Thriller / Sensacja / Kryminał
Brama piekieł
KUP TERAZ

Brama piekieł

Bill Schutt, J.R. Finch
brak opinii
Liczba stron: 368
ISBN: 9788327621368
Premiera: 2016-10-12

Jest rok 1944, trwa wojna w Europie i na Pacyfiku.

 

W brazylijskiej głuszy amerykański wywiad wojskowy natrafia na szokujące znalezisko. Pośrodku malarycznych mokradeł tkwi porzucona japońska łódź podwodna, największa, jaką kiedykolwiek wyprodukowano. Kiedy wysłany na miejsce oddział komandosów przepada bez śladu, armia zleca zbadanie sprawy kapitanowi R.J. MacCready’emu, wybitnie utalentowanemu i wszechstronnemu naukowcowi.

W trudno dostępnym, zasnutym wieczną mgłą wąwozie MacCready znajduje tajna bazę i odkrywa szczegóły diabolicznego planu. Państwa Osi pracują nad bronią biologiczną, która ma unicestwić aliantów i zakończyć wojnę. Jednak to nie jedyne zagrożenie – w na pozór rajskiej dżungli czai się zło, które powoli, ale skutecznie niszczy wszystko wokół. Stawką w grze jest zagłada świata, jaki znamy.

Nocą w lesie natura od prawieków urządza loterię, w której można wylosować tylko życie lub śmierć.

Nic więcej.

I nic mniej.

Pół miliarda lat przemykania tam i z powrotem doprowadziło różne szkaradztwa, całe ich imperia ukryte pod naszymi stopami, jedynie do bezmyślnej egzystencji. Umysł tarantuli jest o niewyobrażalnie małą odległość bliski pustki, co jednak nie przeszkadza jej egzystować. Działanie pająka szykującego się do ataku na świerszcza nie jest bardziej przemyślane niż neurologiczne reakcje, pająk nie jest bardziej świadomy samego siebie niż mechaniczne urządzenie wykorzystywane przez Aliantów do złamania szyfrów Osi. Jeśli chodzi o zdolność odczuwania zmysłami, pajęczak dotarł tylko do tego punktu, ani kroku dalej. Ale to mu wystarcza. Pajęczaki wędrowały po tej planecie pięćset milionów lat przed tą chwilą, z której pochodzą pierwsze zachowane w skamielinie ślady ludzkiej stopy. I wciąż tu będą pięćset milionów lat po tym, gdy piramidy obrócą się w pył.

Nawet gdy w polu widzenia pająka coś olbrzymiego poruszyło się w poszyciu lasu, on tylko szykował kończyny i zęby jadowe, przybierając postawę obronną. Intruz zbliżał się z zadziwiającą prędkością, lecz w agresorze, który tym razem stawał się łupem, nie było nic takiego, co można by nazwać zdumieniem czy przerażeniem.

Z kolei ostronosa charakteryzowało coś w rodzaju samoświadomości. Był szczuplejszą, elegantszą wersją amerykańskiego szopa, i choć minione trzy lata żył sam, nie czuł żalu. Artretyczne biodro kazało mu poruszać się wolniej, ale nawet najszybsze reakcje pająka były zbyt przewidywalne. Posiłek ostronosa uniósł się na czterech tylnych kończynach, wystawił zęby jadowe i groźnie wymachiwał przednimi kończynami.

W ciągu pięciu tyknięć stopera konfrontacja rozgorzała i zgasła. Markując cios prawą łapą, ostronos na tyle długo odwracał uwagę pająka, by go zaskoczyć miażdżącym ciosem lewej. Dla ostronosa tarantule były rzadkim i satysfakcjonującym przysmakiem, tak delikatnym, jak żółtko świeżo rozbitego jaja.

W lesie otaczającym niewielką polanę coś patrzyło i czekało.

