Gorący Romans DUO
Nieprzespane noce, Białe szaleństwo
KUP TERAZ

Nieprzespane noce, Białe szaleństwo

Joanne Rock
brak opinii
Liczba stron: 320
Oprawa miękka
ISBN: 9788327626004
Premiera: 2017-03-02

Joanne Rock – Nieprzespane noce

 

Adelaide i Dempsey wyrośli w podłej dzielnicy Nowego Orleanu. On zrobił karierę jako trener drużyny futbolowej, ona pracowała jako jego asystentka. W końcu postanowiła otworzyć własną firmę. Dempsey, pragnąc ją zatrzymać do czasu wygrania mistrzostw, ogłasza ich zaręczyny. By uwiarygodnić sprawę przed mediami, Adelaide zgadza się przenieść do jego rezydencji. I już pierwszej nocy oboje nie potrafią zapanować nad pożądaniem…

 

Maureen Child – Białe szaleństwo

 

„No dobra, mógłby tu zostać, ale na krótko. Spojrzał na Kate, zachwycając się migotaniem światła tańczącego na jej skórze. Piękna, silna, pewna siebie. Intrygowała go. Wręcz fascynowała. Przyznanie się do tego nawet przed samym sobą wzbudziło jego niepokój. Gdy zobaczył ją po raz pierwszy, jego ciało ogarnęła gorączka. I seks miał temu zaradzić, rozładować napięcie. Tymczasem pragnął jej jeszcze bardziej...”.

Maureen Child

Maureen Child to bestsellerowa autorka ponad stu powieści. W jej dorobku są romanse historyczne paranormal i opowieści współczesne. Jej książki znajdują się na listach bestsellerów USA Today. Zaczęła tworzyć, kiedy została matką. Pisanie było dla niej świetnym sposobem na to, by zostać w domu z dziećmi.

Pisze nie tylko pod swoim nazwiskiem, ale używa też licznych pseudonimów – na stronach tytułowych pojawia się jako Ann Carberry, Kathleen Kane i Sarah Hart.

Nieprzespane noce -Joanne Rock

 

Dempsey Reynaud się nie podda.

Wyszedłszy z szatni po przegranym meczu, trener New Orleans Hurricanes ruszył stawić czoło dziennikarzom w trakcie konferencji prasowej. Wynik meczu był bez znaczenia, ponieważ tego dnia nie wystawił najlepszych zawodników. Nie zamierzał informować o tym dziennikarzy, ale poprzysiągł sobie, że Hurricanes jeszcze się odegrają.

W najgorszym razie dotrą do finału, w najlepszym finał ten – Super Bowl – wygrają.

Będąc drugi rok pierwszym trenerem drużyny należącej do jego brata, miał sporo do udowodnienia. Nazwisko Reynaud znał cały Nowy Orlean, a on, jako Reynaud z nieprawego łoża, od wczesnego dzieciństwa musiał udowadniać, że jest go godzien, na długo nim wziął sobie za punkt honoru uczynić lokalną drużynę zwycięzcami Super Bowl.

Nadchodzący sezon ostatecznie przekona jego zagorzałych krytyków, zwłaszcza dziennikarzy sportowych, którzy twierdzili, że powołanie go na funkcję pierwszego trenera to nepotyzm. Nie mieli pojęcia, jak funkcjonuje ta rodzina oraz że jego starszy brat, Gervais, był gotowy jako pierwszy urwać mu głowę, gdyby nie odnosił sukcesów.

Jednak zdecydowanie ważniejsze było to, że jego miastu po prostu należał się tytuł mistrza. Wcale nie rodzinie miliardera, która uznała go za swojego, gdy miał trzynaście lat. Dążył do tego dla ludzi spragnionych sukcesu w życiu, zwykłych zjadaczy chleba pracujących w pocie czoła w takich miejscach jak Ósma Dzielnica, gdzie przyszedł na świat.

Takich jak jego asystentka, Adelaide Thibodeaux.

Stała przy wejściu, pięć metrów od niego, i z uprzejmym uśmiechem rozmawiała z miejscowym dziennikarzem sportowym. Dostrzegłszy Dempseya, przeprosiła dziennikarza, żeby stukając obcasami, podejść do niego. Miała na sobie czarną wąską spódnicę w złote prążki oraz złocisty top, całość, która nawiązywała do barw klubu, jednocześnie podkreślając jej smagłą karnację po kreolskich przodkach.

Wyprostowana i rzeczowa nie wyglądała jak bidula z najuboższej i najpodlejszej dzielnicy Nowego Orleanu. Jak ta, która w drodze ze szkoły dzieliła się z nim swoim lunchem, ponieważ jego kolejnym posiłkiem było dopiero szkolne śniadanie następnego poranka. Od tamtej pory wiele się zmieniło w ich życiu.

Długie sięgające pasa ciemne włosy związane w koński ogon, ciemne oczy, brwi i rzęsy podkreślały jej urodę. Na dodatek Adelaide okazała się nader kompetentna. Oraz była jego jedyną przyjaciółką płci żeńskiej.

