Dla młodzieży
Jesień motyli
KUP TERAZ

Jesień motyli

Andrea Portes
brak opinii
Liczba stron: 304
ISBN: 9788327621542
Premiera: 2016-10-05

Jak powstrzymać od latania kogoś, kto ma skrzydła…?

 

Willa Parker, sześćset czterdziesta szósta mieszkanka małego miasteczka w stanie Iowa, wkrótce ma rozpocząć nowy rozdział życia. Sławna matka, kierując się własnymi ambicjami, postanowiła wysłać ją do elitarnej szkoły dla dziewcząt.  Ale spokojnie, to nie potrwa długo. Przecież Willa nie zamierza zostać na dłużej ani w nowej szkole, ani w ogóle na tym świecie.

Znajomość z Remy sprawia, że Willa zmienia zdanie. Remy jest jak kolorowy motyl. Bogata, ekstrawagancka, robi, co chce i gdzie chce. Willa po raz pierwszy czuje, że nie jest całkiem sama. Zafascynowana, daje się wciągnąć w szaleństwo luksusu i zakazanych rozrywek.

Ale Remy na własne życzenie zaczyna tracić kontrolę nad swoim życiem. Willa może pogrążyć się razem z nią albo pozwoli jej odejść.  

Pewnie nigdy nie myśleliście, że będziecie siedzieć przy jednym stole z freakami. Jest okay. Można się przyzwyczaić. Wierzcie mi.

Chociaż człowiek ma wtedy trochę obowiązków. Więc najpierw musi rozeznać się w sytuacji.

Rzućmy okiem na siedzących przy stole. Od lewej do prawej… Alergiczny Fistaszek, Dziewczyna z Aparatem na Zębach, Fiksat i ja. Pewnie główkujecie, co to za określenia. Słuchajcie. Nie zamierzam tu niczego upiększać. Mam powód, żeby teraz wam tego nie wyjaśniać. Wszystko w swoim czasie. Jezu, nie popędzajcie mnie!

Kto wie, czy nie będziecie musieli zająć się tymi ludźmi, gdy mnie nie będzie. No więc tak: Dziewczyna z Aparatem na Zębach jest łatwa w obsłudze. Alergiczny Fistaszek właściwie też. Trzeba tylko uważać, żeby w zasięgu jego ręki nie było orzeszków ziemnych ani nawet piniowych – powaga. Po zjedzeniu orzeszka napuchnie jak ryba rozdymka i tylko wbicie mu w udo autostrzykawki z adrenaliną uratuje go od śmierci. Nie przesadzam. Chłopak naprawdę może umrzeć. Ale spoko. Bez stresu. Zanim odejdę, pokażę wam, jak to się robi.

W gruncie rzeczy trzeba uważać tylko na Fiksata. Jeżeli nie ustawicie pojemników z solą, pieprzem, ketchupem i musztardą w rzędzie, to znaczy idealnie równo w jednym rzędzie, równolegle do brzegu stołu i na samym środku, to koleś zacznie się miotać, trząść i wrzeszczeć, że wszyscy umrzemy. Luzik. Bierze leki. Swoją drogą czasem zapomina je wziąć i wtedy ni stąd, ni zowąd niewłaściwie stojące pojemniki mogą wywołać koniec świata, więc lepiej od razu postawić je jak trzeba. Po co ryzykować?

Pewnie domyślacie się, że przy takim nagromadzeniu freaków w jednym miejscu komuś się oberwie. Słuszne przypuszczenie. Ale spoko. Zazwyczaj pada na mnie. Właściwie po to tu jestem. I jakby dlatego tu się w ogóle znalazłam. Dawniej byłam normalną nastolatką, która nie znosiła szkoły średniej, zwyczajną uczestniczką środkowej fazy eksperymentu, jakim jest edukacja publiczna. Przebywałam tak jakby w czyśćcu. Gdzie toleruje się wszystkich.

