Dla młodzieży
Nie poddawaj się
KUP TERAZ

Nie poddawaj się

brak opinii
Liczba stron: 512
ISBN: 9788327620705
Premiera: 2016-10-12

Ulubiony książkowy bohater znanej z „Fangirl” Cathy powraca z własną historią.

 

Simon Snow rozpoczyna właśnie ostatni rok nauki w Szkole Czarodziejów w Watford. Nie żeby przez ostatnie kilka lat jakoś bardzo się podszkolił – wciąż słabo radzi sobie z różdżką, w dodatku nieustannie coś podpala albo sam wybucha. Na domiar złego porzuca go dziewczyna, a jego mentor nie daje znaku życia. Simon zupełnie nie wie, dlaczego akurat on uznawany jest za najpotężniejszego czarodzieja, skoro każde z jego życiowych przedsięwzięć to porażka.

Ale gdy w Świecie Magów zaczyna wrzeć, Simon musi sprostać wyzwaniu i zapanować nad sytuacją. Nie pomaga przeczucie, że Baz, jego współlokator, a zarazem największy wróg, prawdopodobnie knuje coś za jego plecami.

 

„Nie poddawaj się” to powieść o magii, duchach, miłości i tajemnicy. Jest w niej tyle pocałunków i sekretów, ile można się spodziewać w książce Rainbow Rowell, autorki „Fangirl”, ale pojawia się tu znacznie więcej wampirów i innych potworów.

Rainbow Rowell

Rainbow Rowell pisze powieści dla młodzieży i dla dorosłych. Absolwentka Uniwersytetu Nebraska, swoją karierę literacką zaczynała w redakcji gazety „Omaha World-Herald”, gdzie miała własną kolumnę. W czasie wolnym od pisania czyta komiksy i planuje wycieczki do krainy Disneya. Mieszka z mężem i dwoma synami w Nebrasce. Jej powieści „Fangirl” oraz „Eleonora i park” podbiły serca młodych czytelników w Polsce i na świecie.

Simon

                                

            Latem nie pozwalam sobie na myślenie o Watford.

            Po pierwszym roku, kiedy miałem jedenaście lat, myślałem o szkole przez całe wakacje. O wszystkich poznanych w niej ludziach: o Penelope, o Agacie, o Magu. O wieżach i o terenie szkoły. O podwieczorkach, o puddingach i o magii. O tym, że sam jestem magiczny.

            Do wyrzygu rozmyślałem o Watfordzkiej Szkole Czarodziejów. Śniłem o niej na jawie, aż w końcu zaczęło mi się wydawać, że to tylko marzenie, kolejna fantazja dla zabicia czasu.

            Taka jak wtedy, gdy marzyłem, że pewnego dnia zostanę piłkarzem albo że moi prawdziwi rodzice po mnie wrócą. Tata okaże się piłkarzem, a mama jakąś superszpanerską top modelką. Wyjaśnią mi, że musieli mnie oddać, bo byli jeszcze za młodzi na dziecko, no i chodziło o ich karierę. „Ale zawsze zatobą tęskniliśmy, Simonie”, powiedzą. „Szukaliśmy cię”. A potem zabiorą mnie do swojej posiadłości.

            Piłkarska posiadłość… Czarodziejska szkoła z internatem…

            W świetle dnia jedno i drugie wydawało się bzdetem. (Zwłaszcza komuś, kto budzi się w sali z siedmioma innymi sierotami).

            Pierwszego lata zdążyłem zrobić ze wspomnień o Watford marmoladę, a jesienią przyszły dokumenty i pieniądze na bilety, z załączonym liścikiem od samego Maga.

            To była rzeczywistość. To wszystko działo się naprawdę.

            Dlatego właśnie następnego lata, po drugim roku w Watford, w ogóle nie pozwoliłem sobie na myślenie o magii. Odciąłem się od tamtego świata, wcale za nim nie tęskniłem ani o nim nie marzyłem.

            Doszedłem do wniosku, że jeśli Świat Magów ma wrócić, to niech pojawi się we wrześniu jako wielki prezent-niespodzianka. (Wrócił. Jak dotąd zawsze wracał).

            Mag powtarzał, że może kiedyś pozwoli mi spędzić lato w Watford, a może nawet zabierze mnie ze sobą tam, gdzie znikał na całe wakacje. Potem jednak doszedł do wniosku, że lepiej dla mnie będzie, jeśli przez część roku będę mieszkał z Normalnymi, aby nie zapomnieć języka i nie zgłupieć: „Niech trudy naostrzą twój miecz, Simonie”.

            Sądziłem, że ma na myśli mój Miecz Magów, ale w końcu uświadomiłem sobie, że chodziło mu o mnie.

            To ja jestem mieczem, mieczem Maga – tyle że nie mam pewności, czy wakacje w domach dziecka naostrzą mój miecz. Jak dotąd tylko zaostrzają mój głód i to przez nie mam tak wielki apetyt na Watford jak… jak na życie.

            Baz i inni jego pokroju, czyli ci ze starych, bogatych rodzin, uważają, że nikt nie rozumie magii tak jak oni. Myślą, że tylko im można ją powierzyć.

            Nikt jednak nie kocha magii bardziej niż ja. Żaden z innych czarodziejów – nikt z mojego roku ani ich rodzice – nie wie, jak to jest żyć bez magii.

            Tylko ja wiem.

            I zrobiłbym wszystko, żeby zawsze do niej wracać.

 

            Staram się nie myśleć o Watford z dala od szkoły, jednak tego lata było to prawie niemożliwe.

            Po tym wszystkim, co się wydarzyło w zeszłym roku, nie mogłem uwierzyć, że Mag w ogóle zauważył coś tak banalnego jak koniec semestru. Kto przerywa wojnę, żeby wysłać dzieciaki do domu na wakacje?

            Poza tym nie jestem już dzieciakiem. Z prawnego punktu widzenia mógłbym opuścić dom dziecka w wieku szesnastu lat i poszukać sobie mieszkania, na przykład w Londynie. (Byłoby mnie stać. Mam cały worek złota krasnali – wielki marynarski worek, który znika, jeśli spróbuje się go przekazać innym czarodziejom).