Została asystentką już na początku jego kariery trenerskiej. Od początku płacił jej z własnej kieszeni. Jak przystało na Reynauda, ustalał własne zasady i wykorzystywał swoje walory, by osiągnąć sukces.

Cieszył się, że może ją zatrudnić po przeprowadzce z Atlanty do Tampa Bay, i dwa lata temu po powrocie do ich rodzinnego miasta, gdy Gervais, jego brat, kupił New Orleans Hurricanes.

Klub miał długą tradycję właścicieli o nazwisku Harbaugh i Gruden, a Reynaudowie w niczym im nie ustępowali. Zgarnęli miliardy na transporcie morskim, ale ich prawdziwą pasją był futbol. Tę obsesję mieli we krwi wbrew miejscowym mądralom, którzy twierdzili, że się na tym nie znają.

- Panie trenerze! – zawołała.

To, że posłużyła się jego funkcją, pozwalało się domyślać, że jest wzburzona. Czyżby dziennikarz wyprowadził ją z równowagi?

- Możesz mi poświęcić kilka minut, zanim wejdziesz na podium?

Podała mu plik notatek. Umówili się, że na czas spotkań z mediami będzie zostawiać jej swój telefon, nie tracąc czasu na czytanie najnowszych informacji. Miał zamiar poinformować dziennikarzy o planach na najbliższy sezon, by odwrócić ich uwagę od porażki, która nie pokazała, na co go stać.

- Wyskoczyło coś nieprzewidzianego? – Ściągnął brwi. Adelaide zna go wystarczająco długo, by wiedzieć, że po przegranej się streszcza.

Musi rozpocząć przygotowania do pierwszego poważnego meczu sezonu. Tego, który się liczy. Zauważył jednak jej sztywno wyprostowaną sylwetkę nie pasującą do przegranej na boisku, mimo że i ona nie lubiła porażek. Umiała lepiej niż on ukrywać emocje.

- Mam sprawę. – W uchu miała słuchawkę, a czarny kabelek ginął w jej ciemnych włosach. Zapewne słuchała koordynatora public relations. – Króciutką.

Rzadko domagała się uwagi, intuicyjnie znając swoje miejsce oraz jego potrzeby, do tego stopnia, że potrafiła zaplanować mu pracę na kilka tygodni jedynie na podstawie jego codziennych esemesów oraz mejli.

Jeżeli chce z nim teraz rozmawiać, to znaczy, że to coś pilnego.

- Jasne. Potrzebujesz czegoś?

- Przejdźmy gdzieś na bok.

Zadźwięczał mu w głowie sygnał ostrzegawczy.

Poprowadził ją do jednego z wolnych pokoi. Wyposażenie budynku nijak się miało do siedziby oraz bazy treningowej klubu w Metairie, w którą Reynaudowie zainwestowali miliony, by stworzyć tam warunki jak w prawdziwym domu. Mecz odbył się akurat tutaj, bo było to centrum miasta łatwiej dostępne dla fanów. Ciasna klitka, w której się teraz znaleźli, stanowiła ułamek przestrzeni zajmowanej przez jego gabinet.

- O co chodzi?

Zamknął za sobą drzwi. W pomieszczeniu znajdowało się tandetne biurko i przedpotopowy telefon z kablem. Ściany były tam tak cienkie, że słychać było, jak zawodnicy trzaskają drzwiami szafek w sąsiednim pokoju.

- Dempsey, przepraszam, że nie w porę, ale dłużej nie mogę tego przeciągać. – Wyjęła słuchawkę z ucha, jakby nie chciała słyszeć, co dzieje się na drugim końcu linii telefonicznej. – Próbowałam ci przekazać, że w tym sezonie mnie nie będzie, ale nie mogłam się przebić.

O czym ona mówi? Jeśli potrzebuje urlopu, wystarczyło zaznaczyć to w jego terminarzu.

- I teraz chcesz to załatwić? – Zawsze ma wszystko pod kontrolą, na boisku i poza nim. – Napisz mi esemesa z datami, kiedy weźmiesz wolne. Bierz tyle dni, ile trzeba, żeby doładować baterie. Jesteś tu niezastąpiona, więc musisz wrócić pełna sił. Adelaide, uważaj na siebie.

Odwrócił się, by wyjść zadowolony, że załatwił sprawę. Przecież czekali na niego dziennikarze.

Jednym susem zagrodziła mu drogę, zasłaniając drzwi swoją drobną posturą.

- Nie słuchasz mnie! Od dawna mnie nie słuchasz.

Hurricanes trenowali z manekinami od niej wyższymi, ale mało ją obchodziło, że Dempsey jest dwa razy wyższy.

- Czego nie usłyszałem? – westchnął.

- Chcę rozkręcić własny interes.

- Tak, wiem. Umówiliśmy się, że przedstawisz mi swój biznes plan.

Pamiętał o jej planach. Powiedziała mu o tym minionej zimy. Zamierzała specjalizować się w odzieży i akcesoriach dla fanek futbolu. Liczyła na to, że z czasem z jego pomocą uzyska prawo wyłączności na używanie logo klubu New Orleans Hurricanes.

