Dla młodzieży
Coś świętego
KUP TERAZ

Coś świętego

brak opinii
Liczba stron: 384
ISBN: 9788327620545
Premiera: 2016-09-14

Sydney przez całe życie czuła się niewidzialna. Zawsze przyćmiewał ją starszy brat – obiekt dumy i uwielbienia rodziców. Pozostawiona sama sobie, szuka akceptacji u znajomych.

Pewnego dnia zaprzyjaźnia się z rodziną Chathamów: z Laylą, która zawsze wybiera niewłaściwych chłopaków, utalentowaną Rosie, która z własnej winy przegrała wielką szansę, a także ich matką, która mimo ciężkiej choroby jest oparciem dla wszystkich.

Ale to Mac, starszy brat Layli – spokojny, zrównoważony i opiekuńczy – sprawia, że Sydney rodzi się na nowo. Wreszcie czuje, że ktoś naprawdę ją dostrzega. 

Sarah Dessen

Sarah Dessen to jedna z najpopularniejszych pisarek powieści dla młodzieży. Jest bestsellerową autorką według listy New York Timesa, sprzedała ponad milion egzemplarzy swoich książek. W Polsce znana jest z tytułów „Bezsenność we dwoje”, „Zamek i klucz”, „Kołysanka” czy „Teraz albo nigdy”.

Pierwszą rzeczą, którą widzi każdy, kto wchodzi do naszego domu, jest portret mojego brata. Wisi dokładnie naprzeciw olbrzymich przeszklonych drzwi, tuż nad kredensem i chińską wazą, w której tata trzyma swoje parasole. Trudno się jednak dziwić, że niewiele osób dostrzega te przedmioty, nikt bowiem, kto ujrzy Peytona, nie może oderwać od niego oczu.

Byliśmy do siebie podobni, gdyż oboje mieliśmy ciemne włosy, oliwkową cerę i brązowe, a właściwie niemal czarne oczy. A jednak on wyglądał zupełnie inaczej. Moja powierzchowność była miła, lecz przeciętna, natomiast Peyton – drugi o tym imieniu w naszej rodzinie, gdyż pierwszym Peytonem był ojciec – wręcz olśniewał. Słyszałam, jak porównywano go do gwiazd filmowych głośnych w czasach, gdy nie było mnie jeszcze na świecie, a także do literackich bohaterów przemierzających szkockie pustkowia. Jestem przekonana, że jako dziecko mój brat nie był świadom wrażenia, jakie wywierał w supermarketach i kolejkach na poczcie. Ciekawiło mnie natomiast, co czuł, gdy w końcu zdał sobie sprawę, jak urodą oddziałuje na ludzi, a zwłaszcza na kobiety. Jak zareagował, gdy nagle odkrył ten niezwykły dar, równie ekscytujący, co groźny.

Ale wcześniej był po prostu moim starszym o trzy lata bratem. Jego błękitną pościel w odróżnieniu od mojej – różowej w kwiatki – zdobiły zastępy królewskich wojowników. Jak mogłam go nie wielbić? Był uosobieniem prawdy i odwagi, najszybszym biegaczem w całej okolicy i jedyną osobą, która utrzymywała równowagę, stojąc na kierownicy rozpędzonego roweru.

Jednak największym z jego talentów była umiejętność znikania.

Jako dzieci bawiliśmy się często w chowanego i Peyton traktował to bardzo poważnie. Kucać pod pierwszym lepszym krzesłem lub kryć się w schowku na miotły? To dobre dla amatorów. Mój brat potrafił wcisnąć się w łazience pod szafkę z umywalką, idealnie rozpłaszczyć się pod narzutą, wspiąć na kabinę prysznicową i zawisnąć pod sufitem, cudem się tam utrzymując. A kiedy go pytałam, jak to robi, tylko się uśmiechał.

– Po prostu musisz znaleźć niewidoczne miejsca – rzucił kiedyś od niechcenia. Tyle że znajdował je tylko on.

Rankami w weekendy trenowaliśmy zapaśnicze chwyty przed telewizorem, jednocześnie oglądając kreskówki, rywalizowaliśmy o względy naszego psa (zgadnijcie, kto wygrywał), a po szkole, jeśli nie mieliśmy innych zajęć (on piłki nożnej, a ja gimnastyki), odkrywaliśmy nieznane tereny za granicami naszego sąsiedztwa. Tak nadal pamiętam mojego brata, gdy o nim myślę. Widzę go przed sobą w rześki, piękny dzień, jak idzie z laską w dłoni przez kolorowy jesienny las. Nawet wtedy gdy bałam się, że zgubimy drogę wśród drzew, Peyton zdawał się beztroski. Odwaga nigdy go nie opuszczała. Nie interesował go płaski krajobraz, potrzebował wyzwań. Kiedy jego sprawy przybrały zły obrót, gorąco pragnęłam móc powrócić do tego lasu i nadal iść przed siebie. Być znów kimś, kto jeszcze nie dotarł do celu i wciąż ma szansę na zmianę.

Byłam w szóstej klasie, gdy coś zaczęło się zmieniać. Od przedszkola oboje uczęszczaliśmy do prywatnej szkoły Perkins Day i należeliśmy do kampusu dla klas niższych. Ale w tamtym roku Peyton poszedł do liceum. Po kilku tygodniach dołączył do grupy chłopców z wyższych klas. Traktowali go jak zabawkę i skłaniali do różnych głupstw – na przykład podkradania z bufetu lodów na patyku albo zakradania się do bagażnika jakiegoś samochodu, by wymknąć się z kampusu na lunch. Wtedy właśnie zaczął stawać się legendą. Przerastał wyobraźnię. Przerastał nas wszystkich. 

