło mnie w przekonaniu, że nie ma nadziei na pojednanie między Yorkiem a Lancasterem. Królowa Małgorzata zdecydowanie była orędowniczką Lancasterów i zamierzała zrobić wszystko, by wywyższyć lordów stojących po tej samej stronie.
   - Staraj się wpłynąć na przywódców walijskich klanów, by trzymali się z dala od Yorków. Jeśli to uczynią, wynagrodzę ich. W swoim czasie będziemy potrzebowali krzepkich żołnierzy, by walczyli w obronie Korony. Ten czas nadejdzie, co do tego nie ma żadnych wątpliwości. Henryk nie widzi zagrożenia, ale ja tak. Widzę i zrobię wszystko, by zapewnić tron memu synowi, a także wierzę, że przyprowadzisz Walijczyków, by pomogli księciu Édouardowi. Zrobisz to, Jasperze?
Spojrzałem w jej ciemne, prawie czarne oczy, teraz tak błyszczące od gwałtownych uczuć, od zawziętości, i dziękowałem Bogu, że kiedyś oparłem się tej kobiecie, gdy obawiała się, że król nie spłodzi z nią potomka. Yorkiści nadal kwestionowali ojcostwo Henryka, ale przynajmniej nie wymieniali mnie jako potencjalnego ojca. Niezależnie jednak od tego, nie mogłem nie podziwiać królowej Małgorzaty za siłę charakteru. York może sobie kpić z mojego bojaźliwego przyrodniego brata, ale w królowej ma najzacieklejszego przeciwnika.
   - Jego Królewskiej Mości będę wierny do ostatniego tchu – rzekłem uroczyście, przyklękając. – Wierny też będę jego małżonce i synowi. Jestem na jego rozkazy, a także twoje, pani, i Bóg mi świadkiem, że zawsze tak będzie.
   - Powiedziałam już kiedyś, że jesteś rękawicą króla – odparła królowa, kładąc rękę na moim ramieniu. – Jesteś mu potrzebny tak samo jak ja. I oboje nigdy go nie zawiedziemy.