            Mag jednak odesłał mnie do nowego domu dziecka, jak zwykle. Nadal przesuwał mnie jak pionek po szachownicy, jakby nic mi nie groziło. Jakby Szarobur nie mógł mnie po prostu zawezwać, czy co tam zrobił mnie i Penelope pod koniec ostatniego semestru.

            – Może cię zawezwać? – spytała Penny, gdy tylko zdołaliśmy się od niego uwolnić. – Nawet przez wodę? To niemożliwe, Simonie. Bezprecedensowe.

            – Następnym razem, kiedy zawezwie mnie jak narąbanego wiewiórdemona, to mu nawrzucam!

            Penelope miała pecha, bo w czasie zawezwania akurat trzymała mnie za rękę, więc poleciała razem ze mną. Ucieczkę zawdzięczamy wyłącznie jej refleksowi.

            – Simonie – oświadczyła tamtego dnia, gdy w końcu wracaliśmy pociągiem do Watford. – To poważna sprawa.

            – Wiem. Rozgryzł mnie. Nawet ja nie umiem się rozgryźć, a Szaroburowi się udało.

            – Dlaczego tak mało o nim wiemy? – irytowała się. – Jest taki…

            – Podstępny – podpowiedziałem. – Podstępny Szarobur i w ogóle.

            – Przestań się wygłupiać. To naprawdę poważna sprawa.

            – Wiem, Penny.

            W Watford Mag nas wysłuchał, upewnił się, że nic nam nie jest, po czym nas odesłał. Po prostu pozbył się nas ze szkoły.

            Bez sensu.

            Przez to oczywiście spędziłem całe lato na myśleniu o Watford, o wszystkim, co się zdarzyło i co mogło się zdarzyć, i o tym, co było do stracenia… Nieustannie się zamartwiałem. Nie pozwoliłem sobie na rozważania o tym, co dobre, bo tęsknota za dobrymi rzeczami może doprowadzić człowieka do szaleństwa.

            Mam w głowie listę wszystkiego, za czym najbardziej tęsknię, ale nie wolno mi o niej myśleć, dopóki nie znajdę się najwyżej godzinę od Watford. Wtedy przeglądam punkty jeden po drugim. To trochę przypomina powolne zanurzanie się w zimnej wodzie, ale na odwrót, bo zanurzam się w czymś naprawdę dobrym, więc nie doznaję gwałtownego szoku.

            Zacząłem układać tę listę w wieku jedenastu lat. Chyba powinienem wykreślić z niej kilka punktów, ale to trudniejsze, niż mogłoby się wydawać.

            Teraz jestem mniej więcej godzinę od szkoły, więc odtwarzam listę w głowie i opieram czoło o okno w przedziale.

 

To, czego mi najbardziej brakuje z Watford:

 

Nr 1 – Babeczki z wiśniami

 

Wcześniej nigdy nie jadłem babeczek z wiśniami, tylko takie z rodzynkami, nic eleganckiego. Kupowało się je w sklepie, a potem zbyt długo siedziały w piekarniku.

            W Watford, jeśli ktoś chce, może codziennie jeść świeżo upieczone babeczki z wiśniami na śniadanie, a potem na podwieczorek. Jadamy podwieczorek w jadalni, po lekcjach, przed kółkami zainteresowań, piłką nożną i odrabianiem lekcji.

            Zawsze chodzę na podwieczorek z Penelope i Agathą, ale z naszej trójki tylko ja wybieram babeczki.

            – Kolacja za dwie godziny, Simonie – upomina mnie Agatha, chociaż opycham się już od tylu lat.

            Kiedyś Penelope próbowała policzyć, ile babeczek zjadłem od początku nauki w Watford, ale w końcu jej się odechciało.

            Nie potrafię odmówić sobie babeczek. Są miękkie, lekkie i minimalnie słonawe. Czasem mi się śnią.

 

Nr 2  – Penelope

 

            To miejsce na liście kiedyś należało do rostbefu, jednak kilka lat temu postanowiłem ograniczyć się do jednego artykułu spożywczego. W przeciwnym razie lista zamieniłaby się w piosenkę o jedzeniu z Olivera!, a mnie skręciłoby z głodu.

            Może powinienem zaklasyfikować Agathę wyżej niż Penelope. Agatha to moja dziewczyna, ale Penelope wcześniej trafiła na listę. Zakumplowała się ze mną podczas pierwszego tygodnia w szkole, na lekcji magicznych słów.

            Nie wiedziałem, co myśleć o Penelope, gdy ją poznałem – pucołowatą dziewczynkę o jasnobrązowej skórze i jaskraworudych włosach. Nosiła kanciaste okulary, takie, jakie się zakłada, przebierając się za wiedźmę na balu kostiumowym, a jej prawą rękę obciążał olbrzymi fioletowy pierścień. Próbowała pomóc mi z zadaniem, a ja chyba tylko się na nią gapiłem.

            – Wiem, że nazywasz się Simon Snow – powiedziała. – Mama mówiła, że cię tu zastanę. Jej zdaniem jesteś bardzo potężny, pewnie potężniejszy ode mnie. Jestem Penelope Bunce.

            – Nie wiedziałem, że ktoś taki jak ty może mieć na imię Penelope – odparłem głupkowato. (Wszystko, co mówiłem w tamtym roku, było głupie).

            Penelope zmarszczyła nos.

            – A jak „ktoś taki jak ja” powinien mieć na imię? – spytała.

            – Czy ja wiem? – Naprawdę nie wiedziałem. Znane mi dziewczyny, które były do niej podobne, miały na imię Saanvi albo Aditi, no i na pewno nie były rude. – Saanvi?

            – Ktoś taki jak ja może mieć dowolne imię – oświadczyła.

            – A – mruknąłem. – No tak, przepraszam.

            – I może robić, co chce, ze swoimi włosami. – Potrząsnęła rudym kucykiem i ponownie skupiła się na zadaniu. – Niegrzecznie jest się gapić, wiesz? Nawet na przyjaciół.

