Prawdziwe historie
Ukryte działania
KUP TERAZ

Ukryte działania

Margot Lee Shetterly
brak opinii
ISBN: 9788327625748
Premiera: 2017-02-22

Geniusz nie zna rasy. Siła nie zna płci. Odwaga nie zna granic.

Porywająca opowieść o wyjątkowych kobietach, które zrobiły tak wiele, a o których wiemy mało lub nic. Bez pracy tych wybitnie utalentowanych matematyczek amerykański sen o podboju kosmosu pozostałby w sferze marzeń. Świadome swej wartości, walczą o należne im miejsce w świecie zdominowanym przez mężczyzn, w świecie, w którym nadal obowiązują haniebne prawa segregacji rasowej. To świetnie opowiedziana historia, która powstała dzięki setkom rozmów, wywiadów i mrówczej pracy badawczej. Z morza informacji wyłonił się wielobarwny, intrygujący obraz pewnej epoki, z jej wszystkimi blaskami i cieniami.

Film na podstawie książki powstał w wytwórni 20th Century Fox. W obsadzie między innymi:  Taraji P. Henson, Octavia Spencer, Kirsten Dunst i Kevin Costner. Autorem ścieżki dźwiękowej jest Pharell Williams.

W 1943 r. pracownik działu kadr w Langley Memorial Aeronautical Laboratory, Melvin Butler, stanął przed nie lada wyzwaniem. O jego rozterkach dowiadujemy się z telegramu nadanego w maju tego roku do szefa naziemnego działu operacyjnego:

Ośrodek poszukuje w trybie pilnym 100 młodszych pracowników naukowych w dziedzinie fizyki i matematyki, 100 pracowników obliczeniowych, 75 stażystów laborantów, 125 stażystów asystentów, 50 stenotypistek i maszynistek.

Każdego dnia punktualnie o siódmej rano Butler, z nieodłączną muchą na szyi, wspomagany przez pozostałych pracowników działu kadr, rzucał się na nowo w wir pracy. Najpierw należało wysłać należący do laboratorium samochód kombi na dworzec kolejowy, stację autobusową lub stanowisko, do którego przybijał prom, w zależności od tego, skąd danego dnia trzeba było odebrać napływających nowych pracowników. Na wysunięty daleko w morze cypel wybrzeża Wirginii przybywali masowo mężczyźni i kobiety – a kobiet z każdym dniem zjawiało się coraz więcej. Podstawiony samochód zawoził nowicjuszy pod przylegający do laboratorium Budynek Służbowy na terenie kampusu Langley Field. Na piętrze czekał Butler, który przeprowadzał ich przez wszystkie regulaminowe rytuały pierwszego dnia: wypełnianie formularzy, sporządzanie fotografii i składanie zawodowej przysięgi: „Ślubuję wspierać i bronić Konstytucji Stanów Zjednoczonych przed wszelkimi wrogami, zarówno zagranicznymi, jak i wewnętrznymi (…), tak mi dopomóż Bóg”.

Następnie świeżo upieczony urzędnik państwowy udawał się do jednego z budynków stale rozrastającego się kompleksu badawczego, przy czym każdy z owych gmachów pękał już w szwach od nadmiaru pracowników. Jak tylko dyrektor działu zaopatrzenia laboratorium, Sherwood Butler, oddawał do użytku kolejny budynek, jego brat Melvin zapełniał go nowym narybkiem. Za prowizoryczne biura posłużyć mogły wszelkie pomieszczenia – garderoby, korytarze, składziki i zaplecza. Chcąc pomieścić trzech pracowników w przestrzeni przeznaczonej dla dwóch, ktoś wpadł na pomysł, by zestawić ze sobą dwa biurka, a u szczytu zamontować dodatkowe składane siedzenie dla trzeciej osoby. Cztery lata po tym, jak Hitler najechał Polskę, zaś interesy amerykańskie zostały wprzęgnięte w nieokiełznany konflikt europejski, zespół pracowników laboratorium liczył około pięciuset osób, a pod koniec lat 40. sięgał 1500. Wkrótce jednak upomniała się o nich gigantyczna machina wojenna, która żądała wciąż nowych pracowników i była wiecznie nienasycona.