Ostronos był bardziej niż zwykle skupiony na swoim posiłku, i z tego też powodu mniej ostrożny niż zazwyczaj. Normalnie poczułby lekkie wibracje, usłyszałby, że w otaczającej go plątaninie wina i gałęzi świerszcze zamilkły, nawet delikatna sieciarka znieruchomiała. Na drzewach tylko najmniejsze stworzenia, głównie skoczogonki i roztocza, zauważyły jakąkolwiek zmianę w niewidocznym królestwie kory i liści, czyli w ich świecie. Gdyby były stworzeniami czującymi, zdolnymi się komunikować, wzniosłyby alarm. Ale i one kierowały się mechanicznym instynktem. A zatem czekały w milczeniu i ciemności nocy, aż cienie się poruszą, aż odejdą.

Nieświadomy cieni ostronos powoli kończył posiłek, kiedy rozległy się nowe dźwięki. Był to szum powietrza, a zaraz po nim trzask gałęzi krzewów złamanych przez parę zbliżających się zwierząt. Poruszały się z gracją padających drzew. Były na tyle duże, jak wyczuł ostronos, żeby się nie przejmować niezdarnością ruchów i tym, że zwracają na siebie uwagę. Ostronos wyprostował się i stanął na tylnych łapach pyskiem w stronę dźwięku, próbując ocenić zagrożenie. Nie znał tych zwierząt. Nieostrożne i ociężałe, wydawały z siebie różnorodną sekwencję głosów podobnych do ptasich dźwięków, a równocześnie całkiem do nich niepodobnych. Ostronos poczuł lęk i skok adrenaliny, za to nie czuł już bólu w artretycznej części zadu i łapie. Pozornie bez wysiłku, łapy jakby odbite od trampoliny oddaliły go od zagrożenia i od ostatnich kęsów smakołyku.

Ukryte w drzewach, w odległości, z której mogły zaatakować, cienie czekały w milczeniu. Niemal od godziny śledziły starego ostronosa. Gra, a była to gra w każdym sensie tego słowa, polegała na tym, by podejść do niego możliwie najbliżej, nie strasząc go. Ale nieoczekiwane i nowe dźwięki położyły temu kres.

Więc teraz skupiły się na nowych wyzwaniach.

 

Dwaj żołnierze wyszli na patrol z Bazy Nostromo w świetle dnia, ale w głębi rzecznej doliny promienie słońca nigdy się nie przebijały przez stale obecną otulinę stworzoną z gęstej mgły. Wreszcie zrobiło się prawie całkiem ciemno. Niemal piętnaście godzin zajęło im poszukiwanie spadochronu, a teraz gapili się w górę przez siąpiący deszczyk na białą splątaną płachtę. Materiał zawisł na gałęzi drzewa jakieś dziesięć metrów nad ziemią. Żołnierzom udało się również dojrzeć kamerę i szelki, na których była umocowana.

- Nie mogę się tam wspiąć – powiedział jeden z mężczyzn, wyrzucając do góry ręce. – Zostałem postrzelony w plecy.

- No to świetnie… – Szeregowy Wilhelm Becker zmrużył oczy przed deszczem, wypatrując najniższej gałęzi, która mogła wytrzymać ciężar jego ciała. – W takim razie musisz mnie podsadzić. Wysil się, mam gdzieś twoje plecy.

Szeregowy Karl Fuchs głośno westchnął, potem ciężkim krokiem obszedł pień drzewa, oparł się o niego i złączył dłonie.

- Właź – powiedział z wyraźnym brakiem entuzjazmu.

Becker stanął na złączonych dłoniach kolegi i chwycił się rosnącej horyzontalnie gałęzi, która znajdowała się tuż nad jego głową. Zwinnie zamachnął się nogami, obrócił i usiadł na konarze, łapiąc oddech. W nieustającym upale i wilgoci nawet najprostszy fizyczny wysiłek zamieniał się w mozolny trud, a człowiek zalewał się potem.

- Już sobie robisz przerwę? – kąśliwie spytał Fuchs.