Obawiał się, że Adelaide może stracić stabilność finansową osiągniętą ogromnym wysiłkiem, więc liczył wówczas, że po namyśle zda sobie sprawę, jak bardzo ryzykowny jest jej plan. Był pewien, że ją przekonał, gdy udało mu się ją namówić do powrotu na okres przedsezonowych rozgrywek. Poza tym była nieocenionym członkiem zespołu, który budował latami. Gdy w końcu skompletował wartościowych zawodników, czuł, że nadszedł czas, by wykorzystać ich talenty do osiągnięcia zwycięstwa.

To był właśnie ten czas.

- Mejle z moim biznes planem wysyłałam ci nie wiem ile razy. – Splotła ramiona na piersi.

O rany, jaka ona jest atrakcyjna.

Adelaide to twoja przyjaciółka, a to rzadkość, mówiło mu sumienie.

Seks to... seks. Adelaide to ktoś znacznie ważniejszy niż obiekt seksualny.

- To prawda. – Odkaszlnął. – Zapoznam się z nim zaraz po tej konferencji.

- Kłamiesz – prychnęła. – Znowu mnie zbywasz. Nie mogę cię do tego zmusić, tak samo jak do czytania esemesów i mejli od byłych dam twojego serca.

Blokując wyjście, mierzyła go wzrokiem. Od dawna okazywała niezadowolenie, że scedował na nią załatwianie takich spraw, ale potrzebował jej, by chroniła go przed porzuconymi kochankami. Żeby nie miały o czym donosić mediom, odwracając uwagę od drużyny.

Adelaide była w tym bardzo dobra. Jak i w wielu innych kwestiach. Kiedy nie było jej w pobliżu, tracił pewność siebie.

Poza tym cały czas poświęcał budowaniu zwycięskiego zespołu, żeby zdobyć uznanie klanu Reynaudów. Nie wystarczało samo nazwisko ojca. Jako bękart zawsze musiał starać się dwa razy bardziej.

Adelaide wspierała go w osiąganiu tego celu. On znał się na futbolu i finansach, ona na wszystkim innym. Zostali przyjaciółmi, od kiedy przegonił bandę łobuzów, którzy dopadli ją na cmentarzu. Ona była wtedy w drugiej klasie, on w trzeciej.

Z wdzięczności wkradła się w jego życie, aż stała się najbliższą przyjaciółką i zażartym obrońcą. Nawet wtedy, gdy jego nieobecny bogaty ojciec sobie o nim przypomniał, uwalniając go od nędznej egzystencji w Ósmej Dzielnicy, a matka zrzekła się go na zawsze, Adelaide trwała przy nim.

- W takim razie przejrzę swoją pocztę elektroniczną.

Powinien rozmówić się z Valentiną Rushnayą, szczególnie namolną modelką, z którą przez krótki czas się spotykał. Wyglądało na to, że im większa sława, tym trudniej takiej kobiecie pogodzić się z faktem, że została porzucona dla futbolu.

- Nie będziesz miał wyboru, dopóki nie zatrudnisz nowej asystentki – odparła, ale dla złagodzenia tych słów dodała z uśmiechem: - Dzięki za zrozumienie.

Zatrudnić nową asystentkę? O co tu chodzi?!

Adelaide stawia się, żeby dostać podwyżkę? Poważnie chce się zająć swoim biznesem akurat teraz, tuż przed rozpoczęciem sezonu?

- Nic nie zrozumiałem. – Postanowił przemówić jej do rozumu. – Potrzebujesz na start gotówki. Nawet bez czytania twojego planu wiem, że mocno nadwątlisz swoje oszczędności, zanim osiągniesz jakiekolwiek zyski. Addy, wszyscy kochają przegranych, ale musisz wiedzieć, że to ogromne ryzyko.

- To ja podejmuję decyzje – warknęła.

Czuł, że powoli traci cierpliwość.

- Połowa małych firm pada, a te, które nie padną, potrzebują poważnych nakładów. Popracuj jeszcze rok. Możesz wystąpić, o jaką chcesz podwyżkę, a ja ją klepnę. Zdobędziesz zabezpieczenie finansowe, które pozwoli firmie rozrosnąć się na tyle, żebyś dostała prawa do naszego logo.

A on zyska czas, żeby przekonać ją do rezygnacji z tego pomysłu. Teraz żyje się im dobrze, bardzo dobrze. Addy stanowi integralny element jego sukcesu, dzięki czemu on może robić to, na czym zna się najlepiej. Kierować zespołem.

Gwar na korytarzu się wzmagał, w miarę jak dziennikarze kończyli wywiady w szatni i szli wziąć udział w konferencji. Na niego też już pora.

- Psiakrew, nie chcę podwyżki...

- To znaczy, że nie myślisz jak człowiek interesu – wszedł jej w słowo.

Tak, był pełen uznania dla jej niezależności, nawet może uporu, ale nie dopuszczał do siebie myśli, że mógłby jej pozwolić na założenie firmy skazanej na niepowodzenie.