Ale w dziesiątej klasie straciłam rozum i stanęłam w obronie Alergicznego Fistaszka, gdy po raz enty przyczepiono mu na plecach kartkę z napisem: Ptaszek jak fistaszek. Tak naprawdę próbował się stawiać, ale nic z tego nie wyszło, bo mięśniaki z radością w oczach i wypiekami na twarzach wrzucili go do najbliższego pojemnika na śmieci i poturlali po korytarzu na przerwie między czwartą a piątą lekcją.

Słuchajcie, nie wiem, co mnie napadło. Cokolwiek to było, dostałam szału. W pierwszej fazie napadu wrzeszczałam i wyzywałam ich od debili i prymitywów z móżdżkami wielkości ziarnka piasku. W drugiej fazie oni wsadzili mnie do pojemnika na śmieci i poturlali po tym samym korytarzu na przerwie między czwartą a piątą lekcją. Na koniec wylądowałam przy stole z freakami, od teraz na zawsze. Spoko. Powiedzieć wam coś w tajemnicy?

Mnie się tu podoba.

Tu jest moje miejsce.

Tak. Przy stole z freakami. Juhu!

Przynajmniej nie muszę udawać głupiej albo dla picu zachwycać się piłką nożną czy omawiać wad i zalet lakieru do włosów. Tutaj mam święty spokój, mogę przez godzinę gapić się w otchłań. Muszę tylko uważać, żeby na stole nie było orzeszków, żeby przyprawy stały w rzędzie i żeby nic włóknistego nie zaczepiło się o aparat na zębach. Proste, co nie?

Chętnie bym tu została, słowo daję. Tak w ogóle, na zawsze.

Fiksat i Alergiczny Fistaszek właśnie snują wizje, co będzie w przyszłym roku. Co się wydarzy, gdy wrócę ze Wschodniego Wybrzeża – które nazywają Wybrzeżem Snobów – gdzie nauczę się jeść bułkę z homarem i mówić „bahdzo phoszę” i gdzie będę napastowana przez jakiegoś Kennedy’ego. Dziewczyna z Aparatem na Zębach uważa, że powinnam zainwestować w zestaw granatowych blezerów i może nawet wymyślić sobie herb rodowy.

Nie mam serca wyjawić im prawdy. Nie mam serca wyznać, że nie wrócę. Nie mam serca opowiedzieć im o swoim dwupunktowym planie. Ale wam się zwierzę. Pod warunkiem że nie piśniecie słowa. Dobrze? No więc plan jest tak naprawdę całkiem prosty:

1) przeniosę się na Wschodnie Wybrzeże

i…

2) skończę ze sobą.

 

 

Rozdział drugi

 

Chcecie wiedzieć, co się stało?

Okay. Mogę wam opowiedzieć.

Powodem było słowo „powinnaś”.

Tak, przez to jedno słowo wszystko się wydarzyło.

Brzmi od czapy? Tylko na początku. Zrozumiecie, gdy dojdę do końca swojej historii. A ta teraz? To jest właśnie opowieść, którą chcecie usłyszeć.

No więc tak. „Powinnaś”.

Jeśli padają słowa „powinnaś” albo „masz być”, niewątpliwie rozmawiamy z moją mamą.

Jeśli pada wyrażenie „tak to już jest”, mamy do czynienia z moim tatą.

Powiedzenie „tak to już jest” nigdy, przenigdy nie może nikogo usatysfakcjonować.

A już na pewno nie moją mamę.

Chociaż ona nawet tu nie mieszka. Przeprowadziła się do Francji. Zamieszkała pod Paryżem. W lasku Fontainebleau! Zgadza się, rzeczywiście jest wróżką. Czy to nie brzmi jak bajka? Ale poczekajcie, z czasem do tego dojdziemy, bo to bujda na resorach.

Jeżeli myślicie, że tato i ja mieszkamy w Paryżu albo w ogóle we Francji, czy w tym całym Fontainebleau, to czeka was kolejna niespodzianka. Pochodzimy z fantastycznej miejscowości, o której mogliście słyszeć. Jest na topie. Więcej niż trendy. Domyślacie się? No dobra, już mówię.

What Cheer w stanie Iowa.