W odpowiedzi Becker wstał. Jedną ręką trzymając się pnia, udawał, że drugą rozpina rozporek.

- Otwórz szeroko gębę, Karl! – zawołał, ale został zignorowany, więc nie zwlekając już, ostrożnie ruszył po drabinie gałęzi.

Fuchs przez zmrużone oczy wpatrywał się w gęstwinę lasu. Poczuł mdłości, więc by je odegnać, zapalił papierosa. Pamiętał swoje pierwsze wrażenie, kiedy zobaczył to miejsce, z tą jego dziwną, nigdy niewznoszącą się mgłą. Stał wtedy na pokładzie Nostromo po, jak mu się wydawało, nieskończenie długiej podwodnej podróży.

Jego pierwszą myślą było, że taka mgła spodobałaby się tylko Poemu, i szybko odkrył, że nie jest w tym osamotniony.

- Jeśli tak wygląda Londyn – szepnął jego przyjaciel Auerbach – to ten tłusty skurwiel Churchill może go sobie zatrzymać.

Nie, to nie był Londyn. Ani nic takiego, czego mógłby się spodziewać.

Fuchs przekonywał sam siebie, że przydział na ogromny japoński okręt podwodny będzie początkiem fantastycznej podróży w stylu Jules’a Verne’a. Niedługo po krótkim postoju w Peenemünde zaczęły krążyć plotki o tajemniczej bazie w tropikach, co tylko rozbudziło jego wyobraźnię. Już widział idylliczną lagunę otoczoną białym piaskiem i palmami. No i oczywiście motyle, czerwone i niebieskie, metalicznie połyskujące, wirujące na bezchmurnym niebie. O wojnie nie było mowy.

Kiedy jednak wyszli z parnego i wilgotnego brzucha Nostromo, Fuchs zobaczył innych mężczyzn, oficerów i ich podwładnych, którzy stali w milczeniu. Dwadzieścia metrów dalej widniał las. Zdawało się, że otaczał statek ze wszystkich stron. Rzadkie prześwity w nieprzeniknionej mgle odsłaniały gęsto rosnące drzewa. Wizja motyli rozpłynęła się, zastąpiona wizją drzew, które niczym zakapturzeni wartownicy wyciągały kościste ręce, przebijając się przez mgłę.

Fuchs myślał, że już nie może być gorzej niż w ciasnocie i zaduchu kabin okrętu podwodnego. Stwierdzenie, że jest takie miejsce na ziemi, gdzie można się czuć bardziej osaczonym niż we wnętrzu Nostromo, znaczyło wiele, zwłaszcza po tym, gdy ich siostrzany statek, Demeter, osiadł na mieliźnie i w kabinach załogi Nostromo stłoczyła się podwójna liczba żołnierzy. Ale jakimś cudem to przykryte mgłą odludzie wydawało się jeszcze bardziej klaustrofobiczne, a śmierdzące zgniłymi jajami bagna (to był metan, jak go poinformowano) tylko zwiększały irytację.

Demeter... Cholera, czy może przypadkiem gdzieś istnieje jakiś fikcyjny statek o tej samej nazwie? – myślał Fuchs. - Ale czemu mieliby nazwać…?

- Karl! - Szeregowy Becker wspiął się na drzewo wystarczająco wysoko, by sięgnąć ręką po kamerę. - Mógłbyś mi tu poświecić, na rany Boga?

Kamera, która przypominała olbrzymie mechaniczne oko, zwisała ze splątanego płótna.

- Wygląda na to, że jest cała! – zawołał Becker.

- Dobra wiadomość – odparł zadowolony Fuchs. Nikt przy zdrowych zmysłach nie miałby ochoty powiedzieć doktorowi Sänger owi, że nie znalazł jego cennej kamery albo że rozbiła się na kawałki.

