Powieść obyczajowa
Nie jesteśmy gotowi
KUP TERAZ

Nie jesteśmy gotowi

Meg Little Reilly
1 opinia
TAKŻE JAKO E-book icon
Liczba stron: 352
Oprawa miękka
ISBN: 9788327625632
Premiera: 2017-02-22
Tłumaczenie: Elżbieta Regulska-Chlebowska
Opracowanie graficzne okładki: Robert Dąbrowski

Wielka Burza, która nieodwołalnie zmieniła wszystko!

 

Przeprowadzka z Brooklynu do domu w malowniczej górskiej scenerii Vermontu miała być dla Asha i Pii początkiem nowego życia. Małe miasteczko, piękna przyroda, święty spokój, czyli spełnienie marzeń po latach. Jednak już po trzech miesiącach na horyzoncie, dosłownie i w przenośni, pojawiają się ciemne chmury. Meteorolodzy zapowiadają burze i huragany na niespotykaną skalę. Strach przed kataklizmem ujawnia głębokie podziały w na pozór zgodnej lokalnej społeczności. Poważny kryzys dotyka również małżeństwa Asha i Pii. Poczucie zagrożenia, zamiast łączyć, pogłębia przepaść, z której do tej pory nie zdawali sobie sprawy. 

Następnego dnia obudziliśmy się wcześnie, ale słoneczny sobotni poranek wydawał się zupełnie nieodpowiedni na ponure zadanie, jakim było przygotowanie się na nadejście frontu burzowego. Pia przez parę minut kręciła się po sypialni w stroju Ewy, sprawdzała informacje w telefonie, upinała i rozpuszczała włosy przed lustrem. Miły nastrój wczorajszego wieczoru jeszcze nas nie opuścił, jednak w jaskrawym dziennym świetle pilniejsze stało się zrobienie zapasów.

Zszedłem na dół, włączyłem radio jeszcze przed zaparzeniem kawy, licząc na aktualną prognozę pogody. Nie było żadnych nowych faktów, jednak przez noc w głowach komentatorów wykluło się mnóstwo interpretacji i zarysował się wyraźny podział na dwie grupy. Konserwatywny dziennikarz sugerował, że wszystko to jest częścią większego planu liberałów, który ma doprowadzić do potajemnego sfinansowania badań nad globalnym ociepleniem i zmianami klimatycznymi z funduszy publicznych. Jakiś mędrek z think tanku wyrażał obawy, że prezydent utajnił kluczowe informacje, toteż wzywał do powołania w kongresie komisji śledczej i ujawnienia, jakie sekrety ukrywają Agencja Ochrony Środowiska i NSOM. Pia i ja piliśmy kawę ze słodką śmietanką prosto od krowy, obserwując w telewizji debatę starców, którzy rozważali, jak to wszystko wpłynie na wynik wyborów do kongresu i władz federalnych. Burze zdominowały debatę publiczną, chociaż na razie były tylko hipotetyczne. Dla nas stały się projektem na sobotę.

Wzięliśmy prysznic i wsiedliśmy do samochodu, kierując się do najbliższego sklepu żelaznego, dwadzieścia pięć minut od nas. Tego ranka zdawało mi się, że jest tak, jak miało być. Między nami była bliskość, moja żona uśmiechała się, a krajobraz przypominał dziecięcy obrazek: niebieskie niebo i czerwone stodoły. Opuściliśmy szyby i chichotaliśmy, gdy poczuliśmy zapach obornika. Pia wyznała, że go nie znosi, ale nie może się oprzeć i oddycha głęboko. Z dumą wieśniaka oznajmiłem, że wiejskie zapachy nie tylko mi nie przeszkadzają, ale budzą milion skojarzeń z dzieciństwa – większość prawdziwych, a część wyprodukowanych przez nostalgię. Przechyliła się przez siedzenie i pocałowała mnie w kark, nazywając czule kmiotkiem. Tak zajechaliśmy pod Sklep Żelazny Deweya.