   Z uczuciem wielkiej ulgi wjeżdżałem na drogę wiodącą do zamku Pembroke. Towarzyszyli mi jak zwykle Maredudd i kilku zbrojnych, ponieważ uważałem, że dzięki szybkiej jeździe i nielicznej świcie podróżuje się bezpieczniej niż z licznym orszakiem. Poza tym pogoda była sprzyjająca i już po trzech dniach przeprawialiśmy się przez rzekę Severn koło Gloucester. Jechaliśmy czujnie, często oglądając się za siebie, póki zamek Raglan nie pozostał daleko w tyle. Po śmierci Edmunda nie ufałem już Williamowi Herbertowi z Raglanu.
   Kiedy zbliżaliśmy się do moich włości, po raz pierwszy w życiu miałem poczucie, że wracam do domu, prawdziwego domu, gdzie czeka ciepły ogień w kominku i równie ciepłe powitanie. Złożyłem przysięgę, że do końca moich dni będę wierny królowi Henrykowi, niemniej w jego pałacach nie było takiego miejsca, gdzie czułbym się jak u siebie. Powiem więcej: tam nigdzie nie czułem się bezpieczny. Dwór królewski kipiał od intryg i spisków. Zazdrość i rywalizacja rozkwitały, a honor walczył o przetrwanie. Nietrudno mi było zrozumieć, dlaczego Henryk, kiedy tylko to możliwe, ucieka do kościoła czy klasztoru, do pełnych spokoju miejsc modlitwy i kontemplacji, gdzie Bóg jest zawsze obecny. Ja jednak nie szukałem tego rodzaju pociechy. Chciałem być z ludźmi, z którymi łączy mnie przyjaźń i wzajemne zaufanie. Zerknąłem na Maredudda. Tak, w nim to już znalazłem, najpewniej też w jego siostrze Jane. I to także dzięki Jane, piastunce Harriego i osobie bardzo cenionej jeśli chodzi o zarządzanie gospodarstwem, Pembroke stało się dla mnie prawdziwym domem.
   Jane, która pocałowała mnie wtedy, w ptaszarni. Czułem, jak na wspomnienie tego pocałunku rumienię się niczym młokos. Jeśli chodzi o kobiety, to moje doświadczenie było niewielkie, ograniczało się do żądnych przygód dam z królewskiego dworu. Niektóre z nich uważały za punkt honoru usidlenie nowego hrabiego, ale ja, obawiając się kłopotów, poprzestawałem na niewinnych zalotach. Mój zmarły brat natomiast nie. Gdy po śmierci Edmunda przeglądałem jego rachunki, odkryłem, że dawał upust swoim żądzom nie tylko w zamtuzach w londyńskiej dzielnicy Southwark. Zadawał się także z dziewczętami z uboższych rodzin herbowych i nierzadko musiał płacić im bajońskie sumy, bo rozkosze miały swoje konsekwencje, i żeby je ukryć, dziewczynę pośpiesznie wydawano za mąż. Nic więc dziwnego, że jego długi rosły. Miałem nadzieję, że Małgorzata nigdy się nie dowie o tej niechwalebnej stronie swego zmarłego męża.
   Jane pocałowała mnie tylko raz, w ptaszarni w Pembroke. Nie był to pocałunek na powitanie, nie był też oznaką przyjaźni, lecz prawdziwy, namiętny pocałunek. Tylko jeden, a głęboko wrył mi się w pamięć. I tego pocałunku nie można było przyrównać do pocałunku chętnej dzierlatki z królewskiego dworu. Kiedy Jane mnie całowała, nie pozostałem bierny, tylko też całowałem. Początkowo uznałem to za odruch, wiadomo przecież, że krew w żyłach popłynęła szybciej. Ale zaraz potem wydarzyło się coś jeszcze. Jane wyznała mi miłość, powiedziała, że pokochała mnie już wtedy, gdy po raz pierwszy przyjechałem do Tŷ Cerrig. Jakaż była moja odpowiedź? Nie potrafiłbym dokładnie powtórzyć, ale sens mej odpowiedzi był taki, że gorzko jej żałowałem. Bo po prostu odtrąciłem Jane, bełkocząc coś o honorze i wierności wobec króla. Jane zamilkła i nigdy więcej nie wspomniała o tym ani słowem, jakby w ptaszarni nic się nie wydarzyło.
   Jane, która nadal istnieje w moim życiu, opiekując się małym Harrim. Czy nadal mnie kocha? A może po prostu ma mnie za głupca, za którego ja też zaczynałem się uważać?
   Do Pembroke zajechaliśmy o zmierzchu już z daleka witani przez wyniosłe mury potężnego zamku. Przejechaliśmy przez most nad rzeką, konie wspięły się po zboczu, dobiegając do barbakanu. Koło bramy stała straż, ale na blankach było pusto, czyli reszta zbrojnych i wszyscy, którzy pracowali w zamku, właśnie napełniali brzuchy w wielkiej sali.
Maredudd ściągnął wodze przed wejściem do mego domu.
   - Czy mam zabrać konia milorda do stajni? – spytał. – Na pewno milord będzie chciał zajrzeć do swego bratanka, zanim malec pójdzie spać.
Zapomniałem, że dla takiego malca jak Harri zachód słońca to koniec dnia.
   - Tak. Dziękuję, Maredudd. I powiedz ochmistrzowi, że zjem wieczerzę tutaj, a nie w wielkiej sali. Jeśli masz ochotę, zjedz ze mną.
   - Dziękuję milordowi. - Maredudd uśmiechnął się szeroko. - Dopilnuję, żeby w kuchni nie poskąpili nam jadła. Podejrzewam, że milord jest równie głodny jak ja, czyli jak wilk.
   Co nie było prawdą. Nie jedzenie było mi w głowie, kiedy po raz pierwszy po wyjeździe lady Małgorzaty wstępowałem na te schody. Szedłem po nich, widząc już przed oczami to, co miałem ujrzeć za chwilę. Mały Harri przed kominkiem bawi się zabawkami, a nieopodal Jane na krześle zajęta robótką. Bardzo miły obrazek, nic dziwnego więc, że wchodziłem coraz szybciej. Kiedy przekroczyłem próg komnaty, to wszystko, co podsunęła mi wyobraźnia, zobaczyłem tak z grubsza. Harri i owszem, bawił się na dywanie przed kominkiem, ale Jane nie siedziała nieopodal, tylko przy stole. I nie sama. Był tam również ten wierszokleta, Lewys Glyn Cothi. Siedzieli obok siebie, głowy pochylone nad manuskryptem... I jakoś bardzo mi się to nie spodobało.
   Kiedy usłyszeli moje kroki, natychmiast poderwali głowy i odsunęli się od siebie. Ale to wcale nie oznaczało, że Jane poczuła się speszona czy nawet winna. Nie, bo zerwała się na równe nogi z radosnym okrzykiem:
   - Lord Jasper! Lord Jasper wrócił! - Podniosła z podłogi małego Harriego i podeszła do mnie, przemawiając do chłopczyka: - Spójrz, Harri, któż to taki przyjechał! Twój wujek! Wrócił do domu!
   Podsunęła chłopczyka bliżej, bym mógł pocałować go w policzek, ale malec wystraszył się brodatego mężczyzny w zakurzonej brygantynie i żelaznym napierśniku. Skrzywił się i rozpłakał, a Lewys w tym czasie, jak zauważyłem kątem oka, pośpiesznie zwinął manuskrypt i wsunął do przepastnej torby. Potem wstał i tuląc torbę do piersi, złożył mi bardzo niezgrabny ukłon.
   - Moje kochane maleństwo nie pamięta wujka? – Jane, tuląc do siebie chłopczyka, próbowała go usprawiedliwić. – Trzy miesiące to dla takiego malca bardzo długi czas, milordzie. Nie płacz już, Harri. Pobaw się jeszcze trochę i pójdziesz do łóżeczka.
   Harri, kiedy z powrotem znalazł się na dywanie wśród różnokolorowych klocków, przestał płakać.