            – Jesteśmy przyjaciółmi? – zapytałem ze zdumieniem.

            – Przecież pomagam ci w lekcjach, prawda?

            Owszem. Właśnie pomogła mi skurczyć piłkę nożną do rozmiarów szklanej kulki.

            – Myślałem, że mi pomagasz, bo jestem tępy – powiedziałem.

            – Wszyscy są tępi – zauważyła. – Pomagam ci, bo cię lubię.

            Okazało się, że niechcący zmieniła kolor włosów podczas wypróbowywania nowego zaklęcia, ale rude się jej spodobały i nosiła je przez cały pierwszy rok. W następnym roku sprawiła sobie niebieskie.

            Mama Penelope jest Hinduską, a tata Anglikiem. To znaczy, oboje są Anglikami – hinduska rodzina mieszka w Londynie od wieków. Penelope powiedziała mi później, że rodzice kazali jej unikać mnie w szkole.

            – Mama mówi, że nie wiadomo, skąd tak naprawdę pochodzisz, i że możesz być niebezpieczny.

            – Dlaczego jej nie posłuchałaś? – zapytałem.

            – Bo nie wiadomo, skąd tak naprawdę pochodzisz, Simonie! I możesz być niebezpieczny!

            – Nie masz ani grama instynktu samozachowawczego.

            – Poza tym było mi ciebie szkoda – dodała. – Odwrotnie trzymałeś różdżkę.

            Każdego lata tęsknię za Penny, chociaż powtarzam sobie, że nie powinienem. Mag upiera się, żeby nikt nie pisał ani nie dzwonił do mnie podczas wakacji, jednak Penny i tak udaje się ze mną skontaktować. Kiedyś opętała staruszka w sklepie, tego, który ciągle zapomina włożyć sztuczną szczękę, i przemówiła przez niego. Miło było wysłuchać, co u niej, jednak wytrąciło mnie to z równowagi, więc poprosiłem, żeby więcej tego nie robiła, chyba że w nagłym wypadku.

 

Nr 3 – Boisko do piłki nożnej

 

            Nie gram w piłkę nożną tak często jak kiedyś. Jestem za słaby, żeby wzięli mnie do szkolnej reprezentacji, a poza tym zawsze wplątuję się w jakiś spisek czy dramat albo jestem na misji dla Maga. (Naprawdę trudno pilnować bramki, kiedy cholerny Szarobur może cię zawezwać w każdej chwili, jeśli tylko najdzie go ochota).

            Czasem jednak gram, a boisko jest idealne, ze wspaniałą trawą. To jedyna płaska część terenu szkoły. Nieopodal rosną drzewa, rzucające przyjemny cień, w którym można usiąść i oglądać mecze.

            Baz gra w reprezentacji, naturalnie. Gnojek.

            Na boisku jest taki sam jak gdziekolwiek indziej: silny, pełen wdzięku i kurewsko bezlitosny.

 

Nr 4 – Szkolny mundurek

 

            Wciągnąłem go na listę, kiedy miałem jedenaście lat. Musicie zrozumieć, że kiedy dostałem mundurek, po raz pierwszy włożyłem na siebie coś, co pasowało. Po raz pierwszy miałem marynarkę i krawat. Nagle poczułem się wysoki i elegancki – dopóki do naszego pokoju nie wszedł Baz, o wiele wyższy ode mnie i bardziej elegancki od wszystkich.

            Nauka w Watford trwa osiem lat. Na pierwszym i drugim roku uczniowie noszą marynarki w paski – dwa odcienie fioletu i dwa odcienie zieleni – a do tego ciemnoszare spodnie, zielone swetry i czerwone krawaty. Na szóstym roku trzeba chodzić w słomkowym kapeluszu kanotierze. W gruncie rzeczy dają go tylko po to, żeby sprawdzić, czy uczeń zdoła prawidłowo rzucić zaklęcie Ani drgnij i utrzymać kapelusz na głowie. (Penny zawsze mi pomagała. Gdybym sam je rzucił, pewnie musiałbym spać w tym cholerstwie).

            Każdej jesieni, gdy wchodzę do naszego pokoju, czeka na mnie nowy mundurek. Leży na łóżku, czysty, wyprasowany i idealnie dopasowany, bez względu na to, jak bardzo się zmieniłem czy urosłem podczas wakacji.

            Starsi uczniowie, czyli teraz i ja, noszą zielone marynarki z białymi lamówkami, a do tego opcjonalnie czerwone swetry. Peleryny też nie są obowiązkowe. Nigdy żadnej nie zakładam, bo wyglądałbym jak debil, ale Penny je lubi. Mówi, że czuje się w nich jak Stevie Nicks.

            Podoba mi się mundurek, a także świadomość, że będę w nim chodził codziennie. Nie wiem, co zrobię w przyszłym roku, kiedy skończę Watford.

            Przyszło mi do głowy, że mógłbym wstąpić do Magmenów. Mają własne uniformy, trochę jak Robin Hood łamany przez wywiad brytyjski MI6. Mag jednak uważa, że to nie moja ścieżka.

            Tak właśnie do mnie przemawia. „To nie twoja ścieżka, Simonie. Inne jest twoje przeznaczenie”.

            Chce, żebym był inny niż reszta, żebym uczył się indywidualnie i brał udział w specjalnych lekcjach. Pewnie nawet nie pozwoliłby mi chodzić do szkoły w Watford, gdyby nie był dyrektorem i nie uważał, że tu jestem najbezpieczniejszy.

            Gdybym spytał Maga, co mam nosić po ukończeniu Watford, zapewne wystroiłby mnie jak superbohatera.

            Nikogo nie będę pytał, w co się ubierać po skończeniu szkoły. Mam osiemnaście lat i sam o siebie zadbam.

            Albo Penny mi pomoże.

 

Nr 5 – Mój pokój

 

            Powinienem powiedzieć „nasz pokój”, ale dzielenia go z Bazem akurat mi nie brakuje.

            Na pierwszym roku w Watford dostaje się własny pokój i współlokatora, a potem nie ma mowy o przeprowadzce. Nie trzeba pakować rzeczy ani ściągać plakatów.