 

Z okien Budynku Administracji rozpościerał się widok na tereny wojskowej bazy lotniczej, utworzonej na planie półksiężyca. Gdyby nie potok ubranych po cywilnemu ludzi zmierzających do laboratorium stanowiącego najstarszą placówkę NACA (National Advisory Committee for Aeronautics, Państwowy Komitet Doradczy ds. Aeronautyki), w zasadnie nic nie odróżniałoby niskich budynków z cegły należących do Agencji od takich samych wykorzystywanych przez Korpus Powietrzny Armii Stanów Zjednoczonych. Oba kompleksy powstawały równolegle, przy czym za budową bazy wojskowej stała ambicja wzmocnienia potencjału lotniczego USA, zaś zadaniem postawionym przed cywilną agencją było zgłębianie zagadnień aeronautyki i dzielenie się nową wiedzą z wojskowymi i prywatnymi gałęziami przemysłu. Od początku władze wojskowe pozwalały, by laboratorium wykorzystywało kampus przylegający do lotniska. Ciągła obecność wojskowych lotników dla inżynierów stanowiła przypomnienie, że każdy realizowany przez nich eksperyment ma implikacje w realnym świecie.

W 1942 r. dwa bliźniacze hangary, ustawione obok siebie budynki długości trzydziesty czterech metrów, pokryto maskującymi malunkami, by stały się niewidoczne dla nieprzyjaciela wypatrującego potencjalnych celów ataku. Mroczne przestronne wnętrza chronić miały maszyny i doglądających ich techników przed kaprysami pogody. Między samolotami uwijali się mężczyźni w płóciennych jednoczęściowych kombinezonach. Poruszali się ciężarówkami i dżipami, zatrzymując się przy niektórych maszynach niczym zapylające kwiaty owady, aby coś sprawdzić, uzupełnić paliwo, wymienić jakąś część, dokonać przeglądu lub też zasiąść w kabinie i wzbić się w niebo. Muzyka ryczących silników i wirujących śmigieł, której brzmienie różniło się w poszczególnych fazach lotu – podczas startu, w powietrzu i w czasie lądowania – rozbrzmiewała już przed świtem, a cichła dopiero o zmroku. Dźwięki wydawane przez każdy z samolotów dla doglądających techników były wyjątkowe niczym płacz dziecka dla jego matki. Prócz tenorowych dźwięków samolotowych silników słychać było basowe huki dobiegające z tunelów aerodynamicznych laboratorium, gdzie badacze rozpętywali sztuczne huragany i kazali im zderzać się z częściami testowanych samolotów, nowo zaprojektowanymi modelami lub też pełnowymiarowymi samolotami.

 

Zaledwie dwa lata wcześniej, wobec zbierających się nad światem burzowych chmur, prezydent Roosevelt nakazał zwiększenie produkcji samolotów do 50 tysięcy sztuk rocznie. Dla przemysłu amerykańskiego plan ten musiał się wdawać mało realny, bowiem nie tak dawno, w 1938 r., miesięczna produkcja samolotów oddawanych Korpusowi Powietrznemu Armii USA wynosiła zaledwie 90 maszyn. Teraz jednak, po kilku latach od zapoczątkowania planu Roosevelta, amerykański przemysł lotniczy rozwijał się w niesamowitym tempie, a produkcja przewyższyła wyznaczoną przez prezydenta normę o ponad połowę. Wkrótce stał się on najpotężniejszą, najbardziej produktywną i wyrafinowaną gałęzią przemysłu na świecie, a jej produkcja przewyższała niemiecką ponad trzykrotnie, zaś japońską blisko pięciokrotnie. Dla wszystkich stron zaangażowanych w światowy konflikt stało się jasne, że ostateczna batalia rozegra się na niebie.

Lotnicy z korpusu powietrznego mieli dość szczególne podejście do samolotów. Dla nich były to maszyny służące do przewożenia żołnierzy i zaopatrzenia w strefę walki, maszyny bojowe atakujące nieprzyjaciela lub też wyrzutnie zrzucanych na okręty bomb. Przed wzbiciem się w niebo każda maszyna poddawana była wszechstronnemu przeglądowi – przystępowali do niej mechanicy, podwijali rękawy i wytężali wzrok. Uszkodzony tłok, źle zamykający się pas bezpieczeństwa, niedziałająca kontrolka stanu paliwa w baku – każda z tych usterek mogła w powietrzu kosztować życie. Zanim jednak samolot zaznawał pieszczotliwego dotyku pilota, dostawał się w ręce inżynierów z sąsiedniego ośrodka. W laboratoriach jego naturę, jego DNA, poddawano modyfikacjom, były ulepszane, rozkładane na części i składane ponownie w nowej konfiguracji.