 

– Na pierwszy rzut oka widać, że jesteś chłopakiem z prowincji. – To właśnie powiedziała mi Pia, gdy poznaliśmy się przed dziewięciu laty. Byliśmy na zwariowanym balu kostiumowym w Williamsburgu, przepychałem się w zbitym tłumie półnagich męskich ciał, starając się nie dotykać torsów ludzi blokujących mi dostęp do beczki piwa. Gospodarz, nasz wspólny znajomy, był urodzonym balangowiczem i dilerem amatorem. Na jego przyjęcia przychodzili tłumnie znajomi geje, ale tamto było wyjątkowo wyuzdane. Zważywszy na proporcje, moje szanse poderwania ładnej dziewczyny były większe niż zazwyczaj. Zaryzykowałem i uśmiechnąłem się do nieznajomej. W ten właśnie sposób poznałem Pię. Chwyciła mnie za ramię i pociągnęła do ustronnego miejsca w rogu pokoju.

– Jesteś nietutejszy?! – krzyknęła mi do ucha.

Jej kostium składał się z pędów winorośli owijających zgrabne ciało; plastikowe liście przykrywały wstydliwe miejsca. Cienka zielona taśma łączyła całość.

– Nikt z obecnych nie jest tutejszy – odparłem. – To nie jest prawdziwe miejsce, tylko bal kostiumowy w dzielnicy przebierańców, jaką jest Brooklyn. Maskarada kuglarzy.

Głębia mego pijackiego spostrzeżenia zrobiła na Pii odpowiednie wrażenie, więc nawijałem dalej. Wyjaśniłem, że przeprowadziłem się do Nowego Jorku po skończeniu Akademii Sztuk Pięknych w Amherst, że pracuję jako grafik komputerowy i nie mam zamiaru mieszkać w Nowym Jorku do końca życia. „Brak mi drzew”, stwierdziłem, co jej się spodobało. Kiedy Pia, która studiowała sztukę w Middlebury, dowiedziała się, że jestem ze stanu Vermont, dotknęła mego ramienia i oświadczyła, że „dzika przyroda podoba jej się do szaleństwa”. Opowiedziałem jej o święcie plonów w mojej rodzinnej okolicy, które by jej się spodobało, na co obdarzyła mnie olśniewającym uśmiechem i stwierdziła, że jestem prawdziwym „chłopakiem z prowincji”.

Tej nocy poszliśmy do łóżka. Niepotrzebne były długie namowy i te wszystkie ceregiele. Zabrała mnie do swojego zagraconego mieszkania i całkiem bezwstydnie rozwarła nogi i przyciągnęła moją głowę, jakby dawała mi prezent, na który długo czekałem. W pierwszej chwili miałem ochotę zemdleć i zostać na zawsze w wilgotnej, pachnącej świeżą ziemią jaskini jej ciała, ale wszystko we mnie ożyło. Pia pachniała piżmem, nie perfumowanym mydłem, jak dziewczyny, z którymi sypiałem poprzednio; smakowała słonawo. Była najbardziej sensualną istotą, jaką w życiu widziałem, przyciskała wszystkie moje erotyczne guziczki. Chciałem ją posiąść, zawłaszczyć, pochłonąć, a ona grzała się w cieple mojego pożądania, toteż dopasowaliśmy się idealnie, poczynając od pierwszego szaleńczego aktu seksualnego. Od razu się zorientowałem, że ma zmienne i nieprzewidywalne nastroje, ale to mi nie przeszkadzało. Życie nabrało koloru i smaku, odkąd pojawiła się w nim Pia. Tak się zaczęło, na niewygodnym materacu, pod połyskliwymi chustami udrapowanymi na suficie, w pokoju pełnym książek, na nierzeczywistym Brooklynie. Zostaliśmy parą.