            Dzielenie pokoju z kimś, kto od jedenastego roku życia próbuje mnie zabić, jest… no cóż, beznadziejne.

            Może Tygiel miał wyrzuty sumienia (nie dosłownie, wątpię, żeby Tygiel był szczególnie wrażliwy), lokując mnie z Bazem, bo dostaliśmy najlepszy pokój w Watford.

            Mieszkamy w Domu Mimów, na skraju terenu szkoły. Ten kamienny budynek ma trzy i pół piętra, a nasz pokój znajduje się na samej górze, w czymś w rodzaju wieżyczki z widokiem na fosę. W wieżyczce mieści się tylko jeden pokój, ale jest większy niż reszta uczniowskich kwater. Poza tym kiedyś mieszkali tu nauczyciele, więc mamy nawet własną łazienkę.

            Szczerze mówiąc, dzielenie łazienki z Bazem nieszczególnie mnie męczy. Baz spędza tam całe poranki, ale jest czysty. Nie lubi, kiedy dotykam jego rzeczy, więc nie trzyma ich na widoku. Penelope twierdzi, że w naszej łazience pachnie cedrem i bergamotką. To na pewno zasługa Baza, bo zdecydowanie nie moja.

            Zdradziłbym wam, jak Penny udaje się wkraść do naszego pokoju – dziewczynom nie wolno wchodzić do domów chłopców i vice versa – ale nadal tego nie wiem. Może to dzięki pierścieniowi. Raz widziałem, jak użyła go do otwarcia jaskini, więc wszystko jest możliwe.

 

Nr 6 – Mag

 

            Mając jedenaście lat, dodałem do listy Maga, a potem wielokrotnie myślałem o tym, żeby go z niej skreślić.

            Na przykład na szóstym roku, kiedy praktycznie przez cały czas mnie ignorował. Za każdym razem, gdy próbowałem z nim porozmawiać, twierdził, że akurat robi coś ważnego.

            Nadal tak czasem mówi i ja to rozumiem. Jest dyrektorem, ale nie tylko. Przewodzi Kowenowi, więc w praktyce rządzi całym Światem Magów. Zresztą nie jest moim ojcem ani nikim bliskim.

            Ale jednocześnie nie mam nikogo bliższego.

            Mag pierwszy przybył, żeby spotkać się ze mną w Normalnym Świecie i wyjaśnić mi (a przynajmniej spróbować), kim jestem. Nadal troszczy się o mnie, czasem nawet nie zdaję sobie z tego sprawy. A gdy już znajdzie dla mnie czas, naprawdę rozmawiamy i wtedy mam wrażenie, że stoję na solidnym gruncie. Lepiej się czuję, kiedy Mag jest w pobliżu, lepiej mi się myśli. W jego obecności niemal kupuję to, co zawsze mi powtarzał – że jestem najpotężniejszym czarodziejem w dziejach Świata Magów i że moja moc to coś dobrego, a przynajmniej kiedyś tak będzie. Że w końcu się pozbieram i rozwiążę więcej problemów, niż spowoduję.

            Mag jest też jedyną osobą, której wolno kontaktować się ze mną latem.

I zawsze pamięta, że mam urodziny w lipcu.

 

Nr 7 – Magia

 

            Nie chodzi mi o moją magię, bo ona jest ze mną zawsze, i szczerze mówiąc, niespecjalnie mnie to pociesza.

            Z dala od Watford tęsknię za obecnością magii, tej zwykłej magii wokół mnie. Brakuje mi ludzi rzucających zaklęcia na korytarzach i na lekcjach, a także przesuwania po stole w jadalni półmiska kiełbasek tak, jakby był podwieszony na drutach.

            Świat Magów właściwie nie jest odrębnym światem – nie mamy miast, nie mamy nawet dzielnic. Czarodzieje zawsze żyli wśród zwykłych ludzi. Zdaniem mamy Penelope tak jest bezpieczniej, bo dzięki temu nie oddalamy się zbytnio od reszty świata. Podobno kiedyś wróżki zmęczyły się bliskością ludzi, na kilka wieków powędrowały do lasów, a potem nie mogły odnaleźć drogi powrotnej.

            Watford to jedyne miejsce, w którym niespokrewnieni czarodzieje mieszkają razem. W zwykłym świecie jest co prawda kilka magicznych klubów towarzyskich i organizacji, odbywają się ich doroczne zebrania i tak dalej, ale tylko w Watford wszyscy są razem przez cały czas. Dlatego właśnie pod koniec nauki na wyprzódki łączą się w pary. Penny twierdzi, że jeśli nie spotka się małżonka w Watford, można do śmierci żyć samotnie albo w wieku trzydziestu dwóch lat skończyć jako uczestnik wycieczek dla singli po Magicznej Brytanii.

            Nie wiem, czym Penny w ogóle się przejmuje. Od czwartego roku ma chłopaka w Ameryce. (Przyjechał na wymianę do Watford). Micah gra w baseball, a jego twarz jest tak symetryczna, że można by na niej przywoływać demony. Kiedy Penny jest w domu, rozmawiają na wideo czacie, a w czasie roku szkolnego Micah pisze do niej niemal codziennie.

            – Tak, ale to Amerykanin, a oni inaczej podchodzą do małżeństwa – mówi Penny. – Może mnie rzucić dla jakiejś ładnej, zwyczajnej dziewczyny, którą pozna w Yale. Mama twierdzi, że tak skończy nasza magia. Wykrwawi się przez nieprzemyślane amerykańskie małżeństwa.

            Penny cytuje swoją mamę równie często, jak ja cytuję Penny.

            Obie mają paranoję. Micah to porządny facet. Ożeni się z Penelope i pewnie zechce zabrać ją ze sobą. To właśnie tym powinniśmy się przejmować.

            Tak czy inaczej…

            Magia. Latem tęsknię za magią.

            Kiedy jestem sam, magia jest czymś osobistym, moim ciężarem i sekretem. W Watford jest powietrzem, którym oddychamy. Dzięki niej staję się częścią większej całości, a nie odszczepieńcem.