Tym bardziej że mogła tak dużo osiągnąć w tej pracy dla siebie i dla zespołu. Dla niego. Nie ma czasu na szukanie nowej asystentki, zwłaszcza że jako jego najstarsza przyjaciółka i osoba, która zna go jak nikt inny, Adelaide jest za dobra, by zamieniać ją na kogoś innego.

Ponad jej ramieniem sięgnął do klamki. Gdy się przesunęła, żeby mu to utrudnić, niechcący oparła się biodrem o jego dłoń.

Wstrzymała oddech.

Mógłby przysiąc, że na ułamek sekundy jej źrenice się rozszerzyły. Cofnął się pospiesznie.

- Cieszę się, że pracując u ciebie, miałam czas się zastanowić, co chcę robić w życiu. Że dużo podróżowałam i nawiązywałam kontakty, które mnie zainspirowały.

Mówiła, gestykulując, więc mógł się skoncentrować wyłącznie na jej dłoniach, a nie na wspomnieniu tego kilkusekundowego fizycznego kontaktu.

Jego wzrok padł na jej bransoletkę. Była to srebrna łyżeczka z lombardu, z której uformował bransoletkę i sprezentował jej na urodziny w czasach, gdy nie było go stać na nic innego.

Dlaczego ona nadal to nosi? Mimo szumu w uszach starał się słyszeć jej słowa.

- Dempsey, bądźmy szczerzy. Nie po to ukończyłam szkołę plastyczną, żeby do końca życia być twoją asystentką. Jak na „tymczasowe” zajęcie trwało to zdecydowanie za długo.

Zrozumiał aluzję. Namówił ją na tę pracę, tłumacząc, że będzie miała czas się zastanowić, co chce robić dalej. Było to, jeszcze zanim stała się niezastąpiona. Jeszcze przed sezonem, który mógł drużynie przynieść mistrzostwo oraz umocnić jego pozycję w rodzinie jako kogoś znaczącego więcej niż przyrodni brat.

Ciężko pracował na tę szansę przytarcia nosa bezlitosnym mediom, które życzyły mu jak najgorzej. Nadeszła jego chwila, a tandem, jaki tworzyli z Adelaide, był nie do pokonania. Zwycięstwo oznaczało nie tylko zapewnienie sobie należnego miejsca wśród Reynaudów. Miało też pokazać, ile wart jest każdy dzieciak z biednej Ósmej Dzielnicy, te wszystkie dzieciaki, których bogaci ojcowie nie wyrwali z tego koszmaru.

Jeżeli dzięki futbolowi nie uda mu się niczego zmienić na lepsze, to jego wieloletni trud pójdzie na marne.

- Nie możesz teraz odejść.

Nie pora o tym rozmawiać. Postawi na swoim.

- Odchodzę po tej konferencji. Obiecałam wrócić na czas przygotowań do sezonu, a teraz koniec. – Bawiła się bransoletką. – Źle zrobiłam, zwłaszcza jeżeli ma to nas skłócić. Obiecuję przekazać wszystkie dokumenty mojej następczyni.

Ale jest łaskawa! Ugryzł się w język, żeby nie zadrażniać sytuacji.

Zasłużył na coś więcej i ona o tym wie.

Jednak jeżeli podejmuje się przeprowadzić go przez tę konferencję, to on ma jeszcze czterdzieści minut, by przemówić jej do rozsądku. Czterdzieści minut na wymyślenie, jak ją zatrzymać na cały sezon.

- W takim razie dzięki za gotowość. – Kładąc dłonie na jej talii, odsunął ją od drzwi. – Muszę iść na konferencję.

Zaczerwieniła się, mimo że zawsze byli jedynie przyjaciółmi. Dbał o tę przyjaźń, bo było to coś wyjątkowego. Adelaide była wyjątkowa.

Nie przychodziło mu do głowy poświęcić tej przyjaźni dla czegoś tak ulotnego jak romans, aczkolwiek zdarzało się przez te lata, że ledwie oparł się pokusie.

Ale też nigdy nie dotykał jej tak jak teraz. Czuł, jak pulsują mu skronie. Tym razem jednak jej spojrzenie, to, jak zareagował na to jego organizm, sprawiły, że zaczął się zastanawiać...

- Jasne, konferencja musi się odbyć. – Przygryzając wargę, sięgnęła po słuchawkę. – Idziemy.

Ruszając za nią, poczuł nieodpartą chęć dotknięcia jej rozkołysanych bioder. Bez wątpienia będzie na niego zła, ale z czasem zrozumie, że chodziło mu wyłącznie o jej dobro.

W jego głowie zrodził się genialny plan. Wiedział już, jak ją zatrzymać, a jego realizację zapewnią mu media. Nie chciał sprawiać przykrości przyjaciółce, ale czuł, że jeżeli zna Adelaide tak dobrze, jak mu się wydaje, to ona go zrozumie.

Ryzykowna gra, ale do wygrania...

 

Białe szaleństwo - Maureen Child

 

 

Sean Ryan marzył o gorących plażach, trzymetrowych falach i zimnym piwie.

Z tego wszystkiego było mu jedynie zimno.