W pierwszym okresie związku z Pią moja pewność siebie brała się głównie z tego, że całkiem niedawno odkryłem, jak duże jest zapotrzebowanie na takich oryginałów jak ja w tym właśnie miejscu i czasie, w kulturze amerykańskiej. Zawsze byłem zbyt wysokim, trochę niezgrabnym chłopakiem, który wolał biegi przełajowe albo lekturę popularnonaukowych pism przyrodniczych od balangowania w gronie rówieśników. W Nowym Jorku byłem postrzegany jako wrażliwy i postępowy fajny facet. Ludziom imponowała nawet moja garderoba: spodnie robociarza, flanelowe koszule i buty górskie. Byłbym wściekły, że mnie tak łatwo szufladkują, gdyby nie zachęcające spojrzenia atrakcyjnych hipsterek.

 

– Wiedziałam, że powinniśmy wyjechać wcześniej – mruknęła Pia pod sklepem.

Parking był zdumiewająco zatłoczony jak na dziewiątą rano w sobotę, ale w najdalszym rogu znaleźliśmy miejsce obok pickupa z wielkimi ubłoconymi kołami. Dwa rzędy dalej kobieta zapinała dwójkę dzieci w fotelikach samochodowych, bagażnik miała wypchany torbami ze sklepu.

– O matko – jęknąłem, gdy weszliśmy do środka. Zwykle panował tu ład i spokój, teraz w alejkach przepychali się klienci z wyładowanymi wózkami, trzymający w rękach listy podobne do naszej.

– Wszystko przez prognozy pogody – powitał nas przy wejściu młody sprzedawca w granatowej firmowej koszulce polo. – Ludzie chcą się przygotować.

Chętnie bym z nim pogadał, mógł być bardzo pomocny, ale Pia już wzięła wózek i stanęła w kolejce. Posuwaliśmy się z tłumem wzdłuż alejek, większość półek świeciła już pustkami, więc trudno było zgadnąć, jakich skarbów dla nas nie starczyło.

– Brezentowych płacht zabrakło o siódmej rano – narzekał jakiś mężczyzna. – O workach z piaskiem lepiej zapomnieć.

Nie było ich na naszej liście, a nagle wydały nam się artykułami pierwszej potrzeby.

Całe sekcje sklepu zostały opróżnione, kupujący przenieśli się więc do pozostałych, poszukując tam rzeczy, które być może mogłyby się przydać. Jakiś człowiek wykupił cały zapas plastikowych sanek, które pozostały z poprzedniej zimy. Zaobserwowałem, jak podchodził do kasy, bardzo z siebie zadowolony.

Jednak nie puste półki i zatłoczony parking zbiły mnie z pantałyku, ale dziwne zachowanie ludzi. Znajdowaliśmy się w samym środku Północno-wschodniego Królestwa, jego mieszkańcy przetrwali wcześniej dziesiątki ekstremalnych załamań pogody. Gradobicia niszczyły im plony, dachy stodół zapadały się pod czapami mokrego śniegu, huragany wyrywały drzewa z korzeniami i siały zniszczenie na farmach. Radzili sobie z każdą klęską żywiołową, wykorzystując to, co mieli w zagrodzie albo pożyczyli od sąsiadów; nigdy, przenigdy nie panikowali. I tym razem to jeszcze nie była panika w całej krasie, ale coś na jej podobieństwo. (Znacznie później mieliśmy się dowiedzieć, jak naprawdę wygląda spanikowany tłum).

Pia zgniotła listę i wetknęła ją do kieszeni dżinsowych szortów. W ten sposób nie da się robić zakupów. Zaczęła naśladować innych i łapała wszystko, co jej wpadło w ręce: rękawice ogrodowe, pudełko długich gwoździ i młotek, trzy elastyczne liny, taśmę do pakowania. Miałem ochotę pohamować jej zapał, ale tak się rozkręciła, że ograniczyłem się do zachowania stoickiego spokoju. Zrobiliśmy w ten sposób rundę po hali, podeszliśmy do kasy i wreszcie opuściliśmy sklep z naręczami plastikowych toreb wyładowanych najdziwniejszymi przedmiotami. Jak Pia powiedziała wczoraj, nie zawadzi przygotować się na każdą ewentualność.