Stojąc pod baldachimem drzew, czuł rosnący niepokój. Las ożył nocnymi dźwiękami, nakładającym się na siebie świergotem, brzękami i trzaskami, a wszystko to na tle nieprzerwanego bzyczenia moskitów. W pewnym momencie Fuchsowi zdawało się, że czuje dziwne, ledwie wyczuwalne wibracje w okolicy kręgosłupa i żeber. Ale wrażenie minęło równie szybko, jak się pojawiło, więc je zlekceważył, próbując myśleć o czymkolwiek innym.

Gdy po raz pierwszy wyszedł na brzeg, starał się opanować lęk, usiłując zidentyfikować nocne dźwięki. Niestety wysiłek, by poznać coś, czego nie rozumiał, skończył się tylko upokorzeniem. Uległ błędnej sugestii, że mechaniczne puk-puk, które słyszeli wszyscy żołnierze na patrolu, to stukanie dzięcioła.

- Fuchs, kto słyszał dzięcioła w nocy? – spytał Vogt z ironią. Był Scharführerem, czyli sierżantem SS. – To była żaba, głupku.

Fuchs bagatelizująco wzruszył ramionami, ale jego twarz poczerwieniała.

- Brzmiało jak dzięcioł, sierżancie.

Kilku innych obecnych także było przekonanych, że słyszeli dzięcioła, ale oczywiście przytaknęli Vogtowi i udawali, że są mocno ubawieni tak oczywistą pomyłką durnego kolegi.

Nagły powrót puk-puk, bezosobowy i zaskakujący, sprowadził Fuchsa do rzeczywistości, do nocnych odgłosów. Zdawało się, że mgła osiadła nieco niżej niż kilka minut wcześniej.

- Puk-puk! – zawołał w ciemność, rozświetlając mgłę latarką. – Puk-puk – powtórzył, nie dbając o to, czy Willy go słyszy i znów będzie z niego kpił.

Na moment zamilkł i otarł przedramieniem pot z czoła.

Potem las mu odpowiedział.

Fuchs znieruchomiał. Jego „puk-puk” doczekało się odzewu w postaci serii muzycznych tonów, niemal metalicznych, niepodobnych do niczego, co dotąd słyszał. Choć „słyszał” to niewłaściwe słowo. Miał wrażenie, jakby dźwięki przenikały przez jego ciało.

Co, do cholery? Skąd one się biorą? – zachodził w głowę.

Okręcił się, promień światła latarki przesuwał się po gałęziach, cienie przemykały wśród liści.

- Zdawało mi się – mruknął do siebie Fuchs, po czym znów zawołał w ciemność: - Puk-puk!

Jednak tym razem odpowiedziały mu tylko zwykłe nocne dźwięki i bębnienie deszczu, który padał coraz mocniej. Poświecił w górę, ale światło nie sięgało daleko, bo mgła jeszcze bardziej zgęstniała.

- Willy, słyszałeś? – zawołał nerwowo. – Brzmiało jak…

- Tylko nie mów, że to dzięcioł – odparł Becker. – Nieważne. Mam kamerę Sängera. Spuszczę ci ją.

- Dobra, dawaj. Pośpiesz się! – zawołał Fuchs.

Z góry dobiegł go dźwięk poruszanej gałęzi. Willy w końcu odczepił kamerę, pomyślał Fuchs. Bardzo się ucieszył, że wreszcie zakończyli zadanie i wrócą do obozu.

Na jego ramię spłynął pojedynczy liść.

Raptem Fuchs usłyszał głośny trzask. Coś spadało z drzewa, jakby celowało prosto w głowę Fuchsa. Jednak w porę odskoczył, więc to coś nie rozbiło mu czaszki. Coś, czyli kamera, która spadała w częściach. Z tej większej ciągnęła się naświetlona klisza.

- Jezu Chryste! Willy, zniszczyłeś ją! – krzyknął Fuchs. – Kto to wytłumaczy Sängerowi i pułkownikowi? Bo ja nie! – Gdy nie otrzymał żadnej odpowiedzi, zawołał nerwowo: - Willy?!

