Thriller / Sensacja / Kryminał
Kobieta znikąd
KUP TERAZ

Kobieta znikąd

brak opinii
Liczba stron: 336
ISBN: 9788327623973
Premiera: 2017-02-15

Pewnego dnia Esther Vaughan znika bez śladu. Współlokatorka odnajduje w jej rzeczach niepokojące listy, pełne miłosnych wyznań i jawnych pogróżek. Jeżeli napisała je Esther, to cierpi na poważne zaburzenia i może być niebezpieczna.

Tego samego dnia w pewnym miasteczku pojawia się tajemnicza kobieta. Nikt nie wie, jak naprawdę się nazywa ani skąd pochodzi. Gdy zamieszkała w ponurym, zrujnowanym domu, stało się jasne, że szuka kryjówki. Kogo się boi? Przed kim ucieka? A może to nie ona jest ofiarą, tylko cierpliwie czeka, aż ktoś wpadnie w zastawioną przez nią pułapkę?.

Mary Kubica

Mary Kubica to amerykańska powieściopisarka. Na świecie zdobyła sławę jako autorka thrillerów psychologicznych. Jej pierwsza powieść Grzeczna dziewczynka, podobnie zresztą jak kolejna Zajmę się Tobą znalazły się na liście bestsellerów New York Timesa.

Mówię otwarcie: nie wierzę w duchy.

Istnieje w każdej sytuacji jakieś logiczne wyjaśnienie: niedokręcona żarówka. Wadliwy kontakt. Problem z instalacją.

Stoję w kuchni, połykając resztki mountain dew, jeden but na nodze, drugi jeszcze nie, wsuwam właśnie stopę w czarną tenisówkę, kiedy widzę po drugiej stronie ulicy spazm światła. Zapala się. Gaśnie. Zapala się. Gaśnie. Jak odruchowy skurcz mięśni. Drgnienie, tik.

Zapala się. Gaśnie.

A potem jest po wszystkim, a ja nawet nie wiem, czy tak rzeczywiście było, czy też moja wyobraźnia spłatała mi figla.

Tata leży na sofie, kiedy wychodzę, ręce i nogi ma bezładnie rozrzucone. Na stoliku do kawy stoi otwarta butelka kanadyjskiej whiskey marki Gibson’s Finest. Zakrętka zagubiła się gdzieś pośród poduszek sofy lub też ściska ją lepka dłoń. Tata chrapie, gra mu w piersi, jakby tkwił w niej grzechotnik. Ma otwarte usta, głowa zwiesza się z oparcia, więc kiedy się w końcu obudzi – bez wątpienia z kacem – będzie miał kręcz szyi. Pokój wypełnia smród porannego oddechu, który dobywa się jak samochodowe spaliny spomiędzy rozchylonych warg – azot, tlenek węgla, tlenek siarki, wszystko to bucha wprost w powietrze, które robi się czarne. Niezupełnie, ale tak to widzę, na czarno, przysuwając dłoń do nosa, by nie czuć tego zapachu.

Tata wciąż ma na nogach buty, ciemnobrązowe i skórzane, poza kostkę, lewy niezwiązany, postrzępione sznurowadła zwieszają się wzdłuż boku sofy. I ma na sobie też płaszcz, zapinane na zamek błyskawiczny nylonowe odzienie koloru igieł świerkowych. Odór starej klasycznej wody kolońskiej przekazuje mi szczegóły jego nocy, kolejnej żałosnej nocy, która przebiegłaby o wiele lepiej, gdyby przyszło mu do głowy zdjąć obrączkę. Ten facet ma więcej włosów, niż powinien ich mieć ktoś w jego wieku, są krótko obcięte, a mimo to gęste, rdzawego koloru, który współgra z rumianą cerą. Inni mężczyźni w jego wieku łysieją, mają rzadkie włosy albo w ogóle. I tyją. Ale nie tata. To nieźle wyglądający gość.

A jednak nawet kiedy śpi, dostrzegam klęskę. Jest defetystą, a to w przypadku czterdziestopięcioletnich mężczyzn stanowi gorsze nieszczęście niż wałki tłuszczu i zakola.

Jest także pijakiem.