Tak, dobrze słyszycie. Pieprzone What Cheer w pieprzonym Iowa. Być może przypuszczaliście, że podczas naszej rozmowy odwróciłam się do osoby siedzącej obok i powiedziałam: „What?”, a ona odparła: „Cheer!”. Ale nie. Tak się nazywa miasteczko: What Cheer*.

Krąży wiele teorii, skąd się wzięła ta nazwa. Jestem niemal pewna, że miasto nazwano tak po to, żeby ludziom mąciło się w głowach, gdy mówię, skąd pochodzę.

Najczęściej powiada się, że w dawnych czasach mieszkańcy – mam przed oczami gromadę mężczyzn w roboczych kombinezonach, ktoś trzyma fajkę, której główkę zrobiono z kaczana kukurydzy, ktoś inny jest przepasany powrozem, oraz dżentelmena w czarnym surducie, dobrotliwego siwego staruszka przypominającego Jerzego Waszyngtona – wszyscy ci ludzie zebrali się w ratuszu, żeby wybrać nazwę dla swojego miasteczka. Nie mogli dojść do porozumienia. Padały wyzwiska i zarzuty. Może nawet ktoś zamachnął się krzesłem.

W końcu powstał taki zgiełk i zamęt, że jedyny szacowny obywatel na sali, zapewne ten podobny do Jerzego Waszyngtona, oświadczył, że nazwa miasta będzie brzmiała tak jak pierwsze słowa wypowiedziane przez człowieka, który stanie teraz w drzwiach.

I wtedy… nie wiadomo skąd przyczłapał jakiś stary włóczęga. Wyobrażam sobie, że zapadła martwa cisza. Kłąb suchego zielska wleciał do środka i potoczył się po podłodze. Może nawet myszy zastygły w napięciu. Staruszek powitał go uprzejmie i poprosił, żeby usiadł. A włóczęga zapytał: „What chair?”*. Nikt z obecnych nie usłyszał go wyraźnie. Możliwe, że na przykład zostawili w domu trąbki do ucha. Wydawało im się, że powiedział: „What cheer!”. I to jest pierwszy i najczęstszy powód mojego zakłopotania. What Cheer w stanie Iowa.

Miejscowi chętnie opowiadają tę historię, żeby zabawić przyjezdnych. Robią to z entuzjazmem. Puenta wywołuje uśmiechy, ludzie kręcą głowami i udają, że nigdy wcześniej tego nie słyszeli.

 O tak, mogłabym w nieskończoność opowiadać anegdoty o What Cheer, co z pewnością napawałoby dumą moich ziomków. Teraz jednak niech nam wystarczy informacja, że miasteczko liczy sześćset czterdziestu sześciu mieszkańców, a właściwie sześćset czterdziestu pięciu, beze mnie.

Bo ja siedzę teraz w pociągu. Widzicie mnie? To ta dziewczyna z rudymi kręconymi włosami, co ma dziwne usta. Nie śmiejcie się ze mnie – każdy ma jakieś usta, a moje są po prostu szczególne. Nie ze względu na ich wyjątkowość, lecz dlatego, że są tak jakby szerokie. W sensie od ucha do ucha, to po pierwsze. A po drugie, prawie się nie zamykają. Zadaję dużo pytań – może za dużo – masę różnych pytań. Ale przede wszystkim chcę wiedzieć, co jest przyczyną, a co skutkiem: duże usta czy niezamykające się usta? Przecież nie można iść przez życie, mając taką paszczę, i z niej nie korzystać, nie zadawać pytań, które dręczą wszystkich, ale nikt ich nie zadaje. Gdybym się urodziła z wąskimi ustami, jak na przykład Kristen Stewart*, na pewno byłabym cicha jak myszka i znała swoje miejsce. I na pewno często chodziłabym w beżach. Cała w beżach.

Ale tak się nie stało.

Urodziłam się z tą dziwną paszczą i naturalną koleją rzeczy paszcza mi się nie zamyka. Na dodatek mam spłukanego ojca, ponieważ rodzice się rozwiedli. A zatem na początek wyobraźcie sobie młodą bystrzachę, każcie jej dorastać w miasteczku o nazwie What Cheer i dajcie jej pustą skarbonkę (brak pieniędzy zawdzięczam moim rozwiedzionym rodzicom, wielkie dzięki!) – to ja. Dziewczyna, która musi się ubierać w lumpeksie i która ciągle zadaje pytania.