Od tamtej pory wracałam autobusem do domu sama i sama jadłam kanapkę przy kuchennym blacie. Oczywiście miałam koleżanki, ale w tygodniu większość z nich angażowały zajęcia pozaszkolne. Było to zjawisko typowe dla Arbors, gdzie mieszkaliśmy. Przeciętni mieszkańcy tej okolicy mogli z łatwością pozwolić sobie na sfinansowanie dzieciom różnorodnych zajęć dodatkowych, od nauki chińskiego począwszy, na tańcach irlandzkich kończąc. Moja rodzina nie różniła się pod tym względem od innych. Tata pracował dla wojska, zanim podjął studia prawnicze i dorobił się na negocjacjach w konfliktach korporacyjnych. Korzystano z jego usług, gdy jakaś korporacja stanęła wobec groźby odpowiedzialności prawnej, poważnego konfliktu pracowniczego czy ujawnienia wątpliwych praktyk  – wszędzie tam, gdzie pojawiały się problemy, które należało rozwiązać. Trudno się zatem dziwić, że dorastałam w przeświadczeniu, że nie ma takiej sprawy, której tata nie mógłby zaradzić. Zresztą przez większą część mojego ówczesnego życia nie bywało inaczej.

Jeśli w naszym domu ojciec był generałem, to mama pełniła funkcję szefa sztabu. W odróżnieniu od innych rodziców, którzy traktowali swe obowiązki naprzemiennie, w naszej rodzinie obowiązywał ścisły podział ról. Ojciec prowadził rachunki i odpowiadał za stan techniczny domu oraz wygląd ogrodu, mama natomiast zajmowała się wszystkim innym. Trzeba dodać, że Julie Stanford była matką idealną . Przeczytała wszystkie książki na temat rodzicielstwa, a liczba kanapek i sportowego ekwipunku, jaką mieścił jej minivan, zaspokajała potrzeby wszystkich dzieci z okolicy. Podobnie jak ojciec, jeśli coś robiła, robiła to dobrze. I właśnie dlatego byłam tak zaskoczona, kiedy sprawy przybrały zły obrót.

Kłopoty z Peytonem zaczęły się w dziesiątej klasie. Pewnego zimowego popołudnia, gdy siedziałam przed telewizorem z miską popcornu na kolanach, rozległ się dzwonek do drzwi. Wyjrzałam przez okno i zobaczyłam na podjeździe wóz policyjny.

– Mamo! – zawołałam. Była na górze w swoim pokoju, który stanowił coś w rodzaju centrum operacyjnego. Tata nazywał go salą narad wojennych. – Ktoś przyjechał – poinformowałam.

Nie wiem, czemu nie powiedziałam, że to policja. Obawiałam się chyba, że gdy wymówię to słowo, stanie się ono faktem. A przecież nie wiedziałam, co nastąpi dalej.

– Sydney, chyba potrafisz sama otworzyć drzwi – odpowiedziała, ale oczywiście po chwili na schodach rozległy się jej kroki. 

Nie odrywałam oczu od telewizora, gdzie bohaterowie „Big New York”, mojego ulubionego reality show, wdali się w kolejną awanturę w trakcie imprezy.

Od kiedy Peyton przeszedł do liceum, seans z Big stał się częścią mojego popołudniowego rytuału, najbardziej grzeszną z grzesznych przyjemności. Nie raz słyszałam, że bogate kobiety są ładne i głupie, a to znajdowało tu pełne potwierdzenie. Podobnych programów było sześć – wśród nich Dallas, Los Angeles i Chicago. Wystarczyło, bym dziennie obejrzała dwa, a wypełniałam w ten sposób czas między powrotem ze szkoły a kolacją. Stopniowo zżyłam się z bohaterami tych widowisk jak z przyjaciółmi i często łapałam się na tym, że mówię do telewizora, jakby mogli mnie słyszeć. Myślałam również o ich życiu i problemach nawet wtedy, gdy nie oglądałam programu. Świadomość, że ludzie tak bliscy nie wiedzą nawet o moim istnieniu, rodziła dziwaczne uczucie samotności. Ale bez nich dom wydawał się pusty nawet wtedy, gdy była w nim mama. A to sprawiało, że ja też odczuwałam pustkę, której zaczynałam się obawiać już w chwili, gdy wracałam autobusem ze szkoły. Moje własne życie w tamtym czasie było tak smutne i nudne, że utożsamianie się z kimś innym w pewien sposób podnosiło mnie na duchu.

Tak więc patrzyłam, jak Rosalie, była aktorka, oskarża modelkę Ayre o to, że tyranizuje wszystkich wokół, podczas gdy w życiu naszej rodziny zachodziły nieodwracalne zmiany. W jednej chwili drzwi były zamknięte i wszystko toczyło się normalnie, a już w drugiej, gdy zostały otwarte, stał w nich Peyton w asyście policjanta.

– Czy to pani syn? – zwrócił się funkcjonariusz do mamy, która zrobiła krok w tył, łapiąc się za serce.

Tak właśnie zapamiętałam tę chwilę. A także to pytanie, w końcu przecież proste, z którym moi rodzice, a zwłaszcza mama, mieli się odtąd zmagać. Począwszy od dnia, w którym przyłapano Peytona na tym, jak ćpał z kumplami na parkingu Perkins Day, mój brat zaczął zmieniać się w kogoś, kogo nie zawsze umieliśmy rozpoznać. Potem zaczęły się wizyty przedstawicieli różnych władz, wezwania na policję, a na koniec rozprawy sądowe i pobyty w centrum odwykowym. Ale to ten pierwszy raz wyrył mi się w pamięci ze szczególną dokładnością. Miska popcornu, ciepła na moich kolanach. Ostry głos Rosalie. Moja matka cofająca się od drzwi, by wpuścić brata do środka. Kiedy policjant prowadził go korytarzem w stronę kuchni, Peyton odwrócił się w moją stronę. Jego uszy miały szkarłatną barwę. 