Telewizor gra od poprzedniego wieczoru, teraz lecą poranne kreskówki. Gaszę go i wychodzę na dwór, patrząc na opuszczony dom po drugiej stronie ulicy, gdzie przed kilkoma minutami widziałem światło. Zapalało się, gasło. Jest to dom w tradycyjnym minimalistycznym stylu, żółty jak autobus szkolny, zamiast ganku betonowa płyta, siding aluminiowy, zniszczony dach.

Nikt w tym domu nie mieszka. Nikt nie chce tam mieszkać, tak jak nie chce zaaplikować sobie leczenia kanałowego czy wycięcia wyrostka robaczkowego. Wiele lat temu zamarzła tam w zimie rura i pękła – albo tak tylko słyszeliśmy – zalewając wnętrze budynku wodą. Niektóre okna są zabite sklejką, którą naśladowcy gangów pokryli napisami. Dziedziniec zarastają chwasty, dusząc trawnik. Od paska architrawu odstaje rynna dachowa, a jej część pionowa leży bezużytecznie na ziemi. Niebawem pokryje ją śnieg.

Nie jest to na tej ulicy jedyny dom, który opuszczono, ale tylko o nim wszyscy mówią. Za los innych zniszczonych i zapomnianych domów odpowiedzialne są gospodarka i rynek nieruchomości, zaraza, która obniżyła ich wartość i sprawiła, że idylliczna niegdyś okolica przemieniła się w coś brzydkiego.

Ale nie dotyczy to tego domu. Ten ma własną historię do opowiedzenia.

Wsuwam dłonie w kieszenie szarej kurtki i podążam przed siebie.

Jezioro tego ranka jest niespokojne. Fale tłuką plażę, taplając piasek w wodzie. Zimnej wodzie. Panująca temperatura to najwyżej półtora stopnia powyżej zera. Jest dostatecznie ciepło, by woda nie zamarzła, w każdym razie jeszcze nie teraz – nie jak podczas ostatniej zimy, kiedy latarnia morska oblepiona była lodem, a fala jeziora Michigan zamarzała w powietrzu, przywierając do krawędzi drewnianego mola. Ale to było tamtej zimy. Teraz jest jesień, więc jezioro ma jeszcze mnóstwo czasu, by zamarznąć.

Idę, trzymając się od wody na odległość mniej więcej ludzkiego ciała, żeby nie zamoczyć sobie butów. I tak się moczą, bo woda bryzga na boki, wznosząc się na wysokość co najmniej półtora metra. Gdyby to było lato, sezon turystyczny, plaża zostałaby zamknięta ze względu na niebezpieczne warunki i wiry.

Ale to nie jest lato. Na razie turystów nie ma.

Miasto tchnie spokojem, niektóre sklepy zamknięto do wiosny. Niebo jest ciemne. Słońce w tych dniach wschodzi późno, a zachodzi wcześnie. Spoglądam w górę. Nie widać gwiazd, nie widać Księżyca. Kryją się pod masami szarych chmur.

Mewy są hałaśliwe. Krążą nad głową, widoczne jedynie w obracającym się blasku latarni morskiej. Wiatr chłosta powietrze, niepokoi jezioro, utrudnia mewom lot, przynajmniej w linii prostej. Unoszą się bokiem. Uderzają z uporem skrzydłami, a jednak tkwią w miejscu, zmierzając absolutnie donikąd, tak jak ja.

Naciągam kaptur, by chronić włosy i oczy przed piaskiem.

Kiedy przemierzam park, oddalając się od jeziora, mijam starą zabytkową karuzelę. Wpatruję się w nieożywione oczy konia, żyrafy, zebry. Rydwan w kształcie węża morskiego, w którym sześć lat temu doświadczyłem pierwszego pocałunku. Leigh Forney, teraz studentka pierwszego roku na University of Michigan, na wydziale biofizyki czy molekularnego czegoś tam, albo tak mi się wydaje. Nie tylko Leigh odeszła. Nick Bauer i Adam Gott też odeszli, Nick do słynnego Caltechu, Adam zaś do Wayne State University, gdzie jest rozgrywającym w drużynie koszykarskiej. No i jeszcze Percival Allard, zwany Percym, który wybrał się na jakąś ekskluzywną uczelnię w New Hampshire.