Na dworze spadły na nas pierwsze ciężkie krople deszczu. Temperatura gwałtownie malała.

– Cholera, okna – powiedziałem, przypominając sobie o niezabezpieczonym samochodzie.

Puściliśmy się biegiem w kierunku volva, chcąc uciec przed deszczem, ale niespodziewana burza była szybsza. Wielkie krople zacinały ostro. Zapiekło mnie ucho, biegnąca przede mną Pia zapiszczała głośno. Kiedy wreszcie dopadliśmy do auta, wrzuciliśmy torby na tylne siedzenie, zakręciliśmy okna i skuliliśmy się z przodu, oszołomieni. Otarłem wodę z twarzy i wtedy uświadomiłem sobie, że to już nie deszcz, ale grad. Kulki lodu wielkości piłeczek golfowych bombardowały auta i wystraszonych ludzi. Niebo nad nami było czarne, ale na północy pozostało przejrzyste i jasne. Na trawniku przed zderzakiem leżały dwa ptaki – martwe tyrany, które nie zdążyły uciec na południe; w ich zamrożonych oczach widać było szok lub ból. Miałem nadzieję, że Pia ich nie zauważy.

– O Jezu, to jak biblijne plagi – powiedziała. Miała mokre włosy i dygotała z zimna. Sięgnąłem na siedzenie z tyłu po bluzę, którą tam zostawiłem parę tygodni temu. Włożyła ją i pokręciła z niedowierzaniem głową. Uśmiechnęła się lekko.

– Ash, powinniśmy kupić wszystko zgodnie z planem. Natura nie odpuści.

Też to czułem. Słońce wróciło, ale nie ustąpiło poczucie zagrożenia, które dopadło nas razem z gradem. Trzeba było coś zrobić. Skierowałem samochód do Burlington, gdzie liczba sklepów gwarantowała, że znajdziemy wszystko, czego nam potrzeba, i niezliczone inne przedmioty, które jeszcze przyjdą nam do głowy w związku z nadchodzącym kataklizmem.

Pia roześmiała się, gdy pędziliśmy autostradą.

– Niezła zabawa, co?

– Co takiego?

– Oczekiwanie na koniec świata. To nie powinno być zabawne, a jednak jakoś tam jest.

Wiedziałem, co ma na myśli. Przerwy w dostawie prądu i śnieżne zawieje, które uniemożliwiały przez parę dni normalne życie, zawsze traktowałem jak przygodę. Powrót na krótko do bardziej prymitywnych warunków ma na ludzi taki wpływ. Najważniejszym czynnikiem był tu ograniczony czas i brak ryzyka – pewność, że to tylko chwilowy odskok od rzeczywistości – inaczej zabawa się kończyła. Prognozy meteorologiczne na najbliższy okres brzmiały jednak zbyt niepokojąco, żeby je traktować jak przelotne przygody z przeszłości.

– Pamiętasz tamtą letnią nawałnicę w naszym starym mieszkaniu, gdy przez trzy dni nie mieliśmy elektryczności? – spytała.

– Było niesamowicie. Moja siostra też to często wspomina.

Przed laty, tuż po naszych zaręczynach, przez Nowy Jork przeszedł straszliwy huragan znad oceanu, towarzyszyły mu gwałtowne ulewy. Przez trzy upalne dni w mieście brakowało elektryczności. Akurat przyjechała do nas z Londynu moja siostra ze swoją dziewczyną, trochę się lękałem, jak wypadnie ich pierwsze spotkanie z Pią. Niepotrzebnie, bo Pia zawsze była niezawodna, gdy sytuacja stawała się nieprzewidywalna.