W związku z tym, że nie znaleziono przy nim narkotyków, władze Perkins Day postanowiły go ukarać jedynie tymczasowym zawieszeniem, a ponadto obowiązkiem prowadzenia zajęć uzupełniających w podstawówce. Ponieważ Peyton jako jedyny z grupy uciekał, zmuszając policję do pościgu, wśród uczniów zaczęły krążyć opowieści o tym, jak daleko zdołał zbiec (ulicę, pięć ulic, milę?), za każdym razem wzbogacane o nowe szczegóły. Mama płakała, a ojciec, rozwścieczony, zabronił mu przez miesiąc wychodzić po szkole z domu. Ale nic już nie było takie jak dawniej. Peyton wracał do domu, szedł do swojego pokoju i siedział tam do kolacji. Odbył wyznaczoną karę i przysięgał, że przemyślał swój czyn. Tyle że trzy miesiące później złapano go na włamaniu.

Jest coś zdumiewającego w tym, jak jednorazowy wybryk przekształca się w nawyk. Jakby chwilowy gość postanowił zadomowić się na dobre.

Po tym zajściu popadliśmy w rutynę. Mój brat podporządkował się karze, a rodzice z wolna się odprężyli, snując liczne teorie, wedle których nigdy już nie miało się to powtorzyć. Wtedy jednak znów go zatrzymywano – za posiadanie narkotyków, kradzieże sklepowe lub niebezpieczną jazdę – i wszyscy wracaliśmy do świata pozwów, prawników, sądów oraz wyroków.

Po pierwszym aresztowaniu za kradzież w sklepie, gdy podczas przeszukania znaleziono przy nim marihuanę, dostał skierowanie na odwyk. Wrócił stamtąd w elektronicznej bransoletce z czipem na trzydzieści dni. Z ośrodka Evergreen wyniósł również upodobanie do gry na gitarze, którym zaraził go współlokator. Rodzice załatwili mu lekcje i zamierzali przekształcić część piwnic w niewielkie studio, by mógł nagrywać tam swoje kompozycje. Prace zbliżały się do końca, gdy w jego szkolnej szafce znaleziono niewielką ilość prochów.

Zawieszono go na trzy tygodnie, podczas których miał przebywać w domu, ucząc się i czekając na rozprawę. Dwa dni przed terminem jego powrotu do szkoły obudził mnie z głębokiego snu hałas otwieranego garażu. Gdy wyjrzałam przez okno, zobaczyłam, jak samochód taty wyjeżdża na podjazd. Mój zegar wskazywał trzecią piętnaście nad ranem.

Wstałam i wyszłam na korytarz, gdzie było ciemno i cicho, a potem zeszłam po schodach. W kuchni paliło się światło. Mama w pidżamie i dresowej bluzie parzyła sobie kawę. Na mój widok potrząsnęła tylko głową.

– Wracaj do łóżka – powiedziała. – Rano ci wszystko opowiem.

Nazajutrz mój brat został wypuszczony za kaucją z aresztu, gdzie trafił pod zarzutem włamania, wtargnięcia na teren prywatny i stawiania oporu władzy. Poprzedniego wieczoru, gdy rodzice poszli spać, wymknął się z pokoju i ruszył przed siebie ulicą, by w pewnej chwili przeskoczyć ogrodzenie największej rezydencji w Arbors. Widząc niedomknięte okno, wśliznął się do środka i myszkował tam najwyżej kilka minut, nim przyjechała policja zawiadomiona cichym sygnałem alarmowym. Wtedy uciekł tylnymi drzwiami. Złapali go na tarasie nad basenem i unieruchomili, zostawiając na jego twarzy głębokie krwawe zadrapania. O dziwo, mama zdawała się bardziej przejęta tymi obrażeniami niż wszystkim innym.

– Chyba powinniśmy wystąpić ze skargą – powiedziała do ojca nieco później tego samego ranka. Była już spokojna, ubrana i gotowa na spotkanie z adwokatem wyznaczone na godzinę dziewiątą. – Widziałeś jego twarz? To niedopuszczalna brutalność.

– Julie, on uciekał – rzekł ojciec zmęczonym głosem.

– Owszem, wiem o tym. Ale przecież jest niepełnoletni i nic nie uzasadnia użycia siły. Znajdował się wewnątrz ogrodzenia. Nigdzie nie mógł uciec.

A jednak mógł – pomyślałam, choć wolałam nie mówić tego na głos. Im dalej posuwał się Peyton, tym bardziej rozpaczliwie mama winiła wszystko i wszystkich. Twierdziła, że w szkole się na niego uwzięli, a policja zachowała się brutalnie. Wystarczyło jednak przyjrzeć się faktom, by nie mieć złudzeń, że mój brat jest niewiniątkiem. Choć odnosiłam wrażenie, że poza mną nikt tego nie dostrzegał.

Nazajutrz w szkole wszyscy już o tym wiedzieli i gdy szłam przez hol, zewsząd czułam na sobie ukradkowe spojrzenia. Ustalono, że Peyton opuści Perkins Day i ukończy liceum gdzie indziej, choć nie było do końca jasne, czy zdecydowała o tym szkoła, czy rodzice.

Na szczęście miałam przyjaciół, którzy mnie wspierali, głosząc wszędzie, że nie jestem taka jak brat mimo wspólnego nazwiska i zewnętrznego podobieństwa. Szczególnie troszczyła się o mnie Jenn, z którą znałyśmy się jeszcze z przedszkola Kościoła św. Trójcy. Jej ojciec również miał w college’u zatargi z prawem.