Wszyscy odeszli. Wszyscy prócz mnie.

- Spóźniłeś się – mówi Priddy, kiedy dźwięk dzwonka nad drzwiami donosi o mojej niepunktualności.

Stoi przy kasie, licząc banknoty jednodolarowe, które odkłada następnie do szuflady. Dwanaście, trzynaście, czternaście... Nie podnosi głowy, gdy wchodzę do lokalu. Włosy ma rozpuszczone, zwarte srebrne loki kręcą się na ramionach wykrochmalonej praktycznej bluzki. Jest jedyną osobą w tym miejscu, której wolno rozpuszczać włosy. Kelnerki, które kręcą się pośpiesznie w czarno-białych uniformach, napełniając solniczki i pieprzniczki, a także dzbanuszki do śmietanki, mają je związane w koński ogon, dredy albo warkocze. Ale nie pani Priddy.

Raz spróbowałem zwrócić się do niej per Bronwyn. Tak ma w końcu na imię, które widnieje na jej plakietce: Bronwyn Priddy. Ale nie wyszło mi to za dobrze.

- Korki – mówię, a ona chichoce.

Nosi na palcu serdecznym obrączkę, która dostała od zmarłego męża, pana Priddy’ego. Istnieje podejrzenie, że przyczyną śmierci małżonka było jej bezustanne zrzędzenie. Trudno mi oceniać, czy to prawda, czy nie. Ma na twarzy pieprzyk, dokładnie w ziemistych fałdach skóry między ustami a nosem – wydatny pieprzyk, ciemnobrązowy i doskonale zaokrąglony, z którego zawsze sterczy pojedynczy szary włosek. Pieprzyk, który budzi w nas pewność, że Priddy jest czarownicą. Pieprzyk i jej złośliwość. Krążą plotki, że ta kobieta trzyma swoją miotłę w zamykanym schowku na zapleczu kuchni. Miotłę, kociołek i wszystko to, co nieodzowne w jej fachu, czyli nietoperza, kota i kruka. Są tam, za zamkniętymi metalowymi drzwiami, ale wszyscy bez wyjątku jesteśmy pewni, że słyszymy od czasu do czasu owe stworzenia, dociera do nas miauczenie kota, krakanie kruka, łopot skrzydeł nietoperza.

- O tej godzinie? – dziwi się Priddy, mając na myśli korki. Ale na jej twarzy błąka się uśmiech ukryty gdzieś pod brzoskwiniowym meszkiem, który naprawdę powinno się wydepilować woskiem. Rekompensuje to po swojemu, znaczy się ten meszek, malując brwi – na ciemnobrązowo, co ma przypominać szarość – żeby odwrócić uwagę od wąsika.

Priddy przerywa na chwilę liczenie i odrywa wzrok od banknotów, gdy staję w wejściu, zdejmując zapiaszczoną kurtkę.

- Te naczynia same się nie umyją, Alex. Bierz się do roboty.

Myślę, że lubi mnie w głębi duszy.

 

Poranek nadchodzi i przemija, jak zawsze. Każdy dzień jest powtórką poprzedniego. Ci sami klienci, te same rozmowy, jedyną różnicę stanowi zmiana ubioru. Nie ulega najmniejszej wątpliwości, że jako pierwszy zjawi się pan Parker, który o świcie wyprowadza swoje dwa psy, bordera collie i berneńskiego psa pasterskiego. Pewne jest też to, że przywiąże je na zewnątrz, do słupa latarni, po czym wejdzie do środka, a jego podeszwy pozostawią przy oszklonej ladzie resztki liści i błotniste ślady, które później każą mi wytrzeć. Że zamówi czarną kawę na wynos, a potem da się namówić Priddy na jakieś ciasto, które błędnie określa się jako „domowe”, że powie dwukrotnie „nie”, nim się zgodzi, próbując wyczuć w powietrzu woń drożdży i masła, którego nawet tam nie ma.