 

Nr 8 – Ebb i kozy

 

            Zacząłem pomagać Ebb, pasterce kóz, na drugim roku w Watford i po pewnym czasie wypas kóz stał się moim ulubionym zajęciem. (Z czego Baz nieustannie się nabijał). Ebb to najmilsza osoba w Watford, młodsza od nauczycieli i zdumiewająco potężna jak na kogoś, kto postanowił poświęcić życie opiece nad kozami.

            – A co moc ma do rzeczy? – spytałaby Ebb. – Wysokich ludzi nie zmusza się do gry w kubłówkę.

            – Masz na myśli koszykówkę?

            (Przez życie w Watford jest trochę oderwana od rzeczywistości).

            – Wszystko jedno. Nie jestem żołnierzem i nie wiem, czemu miałabym zarabiać na życie walką tylko dlatego, że umiem komuś przywalić.

            Mag mówi, że każdy z choćby odrobiną magii jest żołnierzem. Jego zdaniem to właśnie było niebezpieczne w starej sztuce – czarodzieje beztrosko dbali tylko o siebie i robili, na co mieli ochotę, traktując magię jak zabawę czy coś, co im się należy, a nie coś, co należy chronić.

            Ebb nie ma psa pasterskiego, tylko laskę. Potrafi zawrócić całe stado jednym machnięciem dłoni. Zaczęła mnie uczyć, jak wycofywać kozy jedną po drugiej, jak sprawić, by jednocześnie poczuły, że za bardzo się oddaliły. Pewnej wiosny nawet pozwoliła mi pomóc przy porodzie.

            Teraz brak mi czasu na towarzystwo Ebb, ale zostawiłem ją i kozy na liście rzeczy, za którymi tęsknię, po to, żeby przez chwilę o nich pomyśleć.

 

Nr 9 – Ukryty Las

 

            Powinienem usunąć go z listy.

            Pieprzyć Ukryty Las.

 

Nr 10 – Agatha

 

            Może Agathę też powinienem wykreślić.

 

            Jestem coraz bliżej Watford. Za kilka minut znajdę się na stacji. Ktoś ze szkoły po mnie przyjedzie.

            Zawsze zostawiałem sobie Agathę na koniec. Przez całe wakacje o niej nie myślałem, pozwalałem sobie na to dopiero w pobliżu Watford. W ten sposób nie musiałem przez lato utwierdzać się w przekonaniu, że jest zbyt idealna, żeby być prawdziwa.

            Teraz jednak… Sam nie wiem, może Agatha jest zbyt idealna, żeby być prawdziwa, przynajmniej dla mnie.

            W ostatnim semestrze, tuż zanim Szarobur porwał mnie i Penny, widziałem Agathę z Bazem w Ukrytym Lesie. Chyba wyczuwałem wcześniej, że coś ich łączy, ale nigdy nie sądziłem, że ona mnie zdradzi, że przekroczy tę granicę.

            Nie miałem czasu porozmawiać z Agathą po tym, gdy zobaczyłem ją z Bazem. Byłem zbyt zajęty – najpierw mnie porwano, potem trzeba było uciec. Nie mogłem też porozmawiać z nią latem, bo wtedy z nikim nie wolno mi rozmawiać, a teraz sam nie wiem… Nie wiem, kim jest dla mnie Agatha.

            Nie wiem nawet, czy za nią tęskniłem.

Świetnie bawiłam się przy tej książce, szybko się wciągnęłam i bardzo szybko mi się ją czytało. Cieszę się, że Rainbow Rowell wpadła na pomysł, aby poświęcić osobną książkę bohaterom stworzonym na potrzeby Fangirl. Simon i Baz zdecydowanie prosili się o własną powieść.

Rowell, choć na swój sposób, porusza w książce temat akceptacji i tolerancji. Początkowo robi to dość niewinnie, bo pokazuje, jak wzajemnie potrafią żyć różne stworzenia: magowie, wróżki, elfy i inne stwory. Później przechodzi do tych konkretów, które najbardziej poruszają czytelników. Autorka ukazuje bowiem nie tylko miłość niebezpieczną, ale i, proszę państwa, miłość pary homoseksualnej. W swojej magicznej książce, Rainbow przekazuje wartościowe treści, na swój sposób uczy akceptacji i radzenia sobie z sytuacją. Pokazuje, jak nie wiele trzeba, by stać się innym od reszty, ale za razem jak wiele , by samemu taki stan rzeczy zaakceptować. Mówi o tym, że by czasem coś otrzymać, trzeba wiele stracić. W tym przypadku ceną jest miłość. I magia. Nie zapominajmy o magii.  
A wszystko to stworzyła w dość prosty i zabawny sposób, który sprawił, że choć mimo niezbyt udanego początku, książka stała się dobra. 

„Nie poddawaj się. Wzlot i upadek Simona Snowa” to przesycona czarem, niepowtarzalną atmosferą i pełna uroku opowieść o sile przyjaźni, niespodziewanej miłości oraz wyjątkowych czarodziejach i innych magicznych stworzeniach, w której nie brakuje charakterystycznego humoru autorki i zaskakującego wątku miłosnego. Amerykańska autorka serwuje swoim czytelnikom nietuzinkową historię pełną magii, tajemnic i nieoczekiwanych zwrotów, która świetnie się sprawdzi w roli lekkiej i niezobowiązującej lektury. Pozycję tę z pewnością docenią miłośnicy niepowtarzalnego pióra Rainbow Rowell oraz entuzjaści fantastyki.

Podczas lektury innych recenzji tej powieści, spotkałam się z określeniem, że jest to podróbka Harry'ego Pottera lub też jego marna parodia. Fakt, jakieś podobieństwa są, ale niech ktoś wymyśli mi coś nowego, inspirowanego światem Rowling, ale żeby było to jednocześnie oryginalne. I co, wcale to nie jest takie proste, prawda? Uważam więc, że jak na inspirację, to książka i tak cieszy się sporą oryginalnością.
(...) Weź tę książkę i pomyśl o niej jak o przygodzie, nowej przygodzie w zupełnie nowym świecie magii

Nie poddawaj się, to lekka i przyjemna powieść, która porusza nie tylko temat magii, ale także trudny temat homoseksualizmu. To książka na kilka wieczorów, bo jednak 500 stron to już mały grubasek, prawda? Myślę, że każdy fan Rainbow Rowell powinien przeczytać tę pozycję.