O takiej mówi się, że jest „dziwaczna”.

Natomiast ja mówię o sobie: „Gdybym nie nosiła ciuchów z lumpeksu, chodziłabym w worku na kartofle”.

Gdybym tylko urodziła się z drobnymi ustami i w bogatej rodzinie, mogłabym ubierać się na beżowo do końca świata, do sądnego dnia, po wsze czasy, czy jak tam mówi się w bogatych domach.

Mogłabym mieć proste jak drut włosy i mogłabym wygadywać jakieś beznadziejne rzeczy w rodzaju: „Gdy robisz sobie pedikiur w domu, po prostu posmaruj stopy grubą warstwą żelu za tysiąc dolarów, zrobionego z unikatowych jaj ptaka dodo!”. Zupełnie jak pewna celebrytka pisząca blog lifestylowy. Zauważyliście, że ta blada blondynka ciągle robi z siebie kompletną idiotkę? Wiecie, o kim mówię. Sami przyznajcie. Mam na jej temat teorię. Nie chodzi o to, że kobieta jest oderwana od rzeczywistości albo dobrze sytuowana, albo po prostu taka niezwykła czy coś w tym rodzaju. Moim zdaniem ona chyba jest zwyczajnie głupia. Otóż to.

Ale ta historia jest nie o niej. Boże, co to by były za nudy.

Nie, ta historia jest o dziewczynie z What Cheer w Iowa.

No i koła poszły w ruch. Dosłownie. To znaczy pociąg ruszył ze stacji piętnaście minut temu, a ja jadę zdobyć świat. Mówiąc o „zdobyciu świata”, mam na myśli to, że „spokojnie usadowię się w grobowcu, który sama sobie postawię, a potem zakończę to wszystko w efektownym stylu”. Na marginesie, wciąż dopracowuję szczegóły. Wolę obadać sytuację, żeby uniknąć pochopnych decyzji.

Faktem jest, że przesiedziałam jakieś osiemdziesiąt procent roku obok Fiksata, Dziewczyny z Aparatem na Zębach i Alergicznego Fistaszka, snując plany. Jaki sposób będzie najlepszy? Kiedy to zrobić? Czy po kryjomu, żeby nikt się nie zorientował, dopóki ktoś przypadkiem mnie nie znajdzie, na przykład między regałami w bibliotece? Czy może widowiskowo, na przykład skacząc z ogromnej wieży zegarowej, która widnieje w powszechnie dostępnej broszurze reklamowej?

Posłuchajcie. Gdy się rozstawaliśmy, Fiksat, Zębata i Fistaszek nie mieli pojęcia, że już mnie nie zobaczą. Kryłam się. Po co ich martwić? Mieli dość własnych problemów, co nie?

Skłamałabym, mówiąc, że nie będę za nimi tęsknić. Będę tęsknić jak cholera. A cały ten plan? Wysłanie mnie na wschód? Po to, żebym nabrała kultury? Żebym się stała poważaną obywatelką? Mam być szczera? To szatański plan.

Wobec tego umówiłam się sama ze sobą, że nie będę o nich myśleć. Po prostu zamknę ich w pudełku i o nich zapomnę. A przynajmniej spróbuję zapomnieć. Nie zamierzam codziennie zalewać się łzami. To niekulturalnie.

Pewnie się zastanawiacie, dlaczego nie zmierzam na zachód. Przecież wszyscy kierują się w tamtą stronę, prawda? Czy nie tam kończy się każdy film, książka, cokolwiek: najwyższy boss wzrusza ramionami albo doznaje olśnienia, albo zabija czarny charakter, a potem wsiada do pociągu, samolotu, autobusu czy na konia i jedzie na zachód, gdzie słońce świeci bez ograniczeń i kołysze cię do snu szum palmowych liści?

Z pewnością zastanawialiście się, co ludzie robią, gdy tam się znajdą.

Sądzę, że po prostu rozglądają się wokoło i mówią: „Hm”.