 

Spędziliśmy dwa nudne dni, grając w półmroku w gry planszowe i wypijając całe wino, jakie można było znaleźć w mieszkaniu. Bez klimatyzacji snuliśmy się po nim spoceni i podenerwowani, czekając, kiedy wreszcie życie wróci do normy. Zwłaszcza Pia obijała się po ścianach jak ćma, podejrzewałem, że przy pierwszej okazji przystąpi do działania. Wreszcie przestało padać i Pia natychmiast wyszła z mieszkania. Pobiegła do pobliskiego sklepu po trzydzieści puszek piwa Miller Lite, wystawiła głośniki za okno i obiegła wszystkie okoliczne domy, zapraszając sąsiadów na uliczną prywatkę. Ludzie wyszli z mieszkań, wiele osób przyniosło dodatkowe zgrzewki piwa i zadzwoniło do znajomych, że szykuje się niezła zabawa. Ustawiliśmy tymczasową barykadę z krzeseł i pojemników na śmieci, żeby samochody nie wjeżdżały na ulicę, ktoś napełnił basenik dla dzieci czystą wodą. W ciągu dwudziestu minut na dworze zebrała się setka ludzi, wszyscy gotowi otrząsnąć się z klaustrofobicznego uczucia zamknięcia w czterech ścianach. Wydawało się, że prawdziwy karnawał ulicznych zabaw, jaki nastąpił po ulewach, był spontaniczny i przez nikogo nieinspirowany – nikt nie pamiętał, jak to się zaczęło. A jednak to nieprawda; Pia wywołała go pstryknięciem palców. Dostrzegała w otaczającym świecie potencjał i potrafiła stworzyć coś z niczego. Życie z taką osobą jest przygodą bez granic.

– Jest niesamowita – powiedziała później moja siostra. – Świruska, ale z fantazją. – Pia wywierała takie właśnie wrażenie na ludziach.

 

Jechaliśmy dalej w milczeniu, wspominając tamtą prywatkę i szczególną przyjemność, jaką można znaleźć nawet w obliczu katastrofy.

– Widziałam ptaki – powiedziała cicho Pia. Znowu wyszło słońce. – Martwe. To upiorne: gorąco i nagle grad. Wszystko jest nieprzewidywalne.

Kiwnąłem głową i położyłem rękę na jej gołym kolanie. Nie było tu nic do dodania, więc milczeliśmy. Kiedy się rano obudziliśmy, na zewnątrz było prawie dwadzieścia siedem stopni Celsjusza, teraz termometr na desce rozdzielczej wskazywał szesnaście. Grad, ptaki, spanikowani ludzie. Wszystko wokół było przerażające, łatwiej było skupić się na prostym celu przed nami.

Czterdzieści pięć minut później krążyliśmy po alejkach Home Depot, żartując z nadchodzącej apokalipsy i czerpiąc przyjemność ze swojego towarzystwa.

– Dolar poleci na pysk po Wielkiej Burzy, a wtedy będziemy musieli wrócić do bardziej prymitywnej waluty – powiedziałem, gdy mijaliśmy rząd kosiarek do trawy.

– Jak przyprawy i sfermentowany cydr? – podjęła moją myśl Pia.

– Myślałem o czymś dużo bardziej pierwotnym. Na przykład seks oralny. Można jeszcze użyć ręki zamiast ust, ale to znacznie mniej warte.

Zachichotała głośno, ściągając na siebie spojrzenia innych kupujących. Pia nigdy nie wstydziła się śmiechu (ani łez). Poczułem dumę, że to ja rozbawiłem tę śliczną kobietę.