Fuchs zdał sobie sprawę, że las umilkł, jakby osaczająca mgła połknęła wszystkie dźwięki. Nawet brzęczenie moskitów ucichło, podobnie jak bębnienie deszczu. Ta cisza była równie alarmująca, jak wybuch granatu.

Fuchs zadrżał, chwycił karabinek automatyczny MP-43 i przypiął latarkę do lufy. Drżącymi rękami odbezpieczył broń i mrużąc oczy, spojrzał w górę.

- Willy? Willy, złaź stamtąd! – zawołał.

Odpowiedziała mu cisza.

Gdy wychwycił leciutki szelest za plecami, gwałtownie się odwrócił. Latarka była niemal bezużyteczna. Jeśli to w ogóle możliwe, mgła jeszcze bardziej zgęstniała i odbijała światło, oślepiając Fuchsa. Pięć metrów od niego świat zmieniał się w bezkształtną poświatę.

- Kto idzie? – Znów cisza. - Do diabła, Willy! – zawołał wysokim i skrzekliwym głosem.

Oparł się plecami o pień i zadrżał, kiedy coś uszczypnęło go pod lewą łopatką.

Co ja teraz zrobię? – pomyślał, ale nim znalazł odpowiedź, ciszę przerwała jakaś wibracja. Fuchs poczuł drgania w klatce piersiowej, rękach, nogach i głowie. Zadzwonił zębami, czując się tak, jakby ktoś przeszywał go wzrokiem. Przepełniło go przerażenie, jakiego nigdy dotąd nie zaznał.

Znów coś go uszczypnęło, tym razem mocniej i z obu stron naraz. Myśl, która dopadła Fuchsa, była instynktowna i nieodparta: To nie wyobraźnia, to się dzieje naprawdę.

Uciekaj stąd! – nakazywał sobie w duchu, jednak zatrzymało go trzecie uszczypnięcie.

- ODPRĘŻ SIĘ!

Natychmiast się uspokoił. Coś zaczęło drgać w jego głowie, penetrując tak głęboko, jakby to były promienie rentgena, jakby w jakiś sposób to tajemnicze „coś” metodycznie włączało i wyłączało kolejne obszary jego mózgu. I tak działo się naprawdę.

- SPOKOJNIE…

- Kto…

- ODPRĘŻ SIĘ.

- …tam jest?

Uwolnione w mózgu endorfiny działały tak kojąco, że omal nie sparaliżowały Fuchsa. W jego umyśle pojawił się obraz matki. Podlewała tłustą gęś na Boże Narodzenie, odwracając się do syna z uśmiechem.

- Gdzie… gdzie jesteś? – zawołał w mgłę.

- SPOKOJNIE - zdawała się mówić matka, a jej spokój wibrował w jego ciele jak kołysanka.

Nieludzkie.

Ta myśl dotarła do Fuchsa z głębi podświadomości, a jego serce zaczęło walić.

- Czego chcesz? – dopytywał się przerażony.

- SPOKOJNIE - padła odpowiedź gdzieś z głębi, i Fuchs poczuł, że mięśnie lewej ręki się rozluźniają. Ugryzienie w tę rękę było na tyle bezbolesne, by je wziąć za ukłucie kolcem jakiegoś krzewu.

Już w porządku, pomyślał. Znów zobaczę moją rodzinę. Wrócę do domu.

Próbował się uśmiechnąć, ale tylko prawa strona górnej wargi lekko się uniosła, po czym znieruchomiała.

Jego usta zdawały się szybko wypełniać. Wypełniać się…

Fuchs zaczął się osuwać wzdłuż pnia.

Wszystko w porządku, pomyślał.

Czas mu się wymykał.

Karabinek wypadł z mokrych rąk. Fuchs usiłował go podnieść, ale broń była zbyt śliska, nie mógł jej utrzymać w dłoniach. Po omacku szukał maleńkiego krzyżyka, który schował w kieszeni bluzy, a jego palce oplótł łańcuszek.