Książka jest genialną powieścią o miłości, przyjaźni, duchach, tajemnicach i zagadkach. Pojawiają się w niej czarodzieje, wampiry i inne istoty nadprzyrodzone. Uwielbiam czytać takie historie, które sprawiają, że zaczynam żyć i myśleć o zupełnie innym świecie. Uwielbiam tą książkę i jestem pewna, że do niej kiedyś wrócę, tak samo jak do "Fangirl."

Jeżeli polubiliście "Fangirl", to "Nie poddawaj się" jest lekturą obowiązkową. Myślę jednak, że opowieść radzi sobie również całkiem nieźle jako odrębna całość. Ja zaś chętnie poczytałabym jeszcze o wzlotach i upadkach Simona i Baza, nawet jeśli to wszystko jest w pewnym sensie "guilty pleasure", jak wszystkie fanfiki zresztą. Ale nie szkodzi, moi drodzy. Podobno najważniejsza jest przyjemność z lektury, a jej braku z pewnością "Nie poddawaj się" nie można zarzucić

„Nie poddawaj się” niestety nie wyląduje na półce z moimi ulubionymi tytułami, ani takimi, które będę chciała ponownie przeczytać za jakiś czas (choć „Harry’ego” czytałam kilka razy). Może dlatego, że nie przepadam za ‘fanfiction”. Ale jeśli Wy je lubicie, to zdecydowanie polecam Wam sięgnąć po ten tytuł. Będzie to przygoda pełna magii, którą już znacie i miłości, której wielu Czytelnikom brakowało.

Jestem pod wrażeniem świata wykreowanego przez autorkę. W tej książce pojawia się absolutnie wszystko chochliki, wampiry, czarodzieje, szkoła z internatem i zaklęcia. Każdy detal został dokładnie przemyślany i dopracowany na ostatni guzik. A oprócz tego możecie spodziewać się dużej dawki kłamstw, zdrad, miłości, namiętności i przede wszystkim przyjaźni. Nic dodać, nić ująć, tylko czytać! "Nie poddawaj się" to powieść, którą bardzo szybko się czyta, choć ma ponad pięćset stron. Historia Simona i jego przyjaciół to nietuzinkowa i szalona przygoda, jaką na pewno chcecie przeżyć, wiec nie zastanawiajcie się długo, tylko biegnijcie do księgarni po swój egzemplarz.

Nie poddawaj się okazało się dla mnie zaskoczeniem. W pewnych momentach pozytywnym, a w innych negatywnym. Świat przedstawiony, jaki wykreowała Rainbow Rowell był dość ciekawy, jednak żałuję, że nie mogłam poznać go lepiej. Z początku myślałam, że w mojej końcowej ocenie ta historia będzie musiała zmierzyć z tą, którą zdążyłam pokochać już dawno. Jednak wiecie co? Postanowiłam nie patrzeć na Nie poddawaj się przez pryzmat Harry'ego Pottera, bo to dwie odrębne i zupełnie inne historie.

Muszę zwrócić uwagę na humor, którego w książce było sporo. Szczególnie trafiał do mnie czarny humor Baza, ale dialogi między Bazem a Snowem często sprawiały, że śmiałam się na głos. Czasmi były dla mnie po prostu urocze. Książka jest dla mnie idealna. Chciałabym przeczytać więcej. Dalszą część. A to coś znaczy. Koniecznie sięgnijcie po "Nie poddawaj się". Obiecuję niesamowite przeżycia! Każda chwila z tą książką będzie dla Was czystą przyjemnością...

Kolejny raz, Rainbow Rowell pokazała, że potrafi pisać i to bardzo dobrze a jej wyobraźnia nie zna granic. Ostrzegam, że w pewnych momentach powieść przypomina Harrego Pottera, bo przecież jest na nim wzorowana, jednak nie jest to aż tak bardzo widoczne. (...) Moim zdaniem Nie poddawaj się, to świetna powieść młodzieżowa z magią w tle. Jest mądra, jest dojrzała i po prostu wciągająca. Uczu i bawi, a czy tego nie wymaga się od takich powieści?

Fabuła jest bardzo ciekawa i pomysłowa a perypetię Simona bardziej ją urozmaicają i wzbogacają. Kreacja głównego bohatera jest niesamowita i moim zdaniem genialnie zaprezentowana, ze wszystkimi psychologicznymi odnośnikami i wewnętrznymi dylematami. Ciekawym zabiegiem było ułożenie tak przebiegu perspektywy zdarzeń, że autorka podzieliła książkę na części, a każdą z nich na krótkie rozdziały, w których to dany bohater (Penelope, Baz, Lucy , Agatha, Simon..) opisują kontekst z własnej, subiektywnej perspektywy. Daje to możliwość w czucie się i zapoznanie, ale i wyważeniem swojego stosunku do postaci.

Lekturę polecam dla każdego bez względu na wiek. Nieważne czy jesteś mężczyzną czy kobietą, jeśli lubisz magię, przygodę, sekrety i tajemnice to lektura dla Ciebie. Jeśli pociąga Cię fantastyczny świat śmiało ją kup i czytaj. To idealna pozycja dla tych, którzy lubią wielowymiarowe błyskotliwe historie z odrobiną uczuć. Ta książka udowadnia, że dzięki takim pisarzom jak Rainbow Rowell świat baśni nie zamyka się dla dorosłych. Polecam na każdą pogodę za oknem, na zły nastrój i relaksujące popołudnie czy wieczór. Uwaga: tę książkę trudno się odkłada w trakcie czytania i w pełni działa zasada "jeszcze jeden rozdział, jeszcze jeden rozdział przeczytam...