Zanim najnowsze dzieło amerykańskich producentów samolotów trafiało do masowej produkcji, prototyp maszyny wędrował do laboratorium Langley, gdzie projekt poddawano testom i ewentualnie ulepszano. Niemal żaden z modeli wyprodukowanych w USA samolotów najwyższej klasy nie uniknął takiego rutynowego sprawdzianu. Inżynierowie umieszczali samolot w tunelach aerodynamicznych i podczas testów wychwytywali wszelkie niepokojące sygnały, takie jak obecność powierzchni zakłócających płynny pęd powietrza, nazbyt wydatny kształt kadłuba czy wadliwa geometria skrzydeł. Za sprawą swej roztropności i gruntownej znajomości tematu przypominać mogli rodzinnych doktorów starej daty. Ich uwadze nie uszedł żaden aspekt opływu powietrza wokół kadłuba, a wszelkie istotne spostrzeżenia znajdowały odbicie w raportach. Po przeglądzie naziemnym nadchodziła kolej na próbny lot. Za sterami zasiadał pilot NACA, któremu niekiedy towarzystwa dotrzymywał też inżynier. Zwracano uwagę na to, jak maszyna zachowuje się w powietrzu. Czy nie zaczyna się chwiać? Czy przypadkiem nie wytraca prędkości? Czy ciężko nią sterować? Czy nie zachowuje się jak wózek na zakupy z zepsutym kołem, stawiając opór pilotowi? Inżynierowie poddawali samolot licznym testom, analizując osiągane przez niego wyniki, po czym zalecali drobne lub znaczące ulepszenia. Nawet z pozoru niewielkie usprawnienia, gdy pomnożyło się je miliony razy przez liczbę wylatanych przez pilotów kilometrów, mogły w perspektywie czasu przechylić szalę zwycięstwa na korzyść Aliantów.

- Zwycięstwo dzięki siłom powietrznym – zwykł powtarzać swym pracownikom Henry Reid, główny inżynier w laboratorium Langley, przypominając o znaczeniu, jakie w rozstrzyganiu konfliktów zbrojnych miało lotnictwo. Tę samą frazę powtarzali sobie pracownicy NACA, uważnie sprawdzając miejsce przecinka w każdym ułamku dziesiętnym i do upadłego studiując równania różniczkowe i tabele rozkładu nacisku. To do nich miało należeć ostatnie słowo w bitwie naukowej.

 

Ich zwycięstwu zagrozić mógł tylko problem kadrowy. Żeby wszystko działało, jak powinno, Melvin Butler musiał nadążyć z pozyskiwaniem wciąż nowych pracowników, którzy zapewnią pełną obsadę w trzyzmianowym systemie pracy sześć dni w tygodniu. Zapewnienie dopływu inżynierów to tylko połowa sukcesu, bowiem każdy inżynier wymagał też pomocy szeregu współpracowników. Żeby samolot można było przetestować w tunelach aerodynamicznych, wcześniej musieli pojawić się rzemieślnicy, którzy zbudują model; następnie niezbędni byli mechanicy, którzy na bieżąco dbać będą o stan techniczny tuneli; trzeba było też zatroszczyć się o ludzi o lotnych umysłach, którzy zajęliby się zliczaniem danych, jakich dostarczał każdy test. Ktoś musiał przecież obliczyć, jak się ma współczynnik siły nośnej do współczynnika oporu, ustalić współczynnik tarcia i sporządzić kalkulację przepływu powietrza. Przecież działanie samolotu to w gruncie rzeczy zastosowanie praw fizyki, a skoro fizyka, to również matematyka – a jeśli matematyka, to potrzebni byli też matematycy. Do świata matematyki kobiety zaczęły przenikać w połowie ubiegłego dziesięciolecia. W 1935 r. utworzono pierwszą obsługiwaną przez kobiety bazę obliczeniową w Langley, co momentalnie wywołało oburzenie męskiej części kadry pracowniczej laboratorium. Niby jak kobiecy umysł miałby poradzić sobie z matematyką, a więc dziedziną wymagającą rygoru i precyzji? Cóż to za pomysł: wydać pięćset dolarów na maszynę liczącą tylko po to, by zasiadła do niej panienka! Wkrótce okazało się jednak, że owe „panienki” były naprawdę niezłe jeśli chodzi o dokonywanie obliczeń. Sami mężczyźni musieli po pewnym czasie niechętnie przyznać, że nowym pracownicom liczenie przychodziło z większą łatwością niż wielu ich kolegom-inżynierom. Jako że tylko nielicznym paniom udało się zdobyć tytuł „matematyka”, co stawiało je na równi z rozpoczynającymi pracę w Langley mężczyznami, laboratorium mogło zaoszczędzić sporo pieniędzy, ponieważ większość stanowisk dla osób obsługujących maszyny liczące była słabo płatna i przeznaczona dla ludzi z niskim wykształceniem.