Na co cała Kalifornia wzrusza jakby ramionami i dalej popija sok pomarańczowy.

No więc, gdybyście zadawali sobie to pytanie, odpowiedź brzmi: nie, nie jadę do Kalifornii. Przecież ta opowieść dopiero się zaczyna. Gdybym na początku wybrała się na zachód, byłoby to niewłaściwe, i już. Poza tym mogę się założyć, że wylądowałabym na ulicy razem z kolesiem o imieniu Spike, moim wspólnikiem w działalności przestępczej.

O nie. W tej historii chodzi o to, co „powinnam”. Na przykład „powinnaś” zachowywać się kulturalnie, jak mówi moja mama. I „powinnam” pozbyć się tych różnych dziwactw, jeśli chcę coś osiągnąć na uniwersytecie należącym do Ligi Bluszczowej*, na którym niewątpliwie będę studiować. Kalifornia jest równie dobrym miejscem, żeby nabrać kultury, jak cukiernia, żeby się odchudzić.

Stanęło na tym, że tej megaważnej kultury nabiorę w szkole Pembroke** na Wschodnim Wybrzeżu. Nigdy nie słyszeliście o tej szkole? To dlatego, że jej istnienie jest właściwie tajemnicą i można się tam dostać pod warunkiem, że o twoich rodzicach piszą w rubryce towarzyskiej albo że twoi prapraprapraprapradziadkowie przypłynęli do Ameryki na statku Mayflower, albo że masz na imię Sasha lub Malia***. Jeśli nie spełniasz któregoś z tych kryteriów, nie urodziłaś się pod szczęśliwą gwiazdą. Nawet nie myśl o tej szkole. Bo wpadniesz w depresję.

No więc, jak to możliwe, że dziewczynę z zapadłej dziury, wygadanego dziwoląga w ciuchach z lumpeksu, czyli niżej podpisaną, przyjęto do szkoły Pembroke, a nie odrzucono jej z pogardą, zanim zdążyła wymienić nazwę tej placówki? Otóż teraz będzie ciekawie.

Słyszeliście o teorii pieniądza zwanej „logiką działania zbiorowego”? Chodzi o „stosowaną w naukach politycznych i ekonomii teorię skoncentrowanych korzyści i rozproszonych kosztów, której główna teza brzmi, że skoncentrowane interesy mniejszości są nadreprezentowane, a rozproszone interesy większości są tłamszone, wskutek tak zwanego efektu gapowicza, wzmagającego się wraz ze wzrostem liczebności grupy”.

Oczywiście, że nie słyszeliście.

Nikt o niej nie słyszał.

Oprócz ekonomistów, finansistów i politologów. I tych wszystkich, którym strasznie zależy na pieniądzach i władzy, głównie dlatego, że już je posiadają i chcą mieć pewność, że ich nie stracą. Tymczasem reszta ludzi siedzi i zastanawia się, dlaczego nie ma pracy albo dlaczego musi pracować czterdzieści godzin tygodniowo, a i tak nie ma co włożyć do garnka.

Otóż ta teoria, teoria, której nie da się zrozumieć, jest największym, megaważnym osiągnięciem… tu proszę o oklaski… mojej matki. Na tej planecie, w małym mikrokosmosie posiadaczy pieniędzy i władzy, w zasadzie wszyscy znają tę teorię i znają moją mamę.

A właściwie nie tyle znają, co czczą.

Tak. Moja mama jest otaczana czcią.

Wiem, że to dziwaczne.

Dzięki temu napisała masę książek, zasiadała w niezliczonych zespołach doradczych i pracowała nie dla jednego, lecz dwóch prezydentów. Czyli była w rządzie. Czaicie? Taka z niej fisza. Wielka szycha.

Nie ma czego zazdrościć. Nie jest sympatyczną panią.