Głowa przechyliła mu się na bok, Fuchs upadł. Nie mógł dojrzeć swojego karabinka.

- Mamo? – szepnął, choć każdy, kto byłby przy tym obecny, usłyszałby całkiem coś innego.

- SPOKOJNIE - padła odpowiedź.

Potem znów po raz ostatni:

- ODPRĘŻ SIĘ.

Fuchs odpowiedział jękiem, który przeszedł w dławiący mokry kaszel. Zdawało mu się, że z bardzo daleka słyszy plaśnięcie, jakby coś spadło na ziemię. Wrócił szeregowy Becker.

Ale to się nie liczyło, bo pojawiły się nowe sygnały. I nie było w nich nic odprężającego ani uspokajającego.

- GŁODNY.

- NIE RUSZAJ SIĘ.

Próbował unieść ręce i odkrył, że ciało go nie słucha, nie potrafi już słuchać poleceń mózgu.

Krzyk Fuchsa z początku przypominał gulgot przy płukaniu gardła, ale szybko rósł w siłę, nawet kiedy poczuł gorący oddech na twarzy. W odpowiedzi stworzenia przestały się posilać, cofnęły się, by nadstawić uszu, przekrzywiając głowy. Jedno z nich na chwilę straciło koncentrację przez mały srebrny przedmiot, który upadł w błoto.

Teraz Fuchs widział ich twarze – ich ciekawość, oczy błyszczące jak czarne kulki do gry. Jedno ze stworzeń syknęło na niego. Potem, przez chwilę, krzyk szeregowca nabrał mocy i brzmiał czysto, coraz to głośniej i głośniej niósł się w noc, aż zginął we mgle.

„Brama piekła” to naprawdę udana powieść, która w lekkim stylu łączy historyczne fakty, piekło wojny i przygodową scenerię w pełnej akcji i zagadek fabule. Autorzy wykonali tutaj kawał dobre roboty sięgając po informacje z przeszłości (jak chociażby niezrealizowane plany podbojów Trzeciej Rzeszy) i splatając z fikcją. (...) Co ciekawe na powieści nie ciążą żadne gatunkowe ograniczenia. Nie odrzuci zatem tych, którzy nie znoszą historii wojennych czy sensacyjnych, a spodoba każdemu, kto ma ochotę na lekką, rozrywkową literaturę środka. Czytelnik nie znajdzie tu żadnych ważkich tematów i głębi, ale solidną, dynamiczną zabawę z porcją emocji i bez nudy. Dlatego też polecam Waszej uwadze.

„Brama piekieł” to gatunkowy miszmasz – odrobina sensacji z domieszką kryminału, a całość doprawiona dreszczykiem. Muszę przyznać, że takie połączenie mogło okazać się za ciężkie, jednak autorom udało się nadać powieści lekkości, dzięki czemu taka mieszanka nie męczy czytelnika. Przeciwnie- sprawia, że fabuła nabiera kolorytu, a liczne zwroty akcji o coraz to nowe tropy podsuwane czytelnikowi pod nos sprawiają, że bez wahania dajemy się wciągnąć w ten świat. (...) „Brama piekieł” to książka idealna dla tych, którzy szukają barwnej opowieści z dreszczykiem. Powieść czysto rozrywkowa, bez refleksyjnych tendencji. 

„Brama piekieł” miło mnie zaskoczyła i sprawiła, że spędziłem przyjemny czas z książką. Powieść doskonale łączy elementy fantastyczne, historyczne i przygodowe. R. J. MacCready potrafi wzbudzić sympatię i jego kolejne losy śledzimy z zapartym tchem. Język autorów jest dosadny i barwny, co za tym idzie sprawiający, że książkę czyta się lekko i szybko. Zakończenie potrafi zaskoczyć i zapaść na długo w pamięci po zakończeniu czytania. Gorąco polecam.