Nie ulega żadnej wątpliwości, że przynajmniej jedna kelnerka upuści tacę pełną jedzenia. Że niemal wszystkie będą narzekać na wysokość napiwków. Że podczas weekendu poranni goście będą się snuć, pochłaniając niezliczone filiżanki kawy i gadać bzdury, aż śniadanie przerodzi się z wolna w lunch, a oni w końcu wyjdą. Jednak w zwykle dni tygodnia jedynymi klientami kręcącymi się jeszcze po dziewiątej rano są emeryci albo kierowcy autobusów szkolnych, którzy parkują za budynkiem na wcisk i przez cały ranek narzekają na niegrzeczne zachowanie osób powierzonych ich opiece, mianowicie wszystkich dzieci w wieku od pięciu do osiemnastu lat.

O tej porze roku nie ma niewiadomych. Każdy dzień jest taki sam, w przeciwieństwie do letnich miesięcy, kiedy pojawiają się przypadkowi turyści. Czasem dochodzi do sytuacji kryzysowej. Kończy się nam bekon. Jakiś jajogłowy chce wiedzieć, co tak naprawdę znajduje się w czekoladowych croissantach, więc Priddy wysyła kogoś na zaplecze, żeby wygrzebał opakowanie ze śmietnika i sprawdził. Urlopowicze fotografują nazwę restauracji w oknie frontowym, robią sobie zdjęcia z kelnerkami, jakby chodziło o jakąś turystyczną atrakcję, modne miejsce docelowe, i rozwodzą się bez końca o tym, jak to jakiś przewodnik po Michigan twierdzi, że w naszym lokalu serwują najlepszą kawę w mieście. Pytają, czy mogą nabyć tanio kubki z naszą nazwą w staromodnej czcionce, a Priddy podnosi pierwotna cenę hurtową – dolar pięćdziesiąt za sztukę – do $ 9.99. Zdzierstwo.

Nic takiego jednak nie dzieje się poza sezonem, kiedy to każdy dzień jest powtórką poprzedniego, co odnosi się także do dnia dzisiejszego. I do jutra. I do wczoraj. Tak się przynajmniej zapowiada ten dzień, kiedy zjawia się pan Parker z dwoma psami i zamawia kawę, czarną, na wynos, a Priddy pyta go, czy ma ochotę na croissanta, na co on dwukrotnie odpowiada przecząco, nim się w końcu zgadza.

Jednak wraz z upływem poranka coś się dzieje, coś nienormalnego, i sprawia, że ten dzień jest inny niż wszystkie poprzednie.

 

Do Najdroższej Osoby.

Jest to jedno z ostatnich wspomnień dotyczących ciebie, twoje ręce przywierające do jej dekoltu, łagodne zaokrąglenie jej piersi przylegające do twojej skóry przez cienką bawełnę delikatnej białej bluzki. Była piękna bez żadnej przesady, a jednak to od ciebie nie mogłam oderwać oczu – od połyskliwości twojej skóry, od promienistości twoich oczu, łagodnego łuku twoich ust, kiedy wodziła po nich poduszeczką palca wskazującego, a potem przywarła do nich ustami. Pocałunek.

Widziałam was przez okno. Stałam tam, pośrodku ulicy, nie chowając się w cieniu ani za drzewami. Dokładnie na środku ulicy, nieświadoma strumienia samochodów. Jestem zaskoczona, że nikt mnie nie widział, nie usłyszał buczenia klaksonu, który sugerował, bym się odsunęła. Który tego żądał. Ale ja się nie poruszyłam. Nie miałam zamiaru. Byłam zbyt zajęta obserwowaniem, jak przytulacie się do siebie w gorącym uścisku. Zbyt zaintrygowana i zbyt zagniewana.

Może jednak było inaczej. Może jednak ktoś w tym domu mnie widział, udając tylko, że nie widzi ani nie słyszy.

Był już wieczór, tuż po zmroku, kiedy przycisnęłam twarz do szyby, żeby zajrzeć do środka. Zasłony były odsunięte, wszystkie światła w domu zapalone, jakby ktoś chciał, żebym widziała. Jakby triumfował, robił to złośliwie, napawając się swoim zwycięstwem. A może to ona wpadła na ten pomysł: zostawić zapalone światło, żebym widziała. W końcu to było jej zwycięstwo. Miałam wrażenie, że widzę tancerzy na scenie w blasku jupitera; śmiech na twoich ustach, uśmiech na jej ustach, nikt nie dostrzegał mojej nieobecności, bo już zostałam zastąpiona, jakby mnie tam nigdy wcześniej nie było.