Jeśli którąś z was zżera zazdrość, odpuść sobie, dziewczyno, idź uściskać swoją normalną matkę, która może nie wymyśliła słynnej teorii ekonomicznej, ale pamięta o twoich urodzinach czy o Gwiazdce, czy w ogóle o tym, że istniejesz. Wiem, co mówię. Jeśli masz mamę, a ona poszła, powiedzmy, choć JEDEN raz na mecz baseballowy twojej drużyny juniorek albo na szkolny koncert czy jasełka, w których występowałaś jako Maria Panna (MARIA PANNA, Chryste Panie!), to mnie przebiłaś. Masz komfortową sytuację, kochana.

Okazuje się, że taka matka jak moja jest przydatna w Pembroke.

Ponieważ uczęszczanie do tego rodzaju szkoły, jeśli nie jest możliwe z racji pochodzenia, to staje się możliwe po jednym telefonie od właściwej osoby. Jeśli dzwoni do ciebie były prezydent, na taki telefon odpowiadasz. Nawet gdy były prezydent jest, rozumiesz, po prostu znajomym i telefonuje, by zrobić uprzejmość znajomemu. Polecić jego córkę do twojej szkoły.

Tak to wygląda. Tak to się załatwia.

Myśleliście, że przyjmują najlepszych?

Pudło.

 

Obecnie mamy wysyp książek młodzieżowych, lepszych i gorszych. O wszystkim i o niczym. Ja chciałabym aby nasza młodzież sięgała po takie, które wniosą coś w ich życie, a "Jesień motyli", na bank jest taką książką. Narkotyki, seks z nauczycielem, pierwsza miłość - trudne? Bardzo. Książkę polecam młodym czytelnikom, warto poznać pewne rzeczy nie na własnej skórze. Ku przestrodze. Przyjaźń, to wielki dar, ale też duża odpowiedzialność. Po przeczytaniu "Jesieni motyli" w głowie pozostaje jedno pytanie "Czy warto walczyć o człowieka zatracając samą siebie?"

Powieść zachęca do refleksji nad sobą, własnym postępowaniem, również nad doborem kręgu towarzystwa w jakim na co dzień obracamy się. Przede wszystkim, zwraca uwagę na to, jak ciekawość zasmakowania świata może nieść za sobą poważne konsekwencje.

"Jesień motyli" to piękna i trudna opowieść młodej dziewczyny, która zmaga się z przeróżnymi problemami i szuka własnej drogi w swoim nastoletnim życiu. Jeśli poszukujecie ciekawej historii o trudnej przyjaźni, niesamowitej więzi między ojcem, a córką  i o "motylach" to koniecznie musicie zapoznać się z najnowszą powieścią Pani Portes! 

Biorąc pod uwagę merytoryczną wartość książki - plusem jest to, że zbędne i nudne opisy zostały tu ograniczone do minimum, a książka została podzielona na kilkadziesiąt krótkich rozdziałów, dzięki którym książkę czyta się w bardzo szybkim tempie. Co do stylu książki - warto zwrócić uwagę na fakt,  że mimo, że autorka opowiada o losach Willi Parker - tak naprawdę zwraca uwagę na problem zepsucia i destrukcyjnej drogi obranej przez nastolatków, którym pozornie nie brakuje niczego, oprócz (tylko) uwagi i bliskości  rodziców, którzy często w pogoni za pieniądzem i rolami społecznymi zapominają o tej najważniejszej roli - bycia rodzicem.

Czy Jesień motyli to zła książka? Nie. Jestem skłonna powiedzieć, że jest ona niedopracowana. Warto ją przeczytać chociażby dlatego, aby dowiedzieć się jak zakończy przyjaźń Remy z Willą, czy uda im się uratować siebie nawzajem… Przyznać muszę, że owo zakończenie przypadło mi do gustu, mimo tylu niedociągnięć w środku lektury.

"Jesień motyli" to zaskakująco dobra i wciągająca młodzieżówka. Charakteryzująca się lekkim stylem, ciekawym pomysłem na fabułę i dobrym jego wykonaniem, do tego skupiająca się na trudnych tematach to opowieść, którą szczerze Wam polecam. Póki co to chyba jedna z niewielu książek tego miesiąca, jaka zapadanie mi w pamięci na dłużej.