 

W 1943 r. pozyskiwanie nowych dziewcząt nie przychodziło już tak łatwo jak dotychczas. Virginia Tucker, kierowniczka działu obliczeniowego w Langley, krążyła po Wschodnim Wybrzeżu w poszukiwaniu studentek, które przejawiały choćby nieco wyższe od przeciętnej zdolności analityczne i techniczne. Na te dziewczyny czekały setki świeżo utworzonych posad – liczarek czyli ludzkich maszyn do liczenia, asystentek naukowych, konstruktorek modeli, laborantek, a nawet matematyczek. W jej macierzystej uczelni w stanie Karolina Północna, Greensboro College for Women, Virginia Tucker upolowała mnóstwo dobrze rokujących absolwentek matematyki. W istocie miała wrażenie, że zgarnia do Langley całe roczniki kończące studia. Polowała też w uczelniach na terenie stanu Wirginia, odwiedziła szkołę Sweetbriar w Lynchburgu oraz States Teachers College w Farmville.

Tymczasem Melvin Butler naciskał na amerykańską Civil Service Commission (Komisja Administracji Państwowej) oraz War Manpower Commission (Komisja Wojenna ds. Zatrudnienia), by laboratorium miało pierwszeństwo w wyborze najlepszych kandydatów. Spod jego pióra wychodziły również ogłoszenia ukazujące się na łamach Daily Press:

Uwolnij się od domowych obowiązków! Kobiety, którym niestraszna ciężka praca zarezerwowana wcześniej dla mężczyzn, niech kontaktują się z Langley Memorial Aeronautical Laboratory.

Żarliwe wezwania z działu kadr trafiały też na strony biuletynu pracowniczego Langley Air Scoop:

Może członek twojej rodziny albo jakiś twój znajomy chciałby mieć swój udział w dziele zyskiwania przez Amerykę przewagi w powietrzu? Może twoi przyjaciele obojga płci zechcieliby przyczynić się do zwycięstwa i zakończenia wojny?

W sytuacji, gdy mężczyźni pełnili służbę wojskową, i przy stale rosnącym popycie na kobiecą siłę roboczą, rynek pracowniczy gonił już ostatkiem sił, podobnie jak sami pracownicy przemysłu zbrojeniowego.

Wreszcie pojawiła się szansa na poprawę sytuacji, tyle że równocześnie okazała się problemem dla kogoś innego. Przewodniczący największego w kraju związku zawodowego czarnych, A. Philip Randolph, zażądał od prezydenta Roosevelta, by do dochodowych posad związanych z przemysłem zbrojeniowym dopuścił również czarnoskórych kandydatów, a latem 1941 r. zagroził, że jeśli prezydent nie spełni jego żądań, zorganizuje w stolicy demonstracje, w których weźmie udział nawet 100 tysięcy czarnych.

- Kim, do cholery, jest ten cały Randolph? – wściekał się prezydencki doradca Joseph Rauh.