Kupiliśmy łopatę do odśnieżania, dwie pary roboczych rękawic, taśmę izolacyjną i żel do uszczelniania. Sami nie wiedzieliśmy, po co, ale mieliśmy wrażenie, że jesteśmy aktywni. Ludzie wokół wymieniali przyciszonym głosem uwagi, co może być potrzebne i przy jakiej pogodzie; przyglądałem się im uważnie, też chciałem sprawiać wrażenie zaprawionego w bojach tubylca. Kupowaliśmy to, co oni, miałem nadzieję, że słusznie.

Kilka godzin później, lżejsi o kilkaset dolarów, piliśmy wino na ganku z tyłu domu, otoczeni nabytkami, które miały nam zapewnić bezpieczeństwo. Było to nasze ulubione miejsce. Mieliśmy stąd widok na nieprzystrzyżony trawnik, który rozpływał się w ciemnym lesie. Tu byliśmy u siebie.

Nie pamiętam wnętrz mojego dzieciństwa. Mieszkałem w pięknym wiktoriańskim budynku, większym niż domy moich kolegów, otoczony czułą opieką rodziców, ale trudno mnie było utrzymać w czterech ścianach. Zresztą mama i ojciec uważali, że zabawy na dworze kształtują charakter, więc nas do nich zachęcali. Wybiegaliśmy rano i wracaliśmy wieczorem zziajani, zmarznięci, głodni i podrapani, po czym spaliśmy jak zabici do następnego dnia. Moje rodzeństwo w pewnym momencie zaczęło stawiać opór rodzicielskim metodom wychowawczym, które dzisiaj byłyby uznane za pewną formę zaniedbywania dzieci, ale ja traktowałem je jak najcenniejszy dar aż do czasów liceum. Las był dla mnie synonimem wolności: pełnej, nieograniczanej przez dorosłych, stwarzającej możliwość poznawania świata na własną rękę. W lasach także panował ład, ale nie ten stworzony przez człowieka. Pragnąłem go zrozumieć, zyskać podwójne obywatelstwo: w świecie ludzkim i naturalnym. Swobodne przemieszczanie się między nimi dawało mi poczucie siły. W ten sposób stałem się namiętnym czytelnikiem książek o nauce i przyrodzie. Chciałem poznać wszystkie żyjące na swobodzie gatunki i wyuczyć się subtelnego języka, jakim się między sobą porozumiewają. Chciałem stać się częścią tego skomplikowanego organizmu i być postrzeganym jako swój przez inne stworzenia.

W okresie dojrzewania inne sprawy, ważne dla każdego młodego człowieka, przysłoniły mi ten cel i wreszcie porzuciłem las. Wróciłem do cywilizacji. W tym czasie nie zastanawiałem się nad tym, dopiero później uświadomiłem sobie, że wszystko ma swoją cenę. Jako dorosły człowiek nie odnalazłem już nigdy tego poczucia sensu i przynależności, jakie towarzyszyło mi w dzieciństwie w lasach.

Huśtaliśmy się leniwie na ławeczce, obserwując zachód słońca, Pia z głową na moich kolanach. Znów zrobiło się ciepło, nie było śladu po wcześniejszym gwałtownym gradobiciu.

– Wrzesień nie powinien tak wyglądać. – Pokręciłem głową. Było mi przyjemnie z Pią w ramionach, jednak nie potrafiłem się w pełni zrelaksować.

– Ale jest pięknie – mruknęła bez otwierania oczu. Wierzyła, że piękno ma wartość samą w sobie. – Przypomnij mi, jak właściwie wygląda wrzesień w Vermoncie?

Odgoniłem komara znad jej czoła i zastanowiłem się przez chwilę.

– Sam nie wiem… Zazwyczaj jest zimniej, spokojniej… Słychać wiatr, a nie brzęczenie owadów i odgłosy zwierząt. Czy wiesz, że gdy jako dzieciaki biegaliśmy w Halloween od domu do domu, czasem brodziliśmy w śniegu? A to już za kilka tygodni.

– Wszystko przemija, mój kochany. – Pia otworzyła oczy i dotknęła mojej twarzy. – To przykre, ale nasze dzieci będą rosły w zupełnie innym świecie.