– Nigdy nie ukrywał, że traktował to jako rodzaj eksperymentu – powiedziała mi kiedyś, gdy siedziałyśmy w stołówce. – Ale spłacił społeczeństwu swój dług, no i patrz, teraz jest szanowanym prezesem zarządu. Tak samo będzie z Peytonem. To wszystko minie.

Jenn zawsze wydawała się zbyt dojrzała na swój wiek. Zapewne dlatego, że gdy się urodziła, jej rodzice przekroczyli już czterdziestkę i od dziecka traktowali ją jak dorosłą. Włosy obcięte w praktyczny sposób, okulary i wygodne obuwie nadawały jej również poważny wygląd. Czasami sprawiała dziwaczne wrażenie kogoś, kto przeoczył własne dzieciństwo. Ale teraz dodawała mi otuchy. Chciałam jej wierzyć. Chciałam wierzyć w cokolwiek.

Peyton dostał wyrok trzech miesięcy więzienia i pieniężną grzywnę. Wtedy po raz pierwszy byliśmy w sądzie wszyscy. Jego adwokat Sawyer Ambrose, reklamujący swe usługi na każdym przystanku autobusowym w mieście, twierdził, że wywrze to dobre wrażenie, jeśli wesprzemy mojego brata swoją obecnością, jak przystało na lojalną, kochającą się rodzinę, którą przecież byliśmy.

Towarzyszył nam również jego nowy przyjaciel, chłopak, którego poznał w grupie anonimowych narkomanów, gdzie uczęszczał z wyroku sądu. Ames, o rok starszy od Peytona, był wysoki, kudłaty i poruszał się, stawiając wielkie kroki. Zatrzymany przed rokiem za handel marihuaną, odsiedział sześć miesięcy i po wyjściu unikał kłopotów, stanowiąc dla mojego brata przykład, który wszyscy uznawali za korzystny. Pili wspólnie mnóstwo kawy, grali w gry wideo i obaj się uczyli. Peyton z podręczników eksperymentalnej szkoły, gdzie w końcu wylądował, Ames natomiast, który uczęszczał na kurs hotelarstwa w technikum Lakeview, utrwalał zdobytą wiedzę.

Planowali, że Peyton rozpocznie tam naukę po ukończeniu szkoły, a potem będą razem pracować w jakimś ośrodku wczasowym. Mama popierała ten pomysł i zebrała już wszystkie niezbędne informacje, które teraz leżały na jej biurku w specjalnie opisanej kopercie. Przedtem jednak należało wybrnąć z incydentu z więzieniem.

Mój brat przesiedział w sumie siedem tygodni w okręgowym zakładzie karnym. Nie mogłam się z nim widywać, ale mama odwiedzała go, gdy tylko było to możliwe. Tymczasem Ames całkowicie się u nas zadomowił. Miałam wrażenie, że od zawsze tkwi przy kuchennym stole i tylko czasem wychodzi do garażu, by zapalić papierosa i wyrzucić niedopałek do wiadra z piaskiem. Mama – nietolerująca tego nałogu – postawiła je tam specjalnie dla niego. Niekiedy pojawiał się z dziewczyną o imieniu Marla, manikiurzystką o blond włosach i wielkich niebieskich oczach, tak nieśmiałą, że bała się odezwać. Gdy ktoś się do niej zwracał, reagowała nerwowo jak mały, wiecznie drżący piesek w zbyt mocno zaciśniętej obroży.

Wiedziałam, że Ames dodaje mamie otuchy, ale było w nim coś, co sprawiało, że czułam się nieswojo. Czasem łapałam go na tym, że przygląda mi się znad brzegu kubka z kawą, wodząc za mną ciemnymi oczami. No i zawsze znajdował okazję, by mnie dotknąć, a gdy się witał, ściskał moje ramię albo ocierał się o rękę. Ponieważ jednak nigdy nie posunął się dalej, uznałam, że jestem przewrażliwiona. Miał przecież dziewczynę i stale powtarzał, że pragnie tylko opiekować się mną pod nieobecność Peytona, tak jak robiłby to on.

– To jedyne, o co mnie prosił, zanim go zamknęli – oznajmił wkrótce po tym, jak mój brat został osadzony. Byliśmy w kuchni, a mama wyszła odebrać telefon i zostawiła nas samych. – Opiekuj się Sydney, człowieku, powtarzał. Liczę na ciebie. 

Nie wiedziałam, co na to odpowiedzieć. Po pierwsze, to było niepodobne do Peytona, który prawie nie zwracał na mnie uwagi. Nigdy się mną specjalnie nie przejmował. Ale Ames dobrze znał mojego brata, a ja, prawdę mówiąc, straciłam z nim kontakt. Musiałam uwierzyć mu na słowo.

– Aha… – wyjąkałam, czując, że powinnam jakoś zareagować. – Ee… dzięki.

– Drobiazg. – Obrzucił mnie jednym ze swych długich spojrzeń. – Przynajmniej tyle mogę dla niego zrobić.

Po wyjściu z więzienia Peyton był milczący, ale udzielał się i pomagał w domu, sprawiając wrażenie bardziej zaangażowanego w życie rodzinne niż dawniej. Czasem nawet po moim powrocie ze szkoły oglądaliśmy razem telewizję. Wytrzymywał jednak takie programy jak „Big New York” czy „Miami” dość krótko, bo szybko każdy z bohaterów budził w nim obrzydzenie.

– To jest Ayre – próbowałam mu tłumaczyć, gdy wychudzone przyjaciółki po raz kolejny się rozstawały. – Ona i ta aktorka Rosalie wciąż się kłócą.