Tym razem lekkość stylu Rowell wraz z jej niezobowiązującym łączeniem cech charakteru, zdecydowanie był jedną z największych zalet powieści. Bardzo lubię powieści z wątkami magii i jest to mój ulubiony dział fantastyki, co zawsze łagodzi końcowy efekt, ale tym razem tylko go wzmocniło. Moim zdaniem Nie poddawaj się jest najlepszą powieścią autorki, którą miałam okazję przeczytać i na pewno jedną z tych, które trafią na listę najlepszych powieści tego roku. Polecam miłośnikom fantastyki, Harry'ego Pottera, magii, no i oczywiście samej autorki!

Zawsze w książkach Rowell cenię sobie lekkość pisania, co przyczynia się do czerpania przyjemności z czytania. Cenię sobie również kreację postaci, zabawne dialogi i klimat, jaki autorka tworzy w swoich powieściach. To wszystko również w tej powieści jest jak najbardziej na plus.

"Nie poddawaj się" jest przyjemną, choć niewymagającą lekturą. Ma kilka wad, lecz jej zdecydowaną zaletą jest płynna akcja i zabawne dialogi. Jeśli macie ochotę zapoznać się z tą pozycją, to najpierw radziłabym przeczytać "Fangirl", gdyż wprowadzi Was ona w świat Simona Snow i sprawi, że nie będziecie się czuć bardzo zagubieni.

„Nie poddawaj się” uwiodła mnie pod wieloma względami, ale przyniosła ze sobą także pewną dozę rozczarowania. Rainbow Rowell po raz kolejny udowadnia lekkość pióra i umiejętność do kreowania niesamowitych postaci. Wszystko wskazuje jednak na to, że po prostu preferuje jej “poprzednie wydanie” a nie powieści fantastyczne. Czy żałuję lektury? Absolutnie nie - zwłaszcza przez wzgląd na Baza&Simona.

Mogłabym napisać, że jest to jak dotychczas moje ulubione i najlepsze jakie czytałam fanfiction. Ale jako, że nie jest to fanowski wytwór, ale zabawny zabieg autorki, to napiszę, iż "Nie poddawaj się" jest książką kompletną, którą warto przeczytać, choćby dla spędzenia fajnie czasu. Ja ją Wam polecam bardzo gorąco i przestrzegam - nie osądzajcie jej jako plagiatu Harry'ego, ponieważ podobieństwa to tylko podstawy, rozwinięcie to inna, bardzo przyjemna bajka.

"Nie poddawaj się" czytało mi się przyjemnie, a autorce nie raz udało się mnie zaskoczyć zwrotami akcji, czy też samym zakończeniem, które robi wrażenie. Polubiłam bohaterów jej powieści, a także sam styl, który jak zwykle u Rowell jest lekki i niewymagający, ale za to miły w odbiorze. Jestem świadoma, że nie będzie to dobra lektura dla każdego. Wiem, że są osoby, dla których podobieństwa do innych książek o czarodziejach mogą wydawać się zbyt rażące, a wątki homoseksualne trochę przeszkadzać. Ja nie miałam z tym problemu, chociaż przyznam, że niektóre inspiracje były zbyt widoczne. W każdym razie, mi się książka spodobała

"Nie poddawaj się" to książka w stylu Rowell - nieskomplikowana, przyjemna, pełna dynamicznych dialogów i trochę ironiczna, kiedy trzeba. Autorka kieruje ukłon w stronę fanów Harry'ego Potter'a, bo motyw tej historii przejawia się na każdym kroku przygód Simona. Bez wątpienia jest to książka przesiąknięta po brzegi optymizmem, poczuciem humoru i dobrą zabawą - trochę na bazie uproszczonej powieści fantasy, a trochę na bazie typowej historii miłosnej. Myślę, że dla niedowiarków będzie to idealna książka na rozpoczęcie przygody z twórczością autorki. 

Osobiście uważam powieść za świetną. Nie rozumiem dlaczego ludzie tak bardzo marudzą i uważają to za beznadziejną podróbkę książek Rowling. Moim zdaniem wcale tak nie jest. Jeśli jesteście maniakami HP, którzy uważają, że nie ma powieści lepszej od tej historii, to chyba lepiej odpuście sobie Nie poddawaj się. 

Nie poddawaj się to interesująca powieść, z którą spędzicie parę miłych godzin. Świat Simona Snowa porwie Was w magiczną wędrówkę po Szkole Watford. Myślę, że czytelnicy będą usatysfakcjonowani lekturą. Fani Harry'ego Pottera i gatunku fantasy znajdą w tej powieści mnóstwo ciekawych wątków. 

Nie poddawaj się to książka, w której nie brak akcji, intryg i miłości, która czasami potrafi zaskoczyć. Od pierwszej chwili pokochałam ten magiczny świat i bohaterów wraz z ich potyczkami słownymi, które momentami potrafiły rozłożyć mnie na łopatki. Ta historia bardzo mi się spodobała i muszę przyznać, że Rainbow Rowell wykonała kawał dobrej roboty. Myślę, że książka powinna się spodobać tym, którzy szukają czegoś lekkiego i wciągającego na długie godziny. Gorąco polecam. Zdecydowanie warto poznać historię Simona i Baza.

Pomimo wielu wad i gorszych momentów, książka naprawdę bardzo mi się podobała, tak jak każda która wyszła z pod pióra Rowell. Jestem wielką fanką jej twórczości i jej styl zawsze mnie zachwyca i oczarowuję. „Nie poddawaj się”, polecam wszystkim tym, których Simon zachwycił już w powieści „Fangirl”, fanki fanfiction również będą zadowolone nie wspominając o zagorzałych fanach Rainbow Rowell. 