Po raz kolejny pomyślał, że zima w Wyoming to pomyłka. Facet z Kalifornii nie jest stworzony do chodzenia w śniegu po kolana. Gdyby to zależało od niego, nigdy by się tu nie zjawił.

Ale tym razem padło na niego. Musiał zamienić podupadły hotel w raj dla miłośników gier fantasy. A podstawą tej zmiany miała być jedna z bestsellerowych gier wideo produkowanych przez jego firmę.

– Dlaczego nie mógł mi się trafić jakiś hotel na Tahiti? – mruknął.

Odpowiedź była prosta. Gry firmy Celtic Knot opierały się na starych celtyckich legendach, a żadna z nich, przynajmniej według wiedzy Seana, nie rozgrywała się na plażach Tahiti. Niestety.

Sean był wysokim mężczyzną z gęstymi, ciemnymi włosami sięgającymi kołnierzyka brązowej skórzanej marynarki, którą włożył na swetry. Z rękami w kieszeniach dżinsów rozglądał się dookoła.

Główna sala starego hotelu była ogromna, każdy jego krok na drewnianej podłodze odbijał się tu głośnym echem. Z powodu dużych okien miało się wrażenie, że śnieg niemal wsypuje się do środka. Podwójne szyby nie wpuszczały zimna, ale taka ilość szkła wystarczająco mroziła nastrój.

Hotel nie był duży, zaledwie sto pięćdziesiąt pokoi, ale wyglądał na większy. Sean uważał, że to z powodu tego szkła i drewna. Mógł sobie jednak wyobrazić, jak to miejsce będzie wyglądało po renowacji. A zmiany miały być rzeczywiście duże. Należało odnowić wszystkie pokoje, unowocześnić je, a potem wyposażyć w systemy do gry i telewizory z płaskimi ekranami. A graficy będą musieli namalować na ścianach murale, dzięki którym gra „Forest Run” ożyje w hotelowych wnętrzach, jej miłośnicy będą tu walić drzwiami i oknami.

Sean musiał przyznać, że otoczenie jest do tego idealne. Hotel znajdował się na kilkudziesięciohektarowym terenie z lasami, łąkami i pięknym rozległym jeziorem. Nie umiał sobie jednak wyobrazić, że ktoś z własnej woli przyjeżdża na takie odludzie w środku zimy, gdy wszystko jest pokryte śniegiem. Kto woli śnieg od piasku?

Na pewno nie on. Ale mimo wszystko liczył na to, że znajdzie się wielu graczy lubiących mróz. Tymczasem on sam nie mógł się już doczekać powrotu do Kalifornii. Kręcąc głową, powtarzał w duchu, że ten wyjazd na szczęście ma się ku końcowi. Był już w Wyoming od tygodnia, ale udało mu się wreszcie zakończyć „konsultacje” z wykonawcą, więc po południu wsiądzie do firmowego odrzutowca i wróci do normalnego świata.

Odwrócił się od okna i słysząc nad głową czyjeś kroki, zerknął na sufit. Przeszedł go nagły dreszcz. Skrzywił się z niezadowoleniem, próbując odsunąć od siebie uczucie, do którego nie chciał się przyznawać nawet przed sobą.

O nie. Gdy stąd wyjedzie, nie będzie tęsknił za zimą. Ani za ciszą i spokojem, to pewne. Ale ta kobieta… No cóż, to już co innego.

Kate Wells. Nieustające źródło utrapienia. Przyjechał do Wyoming w środku zimy tylko dlatego, że Kate, której firma miała wykonać remont, uparła się na spotkanie w hotelu, by jej ludzie mogli zacząć renowację wnętrz.

I gdy tylko zobaczył ją po raz pierwszy, przestał myśleć o remoncie. Jego myśli krążyły wokół gęstych czarnych włosów, zazwyczaj związanych w koński ogon, błękitnych oczu i warg tak pełnych, że od samego ich widoku każdy mężczyzna mógł mieć erotyczne sny.

To dlatego, że już od dawna nie miał naprawdę namiętnej przygody, tłumaczył sobie. To jedyny powód, dla którego jego ciało pożądało kobiety noszącej w pracy – aż trudno uwierzyć – pas z narzędziami.

Ponownie zerknął na sufit. Słysząc na górze szybkie stanowcze kroki, skrzywił się jeszcze bardziej. Nigdy nie spotkał kobiety tak pewnej siebie jak Kate Wells. Owszem, silne kobiety zawsze go pociągały, ale ten przypadek przekraczał wszelkie wyobrażenia. Spierała się z nim o wszystko, irytowała go do granic wytrzymałości, a mimo to te kłótnie sprawiały mu dziwną przyjemność – co było jedynie dowodem, że w tym mrozie jego mózg przestawał pracować.

Kręcąc głową, włączył swój telefon komórkowy. Na szczęście był tu zasięg. Wcisnął przycisk rozmowy wideo i wybrał numer.

Po trzecim sygnale na ekranie pojawiła się twarz Mike’a, jego brata.

– Nienawidzę Wyoming – burknął Sean.