Nie odpowiedział, tylko przewrócił oczami. Zauważyłam, że stał się niecierpliwy.

– Wybierz coś – zaproponowałam, przesuwając pilota w jego stronę. – Naprawdę nie muszę tego oglądać.

Ale to nic nie dawało. Miałam wrażenie, że nie może wysiedzieć dłużej niż chwilę. Zaraz wstawał, by sprawdzić e-maile, brzdąkać na gitarze lub zrobić sobie coś do jedzenia. Jego niepokój narastał, co sprawiało, że ja też byłam zdenerwowana. Widziałam, że i mama to dostrzega. Jakby wewnętrzna energia mojego brata nie znajdowała upustu i stopniowo się gromadziła, czekając, aż znajdzie ujście. 

W czerwcu otrzymał świadectwo ukończenia szkoły. W skromnej ceremonii uczestniczyło ośmiu kolegów z klasy, w większości również usuniętych z innych szkół. Byliśmy tam wszyscy, a potem razem z Amesem i Marlą poszliśmy na kolację do Luna Blu, jednej z naszych ulubionych restauracji. Tam przy słynnej przystawce ze smażonych pikli wznieśliśmy na cześć mojego brata toast bezalkoholowymi napojami, po czym rodzice wręczyli mu prezent. Był to bilet dla dwu osób do Jacksonville na Florydzie, gdzie razem z Amesem mogli naocznie ocenić słynne kursy hotelarstwa. Mama umówiła ich nawet na rozmowę z dyrektorem szkoły, a także zarezerwowała prywatne zwiedzanie placówki. Jasne.

– To wspaniałe – ucieszył się mój brat, patrząc na bilety. – Naprawdę wspaniałe. Mamo, tato, dziękuję.

Mama uśmiechnęła się ze łzami w oczach, a tata wyciągnął rękę i poklepał Peytona po ramieniu. Siedzieliśmy na patio, nad naszymi głowami lśniły małe światełka i po prostu cieszyliśmy się wspólnym wieczorem. Wydawał się tak odległy od tego, co przeżyliśmy w ostatnim roku, jakby wszystko, co wydarzyło się jesienią i wcześniej, było tylko złym snem. Nazajutrz usiadłyśmy razem z mamą, by porozmawiać o moich studiach. Teraz ja stałam się przedmiotem uwagi. Nadeszła moja kolej.

Tej jesieni zaczęłam chodzić do dziesiątej klasy. Moje przejście do liceum rok wcześniej odbyło się bezgłośnie, choć w przypadku mojego brata wręcz je celebrowano. Jenn i ja zaprzyjaźniłyśmy się z nową dziewczyną, Meredith, która przeniosła się do Lakeview, by trenować w tutejszym ośrodku sportowym. Była niewysoka, ale zdawało się, że jest zbudowana z samych mięśni. Miała najlepszą figurę, jaką kiedykolwiek widziałam, i koński ogon, którym nieustannie potrząsała. Trenowała, odkąd ukończyła sześć lat. Nigdy nie widziałam nikogo równie zdyscyplinowanego i ambitnego. Każdą godzinę poza szkołą spędzała na sali gimnastycznej. Zaprzyjaźniłyśmy się, gdyż wszystkie trzy czułyśmy się starsze od naszych szkolnych rówieśników. Jenn w związku ze swoim wychowaniem, Meredith z racji sportowych ambicji, a ja z powodu wszystkiego, co wydarzyło się w ostatnim roku. Legenda mojego brata towarzyszyła mi na dobre i złe, ale dobór przyjaciół oraz fakt, że unikałam wszystkich imprez i niedozwolonych wyczynów nawet wtedy, gdy brali w nich udział moi koledzy z klasy, dowodził, że jesteśmy zupełnie różni.

Gdy Peyton podjął pracę na parkingu hotelowym, uczęszczając jednocześnie na kursy hotelarstwa w Lakeview Tech, tata znów zaczął podróżować, a mama wróciła do działalności dobroczynnej. Często po powrocie ze szkoły, wchodząc do pustego domu, czułam, że ogarnia mnie znajomy smutek, który snuł się za mną przez całe popołudnie aż do zachodu słońca. Próbowałam go stłumić, oglądając „Big New York” lub „Miami”, wpatrzona w ciąg następujących po sobie scen, aż w końcu zamykały mi się oczy. Ale nawet wtedy doznawałam uczucia ulgi, słysząc odgłos otwieranego garażu. Oznaczał powrót kogoś z domowników, a wraz z nim zblizającą się porę kolacji i snu, kiedy to nie byłam już w domu sama.

Ale pewnego razu, dzień po walentynkach, mój brat wyszedł z pracy jak zawsze, nieco po dziesiątej wieczorem, lecz zamiast wrócić do domu, wybrał się do kolegi z Perkins Day. Wypił tam kilka piw i kilka kieliszków wódki, ignorując nieustanne telefony matki, które zapełniły całą pocztę głosową. Pożegnał kolegę o drugiej w nocy, wsiadł do samochodu i ruszył w drogę powrotną. W tym samym czasie piętnastoletni David Ibarra wsiadł na rower, by pokonać krótką odległość dzielącą go od domu. Wracał od swego kuzyna, gdzie podczas  gry komputerowej zasnął na kanapie. Skręcał w prawo z Dombey Street w Pike Avenue, gdy mój brat czołowo się z nim zderzył.

Tego dnia o świcie zbudził mnie krzyk mamy. Był to przerażający, pierwotny odgłos, jakiego nigdy dotąd nie słyszałam. Po raz pierwszy w życiu zrozumiałam, co czuje człowiek, któremu krew zastyga w żyłach. Wypadłam z pokoju, zbiegłam po schodach na dół, a potem zatrzymałam się przed wejściem do kuchni, zdając sobie nagle sprawę, że nie wiem, czy jestem gotowa na to, co zobaczę. Ale wtedy znów rozległo się jej zawodzenie i zmusiłam się, by wejść.