„Tudorowie. Narodziny dynastii” jest książką ciekawą w szczególności dla miłośników serialu o Tudorach, jak i tamtego okresu historycznego. Fakty historyczne zostały ciekawie ukazane, postacie posiadają swoje mocne, jak i słabe strony, a intrygi trzymają do ostatniej strony w napięciu. Język powieści jest barwny i bogaty, oddający w pełni tamte realia historyczne. Jak najbardziej polecam.

Autorka umiliła nam czytanie, zapewniła dobre fakty, okroiła nieco zbędne fakty, co nadało powieści tempa, które sprzyja lekturze. Intrygi zostały opisane w sposób interesujący, wręcz pochłaniający, a w dodatku napędza całą machinę fabularną, czytelnik może się tylko rozpływać podczas zapoznawania się z lekturą i przeżywać w swojej głowie kolejne sceny z kartek powieści. Joanna Hickson zapewniła nam odpowiednią dawkę (dużą) prawdziwej, rzetelnej historii, jej faktów, dlatego wszyscy z pewnością znajdą tu coś dla siebie, a fani historii będą wniebowzięci. Dodatkowo zadbano, by w książce znalazło się drzewo genealogiczne, które ułatwia nam zapoznanie wszystkich ludzi, który, jak wiadomo, nie mamy zbytnio jak pamiętać, czy poznać, musimy w większości zawierzać pisarzom. Te kilkaset stron wprawiło mnie w dobry nastrój, bo w końcu przeczytałam coś, co opłacało się przeczytać.

Dla osób, które szukają większej ilości faktów ta książka może się nie podobać. Mi podczas lektury to nie przeszkadzało, bo lubię czasem spojrzeć na życie tamtych ludzi z innej perspektywy. Ukazanie ich mocnych i słabych stron oraz rozterek życiowych sprawia, że są one bardziej rzeczywiste. Bo te osoby kiedyś żyły, śmiały się, przeżywały swoje wzloty i upadki. W takich książkach właśnie to jest niesamowite, że one mogą znów ożyć. Wszystko zależy od naszej wyobraźni.

„Tudorowie. Narodziny dynastii” w interesujący sposób przedstawiają fragment dziejów Anglii. Zdecydowanie decydujący fragment. Świetna propozycja dla osób, które lubią tamten okres, chciałyby nieco odpocząć od współczesności. Razem z autorką przenosimy się do czasów niebezpiecznych, ale (słowo-klucz) okrutnie fascynujących. Macie ochotę na przygodę? Oto odpowiednia ku temu książka!