Styl piania autorki w dalszym ciągu jest niesamowicie lekki i niezwykle przyjemny, przez co strony podczas czytania uciekają w dość szybkim tempie. Dialogi, które pojawiają się pomiędzy bohaterami są niezwykle ciepłe i chwilami zabawne, co wręcz uwielbiam w książkach Rainbow. Ma świetne wyczucie sytuacji oraz poczucie humoru, które dodaje wiele uroku jej powieściom. Pomysł na powieść okazał się tym razem genialny i bardzo dobrze wykreowany. 

jeżeli jesteście fanami Fangirl i podobały Was się fragmenty ze Snowem i Bazem to polecam Wam tę książkę. Jeżeli za to, tak ja mi, średnio się ona podobała to nic nie stracicie nie czytając tego. A Ci co nie czytali Fangirl i Ci co chcieliby zobaczyć jak autorka poradziła sobie z powieścią fantazy, niech spróbują. Na pewno miło spędzicie z tą powieścią czas, bo czyta się ją lekko i przyjemnie, dodatkowym plusem jest zmienna narracja. Dlatego sami przekonajcie się czy to książka dla Was czy nie.

Nie poddawaj się mnie zaskoczyło, bo niby ma tyle tych minusików… a mimo wszystko podoba mi się, chcę więcej. Wydaje mi się, że to zasługa stylu Rowell, który po prostu do mnie trafia. (...) Książkę mogę polecić… hmmm… z pewnością tym z Was, którzy nie maja nic przeciwko fanfic’om. Nie poddawaj się spodoba się zapewne też osobom, który przypadła do gustu Fangirl

Jeśli nie lubicie young adult ficion, nie polubiliście Rowell a tym bardziej Fangirl, to ta książka najprawdopodobniej również nie przypadnie wam do gustu. Natomiast jeżeli nie spełniacie tych warunków, to gwarantuję wam, iż nie zawiedziecie się lekturą Nie poddawaj się. Mamy tu Wybrańca, który nie nadaje się do bycia Wybrańcem, jego odwiecznego wroga, który okazuje się być kimś więcej, podejrzanego Mistrza, Dziewczynę starającą się uwolnić z narzuconych na siebie więzów oraz wiele wiele mrocznych tajemnic czekających tylko na ich odkrycie. Powieść niezwykle przyjemna i wciągająca. Gwarantuję, że złapie za serce każdą fangirl. Gorąco polecam!

Nie poddawaj się to niezwykle ciepła opowieść o przyjaźni, magii i tajemniczych zagadkach. Znajdziemy tu interesujących bohaterów, niebanalną fabułę oraz cudowny klimat, dzięki któremu możemy przemienić się w czarodziejów. Nie jest to pozycja z szybką akcją, lecz na pewno nie można się przy niej nudzić. Dla osób, które lubią się pośmiać i czytać fanficki, jest to powieść idealna. Prosty język i podział na rozdziały sprawia, że czyta się niezwykle szybko, ale też z uśmiechem na twarzy. Idealna lektura dla młodzieży w szare i deszczowe dni! 

Rainbow Rowell jest lubiana w Polsce i jej książki według mojej skromnej opinii są poprawne. „Nie poddawaj się” jest napisane lekko i przejrzyście, tak jak „Fangirl”. Bohaterowie są szablonowi, bardzo prości, według mnie bardzo przewidywalni. Charakteryzują ich konkretne cechy osobowości, które przekładają się na ich uczucia i wyrażanie własnego zdania. Książka nie jest zła, ale mnie nie zaskoczyła niczym. Czytało mi się ją szybko i mogę ją zaliczyć do tego typu książek, które nie wymagały ode mnie większego zaangażowania się w powieść. Rowell pisze wprost do swojego czytelnika, bez głębszych refleksji. Myślę, że książka przypadnie do gustu jej czytelnikom i znów będą mogli wrócić do opowieści, które mogli zaczerpnąć w pierwszej powieści gdzie pojawia się bohater Snow.

Generalnie książka bardzo mi się podobała. Trzeba ją czytać z przymrużeniem oka, bo nie wierzę, żeby tu wszystko było pisane na serio, chociażby zaklęcia. Przy okazji tej powieści okryłam, że jestem mentalnym młodziakiem, ale co się dziwić - mam kota w nagłówku. Mam małe marzenie - aby autorka napisała kolejną część. Kupię nawet za ostatnie pieniądze, bo ubawiłam się niezmiernie i na pewno przeczytam ją jeszcze nieraz

Mimo, że nie jestem największą fanką Rainbow Rowell i w każdej jej książce znajdę coś, co mi się nie spodoba, to miło było wrócić na chwilę do jej książek. Autorka pisze lekko i przyjemnie, a jednocześnie potrafiła połączyć to ze skomplikowaną fabułą i to w ciekawy sposób. Nie ukrywam, że historia mnie wciągnęła i ciężko mi było odłożyć tę książkę!
Historia jest łatwa w odbiorze i nieco ironiczna, ale, co najważniejsze, mimo wielu podobieństw do innych lektur zawiera dużo swojego i to wystarcza, żeby się maksymalnie wciągnąć. Jeśli jesteś fanem/fanką Rainbow Rowell lub lubisz książki z gatunku YA/fantasy to "Nie poddawaj się" będzie dla ciebie idealna!

Naprawdę dobrze napisana książka – totalny must have dla każdego fana, a raczej fanek, które uwielbiają związki oczywiste nie tylko w fanfiction. Mnóstwo magii, potworów, wampirów i innych tworów. Dzieje się wiele, jest naprawdę barwnie i momentami robiło mi się niesamowicie ciepło na serduchu. Lubię takie książki. Nie czyta im się dla akcji, ale to nadal coś świetnego. Idealna na jesienny wieczór.

Nie poddawaj się można oceniać na dwa różne sposoby: traktując jako samodzielną powieść lub jako dzieło pochodne i dodatek do Fangirl. Zdecydowanie książka lepiej wychodzi jako dodatek do Fangirl – wówczas świadomość formy wspiera fabułę i rodzą się ciekawe powiązania. Ale jako samodzielny twór też się broni, a jego największą wadą zdaje się… brak poprzednich siedmiu tomów. Faktem jest, że Rainbow Rowell pozostaje i w tej książce Rainbow Rowell, a to gwarancja świetnej mieszanki romansu, mocnych postaci i tej cudnej, ulotnej lekkości, która objawia się nie tylko w bardzo obrazowym i przystępnym stylu pisania pisarki. Książka idealna do walki z jesiennym Szarobure

Napisz swoją opinię i oceń książkę

Przedstaw się



Twoja ocena


WYŚLIJ