Asa Philip Randolph, „czarny mężczyzna o nienagannych manierach, szekspirowskiej wymowie i orlim wejrzeniu”, stał na czele liczącego 35 tysięcy członków murzyńskiego związku zawodowego pracowników wagonów sypialnych (Brotherhood of Sleeping Car Porters). Ludzie ci pracowali w pociągach, gdzie nadal obowiązywała segregacja rasowa, co oznaczało, że codziennie narażeni byli na niezliczone szykany i upokorzenia ze strony białych. Niemniej posady te cieszyły się wielką popularnością w czarnych społecznościach, ponieważ zapewniały stabilność finansową i względnie wysoką pozycję społeczną. Wychodząc z założenia, że prawa obywatelskie powiązane są trwale z prawami ekonomicznymi, Randolph niestrudzenie zabiegał o to, by Afroamerykanie mogli na sprawiedliwych zasadach korzystać z bogactwa kraju, który pomogli zbudować. Dwadzieścia lat później Randolph przemówi do tłumów biorących udział w innym Marszu na Waszyngton, po czym ustąpi miejsca na scenie młodemu charyzmatycznemu pastorowi z Atlanty – Martinowi Lutherowi Kingowi Jr.

W umysłach przedstawicieli młodszych pokoleń ruch walki o wyzwolenie czarnych związał się trwale z nazwiskiem Kinga, lecz w 1941 r., gdy po raz drugi podczas niespełna trzydziestu lat wszystkie aspekty życia społecznego w Stanach Zjednoczonych zostały podporządkowane wysiłkowi wojennemu, to właśnie dalekosiężna wizja Randolpha i zapowiedź marszu dokonały pierwszego wyłomu we wrotach, które niczym właz do bankowego sejfu były zatrzaśnięte na głucho od schyłku rekonstrukcji USA po wojnie secesyjnej. Wystarczyły dwa pociągnięcia pióra – podpisy pod dekretem prezydenckim nr 8802, nakazującym desegregację rasową branży obronnej, oraz pod dekretem prezydenckim nr 9346, powołującym do istnienia Komitet do spraw Sprawiedliwego Zatrudnienia (Fair Employment Practices Committee, w skrócie FEPC), który miał nadzorować realizację ogólnokrajowego projektu włączania grup wykluczanych do rynku pracy – by prezydent Roosevelt zapewnił dopływ siły roboczej do zbrojeniówki.

 

Blisko dwa lata po ultimatum Randolpha, gdy stosowne urzędy zapoznały się z wnioskami o przydział nowych pracowników słanymi przez Langley, do działu kadr ośrodka badawczego poczęły spływać podania o pracę słane przez czarne kobiety, które wyrażały chęć stawienia się na rozmowę kwalifikacyjną. Wbrew zwyczajowi wprowadzonemu przez administrację Woodrowa Wilsona, do dokumentów nie dołączano fotografii aplikanta, która pozwalałaby zorientować się w kolorze jego skóry, co miało służyć ukróceniu dyskryminacyjnych praktyk podczas procesu rekrutacyjnego. Kandydatki zdradzały jednak uczelnie, z których wyszły: West Virginia State University, Howard, Arkansas Agricultural, Mechanical & Normal College, a także Hampton Institute mieszczący się w innej części miasta. Wszystkie te szkoły kształciły Afroamerykanów. Jednak w samych podaniach podawano jedynie informacje niezbędne do stwierdzenia, czy kandydat nadaje się na dane stanowisko. Wkrótce stało się jasne, że czarne kandydatki mogą pochwalić się bogatszym doświadczeniem zawodowym niż ich białe koleżanki, bowiem prócz wykształcenia w dziedzinie matematyki lub innych przedmiotów ścisłych miały przepracowanych wiele lat w zawodzie nauczycielskim.

(...) Książka należy do tych, które "otwierają oczy" i zaciekawiają czytelnika, ja byłam bardzo zadowolona z możliwości przeczytania tej powieści, poznania kawałka historii, co choć trochę poszerzyło moją wiedzę, w końcu trzeba być otwartym na nowe, czyż nie? Polecam fanom NASA i licznych smaczków naukowych, ale szczególnie zachęcam do przeczytania każdego, to jedna z tych książek, które po prostu warto znać :)

Całościowo sama książka jest niesamowicie wciągająca i na tyle szczera, żeby nie uznać tego na przekoloryzowane biadolenie kolejnej pokrzywdzonej przez historię osoby. Zajmująca i naprawdę dobrze napisana. Spodziewałam się fabularyzowanej opowieści, ale dostałam coś na kształt Spotlight. Suche fakty, przełożone na zrozumiały dla przeciętnego człowieka język. Duży plus za to.