Była to zdumiewająco gorzka refleksja jak na jej ostatnie obsesyjne pragnienie macierzyństwa. Wtedy jeszcze nie podejrzewałem, że jej uwagę zaczęły pochłaniać sprawy dalekie od planów pełnych nadziei.

Książka jest warta przeczytania. Pokazuje nam, jak wspólny cel jednoczy ludzi (choć i są przypadki, że dzieli) oraz, ze nasz bohater to dobry człowiek, który nie waha się pomagać czasem nawet kosztem rodziny.

Chyba nigdy wcześniej nie czytałam książki o takiej tematyce. Uważam, że pomysł na fabułę, bohaterów był naprawdę bardzo trafiony. Z prawdziwą przyjemnością pochłaniałam kolejne rozdziały. Oprócz tego, że czytanie „Nie jesteśmy gotowi” dało mi rozrywkę, to na dodatek zmusiło do myślenia o tym, jak ja bym się zachowywała w obliczu zagrożenia ze strony przyrody… Uważam, że to niezwykle istotne w czasach, gdy ocieplenie klimatu nie jest już jedynie przepowiednią, lecz staje się rzeczywistością. Czy polecę Wam tą książkę? Z czystym sumieniem. Bardzo dobra lektura.

Polecam powieść „Nie jesteśmy gotowi” wszystkim czytelnikom poszukującym niebanalnych powieści poruszających współczesną problematykę. To dobrze napisany utwór, który zmusza czytelników do zastanowienia się dokąd zmierza przyszłość znanego nam świata. 

,,Nie jesteśmy gotowi" to bardzo dobra powieść o potrzebie zakorzenienia się w jednym miejscu, o poszukiwaniu sensu życia, o dorastaniu do macierzyństwa, o poszanowaniu natury, o stłamszeniu w ludziach pierwotnych, biologicznych instynktów, o odpowiedzialności za przyszłe pokolenia. Jak sobie radzić ze strachem? Jak śmiertelne zagrożenie wpływa na intymne aspekty życia? Czy w obliczu wspólnego zagrożenia ludzie potrafią się zjednoczyć? Jeśli szukacie odpowiedzi na te pytania sięgnijcie po książkę Meg Little Reilly.

Tę powieść nie czyta się łatwo, ale lektura jest niezwykle ciekawa i zajmująca. To dobra pozycja po którą warto sięgnąć. Jej treść zmusza do refleksji jak daleko człowiek może się posunąć w ingerencji w przyrodę i naturę. Książka uświadamia nam, że w pewnych sytuacjach jesteśmy słabi jak niemowlęta, a panika bywa zaraźliwa. W momencie zagrożenia łatwo ludźmi manipulować i wykorzystać ich achillesowe pięty. Oby takie prognozy aury były tylko w książkach. Lekturę gorąco polecam nie tylko miłośnikom tego gatunku.

"Nie jesteśmy gotowi" każe nam zastanowić się nad kierunkiem, w którym zmierza świat. Przedstawiona w książce bardzo prawdopodobna wizja rozwoju takiej sytuacji niejako zmusza czytelnika do refleksji nad ludzką naturą. Bardzo udany debiut, który na pewno warto przeczytać.

Napisz swoją opinię i oceń książkę

Przedstaw się



Twoja ocena


WYŚLIJ

singwithme
2017-02-21

„Nie jesteśmy gotowi” to debiut powieściowy Meg Little Reilly. To historia małżeństwa, które w obliczu nadciągającej klęski żywiołowej przechodzi poważny kryzys. Główni bohaterowie powieści „Nie jesteśmy gotowi” Meg Little Reilly to młodzi małżonkowie – Ash i Pia – którzy podejmują decyzję o przeprowadzce z Brooklynu w góry, do Vermontu. Sielska atmosfera, spokój, piękne krajobrazy był...