Książka przyciąga wzrok mroczną okładką i ciekawym tytułem. Czyta się ją bardzo szybko. Wartka akcja i cięty dowcip, to na pewno atuty tej powieści. Wraz  z głównym bohaterem pogrążamy się w wilgotnej, mglistej dżungli, gdzie z każdej strony czyha na nas niebezpieczeństwo nie tylko ze strony ludzie, ale i istot, które od zawsze żyły w tym miejscu. (...) Myślę, że mogę jak najbardziej polecić ten tytuł na długie listopadowe wieczory. Z przyjemnością sięgnę też po kontynuacje, bo podobno trwają nad nią pracę.

"Brama piekieł" to bardzo udana powieść łącząca cechy kilku gatunków literackich. Zawiera elementy sensacji, przygody, horroru i historii. Ciekawie poprowadzona fabuła, dynamiczna akcja, atmosfera wojennego koszmaru, tajne projekty i nieznane zagrożenie sprawiają, że trudno jest się oderwać od lektury. Na uwagę zasługują kreacje bohaterów, których łatwo jest nam sobie wyobrazić, z którymi możemy się utożsamić. Interesujące są nawiązania do prawdziwych wydarzeń i ludzi z okresu II wojny światowej: ośrodka doświadczalnego w Peenemünde, niemieckiej Flugkapitän Hanny Reitsch czy Eskadry lotniczej "Leonidasa". Ale o oryginalności powieści świadczy przede wszystkim niezwykłe połączenie naukowych teorii z literacką fikcją. Dzięki temu powstała świetna historia mająca znamiona autentyczności.

"Brama piekieł" to jeden z lepszych thrillerów jakie ostatnio przeczytałam. Przeraża, zaskakuje, mrozi krew w żyłach. Jest bardzo klimatyczny. Ukazuje potęgę natury. To książka, która spodoba się fanom gatunku. Uważam, że przypadnie do gustu także tym, którzy lubią ciekawe historie nawiązujące do tematu II wojny światowej w kwestii broni biologicznej. Nie polecam natomiast osobom, które mają ochotę na coś lekkiego i przyjemnego. Raczej nie jest to dobra lektura dla czytelników wrażliwych na opisy samoistnego rozlewu krwi, robactwa i tym podobnych. Wszystkich innych, którzy chcą przeczytać coś dobrego, zachęcam do lektury.

Mieszanka thrillera, kryminału i sensacji, udanie przyrządzona i atrakcyjnie podana. Doskonała na wieczór czytelniczy, kiedy w ramach dobrej zabawy z książką w ręku, potrzebujemy nieco dreszczyku, niepokoju i grozy. Chętnie uczestniczymy w intrygującej przygodzie, wypełnionej ciekawymi wydarzeniami, nietuzinkowymi sytuacjami, zaskakującymi zwrotami akcji, mniej lub bardziej czarnymi bohaterami. A wszystko w egzotycznej scenerii, brazylijska dżungla, dzikie zwierzęta, niebezpieczne plemiona, trudno dostępne jaskinie, wiecznie zamglone wąwozy, kilkusetmetrowe urwiska skalne, pełne życia mokradła. I jeszcze coś niezidentyfikowanego, niepokojącego, obserwującego z ukrycia, czającego się, czyhającego na człowieka. 

W trakcie lektury pytania i wątpliwości mnożą się w szybkim tempie. Przeczytaj koniecznie! Jeśli lubisz przygody i dreszcz strachu wieczorem, ta lektura będzie jak znalazł. Wciąga "żywcem" i nie puszcza do ostatniej strony. Polecam każdemu. "Brama piekieł" to książka warta każdej minuty poświęconej na jej przeczytanie. Wejdź do tej bramy, a nie pożałujesz!

Napisz swoją opinię i oceń książkę

Przedstaw się



Twoja ocena


WYŚLIJ