Klęczała na podłodze ze schyloną głową, a tata kucał przed nią, trzymając ją oburącz za ramiona. Jej jęki brzmiały bardziej przerażająco niż wycie cierpiącego zwierzęcia. Pierwszą myślą, która przyszła mi wtedy do głowy, było to, że mój brat nie żyje.

– Julie – błagał ojciec – oddychaj, kochanie, oddychaj.

Ale ona tylko potrząsała głową. Miała kredowobiałą twarz. Widok mojej silnej, dzielnej matki w takim stanie był jedną z najstraszliwszych rzeczy, jakie przeżyłam. Chciałam tylko sprawić, by ucichła, więc w końcu wykrztusiłam:

– Mamo?

Ojciec odwrócił się, by na mnie spojrzeć.

– Idź na górę, Sydney. Zaraz tam przyjdę.

Wróciłam do pokoju. Nie wiedziałam zresztą, co innego mogłabym zrobić. Usiadłam na łóżku i czekałam. W tamtej chwili, w ciągu tych pięciu, a może piętnastu minut, nieważne jak długo to trwało, wydawało mi się, że czas stanął.

W końcu ojciec pojawił się w drzwiach. Pierwszą rzeczą, którą zauważyłam, była pomięta, a gdzieniegdzie wręcz skręcona koszula. Wyglądała tak, jakby ktoś ją złapał i mocno ściskał. Zapamiętałam tę wymiętoszoną szkocką kratę wyraźniej niż wszystko inne.

– Doszło do wypadku. – Jego głos brzmiał surowo. – Twój brat potrącił kogoś samochodem i ciężko go okaleczył.

 Kiedy później myślałam o tych słowach, zdałam sobie sprawę, jak wiele mówiły. „Twój brat  kogoś okaleczył”. To brzmiało jak metafora, gdyż oprócz dosłownego znaczenia miało wiele innych. David Ibarra był tu główną ofiarą, ale nie tylko on został okaleczony.

Peyton znajdował się na komisariacie. Badanie alkomatem wykazało, że poziom alkoholu w jego krwi dwukrotnie przekracza dozwoloną normę. Ale zarzut jazdy pod wpływem alkoholu nie był tu najważniejszy. Obejmował go nadzór sądowy i tym razem nie mógł liczyć na złagodzenie wyroku lub zwolnienie za kaucją. Ojciec zadzwonił do Sawyera Ambrose`a, po czym zmienił koszulę i wyjechał po niego na stację. Mama poszła do swego pokoju i zamknęła drzwi, a ja ruszyłam do szkoły, nie wiedząc, co innego mogłabym zrobić.

– Na pewno dobrze się czujesz? – spytała Jenn, gdy spotkałyśmy się w szatni. – Jakoś dziwnie wyglądasz.

– W porządku – odparłam, wsadzając głowę do torby. – Jestem tylko zmęczona.

Nie wiem, czemu nic jej nie powiedziałam. To mnie przerastało. Nie byłam w stanie wymówić tego na głos. Poza tym wszyscy by się wtedy dowiedzieli.

Esemesy zaczęły napływać dopiero wieczorem przy kolacji. Najpierw od Jenn, potem od Meredith, a potem od innych przyjaciół. Wyłączyłam telefon, wyobrażając sobie, jak wiadomość się rozprzestrzenia. Niczym kropla koloru, która powoli zabarwia szklankę wody. Mama wciąż była w swoim pokoju, a tata wyszedł, ugotowałam więc trochę makaronu z serem i zjadłam go na stojąco przy kuchennym blacie. Potem poszłam do siebie, padłam na łóżko i gapiłam się w sufit. W końcu rozległ się znajomy odgłos otwieranej bramy garażu. Tym razem jednak nie odczułam z tego powodu ulgi.

Kilka minut później rozległo się pukanie i do pokoju wszedł ojciec.

Miał zmęczoną twarz i głębokie cienie pod oczami, jakby postarzał się o dziesięć lat od czasu, gdy ostatnio go widziałam.

– Boję się o mamę – rzuciłam, zanim zdołał cokolwiek powiedzieć. Wydawało mi się, że przemówił za mnie ktoś inny, bo wcale nie zamierzałam tego zrobić.

– Wiem. Wszystko się ułoży. Jadłaś coś?

– Tak.

Patrzył na mnie chwilę, a potem przeszedł przez pokój i usiadł na brzegu łóżka. Tata nigdy nie był zbyt czuły. Nie przytulał mnie i nie pieścił. Jego serdeczności sprowadzały się do klepnięć po ramieniu i krótkich mocnych uścisków. To mama nas tuliła, głaskała po włosach i całowała. Ale teraz, w tym najstraszniejszym dniu, tata objął mnie, a ja przylgnęłam do niego tak mocno, że zabrakło mi tchu. Miałam wrażenie, że trwaliśmy tak wieczność.   

Wiele nas jeszcze czekało. Zarówno sprawy boleśnie znajome, jak też, co gorsza, zupełnie nowe. Mój brat nigdy już nie miał być taki jak dawniej, a ja nie miałam przeżyć nawet dnia, nie myśląc o Davidzie Ibarrze. Mama starała się jakoś trzymać, ale coś w niej zgasło. Nigdy już nie zdołałam spojrzeć na nią tak, by tego nie dostrzec. Wiele było tych „nigdy”.  Ale w tej chwili po prostu tuliłam się do taty i mocno zaciskałam powieki, pragnąc, by czas się zatrzymał. Na próżno.