Styl i forma, w jakiej napisana jest powieść, przypomina pamiętnik lub  wpisy na blogu, co na początku było dla mnie dość irytujące. Dopiero po lekturze kilkudziesięciu stron przyzwyczaiłam się do tego typu narracji. Podobało mi się to, że Willa zwracała się bezpośrednio do czytelnika, dzięki czemu czułam się jakbym stała obok niej, a ona relacjonowała mi przebieg wydarzeń.

Jest to moje PIERWSZE spotkanie z pisarką i chcę Wam się przyznać, że jestem mile zaskoczona. Zostałam zainteresowana od pierwszych zdań i nie mogłam odciągnąć się od tej historii. (...) Mnie się podobała, mogę ją tylko zachwalać. No i to piękne wydanie. Jestem przepełniona szczęściem, że mam ją w swoim zbiorze.

"Jesień motyli" należy do książek typowo skierowanych dla młodszych odbiorców, nastolatków, którzy dopiero wkraczają na drogę ku dorosłości. Jednak pomimo tego, fabule powieści daleko jest do infantylizmu typowego dla literatury młodzieżowej. Andrea Portes przedstawia czytelnikowi realne i poważne problemy z jakimi czasami zmagają się nastolatkowie. "Jesień motyli" to chwytająca za serce opowieść o przyjaźni, radości z życia, odkrywaniu siebie na nowo, ale również o trudnościach bycia nastolatkiem.

Autorka Andrea Portes pokazuje nam w swej powieści jak złe mogą być znajomości,które z pozoru  wydają się idealne. Kłamstwo, uzależnienie, przynależność, dorastanie - o tym wszystkim przeczytamy w powieści, powieści wciągającej z każdą stroną mocniej i mocniej. Powiem szczerze, że podczas lektury "Jesieni motyli" moje dziecko musiała chwilami mówić do mnie kilkakrotnie, bo tak zafascynowały mnie przygody naszej nastolatki. Męża wcale nie słuchałam. Polecam!

„Jesień motyli” to bardzo dobra młodzieżówka, która również mogłaby się spodobać nieco starszym osobom. To książka o przyjaźni, uzależnianiach i o trudnych relacjach w rodzinie. Nie jest to książka lekka, na poprawę humoru. Wręcz przeciwnie - to pozycja, która porusza dość trudne i ciężkie tematy. 

Wierzcie mi, że odnajdziecie w tej powieści siebie. Na koniec szczególnie polecam tę książkę rodzicom. To, że jest to literatura młodzieżowa jest nieważne. Mam wrażenie, że niektórych rodziców trzeba oświecić w temacie tego jak wygląda dojrzewanie w XXI wieku. Pewnym jest, że jest ono inne niż "za moich czasów". Każdy rodzic powinien wiedzieć jakie pułapki czekają na jego dziecko i być świadomym tego, co jego pociecha przeżywa. Jak się okazuje mała lektura poświęcona młodemu czytnikowi może wiele zdziałać, bo kolokwialnie mówiąc daje do myślenia. Moim zdaniem powinna trafić do szerszego grona odbiorców.

"Jesień motyli", to książka, która przeznaczona jest dla młodzieży i osób, które lubią takie historie. Język autorki jest prosty, nieskomplikowany i dzięki niemu książkę czyta się szybko. Bohaterów można bez problemu polubić i wczuć się w przedstawiony świat.
Spodziewałam się książki, która będzie po prostu na jeden wieczór, ale okazało się, że jest to wartościowa pozycja, która niesie ze sobą kilka przesłań i mądrości.
Z czystym sumieniem mogę wam ją polecić i nawet zachęcam was do sięgnięcia po nią.

Zostałam bardzo pozytywnie zaskoczona tą pozycją. Nie spodziewałam się czegoś tak prawdziwego, a jednocześnie smutnego. "Jesień motyli" niesie za sobą sporo przemyśleń odnośnie życia, a dodatkowo umila nam czas prostym i niezobowiązującym stylem pisarki. Książka jest idealna dla osób, które lubią literaturę młodzieżową, wraz z głębszym przesłaniem.

Napisz swoją opinię i oceń książkę

Przedstaw się



Twoja ocena


WYŚLIJ