Mike roześmiał się i odchylił na oparciu fotela. Za plecami miał widok ogrodu otaczającego wiktoriański dom w Long Beach w Kalifornii, który służył jako siedziba Celtic Knot.

– No, nie krępuj się, wyrzuć z siebie wszystko.

Seanowi przemknęło przez myśl, że brata łatwo jest rozbawić. Ale to nie on znalazł się na zadupiu w towarzystwie atrakcyjnej kobiety, która jednocześnie potrafi doprowadzić go do furii. Obejrzał się za siebie, sprawdzając, czy Kate się za nim nie skrada. A potem utkwił wzrok w ekranie telewizora.

– Od mojego przyjazdu śnieg pada bez przerwy – powiedział. – Zaspy mają już prawie metr. Chyba nigdy nie przestanie.

– Już mi jest zimno. – Mike zatrząsł się od udawanych dreszczy.

– Zimno? – parsknął Sean. – Tu jest lodowato. Wkładam pod marynarkę dwa swetry.

– A poza tym strasznym chłodem? – spytał ze śmiechem Mike. – Czy mimo tej udręki udało ci się obejrzeć hotel i otoczenie?

Mike zawsze umiał trzymać się tematu. Sean wzruszył ramionami.

– Tak, rozejrzałem się – burknął. – Ładnie tu. Dużo drzew. Dużo otwartego terenu. Nigdy nie myślałem, że niebo poza miastem jest takie ogromne.

– To prawda – przyznał Mike. – Sam to zauważyłem, kiedy byliśmy z Jenny w Laughlin…

Sean zmrużył oczy. Zastanawiał się, co się wydarzyło między jego bratem a Jenny Marshall, jedną z najlepszych graficzek w firmie. Mike nigdy o tym nie mówił. Sean miał go w tej sprawie wypytać, ale zanim nadarzyła się sposobność, musiał wyjechać do Wyoming.

– Coś mi się wydaje, że w tym waszym wyjeździe nie chodziło tylko o niebo – zauważył Sean, obiecując sobie w duchu, że zaraz po powrocie zabierze brata na piwo i wyciągnie z niego prawdę.

– I tak nic ci nie powiem.

Na pewno nie na odległość. Ale Sean nie należał do ludzi, którzy łatwo rezygnują. Między jego bratem a Jenny na pewno coś jest. Jednak na razie bardziej interesował go wyjazd z Wyoming.

– Sean, a jak wygląda sam hotel?

– Duży, zimny i pusty. – Sean westchnął z rezygnacją i przeczesał palcami włosy. – Poprzedni właściciel zostawił na dole trochę mebli, ale pokoje trzeba będzie urządzić od początku. Nie ma łóżek, krzeseł ani stołów, nada.

Spojrzał na zniszczoną skórzaną sofę i dwa fotele ustawione przed ogromnym kominkiem. Nie podobały mu się, ale skoro musiał spędzić tu z Kate trochę czasu, to przynajmniej mieli na czym usiąść.

– Żaden problem – odparł Mike. – I tak musielibyśmy przerobić pokoje po swojemu.

– To prawda. Na szczęście konstrukcja budynku jest w dobrym stanie. Ale będziemy musieli się porządnie narobić, żeby hotel stał się miejscem akcji do „Forest Run”.

– A ta Kate Wells da sobie radę?

– Powinieneś ją zobaczyć – mruknął Sean.

Nigdy dotąd nie spotkał kobiety tak przekonanej o swoich umiejętnościach. I nigdy nie miał do czynienia z kimś, kto mu się we wszystkim przeciwstawiał. Przywykł do tego, że ludzie, którzy dla niego pracują, po prostu dla niego pracują. Ale najwyraźniej tej kobiecie wydawało się, że ona jest kierowniczką. Będzie musiał coś z tym zrobić, i to szybko.

– Mamy tu sto pięćdziesiąt pokoi – przypomniał Sean, odsuwając od siebie myśli o Kate. – To poważny remont.

Mike zmarszczył brwi.

– Jeśli chcemy zorganizować tam nasz własny zjazd graczy, to będziemy potrzebowali więcej pokoi. Są tam inne hotele w pobliżu?

– Nie. Piętnaście kilometrów stąd jest miasteczko z dwoma pensjonatami. No i jest motel przy autostradzie.

Mike skrzywił się jeszcze bardziej.

– Sean, przecież nie zorganizujemy wielkiej konferencji, jeśli goście nie będą mieli gdzie przenocować. I tylko mi nie mów, że mogą sobie rozstawić namioty.

Sean roześmiał się.

– Ja lubię spanie pod namiotem, ale to nie znaczy, że chciałbym, aby tłum obcych kręcił mi się po terenie. No cóż, do większego miasta z kilkoma hotelami jest czterdzieści kilometrów. – Właśnie tam się zatrzymał. W ładnym, wygodnym i eleganckim hotelu. Dałby wiele, by móc się tam teraz znaleźć. Miał ochotę na gorący prysznic, który rozpuściłby kryształki lodu, które zaczęły się zbierać w jego żyłach. Niestety, będzie musiał na to poczekać, bo Kate także w tej kwestii miała swoje zdanie.