Cieszę się, że w powieści Coś świętego autorce udało się stworzyć przemycić dwa wątki, które sprawiły, że książka tak mi się podobała. Równomiernie połączyła ona zabawne i przyjemne wątki z tymi bardziej ważnymi, trudniejszymi i bardzo pouczającymi. Lekturę właśnie tej pozycji uważam za jak najbardziej udaną i cieszę się, że miałam okazję się z nią zapoznać. Dzięki niej zyskałam nadzieję, że kolejne powieści autorki mogą być równie świetne, jak ta.

Moim zdaniem książka ta jest jak najbardziej godna polecenia. Czytało mi się ją bardzo dobrze, byłam jej ciekawa, chciałam dowiedzieć się jak to wszystko się zakończy. Może i niektóre momenty, niektóre sceny za szybko poszły w niepamięć, powinny być nieco mocniejsze, bardziej wyraziste i porządniej opisane, ale jest ich tylko kilka więc można przymknąć na to oko. (...) Jeśli szukacie romansu to tutaj niezbyt wiele go znajdziecie, ale jeśli lubicie życiowe książki pełne emocji to ta z pewnością przypadnie Wam do gustu.

"Coś świętego" to kolejna dobra powieść, która wciąga i funduje niesamowicie przyjemny wieczór. Jeśli jeszcze nie rozpoczęliście przygody z twórczością Sarah Dessen, to jak najbardziej możecie to zrobić, sięgając po "Coś świętego". Dobrze napisana powieść młodzieżowa, która niesie ze sobą ważne przesłanie i rozczula serce. Bardzo mi się podobało i nie żałuję, że przeczytałam tę książkę. Sarah Dessen wróciła ponownie na właściwe tory. To mnie cieszy. 

Całkiem miło spędziłam czas z "Coś świętego" i nie spodziewałam się takiej poprawy po autorce. To młodzieżówka na dobrym poziomie, pokazująca, jak wiele jeszcze jest w stanie nam zaprezentować Sarah Dessen. 

Pisarka w swoich książkach porusza ciężkie tematy, które wymagają tego aby o nich pisać. Nie są to płytkie powieści dla nastolatek, które nie wniosą do naszego życia nic nowego. Właśnie wręcz przeciwnie! Po lekturze dostajemy licznych refleksji na temat głównych bohaterów jak i ich problemów. Jeżeli jeszcze nigdy nie czytaliście nic autorstwa Sary, to koniecznie to nadróbcie. Jeżeli jednak nie podobała wam się jakaś jej powieść to dajcie szansę kolejnym! Nawet nie wiecie co tracicie, oceniając autorkę przez pryzmat jej jednego dzieła. Serdecznie wam polecam "Coś świętego", ale zarówno ostrzegam, bo nie jest to powieść prosta, na jeden wieczór. Przygotujcie się na prawdziwą karuzelę emocji i uczuć! Paczka chusteczek na pewno pójdzie w ruch! Ta powieść jest niepowtarzalna i po prostu piękna. Przeczytajcie i pokochajcie jak ja!

Polecam jak najbardziej, bo to nie tylko historia przyjaźni, ale też odpowiedzialności, otwierania się przed ludźmi i poznawania samej siebie. Historia z morałem w tle, nie tylko dla nastolatek. I choć temat jest poważny, to styl pani Dessen lekki, a zestawienie tych dwóch składa się na całkiem dobrą powieść.  Nie wylałam łez, jak robię to przeważnie w przypadku książek, które skradają moje serce. Ale czułam złość i niepokój, a to właśnie odczuwanie emocji wspólnie z bohaterami wpływa na to, że książki się zapamiętuje.

Coś świętego to zdecydowanie najlepsza powieść Dessen jaką czytałam i przyznaję się do tego z całkowicie czystym sumieniem. Jest w tej książce coś, czego nie ma w pozostałych. Coś co przemówiło do mnie i sprawiło, że przewracałam kolejne strony w zawrotnym tempie. I tym czymś są bohaterowie, których nie da się nie lubić. (...) W każdym razie, jeżeli Sarrah Dessen będzie pisać książki tak dobre jak ta, ja nie będę mogła się powstrzymać żeby je czytać. Świetna obyczajówka dla młodzieży, polecam!

Coś świętego czytało się szybko, przyjemnie. Nie powiem, że wyniosłam wiele z tej powieści, bo tak nie było, ale czasem miło jest zapoznać się z niebanalną lekturą, która przedstawia prawdziwe życiowe problemy i dla kogoś może okazać się właśnie czymś w rodzaju terapii, głosu rozsądku czy zrozumieniem pewnych aspektów życia. Nie wątpię, że miłośnicy twórczości Dessen będą zachwyceni i będzie to dla nich powieść obowiązkowa. Osoby, które chcą przyjrzeć się bliżej autorce, powinni zdecydowanie zacząć od Coś świętego.

Sarah Dessen pokazała, że nastolatkowie nie muszą być zadufani w sobie, że oprócz świata wirtualnego, istnieje także ten za oknem. Oficjalnie zagościła na mojej półce, jako ulubiona autorka książek młodzieżowych, zaraz po Kirsty Moseley. Zdecydowanie z chęcią sięgnę po inne jej powieści.

"Coś świętego" to lektura bardzo podobna do wcześniejszych książek Dessen. Chociaż zmienili się bohaterowie i wydarzenia, to motyw zostaje ten sam - odnalezienie siebie w miejscu, którego nie możemy nazwać swoim domem, poszukiwanie akceptacji i odnalezienie miłości, takiej zupełnie nieskomplikowanej, bez wielkich porywów serca a bardziej zrównoważonej i stabilnej, która niesie ze sobą poczucie bezpieczeństwa. Myślę, że fani autorki nie zawiodą się na tej historii, a ci którzy dopiero rozpoczynają swoją przygodę z jej książkami, zechcą sięgnąć po kolejne jej powieści.