Tyle że to nie była scena, tylko salon domu, który miałam z tobą dzielić.

Muszę wiedzieć: czy mnie widziano? Czy to wszystko było po to, by zapłonął we mnie gniew? Czy o to chodziło?

Z miłością,

EV

(...) warto przebrnąć przez trudniejszy i powolny, ale ciekawy początek, by zostać nagrodzonym genialnym zakończeniem pełnym zwrotów akcji i zawirowań fabularnych. Za względu na zakończenie mogę napisać o tej książce, iż jest elektryzująca, ostatnie strony czyta się z zapartym tchem i podziwem.

“Kobieta znikąd” to powieść niepozorna. Nie jest to wcale wybitne dzieło, nie jest to też najlepsza książka jaką czytałam, ba – nie jest nawet w pierwszej dziesiątce, a jednak trudno mi napisać o niej coś złego. Mary Kubica jest pisarką świadomą. Umiejętnie buduje nastrój zwracając uwagę na każdy, najdrobniejszy nawet szczegół, skupiając tym samym uwagę czytelnika na detalach, które mogą na pierwszy rzut oka wydawać się mało znaczące. Dzięki temu dość uboga w akcję historia staje się jednak bogatą i barwną opowieścią pełną tajemnic. “Kobieta znikąd’ nie jest powieścią brawurową, ani tym bardziej szalenie efektowną, a jednak czyta się ją z zaciekawieniem, a być może nawet z zapartym tchem… Innymi słowy jest to powieść kontrastów. Kubicy udało się przekuć wszelkie potencjalne wady tej książki w jej zalety.

"Kobieta znikąd" okazała się pozytywnym zaskoczeniem. To nietypowy thriller, który nie przypomina żadnej książki, którą miała okazją do tej pory czytać. Jeśli poszukujecie nietuzinkowej lektury, to coś w sam raz dla Was.

„Kobieta znikąd” przypadła mi do gustu i z dużym zaciekawieniem śledziłem losy bohaterów. Autorka potrafi snuć zawiłą intrygę, wywodząc czytelnika nie raz w pole. Książka została napisana językiem lekkim i barwnym, sprawiając, że całość czyta się w ekspresowym tempie. Napięcie trzyma od pierwszej do ostatniej strony, zagadka goni zagadkę, a doskonale skonstruowane portrety psychologiczne nie pozwolą oderwać się od czytania. Prawdziwa gratka dla fanów zagadkowych i zadziwiających thrillerów!

W przypadku Kobiety znikąd treść i następujące po sobie wypadki są spokojne, przemyślane, umiejętnie dozowane. Największy zryw fabuły następuje pod koniec, mniej więcej 100 stron przed końcem książki. Wtedy akcja zdecydowanie przyspiesza. Samo zakończenie zaskoczyło mnie i to bardzo. Warto tę książkę przeczytać choćby dla samego zakończenia.

„Kobieta znikąd” to taki poprawny thriller. Owszem, prawdopodobnie nie zachwyci miłośników gatunku, ale jednak wprowadza element zaskoczenia i może stanowić miłą rozrywkę na kilka wieczorów. Ja polecam, zwłaszcza jeśli należycie do wielbicieli twórczości autorki. 

Polecam tą książkę. Dobrze się ją czyta, może nie łatwo, ale jest ciekawa, emocjonująca, wciągająca. Na szczęście obyło się bez mrożących krew w żyłach momentów, a jednak z wypiekami na twarzy czytałam coraz to kolejną porcję zdarzeń, coraz to nowe elementy układanki, kawałki skrywanej prawdy, urywki tajemnicy.