„Tudorowie. Narodziny dynastii” to zgrabnie napisana powieść historyczna przybliżająca czytelnikom losy jednej z najbardziej fascynującej dynastii. Joanna Hickson umiejętnie łączy fikcję literacką z autentycznymi wydarzeniami. Czytelnicy nie znający zbyt dobrze historii Tudorów mogą nieco się pogubić w odróżnianiu prawdy od wymyślonych wątków.

XV został przedstawiony naprawdę dobrze, a opisywane bitwy przemawiały do mej wyobraźni. Bez detali, ale jednak. Poza tym słownictwo! Język, którym posługiwała się autorka pasuje do tamtych czasów, ale nie jest przesadnie starodawny. Jest zrozumiały dla każdego. Dla tych dwóch rzeczy warto sięgnąć po tę książkę. Poza tym jest naprawdę ładnie wydana i w rozsądnej cenie. Literki są duże, a po otwarciu nie ma zjawiska „łamania grzbietu”.

Aby powieść historyczna była dobrze napisana, potrzeba nie tylko stylu, ale również, o ile nie przede wszystkim, dobrych, "krwistych" i nieprzewidywalnych bohaterów, których to na szczęście autorce udało się stworzyć. Szczególną uwagę przykuwa postać Jaspera, jednego z głównych, rzecz można nawet, że decydujących bohaterów powieści. (...) Jeśli zatem, drogi Czytelniku, poszukujesz nieoczywistej historii, której to bohaterowie co rusz napotykają się na sieci przeróżnych kłamstw, intryg i tajemnic "Tudorowie. Narodziny dynastii" to pozycja wręcz idealna dla Ciebie. Zaskakujące zwroty akcji, spiski i intrygi gwarantowane już od pierwszych stron powieści! Szczerze polecam!

Książkę czyta się bardzo przyjemnie. Wartka akcja, prosty język, wyraziści bohaterowie i cel do osiągnięcia. To atuty tej książki. (...) Myślę, że "Tudorowie" to lektura z którą warto się zaprzyjaźnić. Niewiele jest książek poświęconych początkom tej dynastii, a książka Joanny Hickson jest właśnie jedną z nich.

(...) serdecznie polecam "Tudorowie. Narodziny dynastii" autorstwa Joanny Hickson. Było to moje pierwsze spotkanie z tą autorką, jednak muszę przyznać, że było ono udane i na pewno sięgnę po kolejne pozycje. Jeśli jesteś fanem powieści historycznych pełnych intryg, kłamstw i wojen to ta książka na pewno przypadnie Ci do gustu.

Jeśli lubicie powieści historyczne, trzymające w napięciu do końca, pełne intryg, nieoczekiwanych zwrotów akcji, budzące emocje, to polecam Wam właśnie "Tudorów" Joanny Hickson. Autorka starała się ukazać w swojej książce czasy panowania rodziny Tudorów i trzeba jej przyznać, że zrobiła to dość realistycznie.

(...) narodziny dynastii Tudorów miały miejsce w wyjątkowym czasie, który już nieraz został przedstawiony w podobnych książkach historycznych. W dziele Joanny Hickson widać dbałość o wierne odwzorowanie faktów historycznych i otoczenie ich delikatną fikcją literacką. Mimo że główne postaci nie porwały mnie i nie zachwyciły, to jednak przedstawiona na kartach powieści historia bardzo przypadła mi do gustu, i pozwoliła poszerzyć wiedzę o punkt widzenia Lancasterów w Wojnie Dwóch Róż. Jeśli podobnie jak ja lubujecie się w takich klimatach, książka ma szansę przypaść Wam do gustu.

,,Tudorowie. Narodziny dynastii" to fabularyzowana powieść historyczna, w której Joanna Hickson przybliża dzieje rodziny Tudorów i okoliczności, jakie doprowadziły do tego, że na tronie zasiadł Henryk VII. Bohaterowie są barwni, ciekawi i emocjonalni, a opisane wydarzenia historyczne szybko następują po sobie i oddają średniowieczne realia. Jest to dobra powieść, która pozwoli na chwilę oderwać się od czasów współczesnych i przenieść na dwór angielski.

Napisz swoją opinię i oceń książkę

Przedstaw się



Twoja ocena


WYŚLIJ