Jak dobrze wiecie, nie potrafię być wobec Dessen krytyczna. Jej powieści, pełne autentycznych bohaterów, realnych zdarzeń i poruszających historii są niepowtarzalne i po prostu piękne. Jak zawsze jestem pod dużym wrażeniem, nie tylko jeśli chodzi o tematykę na jakiej tym razem skupiła się autorka, ale też jej ciągłego udoskonalania swojego języka i barwności bohaterów. Jedyne co powinniście teraz zrobić to sięgnąć po którąkolwiek jej powieść i po prostu się w niej zatracić tak jak ja zatracam się w każdej jej historii.

"Coś świętego" to powieść, która bardzo szybko wciąga, podczas czytania odczuwa się klimat, tematy poruszone przez autorkę choć są trudne nie przytłaczają. Opisane wydarzenia są bardzo realistyczne przedstawione, nie odczuwa się ani sztuczności, ani drętwości.
Książkę przeczytałam w ekspresowym tempie, wydarzenia opisane przez autorkę wciągnęły mnie całkowicie.

Ogólnie powieść, oczywiście już po rozkręceniu, naprawdę mi się podobała. Była nie tylko ciekawa, ale i bardzo prawdziwa. Czasami, a w sumie do pewnego momentu nawet dość często, Sydney mnie denerwowała. Nie mówiła nikomu prawdy, urywała się w swojej skorupie jak ślimak. Na szczęście z biegiem czasu i stron to się zmieniło. I chyba przede wszystkim to mnie urzekło. Coś świętego szczerze polecam. Warto.

Książka Coś Świętego autorstwa Sarah Dessen jest na prawdę godną uwagi lekturą. Czas spędzony nad nią z pewnością nie był zmarnowany. Dzięki niej poznałam nie tylko cudownych bohaterów, którzy ze swoimi wadami i problemami wydawali się bardzo żywi, ale również zaglądnęłam w głąb siebie...

Jest to powieść, która niesie za sobą chwile do refleksji, pewne wartości. Autorka chce nam pokazać, że to, co zrobimy, jest naszym indywiduum i my jesteśmy za te czyny odpowiedzialni. Że to my musimy ponosić konsekwencje swoich czynów, że to my nie zawsze jesteśmy ofiarami, a winnymi. Powieść o braku akceptacji, o przyjaźni i nawet miłości. Reasumując polecam ją Wam wszystkich, którzy macie na nią ochotę. Pisarka sprawia wrażenie, że chcecie ciągle więcej i więcej, od razu wciągając Was do swojego świata. Ja wierzę, że ta książka jest cudownym wstępem do pozostałych dzieł pisarki, które z miłą chęcią poznam.

Polecam Wam sięgnięcie po książkę "Coś świętego", jeżeli macie ochotę na lekką lekturę na jakiś jesienny wieczór, ale jednocześnie taką, przy której Wasze ciśnienie nie skoczy z nerwów na bohaterów, lecz wręcz przeciwnie - będziecie chcieli śledzić ich losy jak najdłużej. Sarah Dessen po raz kolejny mnie urzekła i mam jedynie nadzieję, że niebawem znowu będę miała okazję sięgnąć po jakąś jej książkę.

Bardzo przyjemnie czytało się tę publikację, nie byłam pewna jak zareaguję na twórczość pani Dessen po wszystkich pozytywnych recenzjach jej książek. Jednak nie zawiodłam się i na pewno sięgnę po więcej książek tej autorki, ponieważ spodobało mi się to, co przeczytałam i mam nadzieję, że jeżeli zdecydujecie się sięgnąć po Coś Świętego, będziecie mieli dokładnie takie samo zdanie.

Książkę przeczytałam w jeden wieczór co nie jest nowością przy twórczości tej autorki. Pani Sarah ma piękny , prosty styl pisania który po prostu pochłania nas bez reszty i zapominamy o wszystkim co nas otacza. W książkach tej autorki podoba mi się , że wątek miłosny nie zajmuje pierwsze planu w książce i nie psuje tym samym całego innego normalnego życia. Na pewno przeczytam wszystkie książki Pani Dessen. Mam nadzieje , że będzie pisać coraz lepsze powieści. 

Nie jest to książka, która po skończeniu odłożycie i przejdziecie do kolejnej. Cała historia niesie za sobą sporo refleksji, a autorka na każdym kroku podkreśla, że to jak będzie wyglądać nasze życie, zależy tylko od nas i to my wyznaczamy jego kierunek. Cóż mogę innego napisać, jak tylko, że po raz kolejny gorąco polecam Wam sięgnięcie po tę książkę Sarah Dessen, bo jestem prawie pewna, że przypadnie Wam do gustu tak samo jak mnie. Ja natomiast już nie mogę się doczekać kolejnej książki tej Pani.

Ogólnie książka jest naprawdę dobrze napisana, świetnie się ją czytało, chociaż ile nerwów przy niej zjadłam to moje. Póki co to najlepsza książka Dessen, która czytałam i naprawdę polecam. Mogłabym ją przyrównać trochę do Gwiazdki z nieba…, ale po co? Może odczucia po lekturze miałam podobne, ale poza tym to dwie inne książki. Coś świętego to przyjemna, niegłupia książka, która pozwala przemyśleć kilka aspektów swojego życia i finalnie zrozumieć nie tylko bohaterów książki, jak i samych siebie. Gorąco polecam.

Napisz swoją opinię i oceń książkę

Przedstaw się



Twoja ocena


WYŚLIJ