(...) mocno zachęcam do sięgnięcia po tę książkę nie tylko sympatyków thrillerów, ale również osoby, które uwielbiają sekrety. Naprawdę kawał dobrej roboty. Historia idealna na zimne wieczory, podczas których chciałoby się stracić i zająć jakąś ciekawą książką. Poznając historię z perspektywy dwóch osób, kartki same się przewracają. Quinn oraz Alex dostarczają mnóstwa emocji. Akcja w obu miejscach kręci się, by w końcu wyrwać się spod kontroli i dać popalić.

To thriller psychologiczny, z ogromnym naciskiem na psychologiczny. Portret każdej z postaci jest bardzo złożony, a finalnie okazuje się wcale nie być taki oczywisty. Czytelnik nie ma najmniejszej szansy domyślić się, czy Esther tak naprawdę jest zła, czy dobra. Mary Kubica świetnie manipuluje czytelniczą naiwnością. W obliczu zakończenia każde poprzednie wydarzenie nabiera innego znaczenia i pozostawia czytelnika w lekkim szoku. Z pewnością sięgnę po inne książki autorki. Wykorzystuje słowo w najlepszy z możliwych sposobów, igra z czytelnikiem. Bardzo podoba mi się ta gra. 

Dużym plusem tej powieści jest wyraźne rozróżnienie w charakterze postaci. Quinn i Alex to osoby z krwi i kości. Mają swoją przeszłość, bagaż doświadczeń i pomysłów na życie. A przede wszystkim bardzo różną narrację. Nawet gdyby rozdziały nie zawierały ich imion w tytule, Czytelnik nie miałby najmniejszego problemu w ich rozróżnieniu.

W powieści "Kobieta znikąd" nic nie jest takie, na jakie pierwotnie wygląda. Podobało mi się to, że autorce udało się zbudować nastrój tajemnicy i niepokoju. Jestem wdzięczna za to, że nie od razu wszystko było jasne (dopiero w połowie) i z przyjemnością przyglądałam się pomysłom autorki. Styl pisania Mary Kubicy jest prosty, nieco schematyczny, ale chyba charakterystyczny tylko dla niej. Powieść czyta się lekko, rozdziały nie są długie, podwójna perspektywa ukazywania rzeczywistości skłania do przewracania kolejnych stron książki. 

Sposób prowadzenia akcji, kreacja bohaterów, prowadzona narracja – wszystko to przyciąga naszą uwagę i sprawia, że trudno nam oderwać się od książki. Trudno też zapomnieć nazwisko autorki, która zapewne jeszcze wiele razy udowodni, że w swoim gatunku jest mistrzynią, a obserwacja ludzi i ich skomplikowanych pobudek dostarcza jej wielu pomysłów na kolejne powieści.

Styl pisania autorki początkowo lekko mnie irytował, jednak z czasem przyzwyczaiłam się i wczucie się w historię nie sprawiało mi większych problemów. Przedstawiona opowieść wydaje się dość "popularna" i "oklepana" - w wielu thrillerach mamy do czynienia z zaginięciem osób, jednak tajemnice, które zostały w niej zawarte, zmieniają spojrzenie na książkę. Ma ona w sobie coś, co sprawiło, że nie potrafiłam się od niej oderwać, a opisana historia stale krążyła w moich myślach.

Cała fabuła opiera się na tajemnicy, dochodzeniu do prawdy i skrywanej tajemnicy rodzinnej. Zakończenie było dość zaskakujące i przemyślane, ale czegoś mi jednak w nim zabrakło. Można byłoby wprowadzić jeszcze więcej dramatyzmu oraz podsycić ogień. Mimo że książka nie zrobiła na mnie większego wrażenia, nie miałam poczucia straconego czasu. Jako lekkie czytadło w podróży nadawała się idealnie.

Bardzo specyficzny i osobliwy thriller, jednak zrobił na mnie pozytywne wrażenie. Bez nastawiania się na mrożące krew w żyłach incydenty, a raczej na sukcesywne odkrywanie kolejnych warstw zawiłej prawdy i przyporządkowywanie właściwej sekwencji zdarzeń, poddajemy się przyjemnemu zaczytaniu, w psychologicznej otoczce, z wyśmienicie podkręcanym napięciem, dawkowanym kropla po kropli, umiejętnie sączonym do wyobraźni czytelnika. Coraz bardziej zagłębiamy się w zagadkowe retrospekcje, poszarpane fragmenty wspomnień, echa dawnych zdarzeń, które przybierają nieoczekiwane i niespokojne tony, odsłaniają mroczne tajemnice i sekrety z życia. 