– A co ona na to? – Mike sięgnął po kawę i upił długi łyk.

Sean spojrzał ze złością na brata.

– Pijesz cappuccino? Ty draniu.

Mike wyszczerzył zęby w uśmiechu.

– Wypiję także za ciebie.

– Dzięki. – Pozwolił sobie na sarkazm w głosie, wiedząc, że Mike się tym nie przejmie. No bo i dlaczego? Mike siedział sobie teraz wygodnie w domu w Long Beach, w każdej chwili mógł wyskoczyć do ich ulubionej kawiarni albo do baru na rogu, miał widok na ocean, a przede wszystkim nie marzł mu tyłek.

Sean tęsknił za cywilizacją.

– Kate uważa, że za głównym budynkiem powinniśmy postawić małe chatki, które będą się ciągnąć aż do lasu. To ma dać ludziom więcej prywatności i poczucie, że są na łonie przyrody.

– Dobry pomysł – odparł Mike.

– Wiem.

– Ale nie wyglądasz na zadowolonego.

– Bo ona od początku była cholernie pewna, że ma rację – powiedział Sean, przypominając sobie rozmowę z poprzedniego dnia.

Kate kazała mu brnąć przez śnieg i oglądać miejsca, które jej zdaniem najbardziej nadawały się na postawienie chatek. Przedstawiła mu to ze wszystkimi szczegółami. Niewielkie chaty w lesie doskonale pasowały do tutejszej atmosfery, zaczął się nawet zastanawiać, jak każdej z nich nadać indywidualne piętno.

Denerwowało go, że to, co proponowała, nie przyszło mu wcześniej do głowy. Ale trudno. Wprawdzie to Kate na to wpadła, co było dość irytujące, ale Sean był wystarczająco bystry, by od razu docenić dobry pomysł.

– Ciężko przeżyć, gdy ktoś inny ma rację, nie? – mruknął Mike.

– Żebyś wiedział.

– Chyba wiem. – Mike z rozmysłem napił się cappuccino. – Wygląda na to, że się świetnie bawisz.

Sean spojrzał na niego wzrokiem bazyliszka. W tej chwili oddałby swój samochód za kubek gorącej kawy. Poza tym doskwierało mu coś jeszcze.

– Jasne, ubaw po pachy. Ta kobieta to najbardziej trzeźwo myśląca osoba na świecie.

– O ile dobrze wykonuje pracę, to nic więcej nie powinno cię interesować.

Brat ma rację, tylko to powinno go interesować. Ale Sean myślał też o jej włosach, że są tak ciemne i gęste, i o tym, jak by wyglądały rozpuszczone na ramionach. Myślał o jej błękitnych oczach i o pasie z narzędziami zapiętym na kształtnych biodrach. Niechętnie przyznawał się do tego przed sobą, ale gdy coś mówiła, tak skupiał się na jej wargach, że słowa z trudem do niego docierały.

Cholera jasna, musi jak najszybciej wyjechać z tego Wyoming. Potarł policzek i wrócił do rozmowy z Mikiem.

– Ona chce już w przyszłym tygodniu przywieźć tu swoich ludzi. Mnie to nie przeszkadza. – Umilkł i przeciągnął palcem po krawędzi kołnierzyka koszuli. – O ile będę nadzorował te prace z Kalifornii.

– W porządku. Ale skoro nie zabrałeś z sobą grafików, to co ona zrobi z muralami, które trzeba namalować?

– Daj spokój – burknął Sean. – Jak miałem przywieźć grafika, skoro wszyscy są zajęci przy wykańczaniu „The Wild Hunt”?

– To prawda – przyznał Mike. – Pracujemy na okrągło.

Sean też powinien wziąć się do roboty. Skontaktować się z działem marketingu, sprawdzić reklamy, które miały wypchnąć nową grę na rynek. W Kalifornii czeka na niego mnóstwo pracy, ale musiał przyjechać tutaj, bo pewien nadgorliwy wykonawca uparł się, że musi zacząć prace natychmiast. Podróż wypadła zupełnie nie w porę.

– Mogą zostawić puste ściany – stwierdził Sean. – Graficy zrobią swoje później.

– Słusznie. Nadal zamierzasz jutro wrócić?

– Taki jest plan – odparł Sean. – Kate zawiezie mnie do miasta swoją furgonetką. Oczywiście nadal pada śnieg.

– U nas jest trzydzieści stopni, jeśli to cię pocieszy.

– Dzięki. – Trzasnęły frontowe drzwi hotelu, a zaraz potem rozległ się głos Kate. Sean odwrócił głowę. – Co się stało? – zawołał.

Po chwili Kate stanęła w progu.

– Rozpętała się śnieżyca – powiedziała krótko.

– Chyba żartujesz.

– Nie żartuję. Przełęcz już zamknęli.

– Kiedy będziemy mogli wyjechać? – spytał.

– Kto to wie? – Kolejne wzruszenie ramion.

– Świetnie.

– O co chodzi? – spytał Mike.

– Taka karma – mruknął Sean. – Przełęcz w górach jest zamknięta. Zasypało nas.