Margot Lee Shetterly nie ubarwia tej historii, koncentruje się na faktach, przytacza daty, sięga do fachowej terminologii. Widać, że autorka poświęciła mnóstwo czasu i sił na skompletowanie dokumentów, przeprowadzenie wywiadów czy dotarciu do zdjęć (które zresztą zostały umieszczone w książce). Oczywiście nie każdemu taka forma „suchych faktów” będzie odpowiadać. Warto jednak poznać tę historię. Historię  silnych i niezwykle uzdolnionych kobiet, które miały odwagę zająć stanowiska dotychczas zarezerwowane dla mężczyzn. 

Jest to pozycja, która zaciekawi interesujących się matematyką i fizyką, a również historią, ale nie tylko. Całość jest napisana rzeczowym, nieskomplikowanym językiem, eksperymenty są dokładnie wyjaśnione, więc nawet laik taki jak ja nie miał problemu w zrozumieniu, a niektóre z informacji bardzo mnie zaciekawiły.

(...) książka jest dobrze napisana i daje nam bardzo dobre spojrzenie na życie tamtych kobiet. Całość robi wrażenie, a kiedy czytelnik uzmysłowi sobie, ze te matematyczki żyły naprawdę, walczyły o własne marzenia i życie do którego miały prawo jak każdy inny człowiek, historia nabiera zupełnie innej mocy.

Ukryte działania przypadnie do gustu komuś głodnemu wiedzy, ciekawemu historii oraz chętnemu, by dowiedzieć się czegoś więcej, niż z lekcji w szkole. Historii, którą warto poznać, tym bardziej, że dla nas wcale nie jest jeszcze tak odległa!

"Ukryte działania" (...) jest naprawdę dobrze napisana. Bibliografia jest bardzo rozległa, autorka korzystała z całej masy różnych publikacji na tematy poruszone we własnej twórczości. Dzięki temu możemy być pewni, że opowieść trzyma się faktów, że wszystko to miało miejsce naprawdę. Bohaterki powieści są bohaterkami samymi w sobie - nigdy się nie poddały w dążeniu do własnych celów, nawet gdy było to niewyobrażalnie trudne i praktycznie niemożliwe do spełnienia. O takich kobietach warto czytać, trzeba znać ich historię.

Niewątpliwie jest to jedna z ciekawszych pozycji. W każdym słowie widać jak ogromną pracę włożyła autorka w poznanie i spisanie tej historii (...) Na pewno nie jest to "luźna książeczka" na wieczór. Pozycja ta wymagała ode mnie skupienia i dokładnego analizowania faktów. Momentami była ciężka i nudna, przyznaję. Uważam jednak, że warto poznać tę historię "od wewnątrz".

Brawa dla autorki, za ogrom pracy i czasu jaki musiała włożyć w napisanie "Ukrytych działań". Muszę przyznać, że często gubiłam się w licznych, wcześniej mi nieznanych, nazwach i nazwiskach. Pani Margot Lee Shetterly zrobiła wszystko, co mogła, aby czytelnik nadążał i z każdą czytaną stroną, coraz lepiej przyswajałam nowe informacje. 

Sięgając po tę publikację trzeba pamiętać, że nie jest to fabularyzowana opowieść historyczna, jakie obecnie są bardzo popularne. Jest to książka, która została opracowana po wcześniejszych długotrwałych badaniach, poszukiwaniach i rozmowach z bohaterami tamtejszych wydarzeń. Książki takie jak Ukryte działania, mimo że mogą być trudne w odbiorze są niezwykle wartościowymi publikacjami. Warto po nie sięgać, nie tylko wtedy, gdy interesuje nas dany temat, gdyż poruszane są tutaj kwestie dotyczą nie tylko pracy dla NACA czy później NASA, ale także szacunku dla drugiego człowieka.

Praca, jaką włożyła w napisanie tej książki autorka, budzi ogromne wrażenie. Shetterly nie chciała przekazać nam jedynie suchych faktów – jej opowieść ma wciągać czytelnika, dlatego uzupełniona jest o najdrobniejsze szczegóły, jak np. opis pogody przy różnego typu uroczystościach czy historie z życia prywatnego bohaterek. Niejednokrotnie wydało mi się to przesadą, ale rozumiem zamierzenia pisarki. Dzięki temu książka nie jest tylko zbiorem faktów, dat i nazwisk, ale opowieścią o życiu czarnoskórych kobiet, które oprócz pracy miały też domy i rodziny.

Napisz swoją opinię i oceń książkę

Przedstaw się



Twoja ocena


WYŚLIJ