Opowieść napisana jest językiem zrozumiałym dla każdego. Ciekawa fabuła i chęć rozwiązania zagadki sprawia, że nie możemy oderwać się od historii Esther. Autorka posługuje się lekkim językiem, który pochłania się bardzo szybko. Książka odpowiednia jest dla osób, które uwielbiają zagadki. Autorka trzyma nas w napięciu do samego końca. Jeżeli lubisz tajemniczość i zagadkowość, to ta historia jest dla ciebie!

"Kobieta znikąd" to książka w której atmosfera jest pełna niepokoju, napięcie rośnie ze strony na stronę, aż do kulminacji w finale. Naszkicowane przez autorkę portrety psychologiczne głównych bohaterów są niezwykle przekonywujące. Alex, Ester czy Quinn to postacie bardzo wyraziste, intrygujące.

Polecam Wam sięgnięcie po książkę "Kobieta znikąd", jeżeli macie ochotę na dobry thriller psychologiczny. Zapewniam Was, że się nie zawiedziecie i do ostatniej strony będziecie z zapartym tchem śledzić poczynania bohaterów, chcąć zrozumieć, co skłoniło ich do takich, a nie innych decyzji. Osobiście spędziłam przy tej książce naprawdę dobry wieczór i wiem, że zapamiętam ten tytuł na dłużej.

Mary Kubica mnie nie zawiodła. Historia Kobiety znikąd wciągnęła mnie już od samego początku. Już po pierwszych stronach powieści wiedziałam, że od książki ciężko będzie mi się oderwać (...) Kobieta znikąd to lektura dosłownie na dwa wieczory. To książka, która wciąga od pierwszej strony. Jeśli znacie poprzednie powieści autorki i przynajmniej jedna z nich was uwiodła to polecam również lekturę Kobiety znikąd.

Kobieta znikąd to perfekcyjny thriller psychologiczny, który wciągnie laików, ale i szalenie zainteresuje fanów gatunku. Trzyma w napięciu od początku do końca, a perfekcyjnie poprowadzona fabuła i znakomicie skonstruowany portret psychologiczny nie pozwoli się oderwać od książki choćby na moment. Polecam gorąco!

Muszę powiedzieć, że mnie osobiście ta książka pozytywnie zaskoczyła. Rozpoczynając lekturę „Kobiety znikąd” nie sądziłam, że będę z takim zaangażowaniem śledziła rozwój wydarzeń. Tymczasem dostałam do ręki książkę, która faktycznie wywołała u mnie dreszczyk emocji i przykuła moją uwagę od pierwszej strony do ostatniej. Autorka bez zbędnych ozdobników opowiada nam ciekawą historię, której rysu tajemniczości dodaje jeszcze narracja prowadzona w dość niebezpośredni sposób(...)Warto zainteresować się tą książką, choćby po to, aby zobaczyć jak na naszych oczach zwykła niepozorna historia zmienia się w trzymający w napięciu thriller.

Pokochałam tę książkę już od pierwszych stron. Wydaje mi się, że to zasługa stylu pisania autorki. Mimo tego, że to thriller psychologiczny, nie musimy się bardzo skupiać, czy dopatrywać drugiego dna. Przez to myślę, że książka powinna się spodobać nawet tym, którzy jeszcze nie odkryli gatunku jakim jest thriller, ale chcą zacząć swoją przygodę z nim. Ta książka na pewno przekona was o tym, że jest on warty poznania. Autorka oczywiście buduje napięcie, stworzyła interesującą fabułę w której znajdziemy bohaterów borykających się z różnymi problemami, a także odkrywa przed nami ich myśli, jednak bardzo przyjemnie czyta się jej książkę, a my jesteśmy wręcz porwani do tego świata, chcemy się dowiedzieć co wydarzy się dalej.

Napisz swoją opinię i oceń książkę

Przedstaw się



Twoja ocena


WYŚLIJ