Mike, zamiast okazać współczucie, wybuchnął śmiechem.

– Co w tym śmiesznego? – warknął Sean. – Przez ten śnieg utknąłem w pustym hotelu ze zrzędliwym wykonawcą.

– Najwyraźniej to jest śmieszne tylko w Kalifornii – stwierdził Mike. – Macie co jeść i czym się ogrzać?

– Mamy – powiedziała Kate z miną, która dawała do zrozumienia, co myśli o słowie „zrzędliwy”.

– Kate, pozwól tu na chwilę. Poznasz mojego brata.

Nie była zadowolona z tego zaproszenia. Nic dziwnego, pomyślał Sean. Ta kobieta jest sztywna jak kołek. Teraz stanęła obok niego.

– Cześć, jestem Kate, a ty jesteś Mike. Miło cię poznać, ale nie mamy czasu na rozmowę. – Z jej ust wylewał się potok słów. – Musimy wnieść do środka drewno do kominka, zanim się rozpada. Ale spoko, drewna mamy pod dostatkiem, jedzenia też. Ja dbam o ludzi, a przez ostatni tydzień robiliśmy tu pomiary i w ogóle.

– Rozumiem – wtrącił Mike.

– Śnieżyca potrwa ze dwa dni, potem pługi szybko oczyszczą przełęcz, więc twój brat wróci pod koniec tygodnia.

Sean przejął telefon.

– Zaraz przyjdę ci pomóc – zwrócił się do Kate. A po chwili spojrzał na Mike’a. – Poszła na dwór, muszę kończyć. A tak niewiele brakowało, żebym się stąd wyrwał. Powiedz mamie, żeby się nie martwiła. I nie dzwoń do mnie. Wyłączam telefon.

 – Jesteś pewien, że dacie sobie radę? – spytał Mike poważniejszym tonem.

Teraz Sean się roześmiał.

– Zapomniałeś, że lubię przygodę? Spoko, nic mi nie będzie. Biwakowałem już w gorszych warunkach. Przynajmniej mamy dach nad głową i trochę łóżek do wyboru. Zadzwonię, jak będę mógł. I trzymaj dla mnie gorące cappuccino.

– Dobra. Aha, Sean, tylko nie zamorduj naszego wykonawcy.

– Nie mogę ci nic obiecać – powiedział, choć zupełnie co innego chodziło mu po głowie.

 

Rozłączył się i ruszył za Kate. Do cholery, przecież mogła na niego poczekać, pomyślał z irytacją. Spędził z nią tydzień i był na granicy wytrzymałości. A do tego teraz okazuje się, że będą zdani na siebie nie wiadomo jak długo.

Minął kuchnię, wystarczająco dużą jak na ich potrzeby, ale wymagającą remontu. Obrzucił wzrokiem meble i wyposażenie. Długa wyspa z grubym drewnianym blatem, pod ścianami podobne blaty, kuchnia z ośmioma palnikami oraz ogromna staromodna lodówka. Białe ściany zdążyły już pożółknąć, podłogę pokrywało zniszczone linoleum w kratkę.

Zazwyczaj przez wielkie okna roztaczał się widok na pobliski las, ale teraz niebo było szare, a śnieg padał tak gęsto, że przypominał bawełniane prześcieradło. Otwarte tylne drzwi prowadziły do przedsionka, w którym stały pralki, suszarki oraz wieszaki na płaszcze i półki na buty. Jeszcze dalej znajdował się kryty ganek z rozpadającą się poręczą. Sean podniósł kołnierz marynarki i wyszedł na dwór. Śnieg padał coraz gęstszy.

– Kate! – zawołał.

– Tutaj jestem.

Ruszył w kierunku, skąd dochodził głos. Płatki śniegu kłuły go w policzki lodowymi igiełkami, wiatr wpychał z powrotem do środka.

Kate pochylała się nad stosem drewna. Trzymała w rękach trzy polana i sięgała po następne.

– Też będę nosił – powiedział, odsuwając lekko Kate.

Spojrzała na niego ze złością.

– Sama dam sobie radę.

– Nie wątpię. – Przez ten tydzień zdążył zauważyć jej upór. – Wiem, że jesteś twarda. Wszyscy to podziwiają. Ale jeśli oboje będziemy nosić drewno, to szybciej się z tym uporamy.

– Niech ci będzie.

Bez słowa weszła do środka. Sean nałożył sobie kilka polan, po czym się rozejrzał. Jezioro zamarzło, nad brzegiem tworzyły się zaspy. Od strony nieba pędziły tumany śniegu. Jeśli tak dalej będzie, to nigdy stąd nie wyjedzie.

Kate ułożyła porządnie drewno obok kominka i oparła się o półkę nad paleniskiem. Czy ta śnieżyca nie mogła poczekać do jego wyjazdu? Niestety. Los najwyraźniej zamierzał unieruchomić ją w górach z mężczyzną, który wywrócił jej spokojne życie do góry nogami...

Napisz swoją opinię i oceń książkę

Przedstaw się



Twoja ocena


